Fides et Ratio » myśl narodowa http://fides-et-ratio.pl Wiara Kultura Tradycja Naród Metafizyka Tue, 04 Aug 2015 21:54:41 +0000 pl-PL hourly 1 http://wordpress.org/?v=3.7.10 Bohdan Piętka : W oparach rusohisterii http://fides-et-ratio.pl/index.php/2014/04/bohdan-pietka-w-oparach-rusohisterii/ http://fides-et-ratio.pl/index.php/2014/04/bohdan-pietka-w-oparach-rusohisterii/#comments Mon, 21 Apr 2014 23:42:47 +0000 http://fides-et-ratio.pl/?p=5305 Podpalenie Ukrainy przyniosło skutki, przed którymi przestrzegał Vaclav Klaus. Były prezydent Czech jako jedyny europejski polityk zauważył bowiem, że doprowadzenie do starcia o orientację Ukrainy i postawienie jej przed alternatywą Zachód albo Wschód spowoduje nierozwiązywalny konflikt. W konflikt ten musiała zostać wciągnięta Rosja, ponieważ celem pożaru wznieconego nad Dnieprem nie jest Ukraina, ale właśnie Rosja. Uwikłanie Rosji w kryzys ukraiński stało się wodą na młyn dla wszelkiej maści polskich mesjanistów i prometeistów, postrzegających historię i teraźniejszość Polski przez pryzmat ciągłej walki z państwem rosyjskim bez względu na jego polityczną barwę. Z ich strony mamy do czynienia już nie z rusofobią, ale z rusohisterią, która ogarnęła główne sfery życia politycznego w Polsce, eliminując rozsądek i logikę.

Polska rusohisteria daje korzyści głównie zachodnioeuropejskim i amerykańskim podpalaczom Ukrainy oraz ukraińskim oligarchom, którzy dzięki banderowskiej rewolucji stali się właścicielami tego upadłego państwa. O ile np. parlament Czech odmówił poparcia sankcji UE przeciw Rosji, to władze polskie wręcz inspirują antyrosyjskie działania Zachodu. Nie przeszkadza im to, że przy okazji są to również działania antypolskie. Z inicjatywy eurodeputowanych Pawła Zalewskiego i Pawła Kowala Parlament Europejski obniżył cła o 94,7 proc. dla ukraińskich towarów przemysłowych, o 82 proc. dla produktów rolnych i o 83,4 proc. dla produktów przetwórstwa spożywczego. Uzasadniając ten krok Zalewski stwierdził, że najważniejsze zadanie na dziś, to „wyprzedzić jeden raz Putina i zareagować tak jak trzeba”. Wyznał także, iż „Ukraina ma szanse być w pełni na wspólnym europejskim runku w przyszłości. Dzisiaj to jest tylko gest, ale jakże ważny dla tych, którzy eksportują i którzy będą mogli zaoszczędzić”. Oligarchowie ukraińscy będą mogli zaoszczędzić, natomiast polscy producenci żywności, w sytuacji gdy polski rynek zaleje tanie zboże z Ukrainy, będą musieli za to zapłacić. Polska nie może przy tym liczyć na jakąkolwiek wzajemność ze strony ukraińskiej. Kijów nie zamierza bowiem znosić embarga na eksport polskiej wieprzowiny i wołowiny, które utrzymuje od siedmiu lat. Zaangażowanie Warszawy w kryzys ukraiński oraz poparcie sankcji UE i USA wobec Rosji w konsekwencji sprowokowało też rosyjskie działania odwetowe, czyli objęcie embargiem eksportu polskiego mięsa na Białoruś i do Rosji. Przez utratę rynków wschodnich polski eksport traci dziennie ok. 10 mln złotych. Za polityczną awanturę wywołaną przez UE i USA nie płacą producenci niemieccy, francuscy, brytyjscy czy amerykańscy, ale wyłącznie producenci polscy. To im wystawiono rachunek za próbę przeciągnięcia Ukrainy na Zachód. Trzeba jasno powiedzieć, że rachunku tego nie wystawił bynajmniej Władimir Putin, ale Donald Tusk, Bronisław Komorowski, Radosław Sikorski i Jarosław Kaczyński, którzy polski interes narodowy utożsamiają z interesami waszyngtońskiego i europejskiego neoliberalizmu i globalizmu.

Zaangażowanie postsolidarnościowych elit politycznych w przewrót ukraiński mogło być znacznie większe niż pierwotnie się wydawało. W Internecie krążą informacje o szkoleniu w Polsce bojówkarzy Prawego Sektora. 86 bojówkarzy przyszłego „euromajdanu” miało przybyć do Polski we wrześniu 2013 roku. W Centrum Szkolenia Policji w Legionowie przez cztery tygodnie mieli przechodzić kurs z zakresu taktyki zarządzania tłumem, zachowań w sytuacjach stresowych, pomocy przedmedycznej i budowy barykad. To jakże interesujące i zapewne owocne seminarium w CSP miało zorganizować Ministerstwo Spraw Zagranicznych, które później finansowało leczenie w polskich szpitalach rannych bojówkarzy Prawego Sektora. Oczywiście informacje o tak daleko idącym zaangażowaniu państwa polskiego w przygotowanie i realizację przewrotu politycznego w sąsiednim państwie są tylko „plotkami”, fabrykowanymi przez rosyjską „agenturę wpływu”. Zauważyć jednakże wypada, że informacje na temat tajnego więzienia CIA w Starych Kiejkutach też przez wiele lat były plotką, a dzisiaj są faktem potwierdzonym m.in. przez Radę Europy i amerykańskie media.

Im bardziej jest oczywista kompromitacja polskiej polityki na kierunku ukraińskim i w szerszym wymiarze wschodnim, tym bardziej agresywna staje się wspierająca ją propaganda podszyta histeryczną rusofobią. Chodzi tu przede wszystkim o propagandę mediów związanych z Prawem i Sprawiedliwością, ale nie tylko. Z niemal wszystkich wiodących mediów można usłyszeć hasło „nie ma wolnej Polski bez wolnej Ukrainy”. Jest to pogląd bardzo ciekawy w zestawieniu z faktem, że wolna Polska istniała bez wolnej Ukrainy od połowy X do końca XVIII wieku oraz w latach 1918-1939 i jakoś sobie radziła. Nie może sobie poradzić bez Ukrainy dopiero po 1989 roku. „Wybitny sowietolog i politolog” Jerzy Targalski poszedł jeszcze dalej i ogłosił, że „neutralność Ukrainy to koniec Polski”. W tekście pod takim tytułem pisze on m.in.: „Realia geopolityczne naszego regionu są bowiem takie, że trzeba walczyć z Rosją i postawić Zachód wobec faktów dokonanych. Dopuszczenie do neutralizacji Ukrainy będzie realizacją jednego z rosyjskich celów. Będzie oznaczało całkowitą przegraną Polski, a dla Putina stanowić będzie jedynie zachętę, by taki sam status nadano innym krajom regionu Europy Środkowo-Wschodniej” (niezależna.pl, 11.04.2014). No tak, bo wedle nauk płynących z redakcji „Gazety Polskiej” na Kremlu o niczym innym nie marzą jak o restytucji Priwislińskiego Kraju. Dlatego Targalski upatruje cel polityki polskiej w inspirowaniu antyrosyjskich działań Zachodu. Że to może się okazać w dalszej perspektywie działaniem samobójczym, przekracza zapewne możliwości jego wyobraźni. Inny „wybitny sowietolog”, prof. Andrzej Nowak, nie widzi zagrożenia ze strony współczesnego nacjonalizmu ukraińskiego, bo jego zdaniem zagrożenie występuje tylko ze strony „imperializmu rosyjskiego”. Tym tropem zdaje się podążać wiceminister spraw zagranicznych Katarzyna Pełczyńska-Nałęcz, która już w czerwcu 2013 roku stwierdziła, że dzięki polityce polskiego MSZ partia Swoboda coraz bardziej się cywilizuje i można z nią rozmawiać. O tym, że pani wiceminister oficjalnie spotkała się z przedstawicielami Swobody podczas swojej wizyty w Kijowie 29 sierpnia 2013 roku można się dowiedzieć ze strony internetowej MSZ.

Czy rzeczywiście Swoboda się cywilizuje? Czy przejawem tego cywilizowania partii neobanderowskiej jest ogłoszony przez nią pod koniec marca projekt ustawy segregującej obywateli Ukrainy na Ukraińców etnicznych i mniejszości narodowe? Urzędy państwowe miałyby być dostępne tylko dla etnicznych Ukraińców, natomiast żeby uzyskać obywatelstwo ukraińskie należałoby oprócz egzaminu językowego zdać egzamin ze znajomości historii ruchu banderowskiego. Zapewne z inicjatywy neobanderowców w ukraińskim Internecie powstała też sieć społecznościowa dostępna tylko dla Ukraińców. Czy sternicy polskiej polityki naprawdę nie potrafią dostrzec, że zmierzają w ślepy zaułek? Czy pani wiceminister Pełczyńska-Nałęcz, a także redaktor Michnik i wszyscy tropiciele polskiego antysemityzmu wspierający razem z nim przewrót ukraiński nie wiedzą, że Ołeh Tiahnybok został w 2012 roku umieszczony przez Centrum Simona Wiesenthala na liście 10 największych antysemitów świata? Charakter obchodów rocznicowych w Sahryniu zorganizowanych 10 marca z udziałem ambasadora Ukrainy i środowisk banderowskich jasno pokazuje, że nacjonalizm ukraiński nagle nie przestał być antypolski dzięki urokowi roztaczanemu przez panią wiceminister Pełczyńską-Nałęcz. Naprawdę ciężki musi być stan umysłów ogarniętych rusohisterią, skoro stawiają wszystko na kartę bezwarunkowego wspierania obecnej władzy w Kijowie.

Kulminacją rusohisterii były obchody czwartej rocznicy „zbrodni smoleńskiej”, którym oprócz nowych rewelacji Antoniego Macierwicza na temat „zamachu” towarzyszyła tradycyjna już chyba manifestacja klubów „Gazety Polskiej” pod ambasadą Rosji. W jej trakcie wystąpiła m.in. Ewa Stankiewicz, która powiedziała, że „musimy się przeciwstawić Putinowi i jego agentom w Polsce” i w związku z tym „musimy pozbyć się tych ludzi, odzyskać tę największą w Warszawie posiadłość (ambasadę Rosji – uzup. BP), a później zrobić coś z tym budynkiem, który jest symbolem naszej okupacji” (czyt. za: polskatimes.pl, 9.04.2014). Z tych słów wynika, że najbardziej antyrosyjskie siły skupione wokół „Gazety Polskiej” i PiS za cel stawiają sobie nie tylko bezwarunkowe wspieranie kijowskiej junty, ale także zerwanie wszelkich stosunków z Rosją, a może nawet zorganizowanie jakiegoś powstania, jeśli Polska jest obecnie pod okupacją rosyjską, jak ujawniła pani Stankiewicz. W tym kierunku idą określone inicjatywy. Obywatelskie Forum Sztuki Współczesnej zażądało 26 marca, żeby Ministerstwo Kultury wycofało się z organizacji „Roku Rosji w Polsce” i „Roku Polski w Rosji”, a zamiast niego urządziło „Rok Ukrainy w Polsce” i „Rok Polski na Ukrainie”. Mogę podpowiedzieć, że w ramach tego „Roku Ukrainy w Polsce” można by zorganizować np. festiwal pieśni partyzanckich UPA, albo konferencję naukową na temat geniuszu myśli politycznej Dmytro Doncowa i Stepana Bandery.

Kolejnym przykładem działań zmierzających do zerwania stosunków z Rosją i inspirowania takich posunięć na Zachodzie była inicjatywa Agnieszki Romaszewskiej-Guzy (szefowej TV Biełsat i wiceprezes Stowarzyszenia Dziennikarzy Polskich), by doroczne spotkanie Europejskiej Federacji Dziennikarzy (EFJ) nie odbyło się w Moskwie. Odniosła na tym polu sukces, bo 15 kwietnia prezydium EFJ poinformowało o odwołaniu planowanego na czerwiec spotkania w Moskwie.

O ile polscy prometeiści i mesjaniści stosunki z Rosją najchętniej by zerwali albo wypowiedzieli jej wojnę, to przyjazne stosunki z banderowcami intensyfikują. 3 kwietnia w podziemiach zabytkowej kopalni „Guido” w Zabrzu odbyła się międzynarodowa konferencja popularnonaukowa „Polska. Majdan. Ukraina”. Jej organizatorami byli m.in. IPN, NSZZ „Solidarność” Regionu Śląsko-Dąbrowskiego i „Gość Niedzielny”, a wśród ukraińskich uczestników znaleźli się m.in. politycy Swobody oraz Andrij Gabrow – wiceszef bojówek z Majdanu – ubrany w polowy mundur. Polscy uczestnicy konferencji (w tym m.in. Małgorzata Gosiewska) uznali, że „wydarzenia na Ukrainie wpłyną na istotny przełom w naszych dwustronnych relacjach”. Potwierdził to dyrektor IPN, dr. Łukasz Kamiński, który wypowiadając się dla mediów oznajmił m.in., że „jednym z wymiernych skutków majdanu jest nowa perspektywa dialogu historycznego między naszymi krajami. Przeszłość wymaga rozliczenia, ale wierzę, że w tych okolicznościach uda się nam spokojnie i rzetelnie zmierzyć z tym trudnym tematem” (niezależna.pl, 5.04.2014). Partnerem dla pana dr. Kamińskiego w zmierzeniu się z „trudnym tematem” będzie dr Wołodymyr Wiatrowycz, którego kijowska junta mianowała szefem IPN Ukrainy. Warto przypomnieć, że historyk Wiatrowycz odkrył, iż UPA nie brała udziału w holokauście, a ludobójstwo na Polakach, to była „II wojna polsko-ukraińska”. Jako szef archiwum Służby Bezpieczeństwa Ukrainy za prezydentury Juszczenki zniszczył on dokumenty mówiące o zbrodniach OUN/UPA. Teraz będzie tworzył „narodowe archiwum pamięci”. Próbką tego jak polski IPN zmierzy się z „trudnym tematem” była wystawa pt. „Majdan” otwarta 15 kwietnia przez katowicki oddział IPN, na której bez retuszu prezentowano symbolikę banderowską.

Z „trudnym tematem” zmierzyła się też po raz kolejny „Gazeta Wyborcza”. Tym razem zamieszczając wywiad z rzeczniczką Prawego Sektora Ołeną Semeniaka (gazeta.pl, 9.04.2014). Pani rzeczniczka o „trudnym temacie” rozmawiać nie chciała, ale m.in. zapewniła redaktorkę Annę Pawłowską, że Prawy Sektor wcale nie chce odbierać Polsce Przemyśla (cóż za uprzejmość!) i jest gotowy na współpracę z polskimi nacjonalistami. Rozumiem, że tej polsko-ukraińskiej międzynarodówce nacjonalistycznej będzie patronować redakcja „Gazety Wyborczej”.

Nie można też oprzeć się wrażeniu, że pan premier Tusk i jego obóz polityczny wykorzystują kryzys ukraiński do zintensyfikowania procesu uzależnienia Polski od struktur zachodnich. Pod płaszczykiem retoryki o bezpieczeństwie państwa najpierw były propozycje szybkiego wejścia do strefy euro, a teraz Tusk mówi o ściągnięciu nad Wisłę wojsk NATO. Prezes Kaczyński ochoczo to poparł pod warunkiem, że w kontyngencie NATO nie będzie wojsk niemieckich, bo przecież nie wypada, żeby ktoś przy dziecku mówił po niemiecku. Znamienne jest to, że o obecności wojsk NATO w Polsce mówią środowiska, które 25 lat temu urządzały wiece pod hasłem „Sowieci do domu”. Północna Grupa Wojsk Armii Radzieckiej była wtedy dla nich armią okupacyjną, natomiast wojska NATO (np. amerykańskie) armią okupacyjną jakoś nie będą.

Wzbierającej fali rusohisterii towarzyszy polowanie na rosyjską „agenturę wpływu”. Zabawne jest to, że uczestniczy w nim także Krystyna Kurczab-Redlich – autorka rusofobicznych i przy tym bardzo marnych książek, która pomimo niewątpliwych zasług na polu walki ze złym Putinem została zdemaskowana przez ludzi red. Sakiewicza w książce „Resortowe dzieci. Media” jako kontakt operacyjny „Violetta”. Mimo to sama wzięła się za demaskowanie i zdemaskowała aktora Pawła Deląga jako rzekomo zafascynowanego putinowską Rosją. W związku z tym Deląg musiał się publicznie tłumaczyć, że nie jest proputinowski oraz dlaczego ma mieszkanie w Moskwie, robi w Rosji karierę aktorską i zarabia przy tym duże pieniądze. W przeciwieństwie do niego Daniel Olbrychski nie czekał aż go zdemaskują i sam zrezygnował z pracy w Teatrze Polskim w Moskwie oraz ogłosił, że nie podoba mu się polityka Putina. Polowanie na czarownice ma miejsce również na Litwie, gdzie Departament Bezpieczeństwa Państwowego uznał za rosyjską agenturę polską mniejszość narodową. Polskie elity polityczne pominęły to milczeniem – tak jak większość poprzednich szykan władz litewskich wobec mniejszości polskiej – ponieważ obok Ukrainy także Litwa jest ich strategicznym partnerem w odwiecznej polskiej walce z Rosją.

Podsumować to wszystko można cytatem z prof. Adama Wielomskiego, który stwierdził, że: „Budowa całej koncepcji polskiej polityki międzynarodowej na fundamencie antyrosyjskich fobii zakorzenionych w literaturze epoki Romantyzmu i wspomnień o zbrodni w Lesie Katyńskim sprzed 70 lat (w dodatku popełnionej przez sowieckie NKWD, a nie Rosję) świadczy o emocjonalnym niedorozwoju politycznym” („Rusofobia w kategoriach prawicowości”, konserwatyzm.pl, 5.04.2014).

Jeśli zaś chodzi o rozwój wypadków na Ukrainie, to w pełni spełniła się prognoza Vaclava Klausa o rozpadzie tego kraju na skutek spowodowania przez UE i USA konfliktu o jego orientacje geopolityczną, niemożliwego do rozwiązania bez podziału kraju. Najpierw secesja Krymu i jego przyłączenie do Rosji, a teraz proklamowanie Donieckiej Republiki Ludowej i Charkowskiej Republiki Ludowej są skutkami procesu uruchomionego pod koniec listopada 2013 roku na kijowskim Majdanie. Uruchomionego nie przez Rosję, ale przez Zachód. Żenujące jest to, że polski mainstream polityczno-medialny, który wspierał i legitymizował pucz kijowski oraz oburzał się „brutalnością” Berkutu teraz nazywa separatystów ze wschodniej Ukrainy „terrorystami”, siłowe działania junty kijowskiej przeciw nim określa mianem „operacji antyterrorystycznej”, a w tle widzi wyłącznie rękę Rosji. Innej ręki dostrzec nie tylko nie potrafi, ale dostrzec jej po prostu mu nie wolno.

Drugim procesem, z którym mamy do czynienia na Ukrainie jest niewątpliwie dekompozycja obozu politycznego wyłonionego na Majdanie. Zaczęła się ona 24 marca od zabójstwa Ołeksandra Muzyczko („Białego Saszki”) – jednego z najbardziej skrajnych watażków Prawego Sektora oraz UNA-UNSO. Prawy Sektor oskarżył o jego śmierć ministra spraw wewnętrznych w rządzie Jaceniuka, Arsena Awakowa (notabene Ormianina). Następnie 27 marca 1,5 tysiąca bojówkarzy Prawego Sektora zaatakowało w Kijowie Radę Najwyższą, domagając się dymisji Awakowa, wybijając szyby i waląc pałkami w drzwi. 31 marca doszło do strzelaniny przy udanej próbie rozbrojenia Prawego Sektora w Kijowie. Można to uznać za symboliczny koniec jedności obozu politycznego, który obalił legalną władzę prezydenta Janukowycza. Ta dekompozycja będzie się dalej pogłębiać.

Trzecim procesem jest oligarchizacja państwa ukraińskiego, a właściwie tego co niego pozostało. Wbrew temu, co twierdzą polskie media nie ma żadnej „wolnej” ani „demokratycznej” Ukrainy. Faktyczną władzę sprawują oligarchowie. Już dawno zniknął gdzieś pan Kłyczko, a w wyborach prezydenckich nie będzie kandydował też pan Jaceniuk. Nie dlatego, że zrezygnował, ale dlatego, że faktyczni inspiratorzy i organizatorzy kijowskiego puczu zrezygnowali z niego. Jako faworyt tych wyborów został ogłoszony oligarcha Petro Poroszenko – właściciel cukierniczego koncernu Roshen i telewizji 5 Kanał, zwany „królem czekolady”, sponsor pomarańczowej i obecnej rewolucji. Ciekawe jest też to, że Poroszenko udzielił niedawno poparcia politycznej inicjatywie Jarosława Gowina o nazwie Polska Razem.

Czwarty proces to „program dostosowawczy”, realizowany przez samozwańczy rząd Jaceniuka pod dyktando Międzynarodowego Funduszu Walutowego. Program ten w zamian za udzielenie Ukrainie kredytu przez MFW przewiduje m.in. „prywatyzację” sektora energetyczno-paliwowego oraz podwyżki cen gazu dla ludności od 1 maja o 50 proc. Konsekwencją będzie niewątpliwie drastyczne obniżenie poziomu życia społeczeństwa i to znacznie większe niż w Polsce przy realizacji tzw. programu Balcerowicza.

Prawie niezauważalna przemknęła przez polskie media informacja, że do Niemiec zbiegł premier Libii Ali Zajdan, obalony 11 marca. Oświadczył on, że w dwa i pół roku po obaleniu Muammara Kaddafiego Libia pogrąża się w chaosie. Wybuchła bowiem rebelia, której przywódcy domagają się autonomii wschodniej Libii i udziału w dochodach z eksportu ropy. Cały kraj pokrył się siecią zbrojnych band walczących z władzą centralną. Zdaniem byłego premiera Libii istnieje zagrożenie, że kraj ten stanie się wylęgarnią światowego terroryzmu, podobną do Afganistanu pod władzą Talibów. Dlatego Zajdan wezwał USA, Wielka Brytanię i Francję (sprawców obalenia Kaddafiego) do ratowania Libii. Tak właśnie kończą się „kolorowe rewolucje”, „arabskie wiosny” itp. rewolty będące współczesnymi formami podboju kolonialnego. Jest wysoce prawdopodobne, że scenariusz libijski to przyszłość Ukrainy. Scenariusz o tyle możliwy, że motywowana rusofobią polityka polska ciągle dolewa oliwy do ognia.

http://www.myslkonserwatywna.pl/inni-autorzy/w-oparach-rusohisterii/

]]>
http://fides-et-ratio.pl/index.php/2014/04/bohdan-pietka-w-oparach-rusohisterii/feed/ 0
Robert Winnicki: Czytajcie prof. Bartyzela! http://fides-et-ratio.pl/index.php/2013/08/robert-winnicki-czytajcie-prof-bartyzela/ http://fides-et-ratio.pl/index.php/2013/08/robert-winnicki-czytajcie-prof-bartyzela/#comments Wed, 14 Aug 2013 01:11:32 +0000 http://fides-et-ratio.pl/?p=5127 Po ogłoszeniu Deklaracji Ideowej Ruchu Narodowego w marcu br. ukazało się szereg artykułów omawiających treść tego dokumentu. Wśród tekstów pojawił się również jeden mojego autorstwa, który wzbudził w niektórych środowiskach pewne emocje. Głównie za sprawą fragmentu stwierdzającego, że: „Nie ma „dobrego” liberalizmu tak jak nie ma „dobrej gangreny”. [..] Liberalizm jest fałszem u samego fundamentu, więc dzielenie go na społeczny, obyczajowy i gospodarczy czy jakikolwiek inny mija się z celem. Liberalizm jest negatywny i destruktywny, bo w centrum swojej refleksji stawia wolność jednostki przeciwstawioną życiu wspólnotowemu. Co jest absurdem i aberracją, bo człowiek, jako istota społeczna, buduje swoją egzystencję i osiąga szczęście poprzez harmonijne współżycie z innymi właśnie we wspólnotach, w których przyszło mu żyć.”

Powyższy fragment odnosił się do jednego z punktów Deklaracji Ideowej, głoszącego: „Człowiek może być prawdziwie wolny jedynie w ramach wspólnoty, dlatego Ruch Narodowy będzie bronić wolności przed zagrażającym jej liberalizmem. Jako Polacy mamy swoje własne, bogate tradycje myślenia o wolności. Chcemy z całą mocą głosić prawdę, że prawa bez obowiązków nie mają racji bytu. Dla każdego Polaka są to po pierwsze obowiązki wynikające z przynależności do wspólnoty narodowej. Będziemy zachęcać do oddolnej aktywności i tworzenia inicjatyw budujących silny i zorganizowany naród.”

Niektórzy podnosili ten punkt przeciwko Ruchowi Narodowemu, zarzucając mu „antywolnościowe” tendencje. Są to oczywiście zarzuty absurdalne. Koncepcja relacji jednostka-rodzina-naród, koncepcja życia wspólnotowego, jaka przyświeca Ruchowi Narodowemu ma swoje dwa główne źródła. Jednym z nich jest, licząca sobie już sto trzydzieści lat, tradycja ideowa polskiego Obozu Narodowego, a drugim – Katolicka Nauka Społeczna.

W niniejszym tekście chciałbym zwrócić uwagę na krytykę liberalizmu i libertarianizmu (postrzeganego przez niektórych jako „lepsza” wersja tego pierwszego!) właśnie z pozycji KNS, wyrażoną w jednym z ostatnich tekstów prof. Jacka Bartyzela, członka Grupy Doradców Ruchu Narodowego.

Zanim przytoczę najbardziej wartościowe fragmenty wspomnianego artykułu, warto poczynić jedno zastrzeżenie. Jest on bowiem pisany jako wewnętrzny głos polemiczny w środowisku monarchistów-legitymistów. Ani monarchistą ani legitymistą nigdy nie byłem. Jestem natomiast katolikiem, a przy tym, jak to już zostało wspomniane, Ruch Narodowy nawiązuje do Katolickiej Nauki Społecznej w swoim postrzeganiu prawidłowego ułożenia stosunków społecznych. Dlatego dobór cytatów skoncentrowany jest na wspólnym właśnie dla KNS-u i polskiej Idei Narodowej obszarze krytyki liberalizmu i libertarianizmu, z pominięciem wątków monarchistycznych i legitymistycznych.

Na początku zwraca prof. Bartyzel uwagę na ogólne założenie KNS: „Normą obligatoryjną dla katolickiego tradycjonalisty [...], również w zakresie kwestii społeczno-ekonomicznych, jest nauka społeczna Kościoła, która ze szczególną dokładnością została wyrażona w encyklikach społecznych papieży Leona XIII i Piusa XI. W sposób niepozostawiający żadnej wątpliwości potępiają one zarówno kolektywistyczny socjalizm w każdej postaci, jak i liberalizm ekonomiczny, zwany także leseferyzmem albo „szkołą manchesterską”, jako ideologię tzw. kapitalizmu. Odrzucając oba te wypaczone systemy, katolicyzm postuluje odbudowanie chrześcijańskiego ustroju społecznego, opartego o nadrzędne zasady dobra wspólnego, solidarności i pomocniczości, a za cel nadrzędny stawia polityce chrześcijańskiej doprowadzenie do upowszechnienia własności, tak aby każdy człowiek, każda rodzina i każde naturalne ciało społeczne mogło partycypować w korzystaniu z dóbr ziemskich.”

Następnie zwraca uwagę na destruktywny charakter ideologii liberalnej: „Mądrość Kościoła wyrażająca się odrzuceniem obu tych materialistycznych doktryn i systemów znajduje potwierdzenie w doświadczeniu historycznym ostatnich stuleci. Groza rewolucji socjalistycznych i komunistycznych nie powinna przesłaniać nam faktu, że pierwsza rewolucja, jaka podkopała, a gdzieniegdzie i całkiem zniszczyła fundamenty tradycyjnego ładu, miała charakter liberalny. Fałszem bądź samooszukiwaniem się jest także twierdzenie, że destrukcyjna moc liberalizmu dotyczy tylko aspektu religijnego i politycznego [...] [Liberalizm] „zniszczył samorządny ustrój cechów i gildii, pozostawiając zatomizowane jednostki naprzeciw rekinów biznesu i finansjery, sproletaryzował masy drobnych posiadaczy czyniąc z nich salariat, a po części „rezerwową armię pracy”, pozbawił szczególnego znaczenia nieruchomą własność ziemską, czyniąc z niej jedynie towar jak każdy inny, podlegający wolnemu obrotowi, zniszczył więzi wspólnotowe, wypaczył pojęcie własności prywatnej, powracając do pogańskiego ius utendi et abutendi, a ignorując jej – zgodnie z nauką katolicką – przeznaczenie społeczne i sprawowanie nad nią pieczy (ius dispensandi et procurandi) pojmowanej jako włodarstwo z nadania Bożego.”

Prof. Bartyzel słusznie eksponuje dalej fakt, że jednym z fundamentów błędu, jakim jest liberalizm i jego mutacje, jest fałszywa wizja człowieka, obca tak naszemu polskiemu nacjonalizmowi, jak i katolicyzmowi: „Jeżeli liberalizm słusznie bywa porównywany z protestantyzmem (bo zaiste tworzą one jakby nierozłączne Lelum-Polelum), to libertarianizm może być równie słusznie porównany do tych skrajnych sekt tzw. drugiej i trzeciej reformacji, które budziły odrazę nawet co bardziej konserwatywnych wyznawców pierwotnych i głównych nurtów protestantyzmu. Doprowadza on bowiem do skrajności ten kardynalny błąd antropologiczny liberalizmu, jakim jest umieszczenie w centrum uwagi bytu fikcyjnego – odizolowanej, niezakorzenionej, pozbawionej tożsamości oraz jakichkolwiek zobowiązań jednostki oraz jej rzekomych „praw”, a w konsekwencji sprowadzenie wszelkich relacji pomiędzy ludźmi (nie tylko ekonomicznych, bo „urynkowieniu” podlega tu każda sfera życia, religijnej nie wyłączając) do swobodnie zawieranych (i siłą rzeczy podlegających rozwiązaniu po spełnieniu określonych warunków) kontraktów, których podstawowym kryterium jest użyteczność kalkulowana według wypaczonej etyki tzw. racjonalnego egoizmu. Nie ma tu zatem miejsca na przykład na [...] cnotę fidelitas aż do poświęcenia wszystkiego, nawet życia, i to w warunkach, kiedy obrachowując materialne siły i środki dostrzegamy, że nie ma najmniejszych szans na ziszczenie tego, czemu jesteśmy wierni.”

Wskazana została również zupełnie niekatolicka a przy tym całkowicie utopijna fobia antypaństwowa liberałów i libertarian: „Do antropologicznego błędu liberalizmu libertarianizm dodaje nieskrywaną anarchistyczną wrogość do instytucji władzy i państwa. Nawiązując do znanego adagium Charlesa Maurrasa, iż liberał to anarchista, który starannie wiąże krawat, można powiedzieć, że libertarianin to anarchista rozchełstany. Przede wszystkim jednak libertariańska negacja państwa jest całkowicie sprzeczna z nauką Naszego Pana Jezusa Chrystusa, przepowiadaną od dwóch tysięcy [lat] przez Kościół [...] Co rozsądniejsi libertarianie lub ich „konserwatywno-liberalni” obrońcy przyznają wprawdzie, że bezpaństwowy ideał libertarianizmu jest nieurzeczywistnialny, nie przeszkadza im to jednak traktować tej utopii jako celu, do którego należy się jak najbardziej przybliżać. [...] Jeżeli będziemy, w ślad za M.N. Rothbardem, postrzegać w państwie „największą w dziejach organizację przestępczą”, to po jakie określenia w słowniku mielibyśmy sięgnąć, aby nazwać te organizacje, które zagarnęły w niewolę zarówno państwa i narody, jak rodziny i pojedynczych ludzi: lichwiarskie banki i ponadnarodowy multikapitał? Lecz na ten temat libertarianizm nie ma kompletnie nic do powiedzenia, bo nie zauważył albo zauważyć nie chce, że problemem głównym nie jest dzisiaj kolektywistyczne „państwo niewolnicze”, lecz niewola miliardów ludzkich istot u bankierów i w pseudoprywatnych, anonimowych wielkich korporacjach.”

Fałszywa wizja człowieka, fałszywa fobia antypaństwowa, fałszywe nakreślenie problemów stojących dziś przez Polską i przed światem – tak krótko skwitować można powyższą krytykę liberalnych i libertariańskich ideologii, dokonaną przez prof. Bartyzela. A przy tym – zupełny „rozjazd” ze zdrową, tradycyjną Katolicką Nauką Społeczną. Ze swojej strony dorzucę jeszcze jeden wątek. Chodzi mianowicie o smutny fakt, że wielu Polaków, uważających się za zwolenników ekonomii wolnorynkowej, nie sięga po polską, endecką myśl gospodarczą. Nieustanne „mantrowanie” autorów zagranicznych, głównie anglosaskich (nawet tak kuriozalnych jak Ayn Rand czy wspomniany Rothbard), przy jednoczesnym zapomnieniu postaci takich jak Władysław Grabski, Roman Rybarski czy Edward Taylor świadczy o zasadniczej, karygodnej nieznajomości najbliższego sobie „podwórka”. Natomiast jeśli chodzi o życzliwych Polsce Anglosasów, rozprawiających się po katolicku z liberalizmem, polecam choćby Chestertona, w przyszłości, być może – błogosławionego. Co do znajomości doktryn politycznych po polsku – polecam oczywiście, choć nie zawsze i nie we wszystkim się z nim zgadzając – poczytać prof. Bartyzela
za: http://prawy.pl/felieton/3645-robert-winnicki-czytajcie-prof-bartyzela

]]>
http://fides-et-ratio.pl/index.php/2013/08/robert-winnicki-czytajcie-prof-bartyzela/feed/ 192
„PO-Pis” republika okrągłego stołu http://fides-et-ratio.pl/index.php/2013/01/ryszard-opara-po-pis-republika-okraglego-stolu/ http://fides-et-ratio.pl/index.php/2013/01/ryszard-opara-po-pis-republika-okraglego-stolu/#comments Sun, 06 Jan 2013 02:01:52 +0000 http://fides-et-ratio.pl/?p=4590 Trzydzieści lat temu, zapytano Premiera Deng Xiaoping-a -(twórcę obecnej potęgi Chin)- o wpływ Rewolucji Francuskiej na historię współczesnego Świata. Po krótkim namyśle Deng odpowiedział: „To stanowczo zbyt wcześnie, na właściwą ocenę”.

