| Newsweek twierdzi, że zły Cejrowski to margines polskiego katolicyzmu. Ale kim w takim razie są ci „zwykli” katolicy? Na to pytanie tygodnik nie odpowiada.
Kupiłem wczoraj najnowszy numer Newsweeka. Zaintrygowała mnie okładka z wielkim tytułem „Polak katolik – ile złego można zrobić w imię Boga?”. Ilustracją tego tytułu jest wielkie zdjęcie Wojciecha Cejrowskiego, który z dumą pokazuje swoją koszulkę z wizerunkiem Matki Bożej z Guadelupe. Zestawienie to jasno stawia pana Cejrowskiego w pozycji „złego”.
W numerze znajduje się kilka artykułów, które jasno pokazują, że Cejrowski to margines („ale nie jakiś tam marginesik”) polskiego katolicyzmu, że zaścianek, że prostak. Pani Karasińska poświęca mu cały wstępniak. Ksiądz Sowa, ten od „marginesiku”, uśmiechając się czule do czytelnika, uświadamia mu, dlaczego taki Cejrowski jest potrzebny Polsce. A mnie się wydaje, że (szczególnie w przypadku ks. Sowy) wśród tych „liberalnych” katolików z „liberalnych” katolickich mediów zaczyna się rodzić pewna zazdrość, a może też wyrzut na sumieniu, że przecież jak to? To my jesteśmy tubą katolicką po „Tygodniku Powszechnym”, a nie jakiś tam Milcarek, Terlikowski, czy Cejrowski, uchowaj Panie!
Ale zacznijmy od pani Karasińskiej. Pierwszym co rzuca się w oczy po otwarciu Newsweeka na stronie ze wstępniakiem, to zadumana mina rzeczonej Pani w RayBanach, napis „Boso i bez głowy” oraz piękny śródtytuł „Bardziej niż buddystów cały skandal rozzłościł część polskich katolików”. Tylko, że pani Karasińska nie pisze co to są za katolicy, za to jedzie po wyżej wymienionych panach i jeszcze po Janie Pospieszalskim i o. Tadeuszu Rydzyku, że to oni nadają ton katolickiej publicystyce. Widać „rozzłoszczona część katolików polskich” ma niewiele do powiedzenia.
„‘Zatroskany Katol’ walczy z demonami” to kolejny tytuł z Newsweeka. Pani Aleksandra Krzyżaniak-Gumowska nie pozostawia suchej nitki na Wojciechu Cejrowskim. Powołuje się na autorytet profesora Balcerowicza, znanego polskiego orientalisty, który jest świetnym specjalistą w swojej dziedzinie. Jednak stawia on znak równości między słowami Cejrowskiego, że „Dalajlama modli się do demonów” a hipotetycznym stwierdzeniem, że „Benedykt XVI modli się do Lucyfera”. W świetle tego porównania, zupełnie innego znaczenia nabiera śródtytuł „Dyletant pełen nienawiści”. Szczególnie, że Cejrowski wyjaśnił dlaczego buddyzm jest religią demoniczną (z punktu widzenia ortodoksji katolickiej), a pan profesor uprawia dziecinne przekrzykiwanie typu „a mój tata jest strażakiem”. Poza tym stwierdzenie, iż katolicy modlą się do Maryi, jako do bóstwa jest również przejawem ignorancji znanego orientalisty. Dalsza część tego artykułu jest utrzymana w podobnym tonie, że Cejrowski to taki wsiowy głupek i ograniczony katol, dlatego też nie ma sensu zniżać się do jego poziomu (ale poświęcić mu okładkę Newsweeka i lwią część numeru to już jest ok!).
Kolejnym członkiem plutonu infamacyjnego jest ks. Kazimierz Sowa, ładnie uśmiechający się do czytelnika ze zdjęcia. Fronda napisała już o stroju duchownym, nie będę powtarzał. Odpowiadając na pytania dziennikarza tygodnika ks. Kazimierz próbuje uporać się ze stereotypem, „zbitką kulturową”, Polaka-katolika. I w wielu punktach ma rację, ale moim zdaniem stawia błędne diagnozy. Jak na przykład tę o nadreprezentacji „przestraszonych, sceptycznych wobec świata” radykałów katolickich. Szczególnie Wojciech Cejrowski boi się świata. Stawia jednak dość trafną tezę, że w porównaniu z radykalnymi opiniami „przestraszonych” część episkopatu wychodzi na „wystraszone lemingi”. Ksiądz Sowa w dalszej części wywiadu mówi o tym, że nie ma już miejsca na „Tygodnik Powszechny” w sensie liberalnej kultury katolickiej, że to juz przeminęło i ma rację. Cały świat się radykalizuje, tak samo katolicyzm. Miękkie podejście w duchu multi-kulti nie przyciągnie młodych ludzi, dlatego że nie oferuje nic w zamian. Wszyscy jesteśmy równi, tacy sami, nie ważne w co wierzymy. Młodzieży to nie interesuje, mogą przecież to robić bez nawiedzonego mówienia o równosci religii. Wysnują wniosek, że przecież religie są do niczego nie potrzebne. Radykalizm jest inny. Jest dość hermetyczny, surowy, a przy tym zupełnie inny od ideologii głównego nurtu i to jest jego siłą. Niezmienność i konserwatyzm poglądów. Bardzo spodobało mi się wrzucenie do jednego worka Hansa Künga i lefebrystów, że przecież papież rozmawia ze wszystkimi. Taka informacja wystarczy przeciętnemu czytelnikowi Newsweeka, aby zrozumiał że przecież papież jest „człowiekiem środka” bo rozmawia ze wszystkimi.
Ksiądz Sowa manipuluje, mówiąc że przesłanie radykalnych publicystów jest skierowane do przekonanych i utrzymane w idei „narodu wybranego”, a to przecież prowokowanie i twarde poglądy stoją u fundamentów popkultury i cywilizacji postmodernizmu. Uładzona paplanina nie przyciągnie tak jak twarde słowa, wobec których nie można przejść obojętnie. Ksiądz Sowa stawia jasną diagnozę, kto jest pyszny, a kto pokorny, a to chyba nie jest takie proste, proszę księdza. W czasie herezji ariańskiej św. Atanazy był kilkakrotnie wypędzany za to, że głosił czystą doktrynę. Był w nikłej mniejszości, ale to prawda zwyciężyła, a nie koniunkturalizm i łatwe idee.
Z jedną rzeczą mogę się zgodzić. Ks. Kazimierz pisze o filmie HBO „Czekając na sobotę”, który jest wstrząsającym dokumentem o rozkładzie moralnym polskiego społeczeństwa, szczególnie młodzieży, która oderwana od tradycyjnych wartości poprzez miałkość moralną, odcięcie więzów rodzinnych, alkohol i seks została pozostawiona samopas. Czas żniw jeszcze nie nadszedł.
Radykalizm jest potrzebny, a jeśli przywódcy Kościoła, proboszczowie, biskupi, nie są w stanie poprowadzić Kościoła pewnie i twardo, to rolą katolików świeckich jest im w tym pomagać, w pokorze i bez dążenia do kariery i profitów.
Piotr Patejuk
Źródło: Rebelya.pl |