Obecnie, historia toczy się z prędkością światła.

W rozwiniętych krajach cywilizacji łacińskiej, wykreowano wiele ideologii i teorii, wszystko w celu przejęcia kontroli nad narodami – w ramachNowego Porządku świata „New World Order” (NWO). Ostatnie 150 lat to niekończąca się „światowa wojna finansowa o wszystko”: pieniądz/banki, handel, produkcję, surowce, rynek – czyli o wpływy i kontrolę nad ludzkością. Stworzono w tym celu cyrk propagandowy wspólnoty globalizacji oraz globalne ocieplenie, emisja CO2. W krajach „wyzwolonych”, walczących o dobro-byt i wolność, manipuluje się ludźmi pokazując upudrowany „miraż demokracji”(rodem z Hollywood), wstawiając swoich „ekspertów” do elit politycznych – aby przy pomocy ideologii pieniądza –kontrolować byty Państwowe. A liczy się tylko kasa i zysk. Inne wartości są już bez znaczenia. Człowiek (i ludzie w swojej masie), to jedynie narzędzia obrotu pieniądza, maksymalizacji ZYSKÓW dla globalnej finansjery, grupy interesów ponadnarodowych.

Największym zagrożeniem dla twórców („ojców chrzestnych”), ideologów i protagonistów NWO – są Narody. Szczególnie takie, które łączy historia, religia, wartości oraz poczucie wspólnoty – będącej rezultatem wielowiekowej walki o wolność. Takie właśnie jak Polska, Iran, Irak, Turcja. (Chiny i Indie to inny problem). Głównym celem i zadaniem NWO jest zniszczyć (zneutralizować) właśnie siły Narodowe, ich wartości i poczucie wspólnoty. Zniewolić je kajdanami pieniądza. Pieniądza dłużnego, kreowanego z niczego. Wtedy nic i nikt nie będzie w stanie zagrozić NWO.

Polska jest najlepszym przykładem międzynarodowej hucpy finansowej ostatnich lat. W ramach – tzw. „transformacji ustrojowej” – wyprzedano majątek Narodowy. Pod kontrolę obcego kapitału przekazano Banki, handel i całą gospodarkę. Eliminuje się historię, wartości i tradycje Narodowe. Polaków oddano w niewolę zadłużenia. Mają pracować; mogą płakać – ale muszą spłacać długi!

Polską od 23 lat, rządzi narzucony przez międzynarodówkę finansową – UKŁAD, który stworzył „Republikę Okrągłego Stołu”. Kolejne Polskie Rządy dokonywały zdrady interesów Narodowych. Wszystkie Partie UKŁADU finansowane z budżetu Państwa ponoszą taką samą odpowiedzialność. W Polsce NIC się nie zmieni, jeśli UKŁAD PO-PiS – będzie miał i utrzymywał monopol władzy.

Proces likwidacji Polski (poprzez bankructwo) – w imię integracji UE, dobiega końca. Wystarczyło zaledwie 25 lat. Ostatnim gwoździem do „trumny Polskiej” będzie Euro. Złotówka jest naszą ostatnią Barykadą, Redutą wolności. Przyszedł już rozkaz Brukseli i MFW – natychmiastowej akceptacji EURO. I nie mamy się chyba co łudzić. Akceptacja Euro będzie wspólną, zgodną akcją „UKŁADU PO-PiS”.(Z poparciem PSL, SLD i RPP – całego sejmu i oczywiście Prezydenta RP). Będzie to ostatni akt UKŁADU PO-PiS – Akt zdrady Narodowej – Ostatni rozbiór Polski, a w rezultacie całkowita utrata Niepodległości Naszego Kraju. Tym razem na ZAWSZE.Całkowitą kontrolę nad RP przejmie UE Niemiec, ze stolicą w Brukseli. Nam Polakom, założą kaganiec i pęta pieniądza.

Układ „PO-PiS” – to przyczółek, część składowa i ambasada międzynarodówki finansowej, Układu NWO – w Polsce.Układ, ma do wykonania określone zadania i konsekwentnie je realizuje od 23 lat. Takie są realia Naszego Kraju – Republiki Okrągłego Stołu.

(…)

]]>
http://fides-et-ratio.pl/index.php/2013/01/ryszard-opara-po-pis-republika-okraglego-stolu/feed/ 57
Mirosław Król: Roman Dmowski i jego przełom polityczny http://fides-et-ratio.pl/index.php/2013/01/miroslaw-krol-roman-dmowski-i-jego-przelom-polityczny/ http://fides-et-ratio.pl/index.php/2013/01/miroslaw-krol-roman-dmowski-i-jego-przelom-polityczny/#comments Tue, 01 Jan 2013 18:48:10 +0000 http://fides-et-ratio.pl/?p=4578 (…)
Zwykły człowiek, a jednak niezwykły

W cztery dni po egzekucji na Romualdzie Trauguttcie przyszedł na świat Roman Dmowski, twórca szkoły polskiej myśli politycznej i przywódca ruchu narodowego. Pokolenie „Niepokornych” musiało odnieść się do wydarzenia, które kończyło się wraz ze śmiercią dyktatora powstania styczniowego. Wielu synów tego pokolenia zerwało z kultem nieprzemyślanych i pozbawionych szans zbrojnych insurekcji, ale nie akceptowało też drogi ugody i rezygnacji z niepodległości, charakterystycznej dla środowisk konserwatywnych. Ruch narodowy, a z nim Dmowski, nie odrzucał drogi walki zbrojnej, ale traktował ją jako jeden ze sposobów zmagań o interesy narodowe.

Roman Dmowski urodził się jako syn kamieniarza na podwarszawskim Kamionku. Słusznie zauważył Ksawery Pruszyński, że Dmowski wniósł w politykę pewne cechy rzemieślnicze. Jego doktryna i metoda polityczna nie była inspirowana etosem szlacheckim, ale było w niej coś z kamieniarskiej roboty, coś z kalkulatora, który przychodzi, planuje, wymierza, nie osądza „na oko” i nie wyczuwa intuicją. „Działalność, która nie przypomina impetu husarii, świetności poloneza, ale rytm powolny młota kującego granit. System pracy nie znający zrywów, ale nie uznający i opadnięć. Człowiek z takiej gliny rządzi się mózgiem nie sercem, intelektem nie intuicją”[1]. Co innego polityka uczuć – mówił Jan Ludwik Popławski, mistrz polityczny Dmowskiego – a co innego liczenie się w polityce z uczuciami, które są siłą realną[2]. Dmowski publikując Myśli nowoczesnego Polaka poszedł niejako pod prąd dotychczasowej tradycji politycznej. Myśli w sposób znaczący wpłynęły na umysłowość kilku pokoleń Polaków.

Święty Tomasz polityki polskiej

Nie zamierzam dowodzić heroiczności cnót męża stanu i polityka wykształconego w epoce pozytywizmu. W kategoriach łaski należy spojrzeć na fakt, iż Dmowski opuścił ziemski padół pojednawszy się z Bogiem. Co więc łączy go ze świętym Tomaszem?

Dmowski wypowiadając na kartach Myśli nowoczesnego Polaka – swoje słynne: „Jestem Polakiem…” dotknął najgłębszych pokładów duszy polskiej. Dotknął podstaw „ISTNIENIA” narodu skazanego na nieistnienie. Pomógł zrozumieć ówczesnemu pokoleniu, że polityka zawsze rozgrywa się wobec podstawowego faktu, jakim jest istnienie rzeczywistości. Ów fakt wymusza na polityku odpowiednie działanie oparte na rozpoznaniu rzeczywistości. Nakazuje również wybór odpowiedniej metody działania. Jego słowa były niczym uderzenie obuchem dla tych, którzy budowali tradycje staropolskiego „jakoś to będzie, gdy szlachta na koń siędzie”. Zacnym patriotom śpiewającym głębokie słowa Warszawianki – „Powstań Polsko, skrusz kajdany, dziś twój triumf albo zgon” – mówił, że obrażają jego najgłębsze uczucia, jego zmysł moralny. Sama myśl o tym, że Polska może skonać jest zbrodnią. Bytu Polski ryzykować nie wolno, ani jednostce, ani żadnej organizacji, ani nawet całemu pokoleniu. „Człowiek, który ryzykuje byt narodu, jest jak gracz, który siada do zielonego stołu z cudzymi pieniędzmi”. Polska należy do całego łańcucha pokoleń tych, którzy byli i przyjdą po nas[3].

Mówił, że trzeba iść z Rosją przeciw Niemcom. Jednak przeciw Rosji skierowany był cały wysiłek zbrojny XIX-wiecznego narodu polskiego, a nawet wcześniejsze zrywy, jak: Konfederacja Barska i Powstanie Kościuszkowskie. Dmowski zwracał się do weteranów powstań, ich synów, którzy na grobach swych ojców przysięgali walczyć z Moskalem. Nic dziwnego, że miał wielu przeciwników. Burzył misternie tkaną od pokoleń ideę powstańczą. Atakowano go za kierunek jego polityki. Kiedyś w środowisku emigracyjnym napadł na Dmowskiego sztokholmski antykwariusz Henryk Bukowski, zarazem weteran powstania styczniowego, wielce zasłużony dla sprawy narodowej człowiek.

– Myśmy inaczej działali w 1863 r. – wołał do Dmowskiego Bukowski – innymi drogami szliśmy do niepodległości!

– Aleście nie doszli – odpowiedział Dmowski – Ten, kto przegrał, nie ma prawa żądać, żeby go naśladowano.

Św. Tomasz z Akwinu pisał niegdyś, że trzeba mieć odwagę, by zmienić to, co zmienić trzeba, trzeba mieć tolerancję, by zaakceptować to, czego zmienić się nie da. Trzeba mieć mądrość, aby ocenić gdzie potrzebna jest odwaga, a gdzie tolerancja.

Roman Dmowski prawdy pod korcem nie chował, często wypowiadał ją ostro i bezlitośnie. Tak pojmował swoją misję: mówić narodowi prawdę, chociażby była trudna i bolesna.

Zwrot Dmowskiego i obozu narodowego w kierunku realizmu politycznego był swoistym przełomem w polityce polskiej. Porównywalnym z tym, jakiego dokonał Akwinata na polu filozofii.

Fenomen metody narodowej

Polska idea narodowa jest bardziej postawą wobec życia i jego problemów, bardziej szkołą politycznego myślenia niż sztywną doktryną społeczno-polityczną, którą można zamknąć w gotowych formułkach. Wymaga ona nieustannego twórczego wysiłku[4]. Wielu, wzorem starożytnych „talmudystów”, chciałoby jednak zamknąć ją w sztywnych formułkach. Przy pierwszym poważniejszym problemie sięgnąć na półkę, gdzie spoczywa Dmowski w skórzanej oprawie, przeczytać odpowiedni fragment, dodając prorocze: „to mówi pan”. Tak jest najprościej, bez nieustannego twórczego wysiłku. Od tego, czy będziesz wierny Dmowskiemu w autorytatywnej interpretacji nieudacznika politycznego, zależy, ile w tobie siedzi Polaka.

Współcześnie wiele środowisk zideologizowało Dmowskiego wbrew samemu Dmowskiemu, który chciał, by polityka narodowa była wolna od ideologii od wszelkich „-izmów”.[5]

A przecież metoda narodowa jest formą gry politycznej prowadzonej w interesie narodu. Naród musi ową grę rozumieć, co najmniej znać jej zasady. Słusznie nazwano ową metodę „harmonią na gruncie zrozumienia” w odróżnieniu od innych metod opartych np. na wierze jakiemuś „indywiduum” albo na skomplikowanej analizie okoliczności politycznych nie dającej się ubrać w żadne zasady.

Harmonia Dmowskiego i ruchu narodowego była dobrze wykalkulowana, dawała pierwszeństwo logice przed uczuciami, choć uczuć nie lekceważyła. Zasady gry znali i dobrze pojmowali współpracownicy Dmowskiego. Mogli je podejmować i kontynuować samodzielnie. Tak postąpił poseł Wiktor Jaroński 8 sierpnia 1914 r. w rosyjskiej Dumie. Pod nieobecność innych posłów Koła Polskiego wygłosił deklarację, w której wypowiedział się w imieniu narodu polskiego, który życzył sobie stać podczas wojny po stronie alianckiej. Nikt nie ośmielił się poddać w wątpliwość deklarację Jarońskiego, było bowiem jasne, iż Koło Polskie stanowi polityczny monolit. Zupełnie inaczej „zrozumienie” wyglądało w obozie socjalistyczno-niepodległościowym. Kiedy powołano tzw. rząd lubelski pod prezesurą Ignacego Daszyńskiego, spotkało się to z dezaprobatą Józefa Piłsudskiego wyrażoną w słynnej wypowiedzi do Rydza-Śmigłego: „Wam kury szczać prowadzać, a nie za politykę się brać!”

Lud w narodzie

Niekwestionowaną zasługą ruchu narodowego jest wprowadzenie ludu polskiego do narodu. Wiązało się to z przekazaniem stanowi włościańskiemu praw politycznych oraz docenieniem jego roli jako podstawowego czynnika stanowiącego o sile narodu. Lud przechował swą własną kulturę i instynktowny patriotyzm. Począł się tworzyć nowoczesny naród polski.

Unarodowienie społeczeństwa polskiego oznaczało, iż sprawa polska stanie się ze sprawy kilkuset tysięcy, sprawą kilkunastu milionów. Ponieważ w polityce liczy się przede wszystkim siła społeczna, tą siłą mógł być tylko świadomy swych celów politycznych naród.

Takie pojmowanie roli ludu polskiego doprowadziło narodowców do demokratyzmu. Te dwie idee – naród i demokratyzm zlały się w jedno, tworząc fundament ruchu narodowo-demokratycznego. Demokracja nie była dla ruchu narodowego wartością samą w sobie, a jedynie środkiem do budowy nowoczesnego narodu, zdolnego wziąć odpowiedzialność za swoją przyszłość.

Obrona czynna

W wieku XIX dominowały dwa poglądy na sprawę polską. Pierwszy głosił obowiązek zbrojnej walki każdego pokolenia Polaków o niepodległość. Drugi zachęcał do odrzucenia metody insurekcyjnej, namawiał do ugody i współpracy z zaborcą, odkładając niepodległość w mglistą przyszłość. Pojawienie się ruchu narodowego oraz działalność Popławskiego, Balickiego i Dmowskiego nadała zupełnie nową treść ówczesnej działalności politycznej. Wraz z nimi pojawiło się pojęcie „obrony czynnej”, sformułowane jeszcze na emigracji przez Zygmunta Miłkowskiego, ale dopracowane i wdrożone w kraju. Zalecała ona nie powstańcze uderzenie w zaborcze instytucje, ale ciągły nań nacisk przez zorganizowany naród. Obrona czynna stała się przede wszystkim budowaniem ruchu społecznego, który organizował i tworzył nowoczesny naród, a następnie uczył go umiejętności codziennego zabiegania o swoje prawa. Inne środowiska polityczne oddziaływały raczej na elity i ośrodki władzy.

Ruch narodowy pod przywództwem Dmowskiego stał się jednym z głównych składników polskiego życia politycznego na przełomie XIX i XX wieku. Zwalczał kastowe myślenie konserwatystów i klasową ideologię socjalizmu. Jedni i drudzy rozbijali wewnętrzną spójność narodową. Jedynym znaczącym sojusznikiem politycznym był dynamicznie rozwijający się ruch ludowy.

(…)

Roman Dmowski rozumował jasno, chłodno i zazwyczaj trafnie. Był przekonujący tak wobec swoich, jak i obcych. Znał języki, czuł się swobodnie na salonach politycznych Europy. Nie miał kompleksów np. polskiego antysemityzmu. Wspomina na kartach Polityki polskiej… obiad w towarzystwie francuskich wojskowych, podczas którego syn Adama, Władysław Mickiewicz uskarżał się na nacjonalizm polski, który urządza pogromy żydowskie. Do rozmowy wtrącił się Dmowski, opowiadając niedawne zdarzenie mające miejsce w jednym z miast polskich. Kilkuset młodych Żydów wychodząc z kinematografu wznosiło okrzyki „Niech żyje Lenin! Precz z Polską!” Tłum rzucił się na nich i padły ofiary. „Co by panowie zrobili – zapytał Francuzów – gdyby pojawiła się na ulicach banda, wołająca „Precz z Francją!”? To samo – odpowiedzieli jednogłośnie obecni.

A co zrobiliby dziś zwolennicy polskiego samookaleczania, pogrążeni w ekspiacji, zanim jeszcze orzeczono ich winę. Ścigający się wzajem w zawodach pod tytułem: Kto mocniej obrazi Polskę.

Dmowski znał i rozumiał mechanizmy polityki międzynarodowej. Tę wiedzę potrafił znakomicie wykorzystać dla dobra Polski. I jak zauważa prof. Tomasz Wituch: u polityka zwanego ojcem nacjonalizmu polskiego manifestowała się w najwyższym stopniu charakterystyczna światowość czy europejskość nieosiągalna w tym stopniu dla innych polskich polityków tej epoki[6].

Przesłanie na dziś

W którym miejscu polskiej sceny politycznej znalazłby się dziś Roman Dmowski? (….)

Kto (…) czytał Dmowskiego i starał się zrozumieć istotę jego przesłania, wie, że program i działanie ruchu narodowego należy pojmować w kategoriach ponadpartyjnych i pozapartyjnych. Dlatego lepiej, gdy mówimy o nurcie lub ruchu narodowym niż konkretnym stronnictwie. Instytucjonalne i organizacyjne formy tego nurtu zmieniały się dość często. To one były dla Polski, a nie Polska dla nich.

Oddajmy na zakończenie głos samemu Dmowskiemu, który (niczym św. Tomasz) jest bardziej wyrazisty w oryginale niż w interpretacji swoich komentatorów. Na kartach Myśli nowoczesnego Polaka znajdujemy takie oto zdanie: „Musimy mieć swoją samoistną politykę narodową, wynikającą z głębokiego odczucia i zrozumienia tego, czym jesteśmy, położenia, w jakim się znaleźliśmy i celów, jakie mamy do osiągnięcia, jeżeli chcemy swą samoistność narodową, swój byt zachować. (…) Niepodległość zdobywa ten naród, który nieustannie buduje ją swą pracą i walką”.

za: http://cywilizacja.ien.pl/?id=72 ( skróty pochodzą od red)

]]>
http://fides-et-ratio.pl/index.php/2013/01/miroslaw-krol-roman-dmowski-i-jego-przelom-polityczny/feed/ 89
Krzysztof Gędłek: Świeże powietrze w zaduchu propagandy http://fides-et-ratio.pl/index.php/2012/12/krzysztof-gedlek-swieze-powietrze-w-zaduchu-propagandy/ http://fides-et-ratio.pl/index.php/2012/12/krzysztof-gedlek-swieze-powietrze-w-zaduchu-propagandy/#comments Fri, 21 Dec 2012 09:04:28 +0000 http://fides-et-ratio.pl/?p=4562 „Nacjonalizmy różnych narodów” to trzeci z kolei tom zbioru tekstów badaczy myśli narodowej wydany pod redakcją prof. Bogumiła Grotta i jego syna dr Olgierda Grotta. Od razu można postawić pytanie, czy jest w ogóle sens by pisać o polskim nacjonalizmie, który wydaje się być dzisiaj archaiczną, „faszystowskopodobną” ideą?

Jeśli spojrzeć na to, jak po macoszemu traktowana jest idea narodowa na gruncie akademickim to prof. Grott wykonuje od wielu lat wielką pracę, by nie tylko przybliżyć ją pasjonatom historii, ale też ukazać jej bliskią relacje z katolicyzmem, którym narodowcy nasiąkali stopniowo w dwudziestoleciu międzywojennym.

Oczywiście przed prof. Grottem, myśl narodową znakomicie opisywał chociażby Roman Wapiński, autor świetnej biografii Dmowskiego, czy dzieła o rysie ideowym Narodowej Demokracji. Grott robi jednak pracę niezwykłą ukazując losy polskiej idei narodowej na styku polityki i religii. Po co jednak zajmować się tym dzisiaj? – zapyta ktoś, kto stwierdzi – i słusznie – że trumna Dmowskiego dawno przestała determinować sposób myślenia niemałej części Polaków.

Problem w tym, że na gruncie politycznym naród wciąż jest największą wspólnotą z jaką silnie identyfikuje się człowiek. Pisma Dmowskiego pozwalają więc zrozumieć rolę tej wspólnoty.

Oczywiście od czasów II RP wiele się zmieniło w sensie społecznym i politycznym. To już nie te czasy, gdy tak żywe były słowa Stanisława Mackiewicza, że państwo potężne to to, które ma słabych sąsiadów. Nie musi nas dzisiaj tak silnie jak wtedy determinować trudne sąsiedztwo Niemiec i Rosji. Inaczej też przebiegają obecnie podziały polityczne w naszym kraju, inne mamy problemy. Mimo to w myśli narodowej nie brak ciekawych, ponadczasowych koncepcji.

„Nacjonalizmy różnych narodów” to książka, która pomaga zrozumieć myśl narodową, ale która tłumaczy także czym ona była w istocie. W dobie, gdy znany celebryta (i podobno erudyta) stwierdza, że w „Myślach nowoczesnego Polaka” Dmowski „analizuje fenomen Hitlera”, a lewicowo – liberalne środowiska gardłują o pełzającym faszyzmie w kręgach dzisiejszych środowisk narodowych, książka Bogumiła i Olgierda Grottów jawi się jak haust świeżego powietrza w dusznej atmosferze ignorancji i lewackiego awanturnictwa.

Nie chodzi o to, że „Nacjonalizmy różnych narodów” mają zachwycać, jak Słowacki gombrowiczowskiego Gałkiewicza. Wystarczy, że stanowią spory dorobek uczciwie przeprowadzonych badań dotyczących zakłamanej i zapomnianej w sporej mierze polskiej myśli narodowej. Lata 30. wcale nie są tam dekadą antysemitów, a Dmowski nie jawi się jako polski Hitler w wersji light.

Co więcej, lektura książki Bogumiła i Olgierda Grottów pozwala zrozumieć też to, że coraz bardziej słyszalny w polskim życiu politycznym głos środowisk narodowych musi być głosem nacjonalizmu chrześcijańskiego. Na inny bowiem nigdy w Polsce nie było miejsca. To ważna refleksja, przed którą warto postawić księży i biskupów, pytając ilu z nich było 11 listopada na Marszu Niepodległości, gdzie kilkadziesiąt tysięcy ludzi, oprócz patriotycznych motywacji, szukało być może swojego pasterza.

Krzysztof Gędłek

Bogumił Grott, Olgierd Grott, Nacjonalizmy różnych narodów, Księgarnia Akademicka, Kraków 2012.

Read more: http://www.pch24.pl/swieze-powietrze-w-zaduchu-propagandy,10571,i.html#ixzz2FfwGmvLW

]]>
http://fides-et-ratio.pl/index.php/2012/12/krzysztof-gedlek-swieze-powietrze-w-zaduchu-propagandy/feed/ 81
Jędrzej Giertych: Polski Oboz Narodowy http://fides-et-ratio.pl/index.php/2012/07/jedrzej-giertych-polski-oboz-narodowy/ http://fides-et-ratio.pl/index.php/2012/07/jedrzej-giertych-polski-oboz-narodowy/#comments Sat, 21 Jul 2012 22:40:53 +0000 http://fides-et-ratio.pl/?p=4115 NARODOWY

Londyn 1977

Nakładem autora. Adres: Ł75 Carlingford Road, Loindyn Nl’5 3ET. Cena 20 pensów brytyjskich lub 40 centów amerykańskich za egzemplarz. Autor b e sprzedaje ilości mniejszych niż5 egzem­plarzy i nie udziela nikomu rabatu księgarski

Broszura niniejsza ma na celu zwię­złe poinformowanie tych Polaków, któ­rym sprawa losu i przyszłości ich oj­czyzny leży na sercu, czym jest czoło­wy i pognębiony dziśobóz polityczny polski, mianowicie obóz narodowy; po­informowanie, jakie sąidee przewodnie, które obóz ten głosi, jakie są jego osią­gnięcia dziejowe i jaka jest droga, wio­dąca ku przyszłości, którą on wskazuje.

 

Ma zarazem na celu wezwanie ko­chających ojczyznę (Polaków, by się wokół tego obozu skupili.

Treść tej broszury podzielona jest na cztery rozdziały.

 

 

 

 

 

Printed in England Printed by Veritas Foundation Press, 4 Pread Mews, London, W.2

 

 

 

I. Osiągnięcie dziejowe obozu narodowego

ODWRÓCENIE STRATEGII

Obóz narodowy jest przede wszyst­kim tym kierunkiem politycznym w Pol­sce, który dokonał przekształcenia po­litycznej strategii polskiego narodu; a w rezultacie doprowadził do odbudo­wania Polski po 123 latach rozbiorów.Przez cały prawie wiek XIX uważano w Polsce że głównym wrogiem Polski jest Rosja i że należy skierować główny wysiłek polskiego narodu na walkę z Rosją (najlepiej metodą walki zbrojnej typu powstańczego), a walka ta ma do­prowadzić do zbudowania niepodległe­go państwa polskiego, wykrojonego z części żem zaboru rosyjskiego; być może ,później także i inne zabory będą się mogły do tej niepodległej, Polski przyłączyć. Także i w wieku XX nie­którzy Polacy myśleli tak samo. Przy­wódcątak pomyślanej polityki był w szczególności Józef Piłsudski.

 

WALKA O POLSKĘ ZJEDNOCZONĄ WALKA IZ NARODEM NIEMIEC­KIM.

 

Obóz narodowy, którego wodzem był Roman Dmowski (1864-1939), doszedł do przekonania, że należy tę strategię odwrócić. Po pierwsze, i głównym, naj­bardziej niebezpiecznym i najtrudniej­szym do pokonania wrogiem Polski jest naród niemiecki i są państwa Niemiec­kie (Prusy, Rzesza Niemiecka, Austria) i należy główny wysiłek walki skierowany przeciwko nim. Po drugie, budo­wanie przeciwko nim z małej części ziem polskich nie pro­wadzi do celu. Jest zresztą w praktyce niewykonalne. Należy przede wszyst­kim dążyć do odbudowania Polski, to znaczy kraju unicestwionego przez roz­biory, kraju obejmującego razem wszy­stkie trzy zabory, sięgającego od gór aż do morza i oddzielającego Niemcy od Rosji. Gdy Polska sianie się na no­wo Polską, to znaczy jednym zjedno­czonym krajem, w sposób nieuniknio­ny ‚stanie się ona także i państwem nie­podległym, albo od razu, albo nieco póź­niej. To znaczy: należy dążyć poprzez zjednoczenie ku niepodległości, a nie przez niepodległość małego państewka ku zjednoczeniu. (Uwaga przy okazji: małych państewek polskich było pod zaborami kilka: Księstwo Warszawskie, Królestwo Kongresowe, Wolne miasto Kraków, ale niepodległość z nich nie wyrosła. Warto także zauważyć,że „niepodległościowcy”, to znaczy zwo­lennicy zbudowania jak najprędzej ma­łego niepodległego polskiego państewka w istocie o zjednoczeniu Polski, a więc o zbudowaniu Polski prawdziwej, zgoła nie myśleli. Nie traktowali oni wszyst­kich ziem polskich na równi: chodziło im o niepodległość Warszawy, może także i Krakowa, ale Poznań, Gniezno, Gdańsk, a także Śląsk, Lwów i Wilno ‚były dla nich mniej ważne).

Owo odwrócenie strategii, a w kon­sekwencji odbudowanie Polski, doko­nało się w następujących etapach.

 

POLITYKA CAŁEGO POLSKIEGO NARODU

 

Przed 19114 rokiem obóz narodowy miał w polskiej opinii publicznej druz­gocącą przewagę, co wyraziło się mię­dzy innymi w wyborach do parlamen­tów państw zaborczych. Przedstawiciel­stwa polskie („Koła” polskie) w rosyj­skiej Dumie (Petersburg) i w niemiec­kim Reichstagu (Berlin) były w ręku obozu narodowego, tylko w Kole Pol­skim w Reichlsracie austriackim (Wie­deń), obóz narodowy był w mniejszo­ści, a władza była w ręku innych pol­skich stronnictw. Ta(k więc obóz naro­dowy poczuwał się do odpowiedzialno­ści za politykę polskiego narodu jako całości i miał prawo ten naród, mając znacznąwiększość w jego politycznym przedstawicielstwie, reprezentować. Ro­man Dmowski, na swym stanowisku prezesa Koła Polskiego w Dumie pe­tersburskiej, przyjął na siebie rolę nie­oficjalnego ministra spraw zagranicz­nych polskiego narodu.

 

O MIEJSCE NARODU POLSKIEGO W OBOZIE ALIANCKIM W ‚NADCHODZĄCEJ WOJNIE

W roku )1907, po zawarciu angielsko- rosyjskiego porozumienia, co uzupełni­ło trójkąt Francja-Anglia-Rosja i ozna­czało zbliżającąsię wojnę światową, Roman Dmowski zarządził, by Koło Polskie w Dumie głosowało za uchwa­leniem ustawy o poborze znacznie zwiększonego kontyngentu rosyjskiego rekruta, co przechyliło szalę wbrew ro­syjskiej lewicy, która głosowała przeciw temu poborowi. Motywem tego osten­tacyjnego aktu było spowodowanie, by Rosja na ubliżającą się wojnę była na- należycie uzbrojona; a zarazem był to akt demonstracji, że w zbliżającej się wojnie naród polski stoi po stronie alianckiej. W tymże czasie Roman Dmowski dał inicjatywę do utworzenia tzw. ruchu neosłowiańskiego, który był wyrazem solidarnego frontu antyniemieckiego Polaków, Czechów, Słowian Południowych i Rosjan.

 

DEKLARACJA JAROŃSKIEGO. „DRUGI GRUNWALD” I BITWA NAD MARNĄ

 

Gdy wojna wybuchła, Koło Polskie w Dumie petersburskiej złożyło w dniu 8 sierpnia !1914 roku deklarację (usta­mi posła Wiktora Jarońskiego),że na­ród polski stoi w tej wojnie po stro­nie alianckiej, że życzy sobie nowego Grunwaldu (to znaczy złamania potęgi niemieckiej) i stawia sobie za bezpośredni cel złączenie wszystkich trzech zaborów w jeden polityczny organizm. Rząd rosyjski odpowiedział na to w 6 dni później, dnia ’14 sierpnia, manifes­tem do Polaków, podpisanym przez ro­syjskiego wodza naczelnego, wielkiego księcia Mikołaja Mikołajewicza (stryja cesarskiego), stwierdzającym, że Rosja dąży do nowego Grunwaldu, oraz że stawia sobie za cel w wojnie zjednocze­nie polskich trzech zaborów w jeden polityczny organizm, politycznie samorządny. Obóz narodowy poparł mobi­lizację rosyjską w zaborze rosyjskim, wskutek czego mobilizacja ta została sprawnie przeprowadzona i Rosja mo­gła przeprowadzić w Prusach Wschod­nich natychmiastową ofensywę przeciw­ko Niemcom, przy pomocy wojsk zło­żonych w znacznej części z polskich re­zerwistów. (Z głębi Rosji nie mogli oni zdążyć).Ofensywa ta zakończyła się klęską rosyjską i Niemcy ironicznie na­zwali -tębi:wę drugą bitwą grunwaldzką (Tannenberg), ale bitwa ta uratowała Francję, gdyżNiemcy przerzucili do Prus Wschodnich 2 korpusy i 1 samo­dzielną dywizję z frontu zachodniego, dzięki czemu Francja mogła wygrać bitwę nad Marną co rozstrzygnęło o dalszym przedbiegu wojny.

 

ANTYAUSTRIACKI BUNT „LEGIONU WSCHODNIEGO”

Równocześnie w Galicji obóz naro­dowy przeciwstawił siępolityce tworze­nia zbrojnych oddziałów polskich (le­gionów), gotowych walczyćpo stronie niemieckiej i doprowadził do antyaust­riackiego buntu w tzw. Legionie Wscho­dnim, czyli w połowie „Legionów”. Le­gion ten został rozwiązany, co było wielką demonstracją politycznej solidarności polskiego narodu i jego proalianckiej postawy.

 

ETAPY WALKI O ZJEDNOCZENIE I NIEPODLEGŁOŚĆ.

 

Gdy w czerwcu roku 19H5 rząd ro­syjski zwołał w Petersburgu polsko-ro­syjską naradę celem ustalenia zasad autonomii przyszłej zjednoczonej Pol­ski pod berłem rosyjskiego cesarza, Dmowski sparaliżował dążenie do po­wzięcia jakichkolwiek wiążących decy­zji, dążył bowiem nie do autonomii pod zwierzchnictwem rosyjskim, lecz do niepodległości. Jesienią 1915 roku wy­jechałdo zachodniej Europy, ustana­wiając tam główne centrum swego po­litycznego działania i w dniu 2 marca 1916 roku złożył noty rządowi rosyj­skiemu ii rządom aliantów zachodnich, w których stwierdził, że w ogólnym interesie obozu alianckiego leży utwo­rzenie Polski całkowicie niepodległej, zjednoczonej z trzech zaborów, Dnia 25 grudnia 1916 roku cesarz rosyjski w manifeście do Armii i Floty zapo­wiedziałpowstanie „wolnej Polski, zło­żonej z wszystkich trzech części dotąd rozdzielonych”; w urzędowym komen­tarzu do tego manifestu oświadczył na­stępnie,że zgadza się, by ta Polska miała „własny ustrój państwowy z wła­snymi izbami ustawodawczymi ‚i wła­sną armią”. Dnia 29 marca 1917 roku rząd Rosji jużrepublikańskiej ogłosił deklarację, stwierdzającą, że Rosja zga­dza się na to, by Polska była „całko­wicie niepodległa” na terytorium „zło­żonym ze wszystkich ziem na których ludność polska stanowi większość” Niektórzy znawcy prawa międzynarodo­wego uważają, że ta deklaracja rosyj­skiego Rządu Tymczasowego była już aktem narodzin Polski niepodległej, oz­naczała bowiem zrzeczenie się przez jedno z państw zaborczych zagarnięte« go przez siebie terytorium, choć dekla­racja ta nie określała granicy polsko- rosyjskiej, a więc nie oznaczała w spo­sób dokładny, których ziem zaboru ro­syjskiego Rosja sięzrzeka.

 

POLSKI RZĄD EMIGRACYJNY

 

Dnia 15 sierpnia 1917 roku utworzo­ny został w Lozannie, w neutralnej

Szwajcarii, pod prezesurą Romana Dmowskiego, Komitet Narodowy Pols­ki, który pomimo swojej skromnej naz­wy był już w istocie rządem emigracyj­nym Polski niepodległej. Komitet ten składał się z przedstawicieli wszystkich trzech zaborów (głównie- członków Kół Polskich w trzech parlamentach państw zaborczych) i mając za sobą upoważ­nienie stronnictw, posiadających wyka­zaną aktami wyborczymi większość w polskim narodzie (nie samej tylko „en­decji”, lecz i niektórych innych, z któ­rych część miała swoich przedstawicie­li w samym Komitecie), był prawowi­tą władząnaczelną w polskim narodzie i jako rząd prawowity miał prawo ocze­kiwać ze strony całego narodu posłu­chu. Dnia 22 sierpnia 1917 roku Ko­mitet ten przeniósłswą siedzibę do je­dnej z głównych stolic alianckich, mia­nowicie do Paryża. Komitet ten został następnie, szeregiem kolejnych aktów, uznany przez poszczególne państwa alianckie (przez Francję już 20 wrześ­nia 1917 roku) jako tymczasowy ośro­dek władzy politycznej polskiej; więk­szość tych aktów uznania miała charak­ter ograniczony co do zakresu prawne­go, ale jedno z państw alianckich, mia­nowicie jeszcze raz Francja, dodatko­wym aktem z dnia 13 listopada 19’18 roku stwierdziło formalnie, że uznaje ten Komitet za polski rząd „de facto”.

 

POLSKA NIEPODLEGŁA I ZJEDNOCZONA JAKO PAŃSTWO ALIANCKIE.

 

Dnia 3 czerwca 1918 roku trzy pań­stwa alianckie, mianowicie Francja, An­glia i Włochy, ogłosiły tzw. „deklarację wersalską”, przez którąuznały, że wa­runkiem przyszłego pokoju musi być „utworzenie Polski zjednoczonej i nie­podległej, z dostępem do morza”. Je­szcze wcześniej, dnia 8 stycznia .1918 r. prezydent Stanów Zjednoczonych Wil­son wygłosił przemówienie, formułujące zasady przyszłego pokoju, w którym w określeniach z prawnego punktu wi­dzenia nieco powściągliwszych wymie­nił Polskę, obejmującą wszystkie ziemie „zamieszkałe przez bezspornie polską ludność” i z dostępem „wolnym- i bez­piecznym” (a więc niekoniecznie terytorialnym) do morza jako jedną z tych zasad.

Aktami z sierpnia 1918 roku (Fran­cja), ’15 października 1918 roku (An­glia), października 1918 roku (Włochy) i (1 listopada 1918 roku (Stany Zjedno­czone), mocarstwa alianckie uznały ar­mię polską, podlegającą władzy Pol­skiego Komitetu Narodowego za armię suwerenną, sprzymierzoną i współwalczącą, co było już aktem uznania nie­podległości Polski, oraz uznania jej za państwo alianckie, będące w stanie wojny z Niemcami i z Austrią. W dniu 4 października 1918 r. Polski Komitet Narodowy mianował generała Józefa Hallera wodzem naczelnym armii pol­skiej, walczącej z Niemcami.

 

POKÓJ WERSALSKI.

 

Po zakończeniu wojny, Polska, repre­zentowana przez Komitet Narodowy w Paryżu, została dopuszczona do u- działu w konferencji pokojowej w roli państwa, należącego do zwycięskiej koalicji. Konferencja paryska nie była kongresem pokoju, w którym uczestni­czyłyby na równych prawach obie stro­ny dotąd ze sobą walczące (tak jak to miało miejsce np. na kongresie wiedeń­skim 11815 r.). Była ona tylko kon­ferencją państw zwycięskich. Warunki pokoju opracowane zostały w rokowa­niach, w których uczestniczyły tylko tę państwa. Głównym negocjatorem pol­skim i wybitnymi uczestnikiem tych ro­kowań był Roman Dmowski. Opraco­wany tekst Traktatu został następnie doręczony rządowi ‚niemieckiemu. (Rząd niemiecki zaproponował do tego tekstu kilka zasadniczych poprawek, niekorzystnych dla Polski i poprawki te zostały do tekstu wprowadzone przed podpisaniem traktatu). Traktat wersal­ski między Niemcami a państwami koa­licji podpisany został dnia 28 czerwca 1919 roku; w imieniu Polski podpisali go Roman Dmowski i Ignacy Padere­wski. Traktat ten zwrócił Polsce zabór pruski i utworzyłWolne Miasto Gdańsk. Konferencja wersalska miała także decydujący głos w sprawie zwró­cenia Polsce zaboru austriackiego, oraz uważała się za kompetentną do roz­strzygnięcia także i sprawy wschodniej

 

granicy Polski, toteż traktat ryski z ro­ku 1921, który ustanowił .granicę pol­sko-rosyjską,oraz uchwały sejmu wileń­skiego i sejmu warszawskiego z roku 1922 o przyłączeniu Wileńszczyzny do Polski nabrały ostatecznej mocy praw­nej dopiero w roku 1923 z chwilą uzna­nia ich przez mocarstwa zachodnie.

Traktat wersalski był wielkim, histo­rycznym zwycięstwem Polski. Nie tyl­ko zwrócił nam zabór pruski, ale w sposób dla nas korzystny urządziłEu­ropę. Jego kamieniem węgielnym było zwrócenie Polsce Pomorza. Polska prawdziwie niepodległa nie może ist­nieć bez dostępu do morza; bez do­stępu do Bałtyku państwo polskie mo­że być i tylko fikcją. W XV-tym wieku, by odzyskaćPomorze od Krzyżaków* Polska musiała najpierw pobić ich pod Grunwaldem (1410), a potem walczyć z nimi przez trzynaście lat w wojnie 1454-1466 roku. W Wersalu odzyskała Pomorze drogą zwycięstwa dyplomaty­cznego.

Traktat wersalski był w dziele budo­wania niepodległości Polski osiągnięciem głównym i zasadniczą podstawą.

 

ZWYCIĘSTWO DYPLOMATYCZNE.

 

Nie trzeba zapominać, że nowy po­rządek po wielkich wojnach ustalany jest przez decyzje zwycięzców, lub kon­ferencje pokojowe. Tak jak porządek europejski po epoce napoleońskiej usta­lony został przez kongres wiedeński 18115 roku, a porządek światowy po drugiej wojnie światowej przez konfe­rencje w Jałcie i w Poczdamie w 1945 roku, tak porządek po pierwszej woj­nie światowej ustalony został przez konferencję wersalską 1918/1919 roku. Odbudowanie w owych czasach Polski całkowicie niepodległej, obejmującej trzy zabory, sięgającej od gór aż do morza i od Odry (pod Raciborzem) do Dźwiny (pod Dzisną) i Zbrucza było przede wszystkim polskim zwycięstwem dyplomatycznym. Zwycięstwo było niemal wyłącznym dziełem obozu na­rodowego i osobiście: Romana Dmo­wskiego; obozy, które zwalczały poli­tykę Dmowskiego, a więc grupa Piłsu­dskiego (obóz tzw. „niepodległościowy”, którego dążenia ograniczały się tylko

do niepodległości, ale bez zjednoczenia i który chciał faktycznej, lub tylko no­minalnej niepodległości małego (państe­wka, wykrojonego z części zaboru ro­syjskiego), „stańczycy” krakowscy (zwolennicy programu „Wielkiej Gali­cji”, to znaczy przyłączenia części Kró­lestwa Kongresowego do Galicji i za­mienienia tej ostatniej w trzeci człon imperium Habsburgów obok Austrii i Węgier) i grupa tzw. Rady Regencyjnej (ściśle współpracująca z Niemcami i zmierzająca do zbudowania państewka wokółWarszawy, znajdującego się pod niemieckim protektoratem) nie tylko akcji Dmowskiego nie dopomagały, ale przeszkadzały jej i gwałtownie ją zwal­czały.

(Zwolennicy polityki Piłsudskiego twierdzą, że niemiecko-austriacki akt 5 listopada 1916 roku o utworzeniu pol­skiego państewka, wykrojonego z czą­stki zaboru rosyjskiego, był ważnym etapem na drodze do wyzwolenia Pol­ski, gdyż stanowił posunięcie w „licy­tacji” mocarstw w sprawie polskiej. Pił­sudski przyjął ten niemiecki „dar” wstę­pując do mianowanej przez Niemców i Austrię Tymczasowe} Rady Stanu. W istocie, „licytacje” takie »nie mają żad­nego znaczenia. Przykładem tego co są warte twory polityczne, organizowane przez państwo przegrywające wojnę, jest niepodległa Słowacja i niepodległa Chorwacja w drogiej wojnie światowej i Ukraina Naddnieprzańska i Zachodnia w pierwszej).

 

STWORZENIE I WYZYSKANIE KONIUNKTURY.

 

Trzeba pamiętać, że tego rodzaju zwycięstwo dyplomatyczne nie mogło być tylko owocem szczęśliwej politycz­nej koniunktury (jak to niektórzy Po­lacy dzisiaj twierdzą). Po pierwsze, ko­niunkturę, jeśli się pojawi, trzeba umieć wyzyskać. Po wtóre, koniunktury nie zjawiają się same: trzeba dopomóc do ich stworzenia. Gdyby błędy politycz­ne, popełnione przez niektóre grupy po­lityczne w okresie pierwszej wojny świa­towej znalazły były większe poparcie szerokich kół polskiego narodu, ko­niunktura do odbudowania Polski zgo­ła by się w latach 1918 i 19119 nie by­ła pojawiła, albo pojawiwszy się, była­by się ‚rozchwiała.

 

ROLA UCHWAŁ PARLAMENTAR­NYCH.

 

Ważnymi aktami, które dopomogły Dmowskiemu w jego polityce, były uchwały Kół polskich w parlamencie au­striackim i niemieckim. Dnia 28 maja 1917 Koło Polskie parlamentu austria­ckiego powzięło uchwałę, opracowaną przez narodowca, profesora Głąbińskie-go, a postawioną jako wniosek przez ludowca Tetmajera, popierającą polity­kęDmowskiego, a mianowicie głoszą­cą postulat „niezależnego państwa pol­skiego, złożonego ze wszystkich pol­skich ziem z dostępem do morza”. W parlamencie niemieckim jawne wystą­pienie z tak wyraźnie antyniemieckimi postulatami stało się możliwe dopiero w październiku 1918 roku: 5 paździer­nika, na więcej niżmiesiąc przed nie­miecką kapitulacją w wojnie, prezes Koła Polskiego, narodowiec Władysław Seyda, oświadczył z trybuny niemiec­kiego parlamentu o „dążeniu narodu polskiego do zjednoczenia wszystkich ziem polskich we własnym państwie”, oraz o ‚tym, że to państwo ma mieć „własne wybrzeże morskie”. Dnia 25 października, na 17 dni przed niemiec­kąkapitulacją, narodowiec (w latach późniejszych członek stronnictwa chrześcijańskiej; demokracji), poseł Wojciech Korfanty, wyliczył z tejże trybuny terytoria pod panowaniem nie­mieckim, których zwrotu Polska się do­maga.

 

STRONA WOJSKOWA.

 

Oczywiście, .akcja dyplomatyczna miała także i swoją stronęwojskową.

W roku 1914 Dmowski dążył do zor­ganizowania odrębnych polskich for­macji wojskowych w ramach armii ro­syjskiej w sile 200 do 300 tysięcyżoł­nierza, napotkało to jednak na sprze­ciw rządu rosyjskiego. Owocem tych wysiłków była mała tzw. Legia Puław­ska, utworzona 18 października 19114 roku, która 13 października 19(15 roku

przekształciła się w Brygadę Strzelców Polskich, a 21 lutego 19ll7 r., jeszcze pod rządami carskimi, w Dyw. Strzel­ców Polskich, która już po wybuchu rosyjskiej rewolucji zamieniła się w wy­śmienity I Korpus Polski na Białorusi, liczący 23.661 żołnierza i dowodzony przez gen. Dowbór-Muśnickiego, bę­dący w istocie całkowicie niezależnym wojskiem polskim. (Niektóre jego puł­ki, odtworzone w Polsce niepodległej, wśród nich słynny, I Krechowiecki Pułk Ułanów, należały do najlepszych for­macji armii polskiej). Obóz narodowy dążył w roku 1917 do stworzenia w Rosji armii polskiej, w sile 700 lub 800 żołnierza, co było zupełnie wykonalne, gdyż I było w Rosji około miliona Po­laków, żołnierzy w armii rosyjskiej, oraz jeńców z armii austriackiej i nie­mieckiej i tylko nieduża ich część za­rażona była nastrojami rewolucyjnymi. Ale aby to zrobić w warunkach rewo­lucyjnych trzeba było wielkiej solidar­ności wszystkich Polaków. Przeszkodzi­ła temu akcja obozu piłsudczyków, kie­rowana (na rozkaz otrzymany z kraju drogą przez Sztokholm) przez Franci­szka Skąpskiego, komendanta Polskiej Organizacji Wojskowej na Rosję, który sprzeciwił się tworzeniu wojska polskie­go po stronie alianckiej. Udało się w Rosji utworzyć tylko stosunkowo nie­duże polskie oddziały wojskowe, któ­re lakiem 1918 roku liczyły w sumie 34.821 żołnierza. Znaczna ich część zo­stała zniszczona przez Niemców, lub skapitulowała przed nimi. Jesienią 191>8 roku istniały w Rosji już tylko dwie polskie dywizje (jedna na Syberii, dru­ga na Kaukazie) i jeden mniejszy od­dział (na Murmanie), które wszystkie wchodziły już w skład Armii Polskiej pod władzą Komitetu Narodowego w Paryżu.

 

ARMIA POLSKA WE FRANCJI.

 

Znacznie większe rezultaty dało or­ganizowanie Armii Polskiej we Francji,

pod bezpośrednim nadzorem Dmow­skiego. Utworzona tam armia polska osiągnęła w zimie z 1-18 na 1919 i  roku siłę z górą 90 000 żołnierza w składzie świetnie wyposażonych dywizji, która w tym składzie i liczebności powróciła wiosną 1919 roku pod dowództwem pierwszego wodza naczelnego niepod­ległej Polski, generała Józefa Hallera do kraju i odegrała potem dużą rolę w doprowadzeniu do zwycięskiego końca toczonych przez Polskę wojen z Ukra­ińcami i z Rosją. Armia ta biła się z Niemcami na zachodnim froncie w ro­ku 1918, ale tworzona była przede wszystkim z myślą o udziale w wiel­kiej, alianckiej ofensywie przeciwko Niemcom, która była planowana na rok 19119, oraz o wkroczeniu do Pol­ski celem obsadzania jej po usunięciu Niemców. (Przeszkodziła takiemu prze­biegowi wypadków kapitulacja niemiec­ka, dokonana już w listopadzie 1918 roku: Niemcy zdali sobie sprawę, że wojny nie wygrają i postanowili unik­nąć pełnej klęski przez przerwanie dzia­łań wojennych w! chwili, gdy są jeszcze dosyć silni. Dzidki temu uniknęli oku­powania przez aliantów swojego tery­torium i utrzymali się w roli niezależ­nej, znacznej siły także i w okresie ro­kowańpokojowych i potem). Trzeba pamiętać, że w czasie pierwszej wojny światowej I kraj tak potężny jak Stany Zjednoczone przysłał do Francji 34 dywizje wojska (co przechyliło szalę zma­gania wojennego), a więc tylko pięć i pół raza więcej niż liczyła Armia Pol­ska w tymże czasie na tymże samym tylko zachodnim froncie, nie licząc swoich części składowych w Rosji. Tak więc polska armia, utworzona przez Polski Komitet Narodowy w Paryżu, by­ła całkiem poważną armiąaliancką i odgrywała swoją rolę w kalkulacjach sztabów obozu alianckiego.

 

PORÓWNANIE.

 

Warto przy okazji zrobić następują­ce porównanie: Legiony (Piłsudskiego, utworzone w roku 1914 po stronie au­striackiej, liczyły w kulminacyjnym momencie swego liczebnego rozwoju w roku 19(15 22 000 żołnierza. „Armia Polska”, utworzona przez Niemców w Warszawie, nad którą z woli Niemców Piłsudski objął dnia 11 listopada 1918 r. władzę jako „wódz naczelny” (konku­rencyjny wobec mianowanego 4 paź­dziernika 19)18 roku w Paryżu Hallera), liczyła dnia 11 listopada 1918 roku 9 373 żołnierza.

ORGANIZOWANIE WOJSKA W KRAJU

 

Obóz narodowy brał potem znaczny udział także i w organizowaniu wojska polskiego w kraju. W dniu 11 listopa­da 1918 roku, gdy Piłsudski obejmował dowództwo nad „armią”Rady Regen­cyjnej, liczącą nieco ponad 9000 żoł­nierza, istniało już w Krakowie i w za­sięgu krakowskiego lokalnego rządu (Komisja Likwidacyjna b. Galicji, póź­niej Komisja Rządząca, w której głos decydujący mieli solidarni ze sobą na­rodowcy i ludowcy), polskie wojsko, złożone po części z byłych oddziałów austriackich, a po części z zaimprowi­zowanych oddziałów ochotniczych, li­czące 8520 żołnierza. W oblężonym Lwowie, dowodzonym przez narodo­wca, Czesława Mączyńskiego, ‚biło się 4956 zaimprowizowanego żołnierza. W byłej „okupacji austriackiej” w południowym Królestwie, przejętej z rąk au­striackich przez tymczasową admini­strację, na której czele stał narodowiec Juliusz Zdanowski, było 11 500 żołnierza eks austriackiego lub ochotniczego. (Administracja ta została wkrótce po­tem obalona przez zwrócony przeciw­ko niej lubelski zamach stanu socjali­stów i piłsudczyków pod dowództwem pułkownika Rydza-Śmigłego, (który podporządkował to terytorium władzy Piłsudskiego). Największym osiągnę- ciem wojskowym w kraju było utwo­rzenie armii wielkopolskiej, proporcjo­nalnie największej ze wszystkich sił wojskowych polskich, choć wystawio­nej przez jedno tylko województwo, a zarazem-najlepszej. Utworzona ona by­ła w ogniu walki powstania wielkopol­skiego, zwróconego przeciwko Niem­com (które wybuchło 28 grudnia 191’8 r.), podlegała władzy rządu dziel­nicowego w Poznaniu (Naczelna Rada Ludowa) składającego się niemal wyłącz­nie z narodowców, początkowo niczym nie związanego z ośrodkiem władzy Piłsudskiego w Warszawie i uznającego Komitet Narodowy w Paryżu, a dowo­dzona była i organizowana przez gene­rała Józefa Dowbor-Muśnickiego, by­łego dowódcę I korpusu wojsk polskich w Rosji. Liczyła ona jako armia po­lowa 25 792 żołnierza w końcu stycz­nia ‚l 919 r., a 93 686 żołnierza dnia 1 września 1919 roku. Armia ta wysłała od początku silne kontyngenty do wal­ki z Ukraińcami pod Lwów, a potem brała wybitny udział w polskiej wojnę z Rosją. Ponadto, Wielkopolska wy­stawiła milicje lokalne w sile 120 000 ludzi do obrony w pierwszym rzucie na wypadek nowej inwazji niemieckiej. (Tak więc razem wystawi1 a z górą 200 000 żołnierza).

 

BUDOWANIE PAŃSTWA

 

Samo zbudowanie państwa, to zna­czy objęcie władzy z rąk wycofujących sięzaborców i zorganizowanie aparatu państwowego, było rzecz prosta wspól­nym dziełem całego narodu i owocem zbiorowego wysiłku. W wysiłku tym bez wszelkiej wątpliwości narodowcy odegrali rolę czołową, choć nikt nie przeczy, że także i przedstawiciele in­nych obozów politycznych, także i przeciwnicy obozu narodowego, mieli w tym swój znaczny udział.

Należy jednak rozróżnić między stworzeniem ram dla zbudowania pań­stwa przez zwycięstwo dyplomatyczne, a samym faksem zbudowania tego pań­stwa. Każde państewko afrykańskie, z chwilą, gdy wycofanie się mocarstw ko­lonialnych to umożliwiło, potrafi zor­ganizowaćsobie jakiś rząd, jakieś woj­sko, jakąś policję, jakąś dyplomację i jakiśaparat administracyjny. Nie jest niczym podziwu godnym, że potrafili to w latach 1918/119 także i Polacy. Istotnym osiągnięciem po il23 latach niewoli, było zwycięstwo dyplomatycz­ne, którego poprzednie pokolenia osią­gnąć nie potrafiły. Było ono dziełem Dmowskiego i jego politycznej strategii.

 

ETAPY BUDOWANIA PAŃSTWA

 

Warto przy okazji przypomnieć daty poszczególnych etapów budowania pol­skiej państwowości. Pierwsza uwolniła się Galicja Zachodnia wraz z Krako­wem: 30 października 19(18 roku. Po­tem okupacja austriacka w Królestwie (Lubelskie i Kieleckie), 31 października, oraz Cieszyńskie (tego samego dnia). Potem Lwów: 2 listopada. Potem War­szawa i północne Królestwo’ 11 listo-

pada. -Potem Poznańskie (poczynając od 28 grudnia). Potem Wilno: 3’1 gru­dnia, Morego wolność trwała jednak tylko 5 dni, gdyż została obalona przez najazd sowiecki. Pomorze, oraz niektórej skrawki Poznańskiego odzyskane zostały dopiero w wyniku traktatu Wersalskie­go, to samo dotyczy Górnego Śląska. Galicja Wschodnia oraz Ziemie Wscho­dnie zaboru rosyjskiego odzyskane zo­stały w ogniu walki ‚zbrojnej, przy czym w walce tej na ziemiach kresowych zaboru rosyjskiego, ale nie w Galicji, dużą rolę odegrał Piłsudski. Nie chciał on jednak przyłączenia tych z em, ani Galicji Wschodniej do Polski i zamie­rzał oddać te ziemie (nawet: Lwów i Wilno), Ukrainie, Litwie i Białorusi. Przyłączenie tych ziem do Polski było zwycięstwem „inkorporacyjnego” pro­gramu Dmowskiego. (Dmowski chciałustalenia granicy wzdłuż tzw. „linii Dmowskiego”, obejmującej także Ka­mieniec Podolski, Mińsk, Bobrujsk i Dyneburg, ile nie zdołał tego wszyst­kiego osiągnąć. Miasta te były już w posiadaniu Polski, ale Piłsudski jeszcze przed wyprawą kijowską samowolnie podarował Kamieniec Ukrainie, a Dy­neburg Łotwie, Mińsk zaś i Bobrujsk utracone były w wyniku wyprawy ki­jowskiej w kompromisowym pokoju ryskim).

 

GŁÓWNA PRZESZKODA

 

Główną przeszkodą na drodze do zbudowania prawdziwej, niepodległej, zjednoczonej Polski z dostępem do morza była polityka Piłsudskiego. Nie chciał on przyłączenia do Polski ani Pomorza, ani Śląska, ani Lwowa i Wil­na, ani nawet Poznania.

 

PIŁSUDSKI W 1914 ROKU W SŁU­ŻBIE STRATEGII NIEMIECKIEJ

 

W roku 1914 usiłował on wszcząć polskie powstanie w zaborze rosyjskim (w Kieleckiem), zwrócone przeciwko Rosji, a gdy po 10 dniach usiłowańprzekonał się, że tego powstania wy­wołać nie zdoła, gdyż ogół narodu opo­wiada się po stronie antyniemieckiej, zamienił swoje oddziały w legion po­siłkowy w ramach armii austriackiej i złożył przysięgę na wierność cesarzowi austriackiemu, przyjmując iż rąk au­striackich nominację na brygadiera (ge­nerała brygady). Zarówno owo nieuda­ne powstanie w Kieleckiem, jak utwo­rzenie owego legionu przygotował on przed wojną kilkuletnią, tajną współ­pracą ze sztabem austriackim. Było od kilkudziesięciu lat uzgodnionym pla­nem Niemiec i Austrii wywołać w ra­zie wojny polskie powstanie przeciw­ko Rosji, po to, by sparaliżowaćRo­sję (albo przeciągnąć ją na swoją stro­nę) i dzięki temu móc bez przeszkód rozbić osamotnioną Francję i wygrać wojnę. Inicjatorami tego planu ‚byli nie­miecki kanclerz Bismarck i niemiecki szef sztabu marszałek WaJldersee. Pił­sudski, poprzednio organizator socjali­stycznego, rewolucyjnego ruchu podziemnego, zwróconego przeciwko Ro­sji, był w istocie wykonawcą tego nie­mieckiego planu. Gdyby się /Piłsudskie­mu jego zamiary były udały, nie byłoby o niepodległej Polsce mowy, a na­ród polski zostałby przez Niemców zmiażdżony.

Piłsudski ściśle współpracował i z Au­strią i z Niemcami także i w latach 1915-11917, a gdy przekonał się, że utra­cił w narodzie polskim jakiekolwiek resztki popularności, sam poprosił wła­dze niemieckie, by go aresztowały, chciał bowiem tę popularność odzy­skać. Niemcy internowali go na z górą rok w twierdzy w Magdeburgu.

 

PLANY NIEMIECKIE W LISTOPA­DZIE 1918 ROKU

 

Gdy Niemcy zdali sobie z tego spra­wę, że nie są w stanie wygrać wojny, zdecydowali się zakończyć tę wojnę dostatecznie wczesnąkapitulacją, w ta­ki sposób, by ponieść skutki klęski tyl­ko na zachodzie (utracić Alzację-Lotaryngię, utracić kolonie, utracić flotę), ale utrzymać.się w roli zwycięzcy we wschodniej Europie. Gotowi byli do­prowadzić do utworzenia małego pol­skiego państewka, wykrojonego z czę­ści zaboru rosyjskiego, a obok tego i inne państewka w swoim politycznym zasięgu (Litwę,Kurlandię, Ukrainę), ale chcieli nie dopuście do tego, by po­

wstała Polska naprawdę silna i zjedno­czona, a już w szczególności nie chcie­li dopuścićdo tego, by odzyskała ona zabór pruski (może poza drobnymi je­go skrawkami). W ‚tym celu chcieli przekreślić rolę Polski jako państwa wchodzącego w skład koalicji i obalić Komitet Narodowy w Paryżu, oraz chcieli przeforsować tezę, że Polska jest krajem „neutralnym”, a więc nie będącym w wojnie z nimi.

Posłużyli się w tej polityce Piłsudskim.

 

UKŁAD KESSLER-PIŁSUDSKI I JEGO SKUTKI

 

Rokowania z Piłsudskim przeprowa­dził w imieniu rządu niemieckiego nie­miecki dyplomata, hrabia Harry Kes­sler. Odwiedził on ‚Piłsudskiego w twier­dzy magdeburskiej i zawarł z nim układ, ustny, ale potwierdzony przez Piłsudskiego słowem honoru, wedle którego rząd niemiecki dostarczy (Pił­sudskiego do Warszawy i umożliwi mu tam objęcie władzy i stworzenie ośrod­ka rządowego, a Piłsudski zapewni na­danie Polsce cechy państwa neutralne­go, czyli nie należącego do koalicji państw zwycięskich, oraz dopilnowanie, by Polska nie żądała „ani cala” zaboru pruskiego, z tym jednak zastrzeżeniem, że (będzie miała prawo przyjąć jakieś części tego zaboru, o ile ofiarowane jej zostanąbez żądania z jej strony, „jako prezent”. W myśl ‚tej umowy Niemcy przywieźli następnie Piłsudskie­go pociągiem specjalnym do Warszawy i mianowana przez nich tzw. Rada Re­gencyjna mianowała go w dniu 11 lis­topada wodzem naczelnym zorganizo­wanej przez Niemców mikroskopijnej polskiej armii, właśnie przez tychże Niemców pod zwierzchnictwo Rady Regencyjnej przekazanej, a w następ­nych dniach (14 listopada) mianowała go Naczelnikiem Państwa z władzą dyk­tatorską i sama się rozwiązała. Opera­cja została przeprowadzona tak zgrabnie, że wielu Polakom się wydawało iż nastąpiła w Warszawie antyniemiecka rewolucja, pod wodzą socjalisty­cznego przywódcy, otoczonego aureolą męczeństwa doznanego jako więzień magdeburski z rąk niemieckich, podczas gdy w istocie wykonany został tylko program polityki niemieckiej zbudowa­nia maleńkiej Polski, „neutralnej”, nie żądającej zaboru pruskiego. Piłsudski jako Naczelnik Państwa natychmiast nawiązał stosunki dyplomatyczne z Niemcami, manifestując (tym, że Polska nie jest z nimi w wojnie. Posłem niemieckim w Warszawie został ten sam hrabia Kessler, który poprzednio zawarł z Piłsudskim tajną umowę z ramienia rządu niemieckiego. Piłsudski wysłał także swojądelegację do Paryża, któ­ra miała za zadanie ponad igłową Ko­mitetu Narodowego nawiązać stosunki z państwami koalicji w imieniu Polski jako państwa neutralnego, ale to się Piłsudskiemu nie udało, gdyż alianci uznawali Komitet Narodowy. Wkrótce jednak Piłsudski doznał poparcia ze strony Anglii: po kapitulacji niemiec­kiej (rozejmie z 11 listopada 1918 ro­ku), Anglia przestała uważać Niemcy za swojego głównego wroga, a w kon­sekwencji zaczęła sięnieprzyjaźnie od­nosić do Polski. Powodem tego było, że obawiała się ona wyrośnięcia Francji do roli wielkiej potęgi, a wobec tego wolała, by Niemcy nie uległy zbyt wiel­kiemu osłabieniu. Polska była przeciw­niczką Niemiec, Anglia zaczęła więc pragnąć, by Polska była jak najsłabsza i wobec tego zaczęła popierać Piłsuds­kiego i jego ośrodek polityczny i trak­tować oba rządy polskie: niezależny paryski i powołany do życia przez Niemców warszawski na równej stopie. Za narzędzie intrygi angielskiej dał się użyć zasłużony, ale naiwny i ambitny artysta i polityk, członek Komitetu Na­rodowego w Paryżu, Ignacy Paderew­ski, -który z inicjatywy brytyjskiej udał się do Polski i udzielił poparcia Pił­sudskiemu.

 

KOMPROMIS DMOWSKI – PIŁSUDSKI

Dmowski uważał, że dopuszczenie do Wielkiej rozgrywki czy walki wewnętrz­nej może doprowadzić Polskę do klę­ski dyplomatycznej i wobec tego zde­cydował się uznać władzę Piłsudskiego w Warszawie, pod warunkiem, że Pol­ska utrzyma się w roli państwa alian­ckiego i będzie uczestniczyć w konferencji pokojowej, żądając zaboru prus­kiego. Sprawy ułożyły się na zasadzie kompromisu, którego mocą Piłsudski rządził w Warszawie i w całej Polsce, a Dmowski prowadził wedle własnej koncepcji rokowania w Paryżu i wal­czył o traktat wersalski.

 

SEJM USTAWODAWCZY

 

W rozpisanych przez Piłsudskiego wyborach sejmowych w Polsce zwycię­żył obóz narodowy, ale to już nie zmieniło sytuacji Piłsudski utrzymałsię w podwójnej roli Naczelnika Pań­stwa i wodza naczelnego i niedopu­ścił do utworzenia rządu, wyłonionego p-rzez narodową większość sejmową.

 

RZĄDY PARLAMENTARNE I ZAMACH MAJOWY

 

Dopiero po zakończeniu wojny i uchwaleniu konstytucji Piłsudski odsunię­ty został od swojej quasi-dyktatorskiej władzy w wyniku nowych wyborów sejmowych. W nowym jednak sejmie „języczkiem u wagi” stały się mniejszo­ści narodowe (Niemcy, Żydzi, Ukraiń­cy i nacjonaliści białoruscy), które po­pierały lewicę i stojącego za nią Pił­sudskiego. Gdy jednak w maju 1926 ro­ku obóz narodowy zawarł porozumie­nie ze stronnictwem ludowców (stano­wym ruchem chłopskim, na którego czele stał zasłużony chłopski polityk Wincenty Witos), co stworzyło silną, czysto (polską i patriotyczną większość sejmową i pozwoliło na mianowanie przez prezydenta Wojciechowskiego rządu narodowo – ludowego z Wito­sem jako premierem, Piłsudski odpo­wiedział na to zbrojnym rokoszem nie­których oddziałów wojskowych, oraz socjalistycznych związków zawodowych robotniczych. Po trzydniowej wojnie domowej, w której poległo wiele setek Polaków, zarówno żołnierzy, jak ludno­ści cywilnej, prezydent Rzeczypospoli­tej i rząd, dowiedziawszy się o tym, że i Niemcy i Rosja «gromadzą wojska na granicach Polski i w sposób oczywisty chcą do Polski wkroczyć, doszli do wniosku, że trzeba wojnę domowąprzerwać ii, podali się do dymisji, odda­jąc władzę w ręce Piłsudskiego.

 

RZĄDY POMAJOWE

 

Od owej chwili przez następnych lat il 3 Polska rządzona ‚była po dyktator- sku przez Piłsudskiego, a po jego śmier­ci (1935) przez klikę jego stronników.

Rokosz Piłsudskiego doszedł do skut­ku dzięki zakulisowemu poparciu Wiel­kiej Brytanii , został przez tę ostatniązainicjowany i sfinansowany.

Do roku 1926 pomimo roli jaką Pił­sudski w Polsce odgrywałobowiązywa­ła w polityce polskiej w liniach ogól­nych strategia polityczna narodowa (Dmowskiego), to znaczy uznawanie Niemiec za najniebezpieczniejszego wroga Polski, walka z komunizmem, walka z separatyzmem ukraińskim i li­tewskim, oraz dążenie do rozsądnego rozgraniczenia terytorialnego z Rosją. Ale pod rządami nieograniczonej dyk­tatury Piłsudskiego po roku 1926, stra­tegia polityczna Polski uległa zmianie. Zaczęto odtąd uważać Rosję (każdą, nie tylko sowiecką),za głównego wro­ga Polski i dążyć do przyjaźni z Niem­cami!. Popierana tępolitykę Anglia, któ­ra w owych czasach dążyła do zrewi­dowania traktatu wersalskiego.

 

OBALENIE SYSTEMU WERSALSKIEGO I KATASTROFA WRZEŚNIOWA

 

W rezultacie, już pod kierownictwem politycznym ministra Becka, ucznia Piłsudskiego, Polska poszła w roku 1938 z Hitlerem przeciwko, Czechosłowacji, przykładając ręki do jej zniszczenia, a tym samym do zapoczątkowania oba­lenia systemu wersalskiego. (Miało to miejsce już od wiosny, a nie tylko po akcie monachijskim).

Owocem strategii politycznej Piłsuds­kiego i Becka była samotna kampania wrześniowa i nowy rozbiór Polski w 1939 roku. Wojna z Niemcami groziła Polsce jako coś co prędzej lub później będzie musiało przyjść, już od dnia pod­pisania traktatu wersalskiego, ale Pił­sudski i Beck pragnęli kompromisu i przyjaźni z Niemcami, oraz pragnęli rozbioru Czechosłowacji, rozbioru Ro­sji i utworzenia niepodległej Ukrainy. W roku 1938, gdy Niemcy (zaatakowali Czechosłowację,Polska powinna była stanąć od pierwszej minuty po stronie Czechosłowacji. Wojna ‚byłaby wtedy wybuchła o ro.k wcześniej, a Polska, Czechosłowacja, Jugosławia i Rumuna byłyby się biły razem i stawiany razem przez nie opór mógł być skuteczny. Ale polityka Becka skazała Czechosło­wację na zagładę, popchnęła Jugosławię i Rumunię ku neutralności, zniechęciła do Polski Francję (która w rezultacie nie przyszła Polsce w 1939 roku ze skuteczną pomocą) i stworzyła taką sy­tuację polityczną, że Niemcy mogły się sprzymierzyć z Rosją. Rezultatem tego było osamotnienie Polski i polska sa­motna wojna na dwa fronty. W doda­tku, rządy Piłsudskiego i jego następ­ców, które były bardzo złymi rządami, wyniszczyły Polskę gospodarczo i nie przygotowały ‚jej wojskowo. Polska miała w roku (1939 o wiele mniej sa­molotów niż w roku 1926, była źle uz­brojona, pozbawiona planów strategi­cznych wojny z Niemcami i miała na stanowiskach dowódczych ludzi niekompetentnych, a często niesumien­nych. Rezultatem była druzgocąca klę­ska. I to pomimo że polski żołnierz, za­równo jak oficer liniowy bił się bardzo dobrze.

 

PROPAGANDA PRZEINACZAJĄCA PRAWDĘ

 

W latach powojennych prowadzona jest na emigracji (a także i w kraju, np., przez zachodnie stacje radiowe, a trochę i przez tolerowane przez cenzu­rę wydawnictwa w kraju drukowane) propaganda, usiłująca przekonać polski naród, że system Piłsudskiego’ („sanacyj­ny”) był systemem dobrym, że Piłsuds­ki i członkowie jego kliki (Beck, Rydz- Śmigły, Mościcki, Sławoj-Skladkowski, Kasprzycki i inni) byli ludźmi zasłużo­nymi i umiejętnymi sternikami polskiej nawy państwowej i propaganda ta spra­wiła iż wielu Polaków zaczęło w to wszystko wierzyć. Siłą tej propagandy jest poparcie, jakim się dawny obóz Piłsudskiego cieszy w świecie: ma on po swojej ,skronie wpływy niemieckie, oraz poparcie Anglii, wpływowych kół amerykańskich i światowej potęgi ży­dowskiej. ‚Ma on także jeden bardzo

ważny atut: środki finansowe i władzę w różnych polskich instytucjach. Obóz sanacyjny sprawował do roku 1939 w Polsce władzę, a polskie wojsko i apa­rat polskiej dyplomacji były w znacz­nym stopniu w ręku ludzi tego obozu do roku ,1945. Toteż także i w okresie powojennym mógł on położyć rękę na tworzonych przez wojsko i dyplomację polskich placówkach, drukarniach, re­dakcjach gazet, instytucjach, zarządach stowarzyszeń, zachowanych fundu­szach. Korzystał także i korzysta z poparcia rządów państw anglosaskich (np. jego aparatów radiowych).

DWA POGLĄDY NA POLSKĄ POLITYKĘ

 

A jednak zasadnicze różnice w po­glądzie na strategiępolityczną każą także i dzisiaj rolę tego obozu oceniać ujemnie. Obóz ten jest pod względem światopoglądowym podszyty pojęciami socjalistycznymi i doktrynąMarksa, ale zarazem uważa, że głównym wro­giem Polski jest Rosja. Otóż obóz na­rodowy jest niezachwianie wrogi ko­munizmowi!!, socjalizmowi i filozofii marksowskiej, ale uważa, że z narodem rosyjskim jako takim, naród polski po­winien dążyć do zgody. (Oczywiście, obóz narodowy nigdy nie zapomni o Lwowie i Wilnie. Ale myśli o tych /mia­stach i dzielnicach ze względu ma Pol­skę, a nie ze względu na sprzyjanie dą­żeniom Litwinów i Ukraińców).

Obóz byłych piłsudczyków chanie zrobiłby znów jakieśpowstanie prze­ciwko Rosji Obóz narodowy jest temu jak najbardziej stanowczo przeciwny, uważając, że tylko Niemcy odmyliby z tego korzyść.

Obóz piłsudczyków szuka przyjaźni z Niemcami i trzyma sięklamki ame­rykańskiej i angielskiej. Obóz narodo­wy nadal uważa Niemcy na dalszą,a może :i na dość bliską metę, za groź­nego wroga Polski, z którym rzeczy­wista przyjaźń jest niemożliwa, oraz nie ma zbyt wielkiego zaufania także i do polityki amerykańskiej -i angielskiej.

 

 

II. Ideologia obozu narodowego

 

IDEOLOGIA SŁUŻBY BOGU I OJCZYŹNIE

 

Obóz narodowy to jest nie tylko strategia polityczna i koncepcja polity­ki zagranicznej, ale to jest także i ide­ologia.

Jest to przede wszystkim idea naro­dowa. Przedmiotem troski tego obozu nie jest interes tej czy innej klasy spo­łecznej, nie jest także zaspokojenie po­trzeb poszczególnej jednostki, nie są wreszcie cele międzynarodowe, ale jest) dobro narodu. Można by polską ideę narodową — to znaczy ideologię „en­decji”— nazwać nacjonalizmem, gdy­by nie to, że słowo to nabrało w dzisiejszych czasach nieco innego znacze­nia.

Ale dobro narodu nie jest w poję­ciu polskiego obozu narodowego do­brem najwyższym. Dobrem najwyższym jest Bóg. Dobro narodu, tak samo’, jak dobro poszczególnej rodziny, podpo­rządkowane być musi prawu moralne­mu. Ideologia obozu narodowego to jest ideologia Boga i ojczyzny.

 

ODWIECZNE POLSKIE TRADYCJE

 

W pewnym sensie, polska idea naro­dowa jest dalszym ciągiem tysiącletniej tradycji polskiego narodu, której zna­mieniem był d uch katolickiej} prawo – wierności. Obóz narodowy czuje się duchem związany z obronąCzęstocho­wy, z Sobieskim pod Chocimiem i Wie­dniem, z tradycjami Bolesława Chro­brego, z Łokietkiem, z królową Jadwi­gą, także z Janem Długoszem, kardy­nałem Hozjuszem, Piotrem Skargą, Pa­włem Włodkowicem, kardynałem Ole­śnickim, Spytkiem z Melszityna. Nato­miast przeciwstawia się ideologii talk zwanego „odrodzenia stanisławowskie­go” i powstań XIX stulecia..

 

PRZECIWKO„FILOZOFII” XVIII WIEKU, LIBERALIZMOWI, MASONERII I MARKSIZMOWI

 

W erze, gdy Polska żyła wciąż je­szcze wspomnieniami „filozofii” osiem­nastego wieku i rewolucji francuskiej, narodziny obozu narodowego były na­wrotem do o wiele dawniejszych pol­skich tradycji. Ale zarazem były one także reakcją i aktem odruchowego o- poru przeciwko modnym wówczas prądom ekonomicznego liberalizmu, katolickiego modernizmu, a zwłaszcza: socjalizmu. Obóz narodowy był zawsze i w sposób niezachwiany przeciwnikiem doktryny Marksa we wszystkich jej odmianach.

Dzisiaj, polska „endecja” jest wyrazicielką ducha tradycjonalizmu, wier­ności ideałom chrześcijańskim i naro­dowym. Jest ona, oczywiście, przeciw­niczką komunizmu; komunizmu zaró­wno sowieckiego, jak i maoistowskiego, trockistowskiego czy titowskiego. Ale jest także przeciwniczką wszystkich od­mian socjaldemokracji (takich jak pol­ska P.P.S.) oraz socjalizmu narodowe­go (a więc faszyzmu i hitleryzmu). Jest przeciwniczkąprądów międzyna­rodowych, liberalizmu kapitalistyczne­go, masonerii i światowej polityki ży­dowskiej.

 

IDEOLOGIA NARODOWA, I NIE KLASOWA

 

Należy tu przy okazji sprostować jedno fałszywe (wyobrażenie o polskim obozie narodowym szerzone przez ko­munistów i innych uczniów Marksa. Głosiciele teorii, że przebieg -wydarzeń historycznych, a więc i tok życia po­litycznego jest tylko przejawem zmaga­nia się ze sobą interesów materialnych, twierdzą w konsekwencji, że każde stronnictwo polityczne jest wyrazicie­lem interesów jakiejś klasy ‚społecznej i wobec tego starają się także i obóz narodowy do jakiejś jednej tylko, okre­ślonej klasy społecznej przypisać. Ko­muniści i socjaliści — to są rzekomo partie robotnicze. Ludowcy —to par­tia chłopska. Konserwatyści — to ary­stokracja i ziemiaństwo. Ale czymże jest „endecja”? Endecja to jest najwidoczniej mieszczaństwo.

Oczywiście, to nieprawda że np. ko­muniści to jest parcia robotnicza. Te wszystkie Marksy, Leniny, Staliny, Troccy, Róże Luksemburg, Unszlichty, Dzierżyńscy itd. to nie byli żadni ro­botnicy, ale kawiarniana, inteligencka i półinteligencka cyganeria. A dzisiej­sze Breżniewy i Gierki to są technokra­ci i biurokraci. Chyba jedni tylko lu­dowcy byli w Polsce naprawdę stron­nictwem Masowym.

Ale obóz narodowy nie jest i nigdy nie był stronnictwem klasowym; faktycznie, ani z zasady. Jego celem i ideałem było dobro narodu jako cało­ści, a nie jednej tylko jakiejś jego czę­ści. Jego główną siłę liczebną stanowi­ły zawsze wielkie masy patriotycznych polskich chłopów, ale należało do jego szeregów także i bardzo wielu robotni­ków fabrycznych, bardzo wielu mie­szczan, bardzo widie inteligencji, bar­dzo wielu księży, trochęziemiaństwa i kilku wybitnych przedstawicieli arysto­kracji (wśród nich hr. Maurycy Za­moyski, książę Czartoryski, książę Czetwertyński).

Nazwa „endecji” (narodowej demokracji) wzięła się stąd,że obóz naro­dowy wystąpił najpierw do walki z kie­runkiem konserwatywnym, w którego szeregach (przeważali przedstawiciele ziemiaństwa i arystokracji, a więc za­znaczył się jako ruch zarazem narodo­wy i demokratyczny.

 

III. Historia obozu narodowego

 

NARODZINY OBOZU NARODOWEGO: „GŁOS” I J.L. POPŁAWSKI

 

Należy ‚tu podać ‚trochę informacji o historii obozu narodowego.

Za datę narodzin tego obozu można przyjąć rok 1886, gdy założone zosta­ło w Warszawie czasopismo „Głos”, wyrażające nowe idee, nazwane później .„endeckimi”, Istotnym twórcą obozu narodowego i jego ideologii był (głę­boki myśliciel i pisarz polityczny, Jan Ludwik Popławski (1854-/1908). Młod­szy od niego o 10 lat Roman Dmo­wski (1864-1939), późniejszy wódz obo­zu narodowego, tak samo jak i on myśliciel /i pisarz, ale zarazem także działacz praktyczny, dyplomata i mąż stanu, był w istocie jego uczniem. Po­pławski pierwszy wystąpił z tezą, że głównym wrogiem Polski są Niemcy, a więc walczyć należy w pierwszym rzędzie z Niemcami, a dopiero na drugim planie z Rosją, oraz że zabór pruski, a zwłaszcza Pomorze, wraz z Gdańskiem, stanowią najważniejsze zie­mie jakie są Polsce do odbudowania bytu państwowego potrzebne; także, że ważne są dla Polski nie tylko Po­znań i Gdański, lecz również Opole i Królewiec. Sformułowałon ideę naro­dową, zwalczał socjalizm i prądy mię­dzynarodowe i klasowe. Krytykował strategię i ideologię antyrosyjskich po­wstań. Głosił pogląd, że tir zęba trakto­wać sprawę polską jako całość i wal­czyć o wszystkie placówki życia pol­skiego, we wszystkich dzielnicach pol­skich bez wyjątku. Już wkrótce zacząłna łamach „Głosu” pisywać także i Roman Dmowski.

 

LIGA POLSKA I LIGA NARODOWA, ROMAN DMOWSKI

 

Z założeniem „Głosu” niemal się zbiegło w czasie założenie tajnej or­ganizacji patriotycznej, działającej we wszystkich trzech (zaborach, noszącej nazwę „Liga Polska”, w roku 1887. Inicjatywa do założenia tej organizacji wyszła z ‚kółpolskiej emigracji na za­chodzie; jej głównym założycielem i głową stał się pułkownik Zygmunt Miłkowski (zarazem wybitny powieściopisarz, pisujący pod pseudonimem Teo­dora Tomasza Jeża), mieszkający w Szwajcarii. Szeregi tej organizacji w kraju zapełniły się przede wszystkim zwolennikami Popławskiego i Dmow­skiego i czytelnikami„Głosu” i to dla nich organizacja ta stała się narzędziem zorganizowanego, pol tycznego działa­nia, zwróconego równocześnie przeciw­ko wszystkim1trzem państwom zabor­czym. W ciągu sześciu lat a doszli oni do wniosku, ze kierownictwo emigracyjne im nie odpowiada i że różnią się od tego ‚kierownictwa w politycznych poglądach. Roman Dmowski, w imieniu kadr krajowych, zażądał od władz emigracyjnych organizacji jej zupełnego zreorganizowania, a gdy żądane to pozostało ‚bez odpowiedzi, zarządził w roku 1893 rozwiązanie „Ligi Polskiej” i założył na jej miejsce nową organi­zację pod nazwą, „Liga Narodowa”, do której przystąpił także i Zygmunt Miłkowski.

Liga Narodowa stała się następnie wielką, ogólnopolską (trójzaborową), tajnąorganizacją polityczną, która przez z górą dwadzieścia lat kierowała politykąpolskiego narodu w trzech zaborach, a w okresie pierwszej wojny światowej i w pierwszych latach po niej kierowała polityką wojenną pol­skiego narodu .i pracąnad odzyskaniem zjednoczenia i niepodległości. To ona przeprowadzała, wybory polskich po­słów do parlamentów państw zabor­czych, a zwłaszcza do Dumy rosyjskiej i Reichstagu niemieckiego- organizo­wała walkę z rosyjskim uciskiem unitów na Chełmszczyźnie i Podlasiu, a w szczególności tajne, masowe misje dla unitów po lasach, oraz pielgrzymki u- nitów do Papieża do Rzymu; zainau­gurowała ruch narodowy na ‚Górnym Śląsku, przeciwstawiając się ugodowej polityce współpracy z niemieckim, ka­tolickim stronnictwem „Centrum”, wy­suwając w osobach Wojciecha Korfan­tego i towarzyszy, narodowych kandy­datów na posłów do Reichstagu i poli­tycznie przyłączając Górny Śląsk (dziel­nicę, która nie by a w istocie częścią „zaboru pruskiego”, gdyż w chwili roz­biorów do Polski nie należała) do Poz­nańskiego, Pomorza i Warmii; prze­ciwstawiła sięseparatyzmowi ukraiń­skiemu we Wschodniej Galicji i litewskiemu na Litwie i zorganizowała wal­kę narodową polskiego narodu w tych dzielnicach. (To nie oznaczało jednak zwalczania odrębności etnicznej Rusi­nów i Litwinów: Dmowski w ro­ku 1895 ogłosił artykuł, w któ­rym stwierdził, że język litewski jest jednym z polskich języków narodo­wych i należy go bron ć na równi z ję­zykiem polskim przed prześladowaniem przez rząd rosyjski).

Liga Narodowa wydawała we Lwowie i Krakowie, gdzie warunki polityczne były w owym czasie swobodniejsze, kilka wpływowych czasopism, wśród nich miesięcznik polityczny „Przegląd Wszechpolski”, oraz popularniejszy ‚ty­godnik Polak”, czytany zwłaszcza przez chłopów. Czasopisma te. były w dużych nakładach przemycane także i do zaboru rosyjskiego (gdzie były za­kazane) i szeroko kolportowane przy pomocy rozgałęzione], tajnej sieci or­ganizacyjnej.

 

„ENDECJA”

 

W roku 1896 Liga Narodowa zało­żyła w Galicji (pod zaborem austria­ckim) jawne Stronnictwo Demokratyczno-Narodowe, które mogło brać u- dział w akcji wyborczej bez narażenia się ze strony zaborcy na zarzut pro­wadzenia działalności wywrotowej. To samo zostało następnie zrobione w obu pozostałych zaborach.

(Od owego czasu przyjął się w Pol­sce zwyczaj nazywania narodowców „endekami”: N.D. czyli Narodowa De­mokracja. »Nazwa ta zdobyła sobie w języku polskim prawo obywatelstwa w podobny sposób, jak nazwa „torysów” w Anglii, „faszystów” we Włoszech, „jakobinów” we Francji oraz „kade­tów” i „bolszewików” w Rosji. Nie ma powodu, by, tej nazwy unikać).

Ważnym wydarzeniem w życiu obo­zu narodowego było ukazanie się w ro­ku 1903 książki Dmowskiego „Myśli nowoczeisneg’0 Polaka”, w której sformułowana została ideologia narodowa i zasady polskiego działania na ówcze­sne warunki. Do drugiego wydania tej książki Dmowski napisał przedmowę, w której wypowiedziałprzekonanie, że zbliżają się dla Polski czasy burzliwe, gdy nie będzie chodzićani o cierpliwe znoszenie obcego ucisku, ani o drobiną poprawę losu w rodzaju uzyskania autonomii, ale o osiągnięcie wielkich narodowych celów, a więc trzeba na­ród do wielkich zadań przeorganizować i stworzyć „rząd w narodzie”.

 

PODRÓŻ DMOWSKIEGO DO JAPONII

 

Wśród ważniejszych etapów działal­ności politycznej obozu narodowego we wczesnym okresie wymienić należy podróż Dmowskiego do Japonii w ro­ku >1904 w czasie wojny rosyjsko-japoń­skiej. Dmowski pojechał tam, by prze­konać Japończyków, że nie powinni dążyć do wywołania polskiego powstania przecinko Rosji, osłabiliby tym bo­wiem doszczętnie naród polski, a ni­czego większej miary by nie osiągnęli, zaś osłabienie narodu polskiego w ich interesie nie leży. Dmowski przekonałJapończyków, ale nie zdołał przekonać Piłsudskiego, który wkrótce po Dmo­wskim także tam: przyjechał i usiłował namówić Japończyków właśnie do te­go by dopomogli do wywołania w Polsce antyrosyjskiego, polskiego powstania. Słynna, wielogodzinna rozmowa Dmowskiego z Piłsudskim w Tokio sta­nowiła skonfrontowanie dwóch strate­gii politycznego działania w Polsce, a zarazem najbliższe zetknięcie się ze so­bą dwóch ludzi, z których jeden dążył do zbudowania Polski zjednoczonej i naprawdę niepodległej, a drugi do ta­kiej, choćby najmniejszej Polski, w któ­rej i mógłby — choćby przy pomocy ob­cych — sprawować dyktatorskąwładzę.

 

PRZECIWKO REWOLUCJI

 

Innym ważnym etapem w historii obozu narodowego był rok rewolucji rosyjskiej 1905-ty, gdy Piłsudski równo­legle do rosyjskiego ruchu rewolucyj­nego zorganizował w Królestwie zbroj­ną ruchawkę, zwracając się i zarówno przeciwko władzom rosyjskim, jak prze­ciwko polskim „burżujom” i szlachcie, rabując kasy zarówno rządowe jak pry­watne i zabijając zarówno rosyjskich policjantów, jak polskich ziemian, in­teligentów i działaczy narodowych (tak­że i narodowców-robotników). Obóz narodowy odpowiedział na to zbrojną samoobroną, staczając szereg utarczek z bojówkami socjalistycznymi’ i odno­sząc w tej maleńkiej, podziemnej woj­nie domowej zwycięstwo.

 

POLSKA W PIERWSZEJ WOJNIE ŚWIATOWEJ

 

W roku 1907/ Dmowski napisał i wy­dał książkę p.t. „Niemcy, Rosja i kwe­stia polska”, w której! dał do zrozumie­nia miedzy wierszami, że zbliża się wielka wojna i że w wojnie tej naród polski stać będzie po stronie alianckiej. Przenikliwa analiza stanu Rosji i Nie­miec, beznadziejnej słabości rosyjskiej, oraz: niemieckiej potęgi zawarta w tej książce, nie utraciła i dzisiaj wartości, jako dokument historii początków XX stulecia w Europie. Dmowski wydał tę książkęzarówno po polsku, jak w przekładach francuskim i rosyjskim, była ona jakby polską notą dyploma­tyczną, zwróconą do państw rodzącej się koalicji i zgłaszającąpolski udział w tej koalicji

(Warto zauważyć przy okazji, że wy­nika jasno z tej książki, iż Dmowski nie uważałRosji za niezwalczoną po­tęgę, o którą trzeba się oprzeć, ale przeciwnie, uważałją za państwo sła­be, którego opór przeciwko polskiej niepodległości nie będzie stanowił po­ważnej przeszkody. W istocie, w książ­ce tej przewidział upadek carskiej Ro­sji, choć tego wyraźnie nie napisał. Na­tomiast piłsudczycy uważali Rosję za najgroźniejszą potęgę).

O polityce Dmowskiego poczynając od 1907 roku i o odbudowaniu niepo­dległego i zjednoczonego państwa pol­skiego pisałem już w pierwszym roz­dziale. Ograniczam się tu do zwróce­nia uwagi na wielkie dzieło polskiej li­teratury politycznej, jedno z czołowych dzieł tej literatury na przestrzeni wie­ków, jakim jest ogłoszone w 1925roku sprawozdanie Dmowskiego o przepro­wadzonej przez niego akcji i o przeło­mowym okresie polskiej historii, pt.„Polityka polska i odbudowanie pań­stwa”,

(Z innych prac, oświetlających histo­rię obozu narodowego zarówno w o- kresie wcześniejszym, jak w czasach pierwszej wojny światowej i potem, zwracam uwagę na książki następują­ce: Stanisław Kozicki „Historia Ligi Narodowej”; Marian Kułakowski „Ro­man Dmowski w świetle listów i wspo­mnień”, Marian ,Seyda „Polska na prze­łomie dziejów”, Walter Recke „Die pol­nische Frageals Problem der euro­päischen Politik”, oraz moje: „Rola dziejowa Dmowskiego”, „Tragizm lo­sów Polski” i szereg rozpraw, ogłoszo­nych w roiku 1970/711 w pierwszym to­mie „Komunikatów Towarzystwa imie­nia Romana Dmowskiego”).

 

WOJNA POLSKO-BOLSZEWICKA I BITWA WARSZAWSKA

 

W latach wojny polsko-rosyjskiej 19,19/20 roku formalne dowództwo wojskowe należało do Piłsudskiego, ale najlepsze

 

OBÓZ NARODOWY ODSUNIĘTY OD WŁADZY

 

W latach aż po roik 1926 obóz na­rodowy, mimo że był największym’ u- grupowaniem w sejmie, a w okresie początkowym miał w nim nawet zna­czną większość absolutną,nie sprawo­wał w Police władzy. Dmowski, mimo że był przywódcą największego w Pol­sce stronnictwa, nie był ani przez jeden dzień premierem. (Był tylko, w 1923 roku, przez siedem tygodni ministrem

spraw zagranicznych). Rządziły Polską albo „gabinety zaufania marszałka Pił­sudskiego”, albo teżgabinety „koali­cyjne”, wyłom one wspólnie przez stron­nictwa zarówno prawicy, jak lewacy. Obóz narodowy stalle uczestniczył w tych rządach, sprawując urzędy, wyma­gające systematycznej, konstruktywnej pracy (np. skarbu, oświecenia, przemy­słu i handlu, rolnictwa, kolei, poczt i telegrafu, robót publicznych, sprawie­dliwości), ale nie mając wpływu na sprawowane rzeczywistej władzy. Obóz narodowy miał duży udział w dwóch rządach, obu pod premierostwem Win­centego Witosa, wyłonionych przez po­rozumienie narodowo-ludowe, z których jeden (w foku 1923) istniał sześć miesięcy i został obalony przez zbrojną rebelięsocjalistyczno-piłsudczykowską w Krakowie i serię zamachów bombowych, co spowodowało rozłam w Stronnictwie Ludowym i utratę przez rząd większości w sejmie; oraz drugi (w roku 1926), który istniał tylko 5 dni i został obalony przez zamach majowy.

 

ZABÓJSTWO PREZYDENTA NARUTOWICZA

 

Należy tu objaśnić sprawę zabójstwa Prezydenta Gabriela Narutowicza, czę­sto wysuwaną,jako ciężkie oskarżenie przeciwko obozowi narodowemu.

W drugim sejmie, obranym w roku 1922, obóz narodowy był najliczniej­szym stronnictwem, ale nie miał abso­lutnej większości. (Miał absolutną wię­kszość,i to znaczną, wśród posłów-Po- laków, ale blisko situ posłów to byli na­cjonaliści niemieccy, żydowscy, ukraiń­scy i białoruscy). Sejm dzielił się na cztery nierówne części*, narodowców (prawicę), ludowców Witosa (centrum), opierającą Piłsudskiego lewicę i mniej­szości narodowe. W wyborach na Pre­zydenta, Rzeczypospolitej kandydat prawicy, Maurycy hr. Zamoyski, b. wi­ceprezes Komitetu Narodowego w Pa­ryżu i ambasador tamże, uzyskał wię­kszość głosów polskich, ale nie został wybrany, gdyż ludowcy, nie chcąc głosować na wybitnego polskiego obszar­nika, rzucili swoje głosy na kandydata lewicy i mniejszości narodowych, Narutowicza, który tym sposobem został wybrany. Dodatkowymi okolicznościa­mi, które sprawia y, że wybór ten wpra­wił w osłupienie narodowo usposobio­ną opinię publiczną, było to, ze był to człowiek niewierzący, uchodzący za masona, i w dodatku rodzony brat Sta­nisława Narutowicza, członka kowień­skiej „Taryby”, a więc jednego z przy­wódców litewskiego separatyzmu. Obóz narodowy zajął publiczne stanowisko, że Kandydat, przeciwko któremu głoso­wała większość Polaków i którego wy­bór doszedł do skutku tylko dlatego, że głosowali na niego Niemcy i Żydzi, powinien wyboru nie przyjąć; zorgani­zowane przez obóz narodowy manife­stacje uliczne wzywały go do abdykacji. Gdy jednak Narutowicz wybór przyjął i złożył,jako Prezydent Rzeczypospolitej przysięgę, obóz narodowy uznał, że fakt/ sięstał i że jest to prawowity pre­zydent. Przedstawiciel sejmowego zgru­powania narodowego, profesor Stani­sław Gląbiński, złożył mu wizytę, jako prezydentowi, zapewniając go o goto­wości do lojalnej Współpracy.

W tydzień później jednak, na wysta­wie obrazów w Warszawie, artysta ma­larz Eligiusz Niewiadomski, zastrzeli prezydenta Narutowicza wystrzałem z rewolweru. (Sam się natychmiast oddał w ręce policji i został następnie skaza­ny wyrokiem sądowym na śmierć i roz­strzelamy). Był on znany jako sympatyk obozu narodowego i motywował swój czyn argumentami, będący, mi powtó­rzeń em narodowych hasełsprzed tygo­dnia, gdy wzywano Narutowicza do nieprzyjęcia wyboru. Powszechnie przy­jdą oceną było, że to obóz narodowy ponosi pośrednią winę za tę śmierć i obóz narodowy, mimo że czynu tego nie spowodował i nie pragnął, od pe­wnego rodzaju moralnej odpowiedzial­ności za ten czyn się nie uważał za możliwe uchylać.

Okazuje się jednak, że sprawa nie przedstawiała się talk prosto. Niewia­domski, człowiek niezrównoważony, był nie tylko sympatykiem obozu narodo­wego, ale i byłym urzędnikiem oddzia­łu II Sztabu Generalnego i był podatny na podszepty też i z tamtej strony. Jest, dziś wiadome, że w kolach oficerskich, piłsudczykowskich w Sztabie wiedziano na kilka godzin przed zamachem, że Narutowicz będzie zabity. Jest także wiadome — dzięki licznym relacjom pamiętnikarskim i także dzięki opraco­waniu historyka-piłsudczyka, Wł. Pobóg-Malinowskiego, — że piłsudczycy i socjaliści szykowali na ten dzieńzamach stanu, objęcie dyktatury przez Piłsuds­kiego i rzeź polityków narodowych. Zostało wreszcie ujawnione, że wybór Narutowicza był zdecydowanie niewy­godny także i dla Piłsudskiego. Wnio­sek, jaki się z tego wszystkiego nasuwa, brzmi, że to nie, kto inny, tylko Pił­sudski, brutalny i pozbawiony skrupu­łów rewolucjonista i kandydat na dy­ktatora chciał sprzątnąć Narutowicza, ale wolałdokonać tego przez spowodo­wanie podburzenia do tego czynu czło­wieka, którego wina obciąży obóz na­rodowy, co będzie zarazem dobrym pre­tekstem do zrobienia dyktowanego rze­komym oburzeniem zamachu stanu. (Zanalizowałem całą tę sprawę w oso­bnej’ rozprawie w „Komunikatach To­warzystwa im. R. Dmowskiego”, tom I, 1970/7,1).

 

OBÓZ WIELKIEJ POLSKI

 

Gdy Piłsudski w maju 1926 roku ob­jął drogą zamachu stanu i krótkiej woj­ny domowej władzę dyktatorską, Ro­man Dmowski powołał w grudniu te­goż roku do życia Obóz Wielkiej Pol­ski, organizację, przystosowaną do wal­ki opozycyjnej pod rządami dyktator­skimi. Organizacja ta została w roku 1933 przez Piłsudskiego rozwiązana, a wielu jej członków przeszło przez za­łożony przez Piłsudskiego obóz kon­centracyjny w Ber ozie Kartuskiej. Sej­my okresu dyktatury lat 1926-1939 obierane były w wyborach, które nie by­ły wolne; obóz narodowy był w nich w (mniejszości, lub bojkotował je i był w nich nieobecny, Ale wybory samorzą­dowe (do rad miejskich i wiejskich) wykazywały stale, że obóz ten miał za sobą większość polskiej opinii publi­cznej.

 

KRYZYS DZIEJOWY 1938 ROKU

 

W roku 1938 obóz narodowy stał sympatiami po stronie likwidowanej przez Hitlera, Anglików i Becka Czechosłowacji, ale nie zdołał polityki Becka sparaliżować.Natomiast bez wszelkiej wątpliwości był głównym opra­wcą zwrotu w polskiej opinii publicz­nej — także i w części obozu piłsudczyków, a między innym w korpusie oficerskim — przeciwko Niemcom już po upadku Czechosłowacji, zwrotu, który zmusił Becka i sanacyjny rząd do zaniechania współdziałania z Niemcami i do stawienia Niemcom w 1939 ‚roku zbrojnego oporu.

 

DRUGA WOJNA ŚWIATOWA

 

W czasie wojny, obóz narodowy był więcej niż jakikolwiek inny obóz poli­tyczny w Polsce prześladowany zarów­no przez Niemców, jak przez Sowiety. Cala elita polityczna tego obozu zosta­ła przez te dwa państwa wymordowana.

Między innymi, rozstrzelany został przez Niemców przedwojenny, do wio­sny /1939 roku prezes Stronnictwa Na­rodowego, Kazimierz Kowalski.

Obóz narodowy zorganizował w cza­sie wojny dwie tajne organizacje woj­skowe „NarodowąOrganizację Wojsko­wą” i „Narodowe Siły Zbrojne”, które obie weszły potem w skład Armii Kra­jowej. Liczyły one więcej żołnierzy niż reszta Armii Krajowej razem.

Po wojnie, wielu narodowców w Pol­sce spędziło długie lata w więzieniach komunistycznych, a niektórzy zostali pomordowani lub porozstrzeliwani. Wszelka działalność narodowa w kraju została uniemożliwiona.

 

NA EMIGRACJI

 

Natomiast na emigracji obóz narodo­wy wytworzył żywotne ośrodki polity­cznego i kulturalnego (naukowego, wy­dawniczego’ itd.) działania. Są one zwal­czane, bojkotowane i przemilczane przez emigracyjne „siły ustanowione”, popierane przez mocarstwa zachodnie i temu w znacznym stopniu zawdzię­czające swą pozycjęi siłę.

W chwili obecnej,, obóz narodowy wydaje na emigracji dwa przede wszy­stkim pisma, mianowicie dwutygodnik „Myśl Polska”, organ urzędowy Stron­nictwa Narodowego, w Londynie, oraz wydawnictwo seryjne, ukazujące się w nieregularnych odstępach czasu, ale zwykle po kilka razy do roku, „Opo­ka”, także w Londynie, wydawane przez autora niniejszej broszury.

 

„GAZETA WARSZAWSKA”

 

Na szczególną uwagę zasługuje wy­dawnictwo „Gazety Warszawskiej”.

Pismo to było przed pierwszą wojną światową, oraz w okresie międzywojen­nym naczelnym organem Stronnictwa Narodowego, względnie Ligi Narodo­wej, Stronnictwa Demokratyczno-Na­rodowego, Obozu Wielkiej Polski itd., tradycje jego są jednak starsze.

Założone ono zostało w roku 1774» a więc w dwa lata po pierwszym rozbiorze Polski i w rok po kasacie zako­nu jezuitów przez dotychczasowego członka zakonu jezuitów, ks. Stefana Łuskinę. Pod redakcją tegożwychodzi­ło ono przez lat .19 w końcowym okresie Polski (przedrozbiorowej pod rzą­dami Stanisława Augusta. Zostało zam­knięte przez Targowicę, odrodziło się w czasie powstania Kościuszki i potem wychodziło, z bardzo krótkimi przer­wami’, powodowanymi przez represje władz zaborczych, do roku 1909 jako własność trzech pokoleń rodziny Lesznowskich, której najstarszy członek, Antoni (1769-.1820) objął „Gazetę War­szawską” po śmierciŁuskiny. Ostatni Lesznowski, Stanisław (1848-11909) prze­kazałpismo Lidze Narodowej. Pismo wychodziło następnie jako organ obozu narodowego (przez czas krótki nawet pod osobistą redakcją Romana Dmo­wskiego) pod własnąnazwą do roku 1935, a pod zmienioną nazwą,jako „Warszawski Dziennik Narodowy”, po zamknięciu .„Gazety Warszawskiej” przez rząd sanacyjny, do wkroczenia Niemców do ‚Warszawy we wrześniu 1939 roku. Zarówno w wieku XIX jak XX pismo to było jednym z czołowych pism codziennych polskich, odgrywając czołową rolę zarówno w polskim ży­ciu kulturalnym jak politycznym.

Pismo to poprzedziło swoim powstaniem o więcej niż sto lat oficjalną datę narodzin obozu narodowego (założenie Ligi Polskiej i pisma „Głos”), ale w is­tocie, przez cały czas swego istnienia wyrażało poglądy identyczne z poglą­dami obozu narodowego i wobec tego obozu1 prekursorskie. Ksiądz Łuskina założyłto pismo by zwalczać „filozo­fię” XVIII stulecia, o masonerię. By­ła to postawia, którą obóz narodowy potem przez cały czas swego istnienia głosił i po dziś dzień głosi. (Zwalczanie ateistycznej i rewolucyjnej, „filozofii” czasów epoki rewolucji francuskiej wy­dawało się współcześnie „wstecznictwem” i wolnomularskie siły ustanowione w ówczesnymżyciu polskimi wy­robiły księdzu Łuskinie reputację przed­stawiciela „ciemnoty”. W istocie, był to człowiek należący do szczytów in­telektualny na miarę nie tylko pol­ską, lecz i europejską). Także i w wie­ku XIX, pod kierunkiem rodziny Lesz- nowskich, „Gazeta Warszawska” głosi­ła poglądy, które predestynowały ją do stania się całkiem oficjalnie czołowym pismem narodowym: nawet w czasach, gdy Dmowski się jeszcze nie narodził, głosiła postulat zachowania narodowe­go charakteru polskiej kultury, walczyła (z wpływem żydowskim w Polsce i przestrzegała przed niebezpieczeństwem niemieckim.

W roku 1974przypadła dwóchsetna rocznica założenia tego pisma. W Lon­dynie mieszka trzech ludzi, (którzy na­leżeli przed wojną do jego czołowego zespołu redakcyjnego. Uznali oni, że nie można dopuścić do tego, by ta czci­godna instytucja życia narodowego pol­skiego, jedno z najstarszych pism w świecie, starsza o 11 lat od londyńskie­go „The Times” i o 87 lat od rzym­skiego „Osservatore Romano”, przesta­ła istnieć. Wznowili więc to pismo, po­stanawiając wydawaćje na emigracji już nie jako pismo codzienne, rzecz prosta, lecz jato dodatek do londyńskiej: „Myśli Polskiej”. Jak dotąd, uka­zał się numer jubileuszowy tego pisma na dwustolecie w roku 1974. Przerwa 35-leitnia w wychodzeniu tego pisma ((1939-11974) jest wprawdzie przerwą dłu­gą, nie przerywa jednak ciągłości ist­nienia! tego pisma, gdyż wznowili je ci sami ludzie, którzy je redagowali do roku 1939, a w ciągu owych długich lat ani oni osobiście nie milczeli, ani nie milczał obóz, do którego „Gazeta Warszawska” należała i liczne pisma (także i „Myśl Polska”), które w owych latach wychodziły czy to na emigracji, czy też w konspiracji w kraju, w istocie podtrzymywały ciągłość ideową i wydawniczą także i „Gazety”.

 

IV. Obóz narodowy wskazuje Polsce drogi przyszłości

 

LATA KLĘSKI

 

Lata po H945 roku były latami zmierz­chu polskiego obozu narodowego. By­ły to lata klęski Polski — a klęska Pol­ski oznaczała nieuchronnie także i klę­skę obozu narodowego.

Polska, stawiła się w roku 1939 czoło na­jazdowi niemieckiemu — i było to wy­razem postawy i polityki obozu naro­dowego, który uważał od początku, że za traktat wersalski i za odbudowanie niepodległej i zjednoczonej Polski przyj­dzie niemiecki odwet, na co trzeba być przygotowanym i czemu trzeba się bę­dzie umiećodważnie przeciwstawić, w taki sam sposób, jak w bojach Bole­sława Chrobrego Polska przeciwstawi­ła się naporowi średnio wiecznego nie­mieckiego cesarstwa, pod Grunwaldem naporowi krzyżackiemu i w czasach „potopu” szwedzkiego naporowi zjed­noczonej potęgi protestanckiej, której kierownictwo było szwedzkie, ale któ­rej rdzeniem była niemczyzna. Ale Pol­ska rządzona była przez długie lata przez wrogów obozu narodowego — i dlatego- stanęła do tej:walki nieprzygo­towana, w złej sytuacji politycznej, osamotniona, bez przyjaznych sąsiadów i bez rzeczywistych sojuszników, niena­leżycie przygotowana wojskowo, wyni­szczona gospodarczo. II wojna świa­towa miała za wynik druzgocącą klęskę potęgi niemieckiej, ale początkiem tej wojny było zwycięstwo niemieckie nad Polską. A po tym początkowym niemieckim zwycięstwie nastąpiły długie lata wyniszczającej niemieckiej okupacji, zakończonej nową polską straszliwą klęską:niepotrzebnym i szkodliwym, wbrew sprzeciwowi obozu narodowego wywołanym, powstaniem warszawskim.

Ostatecznym rezultatem wojny było powalenie na szereg lat potęgi niemieckiej. Ale Polska nie wyszła z tej woj­ny, jako zwycięzca. Przeciwnie, wyszła, jako naród pokonany.

 

ZWYCIĘSTWO POLSKI NAD NIEMCAMI

 

To prawda, że spór polsko-niemie­cki został w wyniku drugiej wojny światowej rozstrzygnięty w sposób dla Polski tryumfalny. Wojnę z Niemcami Polska mimo wszystko wygrała, wy­starczy spojrzeć na mapę, by się o tym przekonać. Nie ma już ani wolnego miasta Gdańska, ani pomorskiego „korytarza”, które tak leżały solą w oku Niemcom zarówno epoki weimarskiej, jak hitlerowskiej. Polskie wybrzeże Bał­tyku ciągnie się od Fromborka do Świnoujścia, Polska wróciła nie tylko politycznie, lecz nawet i etnicznie na granice zbliżone do granic Bolesława Chrobrego, Wrocław i Szczecin stały się na nowo miastami polskimi,

 

ZWYCIĘSTWO OBCYCH NAM SIŁ W ŚWIECIE

 

Ale Polska przegrała, wojnę ze Zwią­zkiem Sowieckim, sojusznikiem Hitlera z lat 1939-41;, oraz z całym światem. Utraciła takie twierdze polskości i og­niska polskiej kultury jak Wilno i Lwów. Została zepchnięta niżej w hie­rarchii narodów świata, stając się pań­stwem i narodem niższej niż przedtem rangi o mniejszym znaczeniu, mniej­szej politycznej roli i mniejszym pres­tiżu. A co najważniejsze utraciła pozy­cję państwa naprawdę suwerennego, stała się satelitą ościennego mocarstwa, stała się krajem, w którym zapanował duch obcy (jej tradycji i ideologii, i w którym rządzi klika, zarazem posłuszna ternu ościennemu mocarstwu i narzu­cająca Polsce, jako „religię panującą” doktrynę jak najbardziej obcą temu, co jest treścią polskości, mianowicie dok­trynę Marksa i Lenina.

Druga wojna światowa była klęską Niemiec, oraz klęską narodowo-socjalistycznego obozu hitlerowski ego, ale nie była ani rzeczywistym zwycięstwem Polski, ani zwycięstwem tych ideałów i tego światopoglądu i tego w świecie obozu, które Polska wyraża: chrześci­jaństwa, cywilizacji łacińskiej (to zna­czy prawdziwie zachodniej) i Europy. Cywilizowana Europa została przez tę wojnę zmiażdżona i powalona. Zwycię­żyły w świecie siły niechrześcijańskie i antychrześcijańskie, a zarazem nie europejskie, lub (w samej Europie), antyeuropejskie. Zwyciężyła antychrześcijańska, komunistyczna Rosja. Zwycię­żyła rządzona w duchu masońskim, an­tykatolicka, w dużym stopniu opano­wana przez wpływ żydowski Amery­ka. W samej Europie ostała się przede wszystkim pod widu względami podo­bna do Ameryki Anglia, a stworzone zostały warunki do stopniowego odro­dzenia się także i dla potęgi niemiec­kie1]’.

 

KLĘSKA OBOZU NARODOWEGO

 

W takiej sytuacji, także i polski obóz narodowy znaleźć się musiał na dwie klęski. Nie tylko dlatego, że jego elita przywódcza, zarówno jak wielotysięcz­ne szeregi jego stronników zostały wy­mordowane. Przede wszystkim, dlatego, że w świecie, który się wyłonił z chaosu wojny światowej nie było dla niego miejsca. Obóz ten znalazł się — i w kraju i na emigracji i— w świecie, któ­ry nie był jego światem. W świecie, w którym tryumfowały siły jak najbar­dziej mu obce i wrogie.

 

JUDEOPOLONIA

 

W kraju rządziła w sposób pełniej­szy jeszcze niż za czasów Piłsudskiego doktryna Marksa, która stała się obo­wiązującą filozofią w szkodach w literaturze, nauce, prasie, radiu i telewizji, w ustroju prawnym i wymiarze sprawiedliwości, w głoszonych pojęciach moralnych, w życiu gospodarczym w strukturze życia społecznego, narzuca­na metodą wzorowaną na dawnej nie­mieckiej zasadzie: cuis regio e’us re­ligio (czyje rządy tęgo religia). Ale to nie tylko ta religia czy doktryna rzą­dziła: rządzili ludzie obcy Polsce. Stalin, obejmując władzę nad Polską, po­służył się do tego celu nie tylko Rokossowskimi, to znaczy Rosjanami pol­skiego pochodzenia i o polskich naz­wiskach: posłużył się przede wszystkim Żydami. Przez długie lata, odbudowa­na pod auspicjami komunistycznymi i nowa Polska była, mimo swej nazwy Polskiej Rzeczypospolitej Ludowej i mimo swych ostentacyjnie polskich, zewnętrznych pozorów, w istocie państ­wem, rządzonym przez komunistów- Żydów. To nie Bierut; byłrzeczywistym dyktatorem- komunistycznej Polski w pierwszym okresie jej istnienia; był nim w istocie nazywany jego „szarą eminencją” wicepremier, Jakub Berman, przed wojną główny delegat Kominternu na Polskę, syn współwłaściciela czo­łowej, przedwojennej gazety „Haijnlt” w Warszawie, wydawanej w języku „jidysz” i mającej kierunek syjonistyczny, oraz rodzony brat Adolfa Bermana, polityka, po ale – syjonistycznego w przed­wojennej1 Polsce, a po wojnie polityka w Izraelu, posła do izraelskiego parla­mentu, Obok niego, czołowymi rząd­cami Polski byli tacy, dobrze znani po­litycy i dygnitarze komunistyczni jak Roman Zambrowski (syn rabina), dyk­tator polskiego życia gospodarczego Hi­lary Minc i dyktatorzy polskiego ży­cia kulturalnego Jerzy Borejsza i Ste­fan Żółkiewski. Jeszcze dobitniej niż na szczytach hierarchii państwowej i politycznej zaznaczałsię żydowski cha­rakter państwowości komunistycznej i jej ustroju na szczeblach niższych tej hierarchii. W policji i wymiarze sprawiedliwości, w administracji, w życiu gospodarczym, w dyplomacji, w prasie,

w cenzurze wydawnictw i we wszystkich innych dziedzinach życia rzeczy­wistą władzę sprawowały nieprzeliczone zastępy Żydów, o nazwiskach przewa­żnie pozmienianych na brzmiące po polsku, ale -ani trochę nie spolszczonych, nienawidzących Polski, polskiego narodu, polickiego ducha i kultury, a już zwłaszcza religii polskiego narodu: chrześcijaństwa i katolicyzmu. Bardzo często zresztą władza ich była osłonię­ta pozorami: nieraz Żyd, sprawujący rzeczywistą, pełną i niczym nieograniczonąwładzę, był formalnie wicedyre­ktorem, a nawet tylko sekretarzem przy dyrektorze Polaku, bodącym figu­rą dekoracyjną, często z „awansu spo­łecznego”, nic nie rozumiejącym, lub po bizantyńsku posłusznym i biernym. Nieraz równieżwpływ żydowski zaznaczał się tylko pośrednio: przez żony Żydówki. (Nawet tacy dygnitarze, ko­muniści bezspornie polskiej narodowo­ści, jak Gomułka i Ochab, mieli żony Żydówki). Ci Polacy, którzy przetrwa­li komunistyczne więzienia pierwszych kilkunastu lat powojennych, twierdzą jednogłośnie, że urzędnicy Bezpieki, oraz prokuratorzy, sędziowie śledczy, strażnicy więzienni itd., którzy ich are­sztowali, oskarżali, męczyli na śledź – wach, torturowali i więzili, to byli bez wyjątku Żydzi. Polska by a w istocie krajem o warstwie rządzącej żydow­skiej i rządzonym w duchu pojęć i in­teresów żydowskich. Znakomity polski historyk i filozof historii Feliks Koneczny (1862-1949) nie na darmo napisał w październiku 1945 roku, że „na na­szych oczach” tworzy się „Judeopolonia”.

Cała ta kadra komunistyczno-żydowska urodziła się w Polsce i wychowa­na była w polskich szkołach i na pol­skich uniwersytetach, ale przetrwała i skrystalizowała się w Rosji, dokąd w łatach 1939-1941 lub wcześniej uciekła i skąd w roku 1945 do Polski powró­ciła.

Te rządy żydowskie w Polsce nale­żą już dziś do przeszłości choć wpływy żydowskie tu i ówdzie nadal przerwa­ły. Zwłaszcza rok 1968, rok konfliktu Sowietów i całego obozu komunistycz­nego z Żydami na tle spraw arabskich i palestyńskich, przyniósłze sobą zała­manie się roli warstwy rządzącej żydowskiej w Polsce. Polska na ogółod­zyskała polskie oblicze. Ale duch Mark­sa, a więc duch żydowski, nadal w Pol­sce panuje.

Oczywiście, w owej „Judeopolonii”, miejsca dla polskiego obozu narodowe­go nie było. A raczej było ono, jak na przykład dla Doboszyńskiego, czy Marciszewskiego, tylko na szubienicach lub przed plutonami egzekucyjnymi, albo jak dla licealnych zastępów narodowców nie  mniej znakomitych, w więzie­niach.

 

NA ZACHODZIE

 

Ale także i poza Polską, w krajach polskiej politycznej emigracji na: zacho­dzie, panował w owym trzydziestoleciu powojennym i dotąd panuje, duch ob­cy tradycyjnym pojęciom polskim,, za­równo jak pojęciom polskiego obozu narodowego. Rządzą w świecie zacho­dnim mocarstwa, które w roku 1945 sprzedawały Polskę w’ Jałcie, a które nawet już na przełomie lat 1939 i 1940 zastanawiały się, czy nie zawrzeć po­koju kompromisowego, sprzedając Pol­skę Hitlerowi (a także i Żydom, którzy mieli ochotę zbudować w całkiem dobrej zgodzie z Hitlerem i drogą maso­wych przesiedleń, drugie obok Palestyny państwo żydowskie w polskiej Lubelszczyźnie, tym samym zadając cios śmiertelny nie tylko polskiej niepodle­głości, lecz i Polsce jako przez tysiąc lat historii uformowanemu tworowi ge­opolitycznemu). Zza kulis potęgi poli­tycznej wielkich mocarstw rządzą świa­tem zachodnim międzynarodowe wiel­kie kapitały, zarówno jak międzynaro­dowe, poufne i na pół poufne komite­ty, w których dźwignie władzy spoczywają w ręku Żydów, lub ludzi, na in­ny sposób wrogich chrześcijaństwu. Co więcej, odradza się,jako jedna z pod­staw politycznej struktury świata za­chodniego potęga niemiecka: wszak Niemcy Zachodnie są dziś największym pod względem liczby ludności pań­stwem w Eu/ropie (i poza Rosją), stały się już czwartą (po Stanach Zjednoczo­nych, Związku Sowieckim i Japonii) potęgągospodarczą w świecie i wyra­stają na wielką potęgę militarną. W istocie, świat zachodni jest na inny spo­sób równie Polsce i polskim ideałom i interesom obcy, jak Sowiecka Rosja. Spójrzmy ile jest w świecie zachod­nim niechęci i wręcz nienawiści do Pol­ski! Jaka w nim panuje antypolska propaganda! I ile jest wskutek tego rozpowszechnionych w szerokich masach uprzedzeń i niezrozumienia! „Polskie żarty” w Ameryce, które przedstawia­ją Polaków jako uosobienie głupoty, chamstwa i brutalności — to jest tylko odzwierciedlenie tego, jak „siły ustano­wione ” siwiała zachodniego chcą nasz naród widzieć. Nie istniejemy dla tego świata jako idea, jako tradycja, jako kultura, jako osobny nurt w życiu Eu­ropy i świata. Były czasy, gdy cały świat cywilizowany rozczytywał się w Sienkiewiczu i słuchałmuzyki Padere­wskiego. Czy polska literatura ii kultu­ra mają dziś w świecie zachodnim ja­kiś oddźwięk? Nie mają żadnego. Je­steśmy zabici milczeniem. Bo chciano by, by nas nie było. Chciano by nas unicestwić, zniszczyć całkowicie. Najbardziej by się w świecie cieszono, gdy- by Niemcy wytopili naród polski bom­bami atomowymi, choćby pod pretek­stem słynnej, projektowanej „bariery atomowej na Wiśle”.

Filozofią życiową dzisiejszego świa­ta zachodniego jest najczystszy materializm, sąwygoda, dobrobyt, pienią­dze, produkcja i konsumpcja, używa­nie życia, troska tylko o szczęście do­czesne, wyrażone w rozpanoszonej sek­sualności, rozkładzieżycia rodzinnego, braku poczucia obowiązku, braku pa­triotyzmu, braku uczciwości, egoizmie i braku miłości bliźniego, oraz gotowo­ści do wszystkich zbrodni, z morder­stwem i gwałtem ‚na czele. Poziom mo­ralny dzisiejszego świata zachodniego już zapewne stanął na równi z biblijną Sodomą i Gomorą.

 

W OBOZIE KATOLICKIM

 

Nawet w obozie katolickim w świecie zwyciężyły dziś siły, które patrzą na Polskękrzywym okiem. Panuje wśród katolików w świecie zachodnim prąd tak zwany postępowy, który widzi do­datnie pierwiastki w doktrynie Marksa, uważa, że zadaniem Kościoła jest prze­rabiać dzisiejszy świat i być siłą refor­matorską, lub po prostu rewolucyjną w (dzisiejszym pokoleniu, a nie myśleć o sprawach wiekuistych, patrzy pobła­żliwie na szerzące się rozprzężenie mo­ralne i na panowanie grzechu. Prąd ten rzecz prosta krytykuje katolicyzm polski, jako rzekomo staroświecki, za­cofany, za bardzo wpatrzony w Boga, za bardzo wierny Matce Boskiej, za mało skłonny do wdania sięw radosny taniec nowej teologii, nowej filozofii* nowego życia społecznego, nowej moralności i nowego nabożeństwa, zwró­conego twarzą ku Ludzkości, Społe­czeństwu i Wolności.

W takim świecie nie ma miejsca ani dla sprawy polskiej, ani dla polskiego obozu narodowego.

 

„SIŁY USTANOWIONE” NA EMIGRACJI

 

Także i na polskiejemigracji zapa­nował „mowy świat”. Od trzydziestu lat utrwalały się na polskiej politycznej emigracji polskie „siły ustanowione” (nie zawsze całkiem polskie, bogęsto po-przetykaneŻydami, lub kosmopolitami o polskiej kulturze, lecz żydowskiego lub częściowo żydowskiego pochodze­nia), które zawładnęłyżyciem zbioro­wym tej emigracji i nadają jej ton, a ostatnio coraz wyraźniej sąopanowy­wane przez „nową emigrację” z kraju, żydowską i marksowską. Czerpały one i czerpią swoją siłę głównie stąd, że pasują do dzisiejszego świata, że „jak za panią matką pacierz” głoszą to, co jest dziś w świecie modne. Ale nie tyl­ko stąd, także i stąd, że są przez, mo­żnych tego świata popierane. Ileż pie­niędzy spłynęło na polską emigracją choćby z Radia Wolnej Europy, o któ­rym dziś wiemy oficjalnie, że jego bud­żet pochodził z kas amerykańskiego wywiadu. Oczywiście ci, na których te pieniądze — jakże obficie — spływały, silniejsi byli od tych, co prowadzili swądziałalność za swe własne, ciężko zapracowanie pieniądze: łatwiej mogli zwyciężaćw konkurencji, łatwiej mo­gli swoją siłę „ustanowić”. Jak w sta­ropolskiej (piosence: „twoje siodło, a mój koń, teraz-że się ze miną goń; mo­ja szabla, a twój kij, teraz-że się ze miną bij”. Ileżfunduszów, pozostałych po polskim rządzie emigracyjnym i po polskich siłach zbrojnych zasiliło kasy zasoby, domy, drukarnie, instytucje emigracyjnych „siłustanowionych”, tych, co w chwili zakończenia wojny ostały się na placu.

Za symbol polskiej politycznej emi­gracji można by uznać Józefa Retin­gera, polskiego emigranta, który za naszych czasów wybił się najbardziej; i osiągnąłnajwięcej], — z rasy czystej krwi Żyda, z narodowości i kultury Po­laka, z formalnej przynależności wy­znaniowej katolika, z poglądów li uczuć kosmopolity i obywatela całego świata. — człowieka, który miał dostęp do wszystkich możnych tego świata, czło­wieka, który stał u kolebki tylu insty­tucji międzynarodowych, od europej­skiego „wspólnego rynku” zaczynając, a na „grupie Bilderberg” kończąc, a zawsze bez związku z dobrem i intere­sami Polski, o ile nie /jawnie wbrew nim. A czy całe zastępy „znakomitych Polaków” na emigracji nie były i nie są do niego podobne? Polskie „siły u-stanowione” na emigracji, dlatego spra­wowały tę skromną władzę, jaką na emigracji sprawować w ogóle można,że stały za nimi „siły ustanowione” światowe.

 

NADCHODZI WIELKI NAWRÓT

 

Ale oto — świat zaczyna się zmie­niać.

Przecieżtrzeba być ślepym, by nie widzieć — że świat trzeszczy w posa­dach. Za lat trzy, może za lat pięć, za lat dziesięć — świat będzie wyglą­dać zupełnie inaczej niż wygląda dzi­siaj.

Żyjemy w atmosferze światowej wojny domowej. Staje się jasnym dla każ­dego, że talk dalej być nie może. We wszystkich mniej więcej krajach świata coraz powszechniejszą jest świadomość, że świat musi z dzisiejszej drogi zawró­cić,bo stoczy się w przepaść.

Nadchodzi chwila, gdy narodzą się wszędzie siły, które przeciwstawią się rewolucji, przeciwstawią się anarchii, przeciwstawią się doktrynie Marksa, przeciwstawiąsię panowaniu żydow­skiego pieniądza, przeciwstawią się demoralizacji, przeciwstawią się używaniu życia, przeciwstawią się gwałtom i bez­prawiu, porywaniu zakładników, skrytobójstwom i terrorowi.

Świat dzisiejszy jest chory. Toczą go bakterie rozkładu. Ale świadomość tej choroby się szerzy. A trafna diagnoza jest najczęściej początkiem kuracji. Zdrowe siły odrodzą się spontanicznie. Nastąpi to szybciej, niż niektórzy my­ślą.

 

NOWE DROGI PRZED POLSKIM NARODEM

 

Także i naród polski potrzebuje no­wych dróg. Potrzebuje nowego, świe­żego ducha, i nowego politycznego i ideowego kierunku. A także: nowego* kierownictwa. Nowych lodzi i nowych ośrodków woli, czynu, myśli i ideału.

Tym nowym, a zarazem bardzo sta­rym kierunkiem i kierownictwem mo­że być tylko obóz narodowy.

Obóz ten wyznaje ideał Boga i oj­czyzny. To znaczy wiary chrześcijańskiej oraz opartego o nią porządku moralnego. A zarazem miłości ojczy­zny, tej ojczyzny, która wraz z rodziną, jest maturalną formacją życia zbiorowe­go, jest gniazdem, do którego najeży­my, jest źródłem naszych doczesnych obowiązków, jest przedmiotem naszej wierności.

 

POLSKI PROGRAM

 

Oto drogi, które obóz narodowy pol­skiemu narodowi wskazuje.

Filozoficznie, stać musimy na trady­cyjnym gruncie pojęć chrześcijańskich, wiary i moralności, prawa naturalnego. Przeciwstawiać się musimy wszystkim odmianom marksizmu, zarówno jak ha­słom rewolucji francuskiej i „filozofii” osiemnastego stulecia, zarówno także jak „liberalizmowi”, który jest świato­poglądem d doktryną świata „kapitali­stycznego”.

Gospodarczo, dążyć musimy do wol­ności gospodarczej, do upowszechnienia własności, do zabezpieczenia niezależ­ności gospodarczej chłopa i w ogóle rolnika, do odrodzenia rzemiosła i dro­bnej, prywatnej wytwórczości przemy­słowej i handlu, przy zachowaniu jed­nak gospodarki państwowej tam, gdzie zastąpić ją trudno, a zwłaszcza w cięż­kim przemyśle i wielkim transporcie. Troszczyć się także musimy o dobro­byt warstw uboższych, broniąc je przed wyzyskiem i chroniąc ich interesy, a także dając im i pole do samopomocy i samoobrony.

Ustrojowo, dążyć musimy — najle­piej w myśl godnych uwagi (przemyśleń ustrojowych Dmowskiego— do harmonijnego połączenia wolności jednostki i społeczeństwa z siłą i autorytetem sprawiedliwej i dobro narodu mającej na względzie władzy.

Politycznie, uznawać musimy za punkt wyjścia polskiej polityki fakt ist­nienia formalnie niepodległego polskie­go państwa na ziemi polskiej, jakim jest Polska Rzeczpospolita Ludowa. Mimo wszystkiego, co nam się w obliczu, polityce, administracji i duchu tego pań­stwa nie podoba, uważać musimy, że trzeba tego państwa strzec jak oka w głowie, trzeba troszczyć się o jego si­lę, postęp, rozwój i gospodarczy dobro­byt, trzeba za wszelką cenę uniknąć wszystkiego, co by jego byt mogło na­razić na szwank, a w szczególności mo­gło mu grozić nowym rozbiorem, a wreszcie trzeba dążyć do tego, by to państwo stopniowo się uniezależniało, unaradawiało, wewnętrznie reformowa­ło, oraz by odradzała się w nim wol­ność — zwłaszcza wolność religii i Ko­ścioła, a także wolność rozwoju naro­dowej kultury.

W polityce zagranicznej musimy mieć świadomość, że główne niebezpieczeń­stwa grożąPolsce przede wszystkim ze strony odradzającej, się potęgi niemiec­kiej i że świadomośćtego niebezpie­czeństwa stanowić musi podstawę orien­tacji polskiego narodu w polityce świa­towej. Trzeba przy tym stwierdzić, że rola Polski w polityce światowej; może być w przyszłości duża; większa, ani­żeli wielu dziś myśli. Bo Rosja jest co­raz bardziej zagrożona w swej świato­wej pozycji przez fakt wyrośnięcia chiń­skiej potęgi i przez różne inne przyczy­ny i dlatego jej wpływ na sprawy europejskie mimo możliwości przelot­nego wdania się przez nią może nawet w czasie bardzo bliskim w europejską politykę awanturniczą, która jednak trwale Europy nie przekształci — bę­dzie z biegiem czasu malał. A z dru­giej strony, potęga niemiecka bardzo w Europie rośnie, i to rośnie także i dlatego, że po raz pierwszy w dziejach Francja, Anglia i Włochy, nie mówiąc już o krajach skandynawskich, czy Holandii, skłonne sąpoddawać się niemie­ckiej hegemonii. W tych warunkach Polska będzie głównym w Europie ba­stionem oporu przeciwko niemieckiej przewadze i ośrodkiem krystalizacyjnym dla tych sił europejskich, którym ich wolność jest droga. Oczywiście, za­pleczem polskimi w takiej sytuacji bę­dzie z natury rzeczy Rosja. Ale będzie to w sposób nieunikniony zaplecze, co­raz bardziej przyjazne i dyktowane in­teresem w podtrzymaniu polskiej siły i niepodległości, a nie chęcią panowania.

Modlić się przy tym musimy o to, by się Rosja nawróciła na wiarę chrześci­jańską i zerwała z szatańską,antychrześcijańską doktryną Marksa i Lenina. Pragnąć także musimy, by nam z czasem zwróciła Wilno i Lwów.

Powyższe wskazania dyktowane są zdrowym rozsądkiem — i każdy my­ślący Polak musi przyznaćim słuszność.

Ale tylko obóz narodowy jest w sta­nie prowadzić politykę, zgodną z tymi wskazaniami.

Czytelniku! Zastanów się nad tym. I wyciągnij z tego wnioski.

 

KONIEC

 

 

 

Z OSTATNIEJ CHWILI

 

Wydarzenia ostatniego roku w Pol­sce wskazują w sposób szczególnie wy­raźny jak dalece konieczne jest odro­dzenie się obozu narodowego w życiu polskim, oraz w jego opinii publicz­nej.

Polska jest dziś ogarnięta wrzeniem rewolucyjnym, podobnym do wrzenia lat 1967/68 w Czechosłowacji. Źródłem tego wrzenia, obok uzasadnionego nie­zadowolenia ogółu ludności, jest agita­cja grup marksistowskich, chcących obalić klikę, obecnie będącą w Polsce u władzy w partii komunistycznej i w rządzie, po to, by tę władzęzdobyć dla siebie. Nie wiem, czy KOR (Komi­tet Obrony Robotników, względnie Rewolucjonistów) ma za sobą, czy nie ma, poparcie jakichś klik na Kremlu, ale jest jasne, że siły, których jego akcja jest wyrazem zarówno w kraju, jak w toczonej w jego imieniu propagandzie na zachodzie, nie wyrażają rzeczywis­tych dążeń i ideałów polskiego narodu i zmierzają do tego, by rządom komunistycznym w Polsce nadać oblicze być może nieco bardziej od obecnych liberalne („komunizm z ludzkątwa­rzą”), ale zarazem nadal na wskroś komunistyczne, a przy tym bardziej żydowskie i silniej powiązane z obo­zem żydowskim w polityce światowej. Jest zresztąwielkim pytaniem, czy gdyby obóz KOR’u doszedł w Polsce do władzy (na przykład drogą przew­rotu, podobnego do przewrotu z paź­dziernika 1956 i grudnia 1970 roku), je­

go rzekomy liberalizm i rzekoma go­towość do ustosunkowania się w spo­sób tolerancyjny do Kościoła i religii u- trzymałyby się długo.

Jest oczywiste, że rzeczywisty opór polskiego narodu przeciwko systemowi komunistycznemu nie może znajdować głównego wyrazu w akcji opozycyjnej klik polsko-żydowskiej lewicy o obliczu marksowskim, ale musi być ożywiony ideałami Boga i ojczyzny, to znaczy chrześcijańskimi i narodowymi.

 

 

DODATEK

Grupa osób, zamieszkałych. w Wiel­kiej Brytanii, rozesłała 2 maja I977 ro­ku do Polskiej prasy emigracyjnej za­łączony poniżej protest:. Ukazał się on tylko w nielicznych czasopismach.

 

Do polskiej opinii publicznej.

Niniejszym [pozwalamy sobie zwró­cić się do polskiej opinii publicznej na emigracji, a także i w kraju, z protestem przeciwko kampanii oszczerczej, od dłuższego jużczasu pro­wadzonej na wielką skalę w polskim społeczeństwie przez dość szeroki, samozwańczy front, roszczący sobie pretensje do monopolu na rzekomy polski patriotyzm, którego osią za­czyna się coraz wyraźniej stawać nowa emigracja marksistowska z kraju — kampanii, zwróconej przeciwko pols­kiemu obozowi narodowemu, stanowią­cemu tradycyjnie bardzo poważny od­łam liczebny polskiego narodu, a repre­zentującemu wielkie, historyczne za­sługi.

W tych dniach kampania ta wyra­ziła się w sposób szczególnie jaskrawy i niedopuszczalny w manifeście zbiorowym1 grupy neomarksistów i eksmarksistów, za który wziął osobi­stą odpowiedzialność p. L. Kołakow­ski, zaopatrując swoim nazwiskiem oświadczenie, że przekazuje ten ma­nifest do opublikowana. Manifest ten wydrukowany został w dniu 23 kwiet­nia w wydawnictwie „Dziennik Pol­ski — Tydzień Polski”, w Londynie, zajmuje całą jego pierwszą stronę,

pod wielkim; tytułem, oraz podtytu­łem, który brzmi: „Tradycja niepod­ległościowa i jej wrogowie”.

Manifest ten, obok niektórych rze­czy słusznych, zawiera treść zasługu­jącą z wielu względów na stanow­czy protest. Pomijamy tu jednak inne punkty tego manifestu i ograniczamy się do wymienienia zawartych w nim słów następujących.

„W roku il’905 i podczas I woj­ny światowej przywódcy Naro­dowej Demokracji głosili konie­cznośćwyrzeczeń ;a się mrzo­nek o „absolutnej niepodległości”, pogodzenia się z istniejącym u- kładem sił i starania o autonomię w ramach cesarstwa rosyjskiego. Atakowali wówczas niepodległoś­ciowe hasła Polskiej Partii Socja­listycznej {. ..) za „awanturniczą politykę, narażającą Polskę na gniew Rosji”.

Stwierdzamy,że słowa powyższe są niegodziwym oszczerstwem, obra­żającym nie tylko polski obóz naro­dowy, ale polski naród.

Nikt w Polsce, ani w roku 1905, ani w 11914 nie głosił konieczności wyrzeczenia się”mrzonek o absolutnej, niepodległości”, nikt także spoś­ród Polaków, którzy nie wyrzekli się swej polskości, nie głosi ich dzisiaj.

Polska została odbudowana w wyniku polityki, popieranej przez zna­czną większośćpolskiego narodu, na której czele stał przywódca Narodo­wej Demokracji, Roman Dmowski. Po­lityka ta wychodziła z założenia, że nie należy dążyć do ograniczonego celu, jakim była nominallna niepodleg­łość zaboru rosyjskiego, czy też Kró­lestwa Kongresowego, ale do odbudo­wania Polski niepodległej i zjednoczo­nej, obejmującejwszystkietrzy za­bory i rozcierającej sięod gór aż do morza. Do tego potrzeba było pobi­cia Niemiec i Austrii, a więc znalezie­nia się narodu polskiego w obozie alianckim, którego jednym z członków była teżRosja.

Polski obóz narodowy nie dążył a- ni do autonomii zaboru rosyjskiego, ani do autonomii Polski zjednoczo­nej. Znane są wielokrotnie udokumen­towane poufne wypowiedzi Dmows­kiego z lat przed 1914 rokiem, gdy formułował program akcji, mającej, za cel odbudowanie Polski .zjednoczonej i niepodległej, a wśród nich i odez­wanie s ę, że Królestwo nigdy autono­mii nie uzyska, a Polska odzyska nie­podległość. Na przełomie lutego i marca 1916 roku niepodległość jako celi polityki Dmowskiego przestała już być tajemnicą ze względów taktycz­nych ukrywaną, gdyżcel ten został przez Dmowskiego oficjalnie zako­munikowany rządowi rosyjskiemu w ustnej rozmowie z ambasadorem ro­syjskim Izwolskim w Paryżu w lu­tym i w pisemnymi memoriale, dorę­czonym temuż ambasadorowi, a tak­że i rządom francuskiemu i angiel­skiemu w dniu 2 marca. Rezultatem polityki1 Dmowskiego była obecność Polski na konferencji wersalskiej i pod­pisanie przez nią traktatu wersalskiego w roli jednego z państw zwycięskich. Traktat ten nie tylko wyzwolił za­bór pruski i dał Polsce granicę za­chodnią, ale w sposób dla Polski ko­rzystny urz11ądziłEuropę. Polska nie uczestniczyła w żadnym kongresie pokoju w wieku XVIII i XIX, w szcze­gólności w (kongresie wiedeńskim 11 $15 roku; nie była także obecna w Locarno, Monachium, Teheranie, Jałcie i w istocie i w Poczdamie. Alle w Wersalu była dzięki Dmowskiemu obecna. A decyzje, dotyczące trwałego porządku politycznego, pobierane są na międzynarodowych konferencjach. W pewnym sensie, dzieło Wersalu trwa po dziś dzień: Polska od gór aż do mo­rza, obejmująca Gniezno, Kraków i Warszawę istnieć nie przestała, a1obecne

ograniczenie jej wolności jest faktem przejściowym. Budowniczym państwa polskiego odrodzonego po»123 latach niewoli, był Dmowski.

Twierdzenia, które ogłoszone zostały pod nazwiskiem p. Kołakowskiego, nie mają nic wspólnego z historyczną pra­wdą i stanowią zarówno przeinaczenie faktów, jalk w podstawowych punktach jawne oszczerstwo.

Zwracamy się do polskiej prasy z prośbą o wydrukowanie niniejszego na­szego protestu.

Londyn, 2 maja -1977. Podpisy:

Władysław Akajewicz, M. Bek, W. Białoskórski, Magdalena Dubanowiczowa, W. Dubiel, Tadeusz Gabryś, Józef Gajek, Stan. Gajek, Janina Giertychówna, Jędrzej Giertych, Maria Giertycho­wa, ks. J. Gołąb, Tadeusz Hobler, S. Janikowski, J. Jarosz, ‚S. Knapik, B. Kuśmierzowa, R. Kuśmierz, Stefan Mika, C. Mroczek, Orłowski, Paweł Owsianik, M. Prugar, Antoni Radomski, R. Ra­domski, J. Rokitnicki, Antoni,Romszajd Ignacy Sienkiewicz, M. Sokołowski. Czesław Sylwanowicz, J. Sterna, Kle­mentyna Sylwanowieczowna. Michał Sylwanowicz, Tympalski, W. Wójcicki, Zasucha.

 

Dopisek JĘDRZEJA GIERTYCHA

 

Do jakiej zuchwałości dochodzi kam­pania oszczercza zwrócona przeciwko obozowi narodowemu, świadczy naj­świeższe wystąpienie wydawanego w Londynie, niewielkiego pisma, noszącego tytuł „Rzeczpospolita Polska”, będące­go organem kliki piłsudczyków, rosz­czącej sobie pretensję do nazwy „rzą­du polskiego”, jako rzekomej kontynua­cji rządu emigracyjnego z lat wojennych. ‚W numerze z września 1977 roku, piórem jakowegoś p. Jerzego Łęczyckie­go, pismo to, obok szeregu innych za­dziwiających rzeczy, pisze dosłownie: Dmowski „na pewno nie myślał o nie­podległości w czasie wybuchu I wojny światowej, gdy nawoływałrodaków do całowania kopyt koni kozackich za to, że bronią nas przed socjalistami! :Nie myślał i w roku 1915, gdy interwe­niował w Anglii celem aresztowania A. Zaleskiego i oddania go w ręce carskiej policji”.

Można pominąć milczeniem owo „ca­łowanie kopyt kozackich”. Ta półinteligencka wypowiedź jest interesująca tyl­ko z tego względu, że dobitniej niż co innego świadczy o poziomie ludzi, któ­rzy coś takiego uznali za stosowne wydrukować, a którzy usiłują występo­wać w roli polskiego rządu emigracyj­nego. Czy w sposób równie inteligent­ny i przekonywujący argumentują oni w rozmowach z biorącymi ich za dob­rą monetę cudzoziemcami, z którymi wciąż jeszcze miewają kontakty? Ładne pojęcie wyrabiają sobie ci cudzoziemcy o Polakach i o poziomie polskiego ży­cia politycznego!

Ale owo twierdzenie o Dmowskim i Zaleskim w 19il5 roku w Anglii warto jednak odeprzeć.

Zaleski przyjechał do Londynu w mar­cu 19)15 roku. Już w kwietniu, a także i

w październiku tegożroku jeździł z Londynu do Szwajcarii, oczywiście nie bez cichej zgody władz brytyjskich, które popierały stale Piłsudskiego, mi­mo, że w owej chwili stałon w wojnie po nieprzyjacielskiej stronie. Jeździł mianowicie celem odbycia rozmów z przedstawicielem Piłsudskiego, Sokolnickim.

Dmowski od stycznia do czerwca 19(15 roku przebywał w Warszawie, od czerwca do listopada w Petersburgu (z krótkimi wyjazdami do Wilna i Mińska), w końcu listopada i w pierwszych dniach grudnia był przez czas krótki w Londynie, przez większą część grud­nia był w Paryżu i w Szwajcarii. Zapy­tuję: kiedy mógł w Londynie dokonać owego wystąpienia, zwróconego prze­ciwko Zaleskiemu?

 

 

Koniec

https://sites.google.com/site/krzysztofcierpisz/polski-oboz-narodowy-1

]]>
http://fides-et-ratio.pl/index.php/2012/07/jedrzej-giertych-polski-oboz-narodowy/feed/ 89
Adam Doboszyński: Dramat 3-go Maja w świetle najnowszych badań. Cztery przestrogi z XVIII wieku http://fides-et-ratio.pl/index.php/2012/05/adam-doboszynski/ http://fides-et-ratio.pl/index.php/2012/05/adam-doboszynski/#comments Sun, 06 May 2012 22:37:23 +0000 http://fides-et-ratio.pl/?p=3619 Odczyt Adama Doboszyńskiego, wygłoszony 24 maja 1939 roku w sali Stowarzyszenia Techników w Warszawie staraniem redakcji tygodnika literacko-społecznego „Prosto z Mostu”.

Projekt włoskiego przybłędy”
Rok temu, w więzieniu lwowskim, wpadła mi w ręce książka wypożyczona jednemu z moich współwięźniów z biblioteki więziennej, napisana przez Józefa Bielińskiego w r. 1905 pod tytułem: „Żywot ks. Adama Czartoryskiego”.
Przypadkowo wziąłem tę książkę do ręki i zwróciłem uwagę na pewien niezmiernie charakterystyczny ustęp. Autor książki wspomina o memoriale, który ma się znajdować w archiwum Czartoryskich w Krakowie, memoriale podyktowanym w Paryżu w r. 1788 młodemu ks. Czartoryskiemu przez ks. Piattolego, włoskiego przybłędę, wówczas wychowawcę młodego Lubomirskiego, a następnie sekretarza Króla Stanisława Augusta i jedną z najwybitniejszych osobistości Polski w okresie Sejmu 4-letniego. Ks. Piattoli podyktował młodemu Czartoryskiemu schemat poczynań konspiracyjnych, które miały na celu przeprowadzenie w Polsce reform. Na czele tej konspiracji miał stać Quatuorvirat – czterech mężów, związanych przysięgą i tajemnicą. Mieli to być ludzie bardzo wpływowi, dobrzy patrioci, bogaci, światli. Do pomocy tym Quatuorvirom miano wybrać 8 członków, również wpływowych i możnych.
Ta dwunastka stanowiłaby Kongres patriotyczny, który miał przeprowadzić zmianę ustroju w Polsce. Pierwszym zadaniem tego Kongresu byłoby skonfederowanie wszystkich województw, zawładnięcie wojskiem przy eliminowaniu zupełnym ówczesnego rządu, następnie przeprowadzenie wyborów do sejmu skonfederowanego. Sejm ten powinien był postanowić stworzenie stutysięcznej armii, wyznaczyć dwóch regimentarzów, jednego dla Korony, drugiego dla Litwy i wreszcie ustanowić Komitet Nadzwyczajny, który by kierował sprawami publicznymi na prawach dyktatorskich. Zamierzano poza tym utworzyć komisję, która zażąda od obywateli państwa przedstawienia sobie planów, projektów, myśli dotyczących przyszłej reformy.
Z tych referatów miał się wyłonić projekt przyszłej konstytucji, która miała być uchwalona przez Sejm. Poza tym mieli Quatuorviri w tajemnicy przed królem i rządem rozesłać swoich zaufanych mężów do wszystkich państw Europy w charakterze nieoficjalnych ambasadorów Polski. Na tych ambasadorów kwalifikowaliby się ludzie wyższych sfer, światli, towarzyscy i odpowiednio pod względem dyplomatycznym przygotowani. Wreszcie Komitet ten miał zawrzeć odpowiednie traktaty i ustalić politykę zagraniczną.
Masońskie kariery
Przeczytawszy o tym projekcie Piattolego puściłem wodze wyobraźni i starałem się odtworzyć dzieje tego tak brzemiennego w następstwa czterolecia, 1788 do 1792. Wyobrażałem sobie postać Piattolego, który stał się z czasem sekretarzem królewskim, a wówczas był wychowawcą młodego Lubomirskiego. Że Piattoli w ogóle dostał się do Polski i na to stanowisko dowodzi tylko, iż musiał należeć do masonerii.
Znamy z dzieła K. M. Morawskiego analogiczną karierę Lucchesiniego, również włoskiego przybłędy, który się dostał do masonerii, został powołany do Berlina, wkradł się w łaski Fryderyka i został posłem pruskim w Warszawie. Kariera Piattolego szła podobnie: dostał się do Warszawy, dostał się na dwór polski i jako preceptor jednego z młodych Lubomirskich wyjechał do Paryża. W Paryżu nastąpiło zapewne wtajemniczenie go do wyższych stopni masońskich. I wówczas Piattoli w tej stolicy ówczesnego świata, w której przygotowywała się rewolucja, podyktował młodemu Czartoryskiemu plan opanowania Polski, przeprowadzenia analogicznej imprezy, jaką masoneria zamierzała wykonać we Francji.
Bo uprzytomnijmy sobie, kiedy to było.
Jest to rok 1788. O dwa lata wcześniej we Frankfurcie odbył się zjazd zakonu masońskiego Illuminatów, na którym to zjeździe, jak to dzisiejsi historycy stwierdzają, zapadła uchwała zniesienia we Francji monarchii i jakoby zapadł również wyrok śmierci na Ludwika XVI. Nie będzie zapewne dalekie od prawdy przypuszczenie, iż równocześnie z postanowieniem wywołania we Francji rewolucji musiano postanowić wywołanie analogicznej rewolucji i w Polsce. Świadczy o tym zupełna synchronizacja rewolucji francuskiej i bezkrwawej rewolucji, jaką był Sejm Czteroletni. W roku 1788 – a więc w dwa lata po frankfurckiej decyzji wywołania rewolucji – czynione są we Francji przygotowania do zwołania Stanów Generalnych, a w rok później zostały zwołane te Stany, poprzedzone zarządzeniem przedłożenia przez wszystkie gminy tzw. „cahiers de doleances”, zażaleń i wniosków poprawy. Rzecz ciekawa, iż Piattoli w swoim memoriale proponuje również zażądanie od obywateli Rzpltej przedstawienia Komisji projektów dotyczących przyszłej reformy.
Widzimy daleko idącą analogię. Jest rzeczą zupełnie jasną nie tylko dziś, ale musiało być jasne i wówczas, iż żądanie od każdej gminy w kraju przedstawienia projektów naprawy konstytucji jest rzeczą całkowicie utopijną i może mieć jedynie na celu wywołania nastrojów rewolucyjnych.
Quatuorvirat
Zastanawiałem się, kto mógł należeć do tego Quatuorviratu, kierującego losami Polski i skojarzyłem sobie w głowie projekt Piattolego z jednym ze sprawozdań, które w czasie Sejmu Czteroletniego wysłał do króla pruskiego jego wysłannik w Warszawie Lucchesini. Otóż Lucchesini pisze, że ówczesna Polska, jej polityka, a w szczególności działalność Sejmu Czteroletniego zależy od ściśle zakonspirowanej czwórki ludzi, do których należą Potoccy Ignacy i Stanisław, marszałek Stanisław Małachowski, i reprezentant Małopolski, będącej pod zaborem austriackim, Ignacy Morski. Tych czterech ludzi było tak zakonspirowanych, iż o tej czwórce kierującej nie wiedział król polski…, ale wie o nich ambasador króla pruskiego Lucchesini. Lucchesini zawiadamia swego monarchę, jakie będą posunięcia tych zakonspirowanych Quatuorvirów, daje im rady i wskazówki i nawet w liście skierowanym do króla pruskiego zapowiada, jakie będą przyszłe posunięcia tych zakonspirowanych władców Polski.
Szczegół ten zaczerpnąłem z książki Jędrzeja Giertycha, który wziął go z Kalinki piszącego przed pięćdziesięciu laty. Giertych wyciąga wniosek, iż ludzie ci obdarzali Lucchesiniego swoim zaufaniem dlatego, iż był to ambasador sprzymierzeńca Polski. Mam wrażenie, iż podstawy zaufania rządzących Polską Quatuorvirów do Lucchesiniego nie tworzył fakt, iż Lucchesini był ambasadorem Prus, tylko, że Lucchesini był wysokiego wtajemniczenia masonem.
Tak czy owak możemy stwierdzić fakt już dzisiaj niewątpliwy, ustalony historycznie, iż Polską z czasów Sejmu Czteroletniego kierowało, może mówię za silnie, w każdym razie w tej Polsce decydującą rolę odgrywało dwóch przybłędów, nie mających z Polską nic wspólnego: jednym z tych ludzi był Lucchesini, drugim był Piattoli. Doszło do tego, iż projekt Konstytucji 3-go Maja spisano po francusku, gdyż Piattoli językiem polskim nie władał i potem dopiero przetłumaczono ten projekt na język polski.
Czy obalać mit?
Tyle jako wstęp do tych rzeczy, które chciałbym Państwu dziś wieczorem powiedzieć.
Przyznaję się, iż przemyśliwując te dziwne okoliczności Sejmu Czteroletniego i Konstytucji 3-go Maja popadłem w poważną rozterkę. Zastanawiałem się nad tym, czy w ogóle posuwać się po tej drodze, czy interesować się kulisami tych zdarzeń, czy też raczej stanąć na stanowisku, na jakim Polska stoi od lat stu, na stanowisku nie tykania mitu 3-go Maja. Przecież na tym micie chowało się w Polsce szereg pokoleń, ten mit za czasów rozbiorów zagrzewał ludzi do wysiłków, ten mit rozgrzewał zesłańców wędrujących na Sybir – i wielu, wielu jest ludzi w Polsce, dla których ten mit stanowi rzecz bardzo szacowną i drogą. Mówię tutaj oczywiście o ludziach dobrej woli. Poza tym jest wielu ludzi, dla których ten mit stanowi broń, którą z pełną świadomością i cynizmem operują. Że ten mit działa, to widzimy co roku w dniu 3-go maja.
Zastanawiając się nad rolą Lucchesiniego i Piattolego, zastanawiałem się nad tym, czy należy ten mit obalać, czy należy iść dalej po drodze, którą szło w Polsce wielu badaczy: i Kalinka przed 50 laty, i K. M. Morawski, po części prof. Skałkowski i wielu innych. Zastanawiałem się, czy my mamy dziś po odzyskaniu niepodległości burzyć ten mit, czy powinniśmy go zachować. Warunkiem zachowania tego mitu jest zaprzestanie wszelkich dalszych badań na ten temat i zaprzestanie popularyzowania rewelacyjnych wyników tych badań.
I tu uprzytomniłem sobie dwa rodzaje zarzutów, które wysuwają przeciwnicy burzenia mitu 3-go Maja. Jeden zarzut klasyczny, znany wszystkim, o którym wie każda służąca i każdy dorożkarz, tj. zarzut szargania świętości: święto 3-go Maja, to święto narodowe. Nie wolno tego tykać.
Zarzut ten łączy się w bardzo ciekawy sposób z tak żywą w ostatnich czasach dyskusją na temat bronzowienia i odbronzawiania wielkich ludzi i wielkich zdarzeń. Bywają mity pewnych faktów historycznych i bywają mity ludzi, i tak jak bronzowić i odbronzawiać można ludzi, tak również można ubronzawiać i odbronzawiać pewne fakty historyczne. Weźmy na przykład mit Unii lubelskiej, mit również działający potężnie na umysły i wyobraźnię. Nie trudno byłoby przypuszczam ten mit w takiej czy innej formie odbronzować i wiem, iż w tym kierunku przedsiębrane są próby.
Można by zbadać, jak to było w Lublinie, można by spróbować ten fakt historyczny umniejszyć, odbrązować, ośmieszyć. Czytałem niedawno książkę, która wprowadza za kulisy wyprawy wiedeńskiej. Ale jeżeli chodzi o kwestię ubronzowania pewnych faktów historycznych, to zdaje mi się, że sprawa 3-go Maja stanowi tutaj wypadek zupełnie klasyczny. Naród stoi dziś wobec dylematu, czy dalej bronzować akt 3-go Maja, czy puścić snop światła i starać się wykryć prawdę, prawdę historyczną, tyczącą się Sejmu Czteroletniego, w szczególności aktu 3-go Maja.
Jest jeszcze druga strona tego medalu. Chodzi o rzecz bardzo dziś modną w psychologii i to zarówno indywidualnej, jak i zbiorowej: o kwestię kompleksu niższości. Pytanie wygląda tak: czy należy w narodzie, który cierpi chronicznie od lat 200 na kompleks niższości, ten kompleks niższości pogłębiać przez dewaluowanie pewnych zdarzeń, które przywykliśmy uważać za zdarzenia wielkiej miary w życiu narodu? Czy nie jest niezręczna taktycznie chęć, by ten wspaniały zryw patriotyczny, tę wspaniałą reformę, którą zwykliśmy wielbić, nagle detronizować? Czy nie dojdzie wówczas naród do tego wniosku, iż skoro nawet tak wzniosły fakt okazuje się w rezultacie faktem ujemnym, i skoro największe nasze zrywy, że tak powiem, państwowotwórcze zostały w ciągu ostatnich dwustu lat inicjowane i wyreżyserowane przez ręce obce, ręce przynajmniej obojętne, jeżeli nie wrogie – czy uświadomienie sobie przez naród takiego faktu nie pogłębi w nim tej rozterki duchowej, w której naród polski od dwustu lat się znajduje? Czy w chwili, kiedy prężymy się do skoku, w chwili skupienia wszystkich sił psychicznych, moralnych i intelektualnych, tego rodzaju podważanie pewnych wszczepianych w umysły Polaków pojęć nie jest rzeczą po prostu karygodną?
Wiem, iż wychodząc z tej sali będziecie się Państwo w rozmowach swoich nad tym zastanawiali, czy jest rzeczą dobrą czy złą, że ten temat dziś poruszam? Jestem przekonany, że zdania na ten temat będą rozbieżne. Jednak chcę stwierdzić, że zdaję sobie sprawę z tego, iż te próby odbronzawiania aktu 3-go Maja mogą tylko wówczas być usprawiedliwione, jeśli potrafi się wykazać, że ten mit w życiu narodu stał się szkodliwy. I to jest celem dzisiejszego odczytu.
Szkodliwy mit
Jestem najgłębiej przekonany, iż mit 3-go Maja, mit tego masowego zrywu, którym naród polski zadokumentował jakoby przed światem swoją wolę do samoistnego bytu i swą umiejętność stworzenia nowych form życia państwowego, stał się dziś szkodliwy. Uważam, iż w miejsce tego mitu powinna przyjść prawda. Dlaczego?
Przyznam się, iż już dość dawno, może od lat dwudziestu, nie rozumiem w pełni ludzi, którzy mówią, że to jest takie niesłychanie krzepiące dla naszej świadomości narodowej poczucie, iż na dwa lata przed upadkiem zdobyliśmy się na tak wspaniały zryw. Przyznam się, że to rozumowanie nie trafia mi do przekonania. Gdybym wiedział, że Polska upadła w chwili największej depresji, największego wyczerpania sił twórczych, gdybym mał przekonanie, że Polska upadła dlatego, bo wszyscy wielcy ludzie w narodzie byli zgnici, bo Polska nie miała ani ludzi ofiarnych, ani dobrej woli, to wówczas można by powiedzieć, że była to rzecz nieunikniona: Polska musiała upaść.
Ale ta myśl, iż znalazło się wielu ludzi światłych, ofiarnych, że znalazła się elita, grono wybrane, które zdobyło się na to, by naród wprowadzić na drogę świetlanego rozwoju i że naród zdobył się nawet na rzecz wiekopomną, którą zaimponował całemu światu, a w półtora roku później Polska upadła i to upadła w sposób haniebny, nie bójmy się tego wyrazu – kampania Poniatowskiego i Kościuszki, którzy mieli bronić Konstytucji 3-go Maja, miała przebieg niesłychanie żałosny; król i Kołłątaj w haniebny sposób zgłaszają swój akces do Targowicy – ta myśl o niechlubnym końcu niepodległego bytu Polski jest potworna. Odpowiada się na to: zrehabilitowało nas powstanie Kościuszki. Powstaniem Kościuszki Polska jakoby zadokumentowała, iż broni nie tylko swojej niepodległości, ale i idei wyrażonych w Konstytucji 3-go Maja. Czy to twierdzenie jest aby słuszne?
Dla mnie cały problem naszych powstań łączy się psychologicznie ściśle z problemem Konstytucji 3-go Maja. Wielbię i podziwiam twórców, inicjatorów i wykonawców naszych powstań, uczestników powstania Kościuszki, uczestników Legionów, uczestników powstania w r. 1830, uczestników powstania w r. 1863, uchylam czoła również przed krwią ofiarnie przelaną w r. 1905, nie kwestionuję faktu, że z najtragiczniejszych nawet klęsk naród wyciągał duże korzyści moralne, krzepiące go do dalszej walki, ale te wszystkie zdarzenia historyczne pogłębiają we mnie jeszcze ten kompleks niższości.
Ja mówię sobie: jeżeli tylokrotnie najlepsi członkowie naszego narodu, najbardziej ofiarni, najbardziej bohaterscy zdobywali się na walkę o niepodległość – tyle razy z takim poświęceniem, z taką ofiarą, i jeżeli zawsze ta rzecz paliła na panewce, jeżeli nasze powstania nie dały nam niepodległości, mimo iż niekiedy byliśmy od tej niepodległości bardzo niedaleko, to mam wrażenie, że bronzowanie tych wszystkich mitów jest niecelowe. I jest celowe i pożądane oświetlenie, dlaczego wysiłki najlepszych synów narodu polskiego na przestrzeni 150 lat prowadziły z reguły do przegranej.
Uważam, że jeżeli się da to oświetlenie, i jeżeli w mózgi ogółu Polaków wrazi się myśl, iż był jakiś powód konkretny, wyraźny, dla którego wysiłki najlepszych synów narodu przez 150 lat nie doprowadziły do zwycięstwa, uważam, że jeżeli się myśl taka w umysłach ogółu Polaków wryje, to wówczas nasz kompleks niższości nie tylko się nie pogłębi, ale przeciwnie zniknie: poczujemy się na siłach do stawiania czoła niebezpieczeństwom, gdy będziemy wiedzieli, czego unikać, by zamiast tryumfu wszelkie nasze wysiłki nie kończyły się tragicznie.
Problem bronzowienia
Mówi się o szarganiu świętości, o symbolach, mówi się o autorytetach. Pamiętamy wszyscy niedawną dyskusję na temat bronzowienia Mickiewicza, na temat odbronzawiania Sobieskiego – opinia publiczna doszła wówczas mniej więcej do takiego wniosku:
Każdy wielki człowiek ma swoje małe strony, ma swoje śmieszności, miał w życiu chwile, których się wstydzi, ma swoje zakamarki, do których nierad zagląda. Problem wygląda w ten sposób: czy te ujemne momenty, w życiu wielkiego człowieka nieuniknione, czy te ujemne strony równoważą jego zasługi, które w opinii polskiej zostały ubronzowane? Innymi słowy, czy zasługi Mickiewicza, o których wie każdy dwunastoletni czy czternastoletni Polak, czy te zasługi nikną w porównaniu z pewnymi ujemnymi cechami charakteru czy epizodami życia?
Weźmy postać Sobieskiego. Sobieski w umyśle ogółu Polaków jest postacią rycerską, symbolizującą rolę Polski jako przedmurza chrześcijaństwa, Sobieski to jest wielki wódz, to jest nieustraszony rycerz, to jest wielki katolik. I pamiętamy wszyscy niedawno wydaną książkę, oświetlającą życie zakulisowe, oświetlającą od tyłu życie Sobieskiego. Książka ta napsuła bardzo dużo krwi. I znowu wyłania się pytanie: czy pewne ciekawostki z życia Sobieskiego, które mogą rzucić na niego światło nieprzychylne, podrywają kontury postaci Sobieskiego, jakie się wyryły w mózgach i przede wszystkim w sercu każdego Polaka? Mam wrażenie, że nie podrywają. Tak samo, jeżeli chodzi o rewelacje o Mickiewiczu mam wrażenie, że nie podrywają bynajmniej zasadniczego obrazu tego najgenialniejszego moim zdaniem człowieka, którego wydały dzieje Polski.
Problem bronzowienia czy odbronzowiania łączy się więc ściśle z problemem narastania pewnych świętości, pewnych autorytetów w życiu narodu. I może ustalimy tutaj pewne zasady: możemy powiedzieć, że jeżeli pewne mity osnuły się dokoła wielkich postaci i zdarzeń historycznych, jeżeli jakiś mit mający wielkie walory jest w ogólnych zarysach prawdziwy, wówczas mamy prawo żądać, by zbyt natarczywie nie szukano dziur na całym, by zbyt natarczywie nie zaglądano za kulisy ludzi i wypadków.
Ale bywają wypadki, kiedy mity są w swym ogólnym zrębie nieprawdziwe, jak to jest z mitem 3-go Maja. Uważam, że skoro badania historyczne doprowadzają do wniosku, iż dany mit w ogólnym swoim zarysie jest nieprawdziwy, to nie jest celowe i nie jest wskazane ten mit bronzowić, przeciwnie – należy dążyć do prawdy.
Przez lat 150 z Sejmu Czteroletniego i z Konstytucji 3-go Maja tworzono pewien symbol. Cel był podwójny. Jeden był cel, który przyświecał ludziom dobrej woli, aby naród w swej walce o niepodległość miał siłę motoryczną, która by zagrzewała serca i wyobraźnię. Drugi był cel jeszcze wyraźniejszy, cel masoński.
Sejm Czteroletni i Konstytucja 3-go Maja, to typowe osiągnięcia masonerii, to nie tylko tryumf masonerii jako takiej, ale tryumf ducha masońskiego i metod masońskich w życiu polskim. Jest rzeczą jasną, iż masoneria, która rządzi Polską od lat dwustu, była zainteresowana w tym, by ten mit podsycać – i jest nadal zainteresowana. I ostrzegam Państwa przed wszelkimi próbami, czynionymi już od lat wielu, podważenia, podrywania i ośmieszenia wszelkich usiłowań, dążących do rzucenia światła na kulisy 3-go Maja. Powtarzam jeszcze raz: jest w Polsce dużo ludzi, którzy w dobrej wierze starają się ten mit galwanizować i utrzymywać. Ale mit ten stał się zupełnie wyraźnie określoną bronią i jednym z narzędzi masonerii dla utrzymania jej wpływów w Polsce. W tym sensie mit ten jest narzędziem bieżącej polityki i narzędzie to musi być z rąk masonerii wytrącone. (Oklaski).
Reformy Czartoryskich czy 3-ci Maj?

Antyrosyjski sojusz Rzeczypospolitej z Prusami, wspieranymi przez Wielką Brytanię (29.03.1790) był samobójczym błędem Polaków.
Spośród Polaków najbardziej wpływowym działaczem był w epoce Sejmu Czteroletniego ks. Kołłątaj. Obok Kołłątaja znamy wiele nazwisk myślicieli, publicystów, działaczy politycznych i społecznych, widzimy imponującą plejadę ludzi dążących do naprawy Rzeczypospolitej. I utarło się u nas mniemanie, że Konstytucja 3-go Maja, że cały dorobek Sejmu Czteroletniego, to był przewrót, to był przełom w duchowym życiu Polski. Uczono nas, że po dwustu latach nierządu dopiero w latach 1788/92 skierowano wreszcie nawę Rzeczypospolitej na tory odrodzenia i odrzucono to wszystko, co w Polsce było zgniłym i rozszarpano wreszcie te węzły ustrojowe, które przeszkadzały narodowi w duchowym renesansie.
W moim przekonaniu mniemanie to jest błędne. Nasze oficjalne dziejopisarstwo waha się z zajęciem stanowiska na ten temat. Mógłbym się jednak powołać na profesora Uniwersytetu Poznańskiego, Skałkowskiego, który rzucił tę myśl – myśl, którą podchwytuję, i która moim zdaniem powinna się stać w Polsce własnością szerokiego ogółu, myśl, że okres, w którym Polska weszła na drogę przełomowych reform, to był okres wcześniejszy o ćwierć wieku od Konstytucji 3-go Maja, okres reform Czartoryskich w latach 1764-1768.
Ponieważ rzecz tę uważam za niezmiernie ważną, więc pozwolę sobie trochę szerzej na ten temat tutaj pomówić.
Choroba saska
Musimy sięgnąć do czasów saskich, do czasów najgłębszego upadku. Polska jest wówczas ciężko chora. Trawi ją od stu lat gorączka złotej wolności, choruje na demokratyzm, zanik władzy i autorytetu, choruje na nieodłączny od liberalnej demokracji pacyfizm, który zabija w narodzie cechy rycerskie i naród towarzyszów pancernych przemienia w naród hreczkosiejów. Choruje Polska na materializm – ciężkie niedomaganie, prowadzące do rozhartowania charakterów i do zaniku cnót obywatelskich.
Prawda, że w tych ciężkich czasach zacieśniają się więzy, łączące polskość z katolicyzmem. Ale nie jest to już, niestety, katolicyzm Oleśnickich i Hozjuszów, a tym bardziej nie jest to surowy i zdobywczy katolicyzm średniowiecza, wiara gorąca jak płomień, w której ogniu przetapiają się przywary osobiste i niesprawiedliwości społeczne. Katolicyzm XVIII wieku jest chory. I to jest jednym z powodów, dla których tak ciężko chora była w XVIII wieku i Polska.
Skończyła się już ofensywa kontrreformacji; podgryzany racjonalizmem, w rozbracie ze schodzącą na manowce wiedzą, podminowany masonerią, zagnieżdżającą się nawet w szeregach duchowieństwa, Kościół katolicki wchodzi w XVIII wieku w okres słabości, z którego zaczyna się tryumfalnie dźwigać dopiero w naszych czasach. Nawiasem mówiąc, w chwili, gdy katolicyzm tryumfalnie się dźwiga, dźwiga się również i Polska.
Osłabiony w XVIII wieku katolicyzm nie mógł się stać dźwignią, która by dopomogła Rzpltej do poniesienia się z upadku. Pijana tradycjami dawnej świetności, pijana rozpasaniem demokracji szlacheckiej, pijana małmazją i węgrzynem, Rzeczpospolita staje się bezwładna i bezbronna. Dokoła warują uzbrojeni po zęby i żarłoczni sąsiedzi. Jeszcze 6 dziesiątków lat hamuje króla pruskiego Rosja, licząc na to, że cała Polska stanie się jej łupem.
W wyczerpanym organizmie Polski zagnieżdżają się bakcyle masońskie. Masonem jest nie tylko August II, nie tylko bigot August III, ale stanie się nim również i Stanisław Poniatowski. Pierwszy ślad istnienia masonerii w Polsce spotykamy pod datą 1729. Im dalej w wiek XVIII, tym większy w Polsce zasięg wpływów masońskich.
Z ducha i potrzeb narodu
Ale epoka saska nie jest tylko epoką upadku i marazmu. Zawsze tak bywa, że gdy naród osiągnie dno upadku, wówczas widzimy już narastające siły, które mają, o ile naród nie jest przeznaczony na zagładę, wyprowadzić go z powrotem na drogę wielkości. W upadku saskim budzi się w narodzie polskim świadomość klęski i potrzeba odrodzenia. Dwu braci Czartoryskich, Michał i August, organizują stronnictwo zwane „familią”, stronnictwo, które niewątpliwie wypływa z ducha narodu polskiego, stronnictwo, które nie szukało inspiracji z zewnątrz, które co prawda szukało nieraz pomocy na zewnątrz kraju, które pod koniec swojej działalności sprzymierzyło się nawet z Rosją, ale które było wyrazem ducha i potrzeb narodu. Obok Czartoryskich wysuwają się na czoło w tym stronnictwie kanclerz Zamoyski i ks. Konarski. Idee ich krążą po kraju, zastępy ich zwolenników są zwarte i liczne.
I wreszcie przychodzi chwila pomyślna, w której Czartoryscy mogą przystąpić do wykonania swoich reform. August III umiera, Stanisław August Poniatowski, siostrzeniec Czartoryskich, zostaje królem. I wówczas to na sejmie r. 1764 Czartoryscy przystępują do reform zdaniem moim głębszych, dalej sięgających niż reformy, których dokonał Sejm Czteroletni. Przede wszystkim do reform przemyślanych, do reform dojrzałych. Reformy Czartoryskich są dojrzałe, przeprowadzane ręką mistrzowską. Nie będę się tutaj wdawał w szczegółową historię. Muszę stwierdzić, iż w najważniejszych dla życia polskiego sprawach, a więc w sprawie mieszczańskiej, w sprawie żydowskiej i w sprawie ustroju – Czartoryscy rzucili podwaliny pod odrodzenie Polski.
Weźmy kwestię Żydów, tak chętnie przemilczaną przez naszych historyków. Czartoryscy przeprowadzili w r. 1764 na sejmie rozwiązanie sejmu żydowskiego, tzw. sejmu czterech prowincji, który od lat 150 rządził żydostwem w Polsce. Trzeba pamiętać, iż w latach minionych większość sejmów polskich zerwano za poduszczeniem Żydów. Czartoryscy położyli kres rozwojowi żydowskiej potęgi: rozwiązali sejm żydowski, skasowali automatyczną nobilitację chrzczonych Żydów, nałożyli na Żydów pogłówne. Wreszcie w r. 1763 wyszedł dekret, który mógł był rozwiązać problem żydowski: wydano nakaz zawierania przez Żydów paktu z każdym miastem polskim, przy czym jeżeli miasto paktu nie zawrze, to Żydom nie wolno działać i mieszkać w danym mieście. Jak widzimy, problem żydowski wszedł w reformach Czartoryskich na drogę radykalnego załatwienia.
To samo, jeśli chodzi o sprawę mieszczan. Nie będę się wdawał w szczegóły. Muszę stwierdzić tylko, że renesans miast polskich datuje się już od reform lat 1764-68. Sejm Czteroletni przychodzi do gotowego, zastaje miasta zregenerowane, a jednak dopuszcza przedstawicieli miast do Sejmu tylko z głosem doradczym. Można powiedzieć, iż Sejm Czteroletni na punkcie mieszczan, ich prerogatyw okazał się o wiele mniej śmiałym i odważnym niż książęta Czartoryscy, pomimo, iż za czasów Sejmu Czteroletniego przewodnicy mieszczaństwa polskiego zorganizowali się w masonerii i dzięki temu mogli liczyć na większe uwzględnienie swoich dezyderatów.
Jeżeli chodzi o kwestię chłopów, to w r. 1767 uchwalił sejm karę śmierci na szlachcica, zabijającego chłopa. Jest to bodaj od czasów Kazimierza Wielkiego pierwsza ustawa na korzyść chłopa w Polsce, ustawa, która bierze chłopa pod opiekę prawa, która daje mu prawa ludzkie. Należy stwierdzić, iż Sejm Czteroletni, w szczególności Konstytucja 3-go Maja nie zrobiły dla chłopa nic.
Wreszcie kwestia ustroju. Liberum veto jak rak toczyło Polskę do stu lat. Należy stwierdzić rzecz bezwarunkową i w naszej historii dziwnie mało podkreślaną, iż właśnie Czartoryskim zawdzięcza Polska faktyczne zniesienie liberum veto.
Na sejmie elekcyjnym w r. 1764 Czartoryscy przeforsowali, iż wszystkie następne sejmy będą nadal odbywały się pod węzłem konferencji. Ustrój polski wymagał, jak wiadomo, do uchwał sejmowych jednomyślności, ale przewidywał instytucję konfederacji. Gdy naród polski był w niebezpieczeństwie, kiedy groziła mu katastrofa, wówczas zawiązywał konfederację, a w tej konfederacji obowiązywała zwykła większość głosów. Z reguły stawało się to z chwilą śmierci króla. Sejmy tzw. konwokacyjne, a następnie elekcyjne odbywały się od czasów Zygmunta Augusta pod węzłem konfederacji, tzn. decydowała większość głosów. Czartoryscy przeprowadzili swą reformę ustroju w sposób klasyczny, usuwając zło, a pozostając w ramach tradycyjnego ustroju Rzpltej. Zwalczyli liberum veto w ten sposób, że na przyszłość wszystkie sejmy miały się odbywać pod węzłem konfederacji, tym samym na przyszłość wszystkie sejmy miały rozstrzygać większością głosów.
Najgłębsza tragedia naszych dziejów
Gdyby ta reforma się była utrzymała, wówczas konstytucja polska, ustrój Polski, byłby w 95 % raz na zawsze uzdrowiony. Niestety, wróg czuwał. Katarzyna zorientowała się poniewczasie do czego dążą Czartoryscy i zażądała wycofania głównych reform, a w szczególności zażądała rozwiązania konfederacji. I tutaj następuje tragedia, jedna z najgłębszych tragedii naszych dziejów, tragedia, do której opisania nie wziął się do tej pory żaden pisarz, nie znalazł się dramaturg, który by ją wniósł na deski teatralne. Tragedia, z której płynie dla nas bardzo głęboka nauka.
Tragedia tym większa, iż król Stanisław August, człowiek słabego charakteru, wiotki jak trzcina, człowiek, o którym historycy wydają jak najbardziej ujemny sąd, jednak zdecydował się na otwarty konflikt z Katarzyną i wydał odpowiednie rozkazy wojsku. Niestety, Czartoryscy ustąpili i przyjęli gwarancję Katarzyny.
Obaj Czartoryscy, starcy liczący już wówczas grubo powyżej 60 lat, ludzie krwi jagiellońskiej, fortun ogromnych, przyzwyczajeni od lat kilkudziesięciu do rzucania swego głosu na szalę wszystkich wydarzeń w Polsce, ludzie, za którymi szła większość patriotów polskich, ludzie, którzy dla przeprowadzenia w Polsce reform nie wahali się posłużyć Rosją wbrew własnym interesom Rosji, wielcy politycy, którzy własnymi rękoma położyli zrąb swoich reform, którzy wprowadzili Polskę na drogę wiodącą do odrodzenia – natknąwszy się na sprzeciw Katarzyny załamali się i ustąpili.
Pierwsza przestroga
Są to rzeczy zbyt mało znane i dlatego uważałem za mój obowiązek szeroko Państwu tu o nich opowiedzieć, gdyż płynie z nich pierwsza przestroga, jaką musimy wynieść z tych bolesnych czasów, przestroga jakże aktualna dla dzisiejszej epoki. Okazuje się, iż nie wystarczy jasny pogląd na potrzeby kraju, bo tego Czartoryskim nie brakowało. Nie wystarczą dobre chęci, nie wystarczy zapał i patriotyzm – potrzeba hartu. Ludzie, stojący na czele narodu, muszą być twardzi i nieustępliwi, bohaterscy i ofiarni, nie zdemoralizowani posługiwaniem się zagranicznymi ideami i zagranicznym oparciem. Kierownicy narodu muszą mieć charaktery hartowne! Tylko wówczas naród może być pewny dobrej przyszłości, jeżeli ma to przekonanie, iż ludzie kierujący nim są hartowni jak stal! (Oklaski).
Ostatni zryw
Na gwarancję Rosji, która najbardziej ślepym z Polaków otworzyła wreszcie oczy, na dokonaną już faktycznie utratę niepodległości, odpowiedział naród konfederacją barską. Zapamiętajmy to sobie dobrze: Bar, to ostatni niezależny zryw narodu aż po nowożytny, obecny ruch narodowy. Ostatni.
Podkreślam jeszcze raz to, o czym mówiłem na początku mego odczytu, iż uchylam jak każdy Polak czoło przed bohaterstwem i ofiarnością ludzi, którzy do bojów o niepodległość Polski w tylu heroicznych zrywach powstawali, ale stwierdzam, iż ostatnim zrywem podyktowanym duchem czysto polskim, nie skażonym obcymi ideami, a w szczególności ideami masońskimi, iż ostatnim czysto narodowym zrywem aż po czasy nowoczesnego ruchu narodowego, to był Bar.
Wszystko, co się dziać będzie z Polską między epoką księdza Marka Karmelity, a czasami Romana Dmowskiego, to poczynania wyrosłe z ideologii obcej duchowi polskiemu, po części i z inspiracji obcej, choćby te poczynania były jak najbardziej ofiarne i bohaterskie. Polska była heroiczna, ale inspiracja, ale sposób myślenia, ale duch był obcy. Bar, to po nasze czasy ostatni samodzielny poryw ducha narodowego, poryw tak trudny do rozgryzienia dla masońskich historiografów, bo irracjonalny, nie usiłujący realizować jakiegoś programu, ale samozachowawczy, poczęty z najgłębszego ducha duszy polskiej, chcącej bronić swej swoistości, swej najgłębszej narodowej więzi psychicznej i swej wiary przed brutalnym dotykiem łap azjatyckiego najeźdźcy. I może dlatego, że walka ta szła nie o materialną stronę życia, ale o jego treść najgłębszą, zrozumieli do gruntu u nas epokę barską jak dotąd tylko poeci. Nie mogę czytać bez wzruszenia pieśni konfederatów, przypominających raczej hymny religijne, niż piosenki bojowe. Iluż poetów natchnęła promienna postać księdza Marka!
Czasy te tak silny rzucają urok, że nie znam dziś nawet historyka, który by potrafił ustosunkować się do nich z beznamiętnym obiektywizmem. Jeśli kiedy, to niewątpliwie wówczas mogła Polska nagłym zrywem nawrócić na drogę, wiodącą do naprawy i zachowania niepodległości bytu. Nie 3-go Maja, bo wówczas Polska nie była już sobą, duch narodu był skażony. Nie 3-go Maja, nie w czasie Sejmu Czteroletniego, lecz w czasie Baru mieliśmy ostatnią szansę ratunku.
Czytając te dzieje, widzi się to, czuje przez skórę. Przecież ówczesna Polska to jeszcze po obu stronach barykady ludzie myślący naprawdę narodowymi kategoriami: z jednej strony obóz Czartoryskich, którzy wzięli na swe barki ciężki trud wyprowadzenia z błota ugrzęźniętego wozu Rzeczypospolitej, z drugiej strony Pułascy, Krasiński, ludzie dążący, choć może chwilami po omacku, do tego samego celu. Niech się te dwa zwaśnione obozy ze sobą pogodzą, niech dojdzie rzeczywiście do zjednoczenia narodu na platformie wspólnej walki z Rosją, a zwycięstwo wydaje się niewątpliwe. Kilkakrotnie w ciągu tych długich czterech lat bojów konfederackich zjednoczenie to wydaje się tak bliskie, że tylko rękę wyciągnąć: zjednoczenie wydaje się być kwestią miesięcy czy tygodni.
Ręka masońska
Niestety, wówczas jak i dziś, wróg czuwa. Na podstawie najnowszych badań nie wolno nam wątpić, że to masońskie intrygi, konszachty i zabiegi udaremniły zgodę między konfederatami, a obozem króla i Czartoryskich. Badania Kazimierza Mariana Morawskiego wykazały, iż dwukrotnie w czteroletnich dziejach konfederacji barskiej zdawało się już dochodzić do zjednoczenia narodu, do zjednoczenia króla i Czartoryskich z Barem.
W trzecim roku istnienia konfederacji przyjeżdża z Paryża płk. Dumouriez, delegowany przez rząd francuski na politycznego doradcę i wodza konfederacji. Płk. Dumouriez dostaje oficjalne polecenie doprowadzenia do zgody między królem a konfederacją. Przyjeżdża do Polski, i nagle z jego wpływu Generalność konfederacji ogłasza detronizację króla. Grom z jasnego nieba, niszczący w zarodku wszelkie możliwości porozumienia. Przez półtora wieku fakt ten był niezrozumiały. Obecnie Kazimierz Marian Morawski wyjaśnił, że poza oficjalnym ministerstwem spraw zagranicznych działał w Paryżu jeszcze tzw. „sekret królewski” Ludwika XV, instytucja obsadzona przez masonów. Ten „sekret królewski” wydał Dumouriez’owi polecenie doprowadzenia do detronizacji Stanisława Augusta, a tym samym do śmiertelnego skłócenia narodu polskiego.
Widzimy więc tutaj rękę masonerii, łapiemy ją in flagranti, widzimy jak niechętnie patrzała na wszystko, co zmierzało do zjednoczenia. A chęć do zjednoczenia się u Polaków była tak silna, że w rok później i konfederaci mimo dawniejszej urazy wydają się dochodzić ponownie do zgody i porozumienia. I tu znów pada grom: tajemnicze i nieudane porwanie króla Stanisława Augusta przez konfederatów. Kazimierz Marian Morawski twierdzi, że i tu działała inicjatywa masońska. Ten drugi epizod nie jest może tak dalece wyświetlony jak pierwszy z „sekretem królewskim”, mamy jednak uzasadnione wątpliwości, czy i tutaj nie była w grze ręka masońska.
Przypatrzmy się czteroletnim dziejom konfederacji barskiej, które każdy z Państwa studiował w szkole. Przypominamy sobie, że przedstawiają się one chaotycznie, jakoś dziwnie bezplanowo. Dla mnie dzieje konfederacji barskiej stanowią analogię do dziejów powstania 1830-31 r. Nie znam bardziej tragicznej i niepokojącej lekcji, jak dzieje powstania w 1830-31 r.
To samo jest z konfederacją barską: jakiś chaos, jakaś tragiczna bezplanowość. Ludzie energiczni skądinąd i zdecydowani nagle zamieniają się w kunktatorów. Co chwila przestaje się rozumieć, o co chodzi, przestaje się rozumieć te wszystkie zwłoki, nie rozumie się dlaczego ludzie mądrzy robią rzeczy głupie, dlaczego ludzie porządni robią rzeczy podłe. Słyszałem niedawno zdanie – wydaje mi się – słuszne: jeżeli się widzi, że ktoś mądry robi rzeczy rażąco głupie, ktoś porządny robi jakieś świństwo, to wtedy można na pewno przypuszczać, iż tym kimś kieruje loża czy konspiracja. Pamiętając o tej zasadzie, zrozumiemy dzieje konfederacji barskiej i dzieje powstania 1831 r. Te rzeczy, których się uczymy w szkole, to jest jakby zewnętrzna fasada.
Jeśli chodzi o konfederację barską, to niewątpliwie był to zryw powstały z najgłębszych pokładów ducha narodu. Cóż, kiedy wśród bohaterskich i szlachetnych ludzi zaczęła działać szeroko intryga masońska. Wielu masonów znajduje teren działania w konfederacji barskiej: obok licznych Polaków, spotykamy tam jubilera Poncet, Francuza, następnie Heykinga, Niemca, inicjatora loży „Cnotliwy Wędrowiec” w Preszowie, wywierającej decydujący wpływ na Generalność konfederacji. Niewątpliwie zdarzają się tarcia i między ludźmi ofiarnymi i ideowymi, ale masońska intryga działając konsekwentnie przez 4 lata toczących się bojów spaczyła przebieg i ducha konfederacji.
Druga przestroga
Stąd wynika dla nas przestroga druga, zasadnicza, niesłychanie aktualna. Naród polski wciśnięty pomiędzy dwu potężnych sąsiadów dążył do zjednoczenia, dążył widomymi wysiłkami swoich najlepszych synów, ale nic z tego nie wyszło, bo nie umiano się ustrzec tych ciemnych rąk, które zrywały nić zjednoczenia z chwilą, gdy zaczynała się nawiązywać. Więc przestroga druga, niesłychanie aktualna nauka z dziejów XVIII stulecia: jeżeli chcemy, by naród polski w obliczu niebezpieczeństwa się zjednoczył, patrzmy bacznie, komu powierzamy dzieło tego zjednoczenia. (Oklaski).
150 lat rządów masonerii
Po Barze nastąpił pierwszy rozbiór, ale gorzej jeszcze niż rozbiór, bo katastrofa ducha narodu. Od r. 1772 aż po dojrzenie nowoczesnego ruchu narodowego w ostatnich latach, przypomina naród polski ciało bez ducha. Upadek konfederacji barskiej to koniec na wiek cały idei narodowej, idei samodzielnej drogi polskiego narodu.
Naród wpada w stan zupełnej prostracji [załamania, zwątpienia], w stan wyjałowienia psychiki narodu z elementów rodzimych. W powstałą po wywiezieniu na Sybir konfederatów i po usunięciu się Czartoryskich próżnię wciśnie się teraz duch masoński. Droga dla niego wolna. On to opanuje niepodzielnie serca i umysły Polaków. Najlepsi synowie Polski stają się teraz masonami.
Nie da się tego zaprzeczyć, jest to faktem stwierdzonym, iż przez 150 lat od pierwszego rozbioru wszyscy najlepsi synowie narodu polskiego byli masonami. I masoni próbują ten argument obrócić na swoją korzyść. Argument ten jednak nie jest na korzyść masonerii, bo możemy stwierdzić, iż te czasy, kiedy najlepsi synowie narodu polskiego wyznawali ideały masońskie, były najtragiczniejszą epoką w tysiącletnicn dziejach Polski. To jest fakt. Jeżeli chcemy, aby naród polski rozwinął skrzydła do lotu, by wzbił się na drogi wiodące ku wielkości, to musimy zerwać z tym, co kaziło duszę narodu przez 150 lat, musimy w miejsce idei masońskiej wziąć ideę narodową. (Oklaski).
Po Barze staje się rzecz tragiczna: nie tylko starsi, dojrzali mężowie tracą ducha narodowego, ale dzieje się rzecz szczególnie groźna dla przyszłości narodu: jego młode pokolenia zaczynają chować się w duchu obcym, a nawet wrogim wszystkiemu, co długie wieki zwykły uważać za istotę polskości.
Weźmy Komisję Edukacji Narodowej. Pozwolę sobie zatrzymać się przez chwilę nad tą instytucją. Głoszono nam, ze dopiero od tej chwili, kiedy zaczęliśmy czerpać wzory od encyklopedystów masońskich, kiedy duchem Woltera i Rousseau zaczęliśmy przepajać wychowanie młodzieży, zaczął się renesans Rzpltej. Niestety widzimy, iż renesans ten był tragiczny.
Dlatego pozwolę sobie zacytować sąd Mickiewicza o Komisji Edukacji Narodowej, wypowiedziany w Wykładach o literaturze słowiańskiej: „Ale cała ta popiętrowana budowa oświaty (Komisja Edukacyjna) czyli instrukcji publicznej, nie miała podstawy w żadnej prawdzie moralnej, w żadnym dogmacie ogólnym. Nasprowadzano z zagranicy dzieł, które miały służyć za elementarne. Książki te, pisane przez filozofów encyklopedystów, znajdowały się w dziwnej sprzeczności z wychowaniem religijnym, zostawionym jeszcze w rękach duchowieństwa. Logika, umiejętności ścisłe i wszystko, czego uczono w szkołach, było już wykładane podług widoków materializmu. Podrzędne zbiory historii, wyciągane z dzieł cudzoziemskich republikanów, wpajały maksymy, tchnące nienawiścią przeciw monarchiii, a obok tego starano się wystawiać uczniom dziedziczną władzę królestwa jako jedyny środek zbawienia Rzeczypospolitej”.
Dziwna to była nauka. Z jednej strony starano się najmłodsze pokolenie polskie przerabiać w szkole na republikanów, z drugiej strony mówiono, iż tylko dziedziczna monarchia może uczynić Polskę silną; z jednej strony kazano młodzieży być gorliwymi katolikami, z drugiej strony przepajano ją duchem racjonalizmu. Czytając monografię Collegium Nobilium widzimy, iż księża pijarzy w pocie czoła tłumaczą wszystkie tragedie Woltera i każą je odgrywać wychowankom. Patrząc na to oczyma dzisiejszego człowieka ma się wrażenie jakiejś aberacji.
Nic dziwnego, że oba pokolenia wychowane w takiej szkole (to jest pokolenie Sejmu 4-letniego i pokolenie powstania 1830 r.) to ludzie zupełnie zdezorientowani, pozbawieni busoli intelektualnej i moralnej, ludzie, którzy własnymi rękami wbrew swym najlepszym chęciom grzebali własną Ojczyznę.
Trzecia przestroga
Tutaj nasuwa się znów przestroga płynąca z tych czasów, przestroga, by wychowywać młodzież, która ma w przyszłości ująć w swe ręce los narodu zdala od wpływów obcego ducha. Przypomnijmy sobie dzieje wychowania w Polsce w ciągu ostatnich lat dziesięciu. Jeżeli Komisja Edukacji Narodowej łączyła się z nazwiskami takimi, jak ks. Kołłątaja, ks. Piramowicza, jak Czackiego, Ignacego Potockiego i innych, to reforma wychowania ostatnich lat dziesięciu łączy się z nazwiskami ks. Żongołłowicza i braci Jędrzejewiczów.
Uważam, iż przestrogi płynące z głębi naszych dziejów są niezwykle aktualne. Uważam, iż rozpamiętywanie żałosnej historii pokolenia, które wyszło ze szkół Komisji Edukacji Narodowej powinno nas nakłonić do walki o to, by wychowanie w dzisiejszej Polsce przepojone było ideami i duchem narodowym. (Oklaski).
W dyspozycji masońskiej
Dochodzimy z powrotem do Konstytucji 3-go Maja. Konstytucję tę stworzyło – jak wiemy – pokolenie wychowane w duchu masońskim, ludzie ujęci w karby konspiracji masońskiej, kierowani przez masońskich przybłędów, którzy robią przymierze z królem pruskim nie tyle w przeświadczeniu, iż król pruski jest rzeczywiście przyjacielem Polski, ale dlatego, iż król pruski był masonem i że obowiązuje ich solidarność masońska. Fryderyk II, zwany Wielkim, był jak wiemy, jednym z najwyższych członków zakonu Illuminatów; masoni całego świata byli do jego dyspozycji. Nic dziwnego, że masoni polscy byli również do jego dyspozycji.
Próbowano operować argumentem, że po stronie zwolenników Rosji znaleźli się również masoni. Zjawisko to normalne. Masoneria dąży zawsze do rozszczepienia swoich sił, do rzucenia swoich ludzi na obie strony barykady. Jest jednak faktem dowiedzionym, że w chwili, kiedy rozstrzygnęły się losy narodu polskiego, to co było w narodzie polskim najlepszego sprzymierzyło się z królem pruskim. To Polskę musiało prostą drogą doprowadzić do katastrofy. Na szczęście nie ma tutaj analogii z dzisiejszymi czasami, gdyż Polska na 5 minut przed dwunastą zawróciła z drogi, na której doszłaby ponownie do katastrofy rozbioru.
Konstytucja 3-go Maja uczy nas jeszcze czegoś innego. W jaki sposób doszło do uchwalenia tej konstytucji? Rzeczy te są ogólnie znane. Wszyscy już wiemy o tym, że Konstytucja 3-go Maja została uchwalona przez zaskoczenie. Konspiracja była ścisła, reżyseria była staranna. Obrano datę 3-go maja jako leżącą tuż po świętach Wielkiej Nocy i korzystając z tego, iż większość posłów była poza Warszawą, ucieknięto się do oszustwa, fabrykując z pełną świadomością ich nieprawdziwości depesze zagraniczne, mające wpływać na wahających się posłów i nakłonić niezdecydowanych do uchwalenia reform.
Zaniedbano przeprowadzić głębszej agitacji w kraju, w szczególności zlekceważono wolę bardzo wyraźną narodu, wyrażoną w sejmikach, tam gdzie chodziło o kwestię dziedziczenia tronu. Bezpośrednio przed Konstytucją 3-go Maja zwrócono się do sejmików z propozycją przyjęcia tronu dziedzicznego i wyboru następcy po Stanisławie Auguście za jego życia. Sejmiki odrzuciły dziedziczność tronu, lecz zgodziły się na wybór vivente rege jego następcy. Był to niesłychany wyłom w polskiej tradycji konstytucyjnej, równie może wielkiej wagi, jak swego czasu rozciągnięcie konfederacji na wszystkie sejmy. Sejm Czteroletni, zamiast na tym poprzestać, uchwalił wbrew wyraźnej woli narodu tron dziedziczny.
Gdy się patrzy dziś na te posunięcia, na uchwałę o dziedziczności tronu wbrew woli sejmików i wbrew woli dynastii saskiej, na uchwałę o 100.000 wojsku, co do której było jasną rzeczą dla wszystkich polityków, iż w ówczesnych warunkach polskich zrealizować się nie da, gdy widzi się jak podstępnymi metodami narzucono narodowi te reformy, dochodzi się do wniosku, że przywódcy Sejmu Czteroletniego albo działali niesłychanie lekkomyślnie, albo popychały nimi jakieś ręce, które ryzykując te wszystkie karkołomne posunięcia dążyły nie do naprawy Rzeczypospolitej, ale do jej ponownego rozbioru, do tej ostatecznej zguby.
To, że ludzie mądrzy robili źle, że ludzie stateczni robili lekkomyślnie, bo przecież reżyseria Sejmu Czteroletniego, będąca w rękach ludzi mądrych, była niesłychanie lekkomyślna, budzi podejrzenie, iż działały tutaj siły, którym zależało na zgubie Rzeczypospolitej. I rzeczywiście zguba ta nadeszła rychlej niż się spodziewano. Polska zginęła. Ginąc zostawiła nam nauki, przestrogi.
Dziedzictwo historii
Jeżeli mówimy dziś otwarcie o tym, jak te rzeczy działy się na Sejmie Czteroletnim, jak powstała Konstytucja 3-go Maja, to mówimy o tym dlatego, by wykorzystać te nauki, aby nie popaść z powrotem w dawne błędy. Jest to rzecz bolesna, jest to rozdrapywanie ran, które wolelibyśmy widzieć zabliźnione, ale jest to zabieg konieczny.
Roman Dmowski w słynnym ustępie, zaczynającym się od słów: „Jestem Polakiem”, wyjętym z książki pod tytułem: „Myśli nowoczesnego Polaka” – pisał: „Jestem Polakiem – to znaczy, że należę do narodu polskiego na całym jego obszarze i przez cały czas jego istnienia…, to znaczy, że czuję swą ścisłą łączność z całą Polską: z dzisiejszą…, z przeszłą – z tą, która przed tysiącleciem dźwignęła się dopiero…, i z tą, która w połowie przebytej drogi dziejowej rozpościerała się szeroko…, i z tą, która później staczała się ku upadkowi, grzęzła w cywilizacyjnym zastoju, gotując sobie rozkład sił narodowych i zagładę państwa…
Wszystko, co polskie, jest moje: niczego się wyrzec nie mogę. Wolno mi być dumnym z tego, co w Polsce jest wielkie, ale muszę przyjąć i upokorzenie, które spada na naród za to, co jest w nim marne”. Jesteśmy dziedzicami i spadkobiercami nie tylko Grunwaldów, nie tylko Kircholmów, Kłuszynów, Chocimów, Wiedniów, ale jesteśmy również spadkobiercami ponurych chwil upadku, chwil poniżenia. Nie możemy się od nich oddzielić. Jesteśmy ich spadkobiercami, ale jesteśmy spadkobiercami nie tylko hańby, ale i nauki, która płynie z tych czasów.
Czwarta przestroga
Nauka, która płynie z Sejmu Czteroletniego jest następująca: Naród nie może być oddany pod zależność ani obcych podszeptów, ani rozkazów, ani nie może być uzależniony od obcego ducha. Naród musi wytyczyć swoją własną drogę i tylko po niej może dążyć do wielkości.
Ta nauka, choć może bolesna, jest nauką krzepiącą. Trzeba z tych przeżyć narodu polskiego umieć wyciągnąć należyte wnioski i odnieść z tego korzyści wielkie, korzyści szczególnie aktualne w dzisiejszej epoce.
Stoimy bowiem w przededniu wielkich wypadków, w obliczu zawieruchy dziejowej, na początku wielkiego dramatu dziejowego, właśnie zaczynającego się rozgrywać, dramatu, o którym wiadomo, jak się zaczyna, ale nie wiadomo, jak się skończy. Naród polski przypomina w tej chwili okręt miotany burzą wśród mroków, okręt, który chcąc utrzymać właściwy kurs, musi mieć pewnych sterników i niezawodną busolę. Busolą tą, która nas przeprowadzi przez burze i zawieruchy dziejowe, może być tylko idea narodowa. (Oklaski).
Armia i idea narodowa
Jeżeli ludzie, którzy starali się uratować Polskę w epoce Sejmu Czteroletniego, doprowadzili ją do zguby i upadku, to dlatego, że nie potrafili zrealizować dwóch podstawowych rzeczy w życiu narodu: nie potrafili zorganizować armii i nie potrafili wytworzyć idei narodowej. My jesteśmy dziś w tym szczęśliwym położeniu, że mamy obie te rzeczy, których brak było naszym przodkom. Mamy silną armię i mamy ideę narodową. (Oklaski).
I dlatego w chwili, gdy zaczyna się dramat dziejowy, naród polski mając armię i mając ideę narodową może być przekonany, że ten dramat nie zakończy się dla niego tragicznie, jak się zakończył tragicznie dramat 3-go Maja, ale dramat, który zaczynamy przeżywać, zakończy się finałem zwycięskim! (Burzliwe oklaski).”
„Prosto z Mostu” nr 31(252)/1939, z dn. 30.07.1939 r.

 

Adam Doboszyński (1904-1949) – polityk narodowy, pisarz, członek Obozu Wielkiej Polski i Stronnictwa Narodowego, personalista, krytyk socjalizmu liberalnego i zwolennik zastąpienia kapitalizmu dystrybucjonizmem, skazany na śmierć i zabity strzałem w tył głowy w komunistycznym więzieniu w Warszawie.

 

 

 

 

 

 

 

Zob. także:
Katolewica polskiego Oświecenia: http://polski.blog.ru/120599139.html
Bolszynstwo 3 Maja: http://polski.blog.ru/118900579.html
Zrehabilitować szlachecką Polskę: http://polski.blog.ru/119744515.html
Dylematy związane ze świętowaniem rocznicy Konstytucji 3 Maja – artykuł Władysława Obrzuta z „Nowego Przeglądu Wszechpolskiego” nr 5-6/2008: http://www.npw.pl/pdf/npw.2008.5-6.pdf
Jeszcze kilka uwag o konstytucji 3 maja – artykuł Andrzeja Turka z „Nowego Przeglądu Wszechpolskiego” nr 4-5-6/2011: http://piastpolski.pl/npw/2011/4-5-6.pdf
Konstytucja 3 maja zgubiła Rzeczpospolitą – wywiad z prof. Andrzejem Chwalbą, historykiem z Uniwersytetu Jagiellońskiego: http://wiadomosci.onet.pl/kiosk/historia/konstytucja-3-maja-zgubila-rzeczpospolita,1,3351402,wiadomosc.html
Grzegorz Grabowski Obraz tytułowy:Wiktor Wasniecow, Jeźdźcy Apokalipsy (1887).
]]>
http://fides-et-ratio.pl/index.php/2012/05/adam-doboszynski/feed/ 83
Jan Łopuszański: Globalizacja i globalizm http://fides-et-ratio.pl/index.php/2012/05/jan-lopuszanski-globalizacja-i-globalizm/ http://fides-et-ratio.pl/index.php/2012/05/jan-lopuszanski-globalizacja-i-globalizm/#comments Tue, 01 May 2012 14:48:03 +0000 http://fides-et-ratio.pl/?p=3577  

Postęp technologiczny – w szczególności w zakresie transportu, komunikacji oraz gromadzenia i przetwarzania informacji – spowodował, że przestrzeń i czas nie są już taką barierą ludzkiej współpracy jak niegdyś. Jest to nowa okoliczność życia narodów, sama w sobie ani dobra, ani zła. Niesie nowe możliwości współpracy, ale i nowe zagrożenia, na które narody i państwa powinny reagować, także we wzajemnym współdziałaniu. Natomiast bardzo wyraźnie należy odróżniać globalizację od globalizmu, który jest projektem budowy jednego, światowego państwa w miejsce licznych współczesnych państw. Uzasadnieniem tego projektu jest twierdzenie, że skoro pojawiło się zjawisko globalizacji i globalne problemy, niezbędne stało się światowe państwo.

Teza, że pojawienie się globalizacji czyni koniecznym powstanie państwa światowego, przypomina swą konstrukcją drugie prawo tzw. materializmu dziejowego (o koniecznej zgodności społeczno-prawnej nadbudowy ze zmieniającą się bazą stosunków produkcji). Odniesienie do marksistowskiej doktryny “konieczności dziejowej” to znamienna konotacja ideowa globalizmu.

Globalizm zakłada zanik narodów i państw (tak samo jak marksizm) oraz celowość tworzenia nowych, wielkich grup społecznych o zakresie globalnym i nadawania tym grupom nowych tożsamości. Na przykład społeczności ludzi zorganizowanych w wielkie międzynarodowe sieci handlowe przyrównywane bywają przez ich liderów do współczesnych plemion złączonych wspólnym materialnym celem. Na przykład Romano Prodi w exposé z 15 kwietnia 1999 roku, wygłoszonym w chwili obejmowania urzędu przewodniczącego Komisji Europejskiej, wypowiedział marzenie, by dzieci urodzone w tym czasie, gdy dojdą do pełnoletności, miały wpisaną w paszportach narodowość europejską. Przypomina to wysiłki ustanowienia narodowości radzieckiej przez władców byłego ZSRS.

Europejski kontynentalizm jest ważnym narzędziem projektu globalistycznego ze względu na europejskie dziedzictwo wielości narodów i narodowych kultur. Trudno byłoby realizować projekt globalistyczny, gdyby narody Europy, broniące swych praw, solidarnie występowały przeciwko temu projektowi. Stąd europejski kontynentalizm ma na celu przede wszystkim ubezwłasnowolnienie europejskich narodów. Kontekstem europejskiego kontynentalizmu jest też konkurowanie elit europejskich z amerykańskimi o stosowny współudział w światowym zarządzaniu, jednak zarówno amerykańskie, jak i europejskie elity władzy wspólnie postulują przekazywanie kompetencji narodowych na szczebel globalny lub lokalny, a w konsekwencji zanik narodów i państw. Promocja globalizmu

Projekt globalistyczny wdrażany jest etapowo – poprzez wprowadzanie gospodarek i państw w stan kolejnych kryzysów i konfliktów, a następnie wyprowadzanie z kryzysów poprzez wdrażanie rozwiązań przybliżających powstanie światowego państwa. W stosunku do gospodarki metoda ta polega głównie na okresowym, naprzemiennym ułatwianiu lub utrudnianiu dostępu/ilości pieniędzy w obiegu (por. Song Hongbing, Wojna o pieniądz, Wektory 2011). Jest to możliwe w sytuacji, w której większość środków płatniczych w obiegu jest kreowana jako dług przez prywatne instytucje finansowe. Lwią część obrotów gospodarczych stanowią tzw. instrumenty pochodne, będące narzędziami spekulacyjnego obiegu finansowego oderwanego od realnej gospodarki. Także niektóre waluty (np. dolar czy funt szterling), wbrew powszechnym mniemaniom, kreowane są nie przez państwa, lecz przez prywatne korporacje finansowe, mające państwowe upoważnienia do kreacji pieniędzy.

Głównymi realizatorami projektu globalistycznego są wielkie grupy kapitałowe działające w skali globalnej. Korzystając z warunków anonimowości, koncentrują zdolność decydowania o kapitałach większych niż środki dostępne nawet wielkim państwom. Przestrzenią ich konsultacji politycznych bywają: a to Klub Bilderbergski, a to amerykańska CFR (Rada Stosunków Międzynarodowych) i bliźniaczy brytyjski RIIA (Królewski Instytut Stosunków Międzynarodowych), a to Komisja Trójstronna, a to spotkania G7, G8, a ostatnio G20, a to Światowe Forum Ekonomiczne w Davos. Rzekomym przeciwieństwem globalizmu, a w istocie partnerami w budowie globalnego państwa, są nurty tzw. alterglobalistyczne, których celem jest zbudowanie “światowego społeczeństwa”. Dawny antagonizm “kapitalistów” i “proletariuszy” usiłują oni zastąpić antagonizmem “globalnych” i “lokalnych”. W imieniu tych drugich chcą przemawiać. Ich fora to Klub Rzymski czy Światowe Forum Społeczne zapoczątkowane w Porto Alegre w Brazylii, czy burzliwe demonstracje antyglobalistyczne, czy ostatnio równoległe wystąpienia “Oburzonych” w licznych krajach. Przy okazji warto nie zapominać, że sponsorami ruchów socjalistycznych, i to tych najbardziej radykalnych (jak bolszewizm czy nazizm), bywały wielkie korporacje finansowe. Spór między globalizmem a alterglobalizmem ma odwrócić uwagę społeczeństw od oczywistego faktu – że istotną opozycją wobec globalizmu nie jest postulat alterglobalizmu, ale postulat oparcia ładu międzynarodowego na poszanowaniu praw narodów i postulat obrony zagrożonych praw narodów. Błogosławiony Jan Paweł II przypominał w siedzibie Narodów Zjednoczonych (1995 r.), że prawa narodu nie są niczym innym jak prawami człowieka ujętymi na tej szczególnej płaszczyźnie życia wspólnotowego. Zalążki państwa globalnego

Elementami przyszłego światowego państwa miałyby być: światowa władza regulująca warunki wymiany gospodarczej, do czego już dziś aspiruje WTO (Światowa Organizacja Handlu); także światowa władza stojąca na straży środowiska naturalnego, do czego aspiruje wiele instytucji na czele z Międzynarodową Unią Ochrony Przyrody (IUCN) czy WWF (Funduszem Dzikiego Świata); także światowa władza w zakresie ochrony zdrowia, do czego aspiruje WHO (Światowa Organizacja Zdrowia). Światowe sądy już są, zwłaszcza MTK (Międzynarodowy Trybunał Karny). Światowa policja (Interpol) też już jest. ONZ i jego agendy, choćby takie jak UNESCO, od początku swego istnienia są tyglem nowych projektów kulturowych, politycznych, prawnych, prowadzących do radykalnego zerwania z prawdą o człowieku i z prawem naturalnym (por. Michel Schooyans, Ukryte oblicze ONZ, WSKSiM, Toruń 2002). Postulowany bywa światowy parlament będący wyrazicielem światowego społeczeństwa. Jednym z kluczowych elementów tego projektu jest ustanowienie światowej władzy monetarnej i jednego globalnego pieniądza. Jednym z możliwych pomysłów jest budowanie tego centralnego, światowego banku wokół IMF (Międzynarodowego Funduszu Walutowego). W ten sposób faktycznie już istniejące kompetencje władcze gremiów zarządzających wielkimi grupami kapitałowymi zyskałyby samodzielne umocowanie prawne rangi międzynarodowej. Kontrola i manipulacja

Projekt globalistyczny zakłada wieloraką kontrolę ludzkiego życia przez różne centrale zarządzane przez wtajemniczonych “mędrców”, którzy wiedzą lepiej. Chodzi tu nie tylko o wykorzystanie nowoczesnych technologii do coraz bardziej wnikliwej kontroli poczynań poszczególnych osób i grup ludzkich. O wiele bardziej idzie o rozbicie naturalnych instytucji stanowiących bariery dla swobodnej manipulacji zachowaniami populacji ludzkiej – instytucji takich jak rodzina, naród, własność. Także o ograniczenie wzajemnej i niezależnej od central politycznych komunikacji międzyludzkiej – to tu mają swoje rzeczywiste uzasadnienie zjawiska takie jak światowe próby ograniczenia wolności internetu czy lokalna dyskryminacja Telewizji Trwam. Idzie wreszcie o globalną koncentrację decyzji dotyczących produkcji i dystrybucji dóbr niezbędnych do podtrzymania życia, takich jak energia, żywność, lekarstwa, według stosowanej przez wielu rewolucjonistów zasady: “kto ma żywność, ten ma władzę”. W warunkach realizacji programów globalistycznych nie jest możliwe istnienie należytych gwarancji ludzkiej wolności, będącej przymiotem i naturalnym prawem wszystkich osób ludzkich. Globalna centralizacja władzy łamiącej te gwarancje ludzkiej wolności prowadzi w sposób nieunikniony do ustanowienia ustroju totalitarnego, godzącego w przyrodzoną wolność ludzką, zatem sprzecznego z prawem naturalnym. Kto zaś podważa znaczenie prawa naturalnego dla godziwego życia człowieka i ludzkich wspólnot, ten przede wszystkim niszczy własne sumienie powstrzymujące go przed czynieniem niegodziwości. Polityka depopulacyjna

Projekt globalistyczny zakłada konieczność depopulacji globu w imię ochrony czystości przyrody zagrożonej nadmierną liczbą ludzi. Metodą osiągania tego celu, dominującą dziś w świecie Zachodu i szeroko eksportowaną do innych części świata, jest tzw. edukacja seksualna, polegająca na instruktażu o sposobach rozerwania związku pomiędzy współżyciem płciowym mężczyzny i kobiety a płodnością (antykoncepcja, sterylizacja, aborcja i środki wczesnoporonne). Nie zapominajmy jednak, że repertuar potencjalnych środków depopulacyjnych jest znacznie szerszy. Są w nim wywoływanie niedostatków i głodów, epidemii, rewolucji i wojen.

Na światowym kongresie demograficznym w Kairze w 1994 roku promowano projekt ustanowienia limitów ludnościowych dla poszczególnych krajów i ustanowienia światowej policji populacyjnej, pilnującej, by poszczególne państwa przestrzegały tych limitów. Projekt upadł przy ogromnym wysiłku Stolicy Apostolskiej i osobiście bł. Jana Pawła II. Bardzo nagłośnionym dokumentem tego kierunku myślenia o demografii jest pierwszy raport dla Klubu Rzymskiego “Granice wzrostu” (1972) autorstwa Denisa i Donelli Meadowsów oraz ich współpracowników. Sama myśl jest jednak o wiele starsza – sięga “Eseju o populacji” Tomasza Malthusa (1798), która to książka stanowiła swoisty instruktaż dla brytyjskich administratorów kolonii. Ekologizm

Projekt globalistyczny zakłada rozwój ekologizmu – głównie dlatego, iż jest on bardzo wygodnym instrumentem uzasadniającym globalne administrowanie procesami rozwoju gospodarczego. Stąd, przykładowo, upowszechnianie fałszywej teorii źródeł globalnego ocieplenia, spowodowanego rzekomo gospodarczą aktywnością ludzi. Rozważane bywają na przykład projekty uczynienia z prawa do emisji dwutlenku węgla podstawy przyszłego pieniądza (zamiast standardu złota – standard wartości jednostki emisji dwutlenku węgla, liczonej jako koszt emitenta dwutlenku węgla). Godne odnotowania jest wreszcie i to, że upowszechnianie ekologizmu ma być instrumentem ograniczania rozwoju gospodarczego wybranych obszarów, natomiast jego prezentacja czasami przypomina oddawanie przyrodzie czci religijnej. Nawet w Polsce mamy do czynienia z wyraźnym przykładem uznawania nietykalności obszaru przyrodniczego za wartość istotniejszą od ludzkiego życia (problem obwodnicy Augustowa). Synkretyzm religijny

Projekt globalistyczny zakłada tworzenie światowej religii, oczywiście na zasadach łączenia różnych religii w jedną. Najdobitniej wyrażone zostało to w “Pierwszej rewolucji globalnej” (1991) autorstwa A. Kinga i B. Schneidera, stanowiącej Raport Rady Klubu Rzymskiego. Społeczeństwo światowe nie powstanie bez wartości moralnych, duchowych, religijnych. Nic nie zdoła wymazać z ludzkich serc poszukiwania “czegoś więcej”, “nieuchwytnego i zwykle bezimiennego”, wydobywającego się z “nieświadomości zbiorowej”, która stała się przedmiotem analiz C. Junga. Tradycyjne wartości były stopniowo odrzucane przez kolejne pokolenia. Czy konieczny jest nowy system wartości? To niełatwe pytanie, ale zależy od niego przyszłość. Wartości moralne można tak definiować i uzgadniać, by lepiej przystosować je do nowych okoliczności. Według Raportu to nie miłość społeczna ma być źródłem solidarności, lecz “nasza biologia i egoizm”. Niezbędny będzie ogromny wysiłek i wiele ofiar, “jeżeli mamy zaszczepić ludziom poczucie światowej solidarności jako najwyższej etyki przetrwania”.

Wydaje się, że to “odrzucanie tradycyjnych wartości” i tworzenie w to miejsce wartości nowych jest istotą projektu globalistycznego, a aspekty polityczne, ekonomiczne, prawne i kulturowe tego projektu są podporządkowane jego celowi antyreligijnemu. Podkreślać należy to na użytek każdego, kto mógłby mieć złudzenia, że możliwa jest realizacja projektu globalistycznego bez promocji synkretyzmu, a w szczególności, że możliwa jest realizacja tego projektu w warunkach szacunku dla Ewangelii i z zachowaniem praw Kościoła. W toku realizacji tego projektu prawa Kościoła mogłyby zostać zachowane chyba tylko o tyle, o ile udałoby się komuś uczynić instytucje kościelne uczestnikami procesów synkretyzacji – to zaś nie jest możliwe bez zdrady Jezusa Chrystusa

]]>
http://fides-et-ratio.pl/index.php/2012/05/jan-lopuszanski-globalizacja-i-globalizm/feed/ 77
Ewa Topczewska: Doktryna liberalizmu a rozwój ekonomiczny społeczeństwa http://fides-et-ratio.pl/index.php/2012/04/ewa-topczewska-doktryna-liberalizmu-a-rozwoj-ekonomiczny-spoleczenstwa/ http://fides-et-ratio.pl/index.php/2012/04/ewa-topczewska-doktryna-liberalizmu-a-rozwoj-ekonomiczny-spoleczenstwa/#comments Sun, 08 Apr 2012 22:56:14 +0000 http://fides-et-ratio.pl/?p=3512  

Wstęp
Termin liberalizm pochodzi od łac. liberalis — wolny, właściwy człowiekowi wolnemu i odnosi się do ideologii, która promuje hasła wolności, tolerancji i pluralizmu. Określa się nim jednak tak różnorodne zjawiska, że nie jest to termin łatwy do zdefiniowania: „Pojęcie liberalizmu nie jest jednoznaczne, zwłaszcza w odniesieniu do różnych sektorów ludzkiego życia indywidualnego i społecznego. (…) Niektórzy liberalizmem nazywają gloryfikację indywidualnej wolności człowieka i jego praw w życiu społeczno–politycznym, inni widzą w nim przede wszystkim postulat wolności ekonomicznej i wolnego handlu, jeszcze inni łączą liberalizm ze zjawiskiem moralnego laksyzmu czy wręcz rozprzężenia”. Liberalizm powstawał jako doktryna ekonomiczna (leseferyzm), szybko jednak opanował całokształt życia społecznego i przerodził się w światopogląd, który przyjmuje „zasadę całkowitej swobody człowieka w każdej dziedzinie myślenia i działania”. Jest obecnie dominującym prądem myślowym zarówno w polityce i ekonomii, jak też w nauce i kulturze. W XX wieku opanował w zasadzie wszystkie dziedziny życia. Według J. Bartyzela osiągnął status „ideologii przenikającej całą strukturę życia współczesnego świata do tego stopnia, że stała się ona sekularną formą współczesnej cywilizacji euro–atlantyckiej”. Jako system filozoficzny liberalizm ukształtował się w okresie oświecenia. Twórcy oświeceniowych teorii liberalnych, m.in. J. J. Rousseau, J. Locke, Ch. L. de Montesquieu, J. S. Mill, A. Smith, głosili autonomię ludzkiego poznania, zwłaszcza jego niezależność od prawdy objawionej, postulując zarazem skrajny indywidualizm i relatywizm poznawczy6. Wolność indywidualną jednostki postrzegali bowiem jako wartość absolutną, nadrzędną względem prawdy, dobra, korzyści, a nawet jako wartość kreującą pozostałe wartości. Doktryna liberalizmu stanowiła nie tylko temat dyskusji salonowych, politycznych czy naukowych, lecz bardzo szybko została przeniesiona na grunt działań praktycznych. Liberalistyczna idea wolności leżała u podstaw wszystkich nowożytnych rewolucji, a zwłaszcza Rewolucji Francuskiej (1789), Rewolucji Październikowej (1917), Rewolucji Hiszpańskiej (1936). Patronowała także rewolucji studenckiej z 1968 roku. Rewolucje te są dramatycznym potwierdzeniem faktu, że wraz z rozprzestrzenianiem się doktryny liberalizmu — liberalizm światopoglądowy mógł tu zawsze liczyć na finansowe wsparcie liberalnej ekonomii — paradoksalnie, choć tylko pozornie wbrew własnym założeniom ideologicznym, liberalizm wygenerował nową formę totalitaryzmu, skoro jak wykazuje J. Bartyzel, teoretycy liberalizmu do dziś traktują go jako jedynie słuszne i wręcz „obligatoryjne nastawienie do życia ‘normalnego’ i ‘cywilizowanego’ człowieka Zachodu”. W ten sposób lansowany przez liberalizm kult wolności stał się obecnie skuteczną metodą kontroli świadomości społecznej, czy też — jak pisze Z. Zieliński — „metodą ujednolicania świadomości”, a w związku z tym także dyskryminacji innych opcji światopoglądowych, gdyż „wolność w tym systemie myślowym należy się wyłącznie liberałowi, w żadnym zaś wypadku inaczej myślącemu”. Za mocną stronę liberalizmu wciąż jednak uchodzi gospodarka, która dopiero w warunkach liberalizacji życia społecznego i państwowego ma zapewnić społeczeństwu wolny i niczym nieskrępowany rozwój ekonomiczny. Jest to aksjomat, którego zasadnicze przesłanie nie zostało jak dotąd wyraźnie zakwestionowane nawet w dobie obecnego kryzysu gospodarczego. Dobrobyt państw wysoko rozwiniętych niezmiennie przypisuje się liberalizacji ich gospodarki i taki model ekonomii organizacje międzynarodowe nadal narzucają państwom rozwijającym się i państwom tzw. Trzeciego Świata. Tymczasem już na płaszczyźnie teoretycznej zasadne wydaje się postawienie następujących pytań: Czy liberalizm jako doktryna społeczno–polityczna faktycznie stanowi podstawę i siłę napędową rozwoju ekonomicznego społeczeństwa? Czy ujawniające się coraz wyraźniej wewnętrzne sprzeczności w tym systemie ideologicznym oraz praktyczne skutki tych sprzeczności mogą pozostać bez wpływu na funkcjonowanie instytucji gospodarczych oraz instytucji życia publicznego właściwych dla społeczeństwa demokratycznego, a określanych jako instytucje liberalne, takich jak państwo prawa, podział władz, własność prywatna, przedsiębiorstwa i rynki, prawa człowieka, w tym zwłaszcza wolności obywatelskie? Czy ostatecznie system ten nie zmierza w tym samym kierunku co ekonomia socjalistyczna, która de facto już w latach 80. zarzuciła orientację marksistowską, przyjmując właśnie orientację liberalną? Niniejsza praca jest próbą odpowiedzi na te pytania w oparciu zarówno o literaturę promującą liberalizm jako optymalną czy wręcz jedynie słuszną opcję w polityce ekonomicznej, jak też w oparciu o literaturę krytyczną wobec tej doktryny. Ze względu na ograniczone ramy pracy licencjackiej uwzględnieni zostaną tylko wybrani przedstawiciele każdej ze stron. Kryterium wyboru stanowił wkład danego autora w polski dyskurs na temat liberalizmu. W pracy posługuję się metodą analizy. Analiza wypowiedzi wybranych teoretyków (np. I. Berlin, J. Gray, M. Novak, J. Rawls) i krytyków liberalizmu (np. A. Pawełczyńska, S. F. Salvany, D. L. Schindler, Z. Zieliński) w rozdziale I ma na celu ukazanie ideowego podłoża tej doktryny. W rozdziale II w oparciu o katolicką naukę społeczną zostanie wyjaśnione pojęcie rozwoju ekonomicznego zarówno z punktu widzenia ekonomii politycznej, jak i polityki społecznej. W rozdziale III zostanie podjęta analiza liberalnej koncepcji rozwoju ekonomicznego i skutków jej zastosowania w gospodarkach narodowych. W toku analizy zostanie wykazane, że już w samej doktrynie liberalizmu można zidentyfikować jedno ze źródeł współczesnych kryzysów gospodarczych. Podsumowanie wyników pracy zostanie przedstawione w zakończeniu.
Spis treści
Przedmowa Wstęp Rozdział I. Doktryna liberalizmu 1. Założenia programowe liberalizmu 2. Główne formy liberalizmu a. Liberalizm społeczno–polityczny b. Liberalizm światopoglądowy c. Liberalizm ekonomiczny 3. Podsumowanie Rozdział II. Pojęcie rozwoju ekonomicznego 1. Wskaźniki rozwoju ekonomicznego: PKB i PNB 2. Czynniki rozwoju ekonomicznego a. Czynnik demograficzny b. Czynniki ekonomiczne c. Czynniki kulturowe (wartości moralne, dobro wspólne) Rozdział III. Doktryna liberalizmu czynnikiem hamującym rozwój ekonomiczny społeczeństwa 1. Liberalna koncepcja rozwoju ekonomicznego — kapitalizm 2. Doktryna liberalizmu jako podłoże współczesnych kryzysów ekonomicznych a. Wolność gospodarcza czy liberalny totalitaryzm? b. Doktryna liberalizmu podstawą rozwoju strukturmafijno–przestępczych w gospodarce c. Ekonomiczne skutki gospodarki liberalnej — casus USA d. Koszty społeczne liberalizmu ekonomicznego Zakończenie Literatura Summary

]]>
http://fides-et-ratio.pl/index.php/2012/04/ewa-topczewska-doktryna-liberalizmu-a-rozwoj-ekonomiczny-spoleczenstwa/feed/ 74
Jan Friedberg: Masoneria a rozbiory Polski http://fides-et-ratio.pl/index.php/2012/03/jan-friedberg-masoneria-a-rozbiory-polski/ http://fides-et-ratio.pl/index.php/2012/03/jan-friedberg-masoneria-a-rozbiory-polski/#comments Wed, 28 Mar 2012 07:51:50 +0000 http://fides-et-ratio.pl/?p=3479

Znany z wielu poważnych prac na polu historji kultury p. Kazimierz Marjan Morawski ogłosił w jednym z ostatnich zeszytów Kwartalnika Historycznego niewielkie, ale obfite w treść studjum pod dziwnym napozór tytułem „Bractwo wrogów wstrzemięźliwości”[1]. W czasie pobytu w Dreźnie zaznajomił się Morawski z W. Suntheimem, właścicielem firmy winiarskiej H. E. Philip, który go zaprowadził do składów tej firmy, znajdujących się w podziemiach t. zw. „Pałacu Kurlandzkiego”. W środkowej hali pokazał p. S. naszemu uczonemu duże półokrągłe framugi; w jednej z nich były ślady wskazujące, iż stał tam niegdyś owalny stół, tak wielki, że mogło przy nim wygodnie zasiąść 12 osób. Przy tym stole – jaki wywodzi nasz Autor na podstawie obszernej literatury i materjałów archiwalnych odbywał elektor saski Fryderyk August II, a od r. 1697 król polski August II, w gronie zaufanych panów i dam wesołe „posiedzenia”, na których, jak wieści głosiły, głównym przedmiotem narad było wypróżnianie kielichów, równocześnie mogło zasiadać przy tym stole tylko 12 osób, choć liczba zaufanych Króla Jegomości była większa, bo członkowie tej kompanji zmieniali się na różnych posiedzeniach. Że pijatyki odgrywały ważną rolę na zgromadzeniach tego towarzystwa, stwierdza zresztą sama jego nazwa: „Bractwo wrogów wstrzemięźliwości”. Przewodniczącym był sam król, który nosił tytuł „Patrona” bractwa. Stowarzyszenie to zwało się także „Okrągłym Stołem”, po niemiecku „Confidenztisch”, albo „Confidenztafel”. Te ostatnie nazwy świadczą, iż otaczano się pewnego rodzaju tajemniczością, – jak zobaczymy, nie bez powodu.

Na początku r. 1728 nastąpiło powiększenie grona zaufanych i wtajemniczonych, a to z okazji przybycia do Drezna króla pruskiego Fryderyka Wilhelma I, organizatora pruskiego państwa i pruskiej armji. Przybył więc w odwiedziny do Augusta „Mocnego” pruski „Król-Kapral”. Przyjechał ze swym synem, Frycem, późniejszym Fryderykiem „Wielkim”, jak go nazwała prusko-niemiecka i bezkrytyczna pozaniemiecka historjografja. Goście zamieszkali w tym samym pałacu, po którego podziemiach oprowadzał naszego Autora uprzejmy drezdeński kupiec. Pałac ten nazwano później „kurlandzkim” od księcia saskiego, a królewicza polskiego Karola, czasowo księcia kurlandzkiego. Oficjalnym celem wizyty była ratyfikacja traktatu przyjaźni prusko-saskiej. Obok poufnie prowadzonych negocjacyj spędzali obaj monarchowie i ich dwory także czas na balach i innych rozrywkach. Wtedy to „Mocny” August zaprosił pruskiego władcę do swego „okrągłego stołu” i wszedł z nim w taką zażyłość, że pozwolił mu założyć w Berlinie filję swego pijackiego stowarzyszenia i wydał mu w tej materji formalny akt erekcyjny. Już 17 marca tegoż roku 1728 zawiózł ten dokument do Berlina kapitan saski, Poppelmann, przywożąc też jako najcenniejszy prezent okrągły stół, wykonany ściśle na wzór drezdeńskiego, aby szlachetna filja berlińska miała przy czem swe „posiedzenia” odbywać. Jako głowa berlińskiego oddziału „Bractwa” nosił król pruski tytuł „Kompatrona” i miał prawo mianować członków tego oddziału.

Według badań K. M. Morawskiego Bractwo było towarzystwem masońskiem, a zajmowało się także sprawami politycznemi, którym nadawało kierunek antykatolicki.

 

II. Zamiłowanie do okultyzmu w całej Europie, a zwłaszcza w Niemczech i innych krajach protestanckich.

Wiek XVI i XVII to epoka, kiedy zamiłowanie do okultyzmu szerzyło się w całej Europie. Z tem łączyło się też uprawianie astrologji i alchemji, które to gałęzie „wiedzy tajnej” dały później co prawda początek tak poważnym naukom jak astronomja i chemja, ale wówczas”… nietylko czystą wiedzę miały nacelu. Warto też zwrócić uwagę na okoliczność, że w średniowieczu zajmowali się temi sprawami tylko nieliczni uczeni, podczas gdy w XVI i XVII wieku poczęły się tem porać osoby na najwyższych stanowiskach, a nawet monarchowie. Może nie od rzeczy będzie uwaga, że wielkie zainteresowanie się alchemją ze strony monarchów i polityków tej epoki było w związku z dewaluacją złota i srebra, która wynikła z nadmiernego napływu tych metali po odkryciu Ameryki, tudzież z olbrzymiem ich zapotrzebowaniem przez rządy na liczne w tej epoce wojny i coraz liczniejsze wojska. Niski stan nauk przyrodniczych sprzyjał wierze w rojenia alchemiczne. Każdy władca pragnął zdobyć jaknajwięcej złota, każdy chciał wiedzieć, czy jego plany polityczne ziszczą się, to też otaczali się alchemikami i astrologami. Nie dziwmy się więc, że porał się alchemją nawet tak gorliwy katolik, jak nasz Zygmunt III, który marzył wciąż o odzyskaniu tronu szwedzkiego, a wiedział, że od sejmu polskiego nie uzyska pieniędzy na wojnę ze Szwecją. Sędziwoj, czy inny alchemik, miał mu dostarczyć tych środków, których król nie mógł uzyskać od sejmu.

Jeżeli jednak katoliccy władcy rozumieli, że w tych badaniach, jak mniemano naukowych, istnieć musi pewna granica, a to, zwłaszcza w czasach potrydenckich, zakreślona dogmatami katolickiemi, to protestanci na granice te nie zważali wcale. Stąd też „tajna wiedza” w krajach protestanckich schodziła już wyraźnie na bezdroża antyreligijne, okultystyczne, zahaczała o żydowską Kabałę, a nawet tu i owdzie o satanizm. Podniecona przez reformację nienawiść do katolicyzmu popychała okultystów protestanckich do szukania sposobów, by zgnębić Kościół, papiestwo i państwa katolickie.

 

III. Rola dynastji Wettynów w sprawach kościelno-politycznych.

Saska dynastja Wettynów zajmowała się szczególnie wiedzą tajną. Ta właśnie dynastja wodziła przez długi czas rej w całym ruchu protestanckim. Wszak pierwszym protektorem Lutra był elektor saski Fryderyk Mądry, a jego brat i następca Jan pozwolił Lutrowi zaprowadzić reformację w swoich ziemiach i był naczelnikiem związku szmalkaldzkiego, pierwszej politycznej organizacji protestantów. Stanowisko to objął po nim jego syn, Jan Fryderyk. Z bocznej linji Wettynów pochodził ks. Maurycy, który zrazu zdradził elektora, gdy ten zbuntował się przeciw cesarzowi Karolowi V i sam otrzymał elektorstwo, ale następnie zdradził i cesarza, który ostatecznie musiał zgodzić się na zawarcie korzystnego dla protestantów pokoju religijnego w Augsburgu. Późniejsi elektorowie, potomkowie Maurycego, dbali o pełny skarb, co ich zbliżyło do alchemików. Takim był August I, który pozostawał w stosunkach z głośnym rabinem-wróżbitą Mardochajem i sam oddawał się wróżbiarstwu. Alchemją i różnemi gałęziami wiedzy tajnej zajmowali się też Chrystjan I, a zwłaszcza Chrystjan II, który z chciwości na złoto dopuścił się głośnego w owych czasach gwałtu na osobie szkockiego alchemika Setona. Przyjąwszy go zrazu gościnnie, kazał go potem uwięzić i torturować, aby mu wydrzeć tajemnicę wyrobu złota. Dopiero polski alchemik, Sędziwoj, pracujący przez dłuższy czas na dworze Zygmunta III, zdołał później Setona podstępem uwolnić.

 

IV. Mistyk protestancki Grebner i jego dzieło.

Zamiłowania alchemiczne Wettynów łączyły się z innemi jeszcze sprawami. P. Morawski zwraca uwagę, że wspomniany elektor August I był w ścisłych stosunkach z saskim mistykiem protestanckim, Grebnerem, który mu ofiarował swe dziwaczne dzieło łacińskie p. tyt. „Sericum mundi filum” (Jedwabna nić świata), które później, w drugiem wydaniu, dedykował wnukowi Augusta I, wspomnianemu wyżej Chrystjanowi II. Jak z treści tej książki wynika, oddawali się Wettynowie także rojeniom okultystycznym i ambitnym planom politycznym. W książce tej znajduje się następujące znamienne „proroctwo” Grebnera: „Dzielne, wojownicze… nasienie Ruty saskiej[2], (ty) wraz z księciem anhalckim, brandenburskim, palatyńskim, heskim, brunszwickim, luneburskim[3]… wyżeniesz papieża, cesarza i pozostałych dynastów papistycznych z ich siedzib”… Książka ta powstała w r. 1572, a bodziec bezpośredni do jej napisania dało autorowi pojawienie się tegoż roku komety, co podnieciło ówczesnych astrologów i wywołało panikę wśród ludności. W drugiem wydaniu tej książki, dedykowanem Chrystjanowi II, jest już wyraźne „proroctwo”, że ten książę zostanie cesarzem niemieckim, że po nim nastąpi cesarz August, który „rozszerzy granice Europy”, a po tym August Wielki, największy ze wszystkich cesarzy, za którego przyjdzie ponownie na świat Zbawiciel…

Znamienne, że podczas gdy Wettynom przepowiadał Grebner tak świetną przyszłość, to Polsce prorokował los jaknajgorszy, jeżeli Polacy nie wybiorą królem takiego Polaka, lub Niemca, którego im narzucą sąsiednie Prusy i protestanci niemieccy. Z sensu wynika, że ten ewentualny „Piast” musiałby być protestantem. Gdyby zaś Polacy kogo innego wybrali, wynikną z tego wojny, do których wmiesza się Karol, król szwedzki, i wyśle niemałe posiłki” przeciw „Antychrystowej, papieżnickiej kohorcie polskiej”. Następuje zapowiedź, że Polska utraci znaczne ziemie, jak Inflanty, Prusy Królewskie, pogranicze od strony Brandenburgji i Śląska, tudzież „wszystkie miasta, używające języka niemieckiego”. Wreszcie znajdujemy w tej książce apostrofę do panującego wtedy Zygmunta III: „Zygmuncie! Królestwo twoje przypadnie jako łup rabusiom wielu”… Wieszczek sasko-protestancki wietrzył więc rozbiory Polski! Czy ten pomysł wyszedł z własnej jego głowy, czy też raczej lęgł się już po głowach innych, którzy kazali mu tak prorokować? Wskazówkę otrzymamy, jeżeli przypomniemy sobie wewnętrzne stosunki Niemiec na przełomie XVI i XVII wieku.

 

V. Stosunki kościelno-polityczne w Niemczech. Towarzystwa masońskie w epoce wojny trzydziestoletniej.

Wspomniany Chrystjan I, syn Augusta I, odegrał ważną rolę w dziejach reformacji, gdyż założył w r. 1591 „Unję”, głośny związek niemieckich protestantów, którego czysto polityczne tendencje zwracały się przeciw katolickiemu cesarstwu, a kościelno-polityczne dążyły do zgniecenia katolicyzmu w Rzeszy. Gdy zaś katoliccy książęta, wobec nieudolności panującego wówczas cesarza Rudolfa II, odpowiedzieli na to przez utworzenie katolickiej „Ligi”, zapanowała w Niemczech atmosfera niepokoju, zapowiadająca bliski wybuch nieuniknionej rozprawy orężnej między obu obozami, która też w 27 lat potem wybuchła, jako wojna trzydziestoletnia, wciągając w wir wypadków przeważną część Europy.

Na ten okres wrzenia w Niemczech przypada założenie t. zw. „Zakonu Palmowego” zwanego też „Stowarzyszeniem Owocodajnem” (Fruchtbringende Gesellschaft). „Zakon” ten, a raczej klub, powstał na zamku Hornstein pod Wajmaren w r. 1617, a więc na rok przed wybuchem wojny trzydziestoletniej. Równocześnie powstał „siostrzany”, bo dla kobiet przeznaczony, odłam tego towarzystwa, zwany „Zakonem Złotej Palmy”, czyli z francuska „La noble Academie des Loyales”. Do klubów tych przyjmowano tylko osoby z najwyższych sfer społecznych, a prezydentem był zawsze jeden z książąt panujących. Założyło ten klub trzech książąt z linji wajmarskiej, ale główna inicjatywa wyszła od Ludwika, księcia Anhalt-Kothen, który za młodu należał do znanych nam klubów florenckich. Jakoż cała organizacja wzorowała się na florenckiej „Accademia delta Crusca”. Niemieccy autorowie podają, że Zakon Palmowy był stowarzyszeniem literackiem, którego celem było pielęgnowanie czystości języka niemieckiego, ale przyznają, że, poza ustanowieniem dziwacznych a niepraktycznych zasad językowych, niczego poważnego klub ten nie dokazał. Faktem natomiast jest, że na posiedzeniach zajmowano się gorliwie kultem Bakchusa, także w klubie kobiecym. Kluby te otaczały się tajemniczością, a że wiadomości o ich istnieniu dochodziły do ogółu, który słyszał o pijackich zabawach, stąd – jak podaje Barthold, niemiecki monograf tych związków – była u współczesnych opinja, że cały zakon Palmowy nie jest piczem innem, jak tylko stowarzyszeniem pijackiem (eine Saufgesellschaft). Chociaż towarzystwo to wzorowało się na tajnych klubach włoskich humanistów, to jednak obyczaje jego odbiegały bardzo od znacznie wytworniejszych, panujących w związkach włoskich, i były bardzo podobne do rozpowszechnionych w późniejszych „Burschenschaft’ach” niemieckiej młodzieży uniwersyteckiej. Opisy tych obrzędów pijackich Zakonu Palmowego przechowały się, a notują je autorowie niemieccy, jak wspomniany Barthold i nowszy Peuckert[4]. W towarzystwach tych chodziło jednak i o rzeczy o wiele ważniejsze! Wskazuje już na to tajemniczość, którą się otaczano, w związku z czem było, iż członkowie używali tak na swych posiedzeniach, jak i w wzajemnej korespondencji pseudonimów, brzmiących zagadkowo. Różne ich symbole były także dość dziwaczne, a wskazywały na nawiązanie do tradycji żydowskiej i antykatolickiej[5]. Ważniejsze jest, że do Zakonu Palmowego należeli wyłącznie protestanci, a co najważniejsze, że w liście członków spotykamy naczelne osobistości tego obozu, Niemców i Szwedów, jak elektora brandenburskiego, Fryderyka Wilhelma, króla szwedzkiego – Karola Gustawa i sławnego kanclerza Oxenstjerne. Czy ci czołowi politycy i wodzowie protestantyzmu jeździli sobie dla przyjemności do Wajmaru, aby tam kielichy wypróżniać? Czy Szwed, Axel Oxenstjerna, był takim poważnym znawcą gramatyki i stylistyki niemieckiej, żeby w tych materjach zabierał głos na posiedzeniach rzekomego towarzystwa językoznawców? Te trzy imiona świadczą, że Zakon Palmowy był w gruncie rzeczy stowarzyszeniem politycznem, antykatolickiem, a zabawki literackie służyły do wprowadzenia w błąd profanów. – Nie można wreszcie zapominać, że działalność tego towarzystwa przypada na epokę wojny trzydziestoletniej, kiedy nie było chyba czasu na bezmyślny hedonizm, kiedy wojna i polityka zaprzątały umysły wszystkich, a oczywiście przedewszystkiem powyższych wybitnych działaczy obozu niemiecko-protestanckiego.

Znamienne jest też, że w r. 1658 został uroczyście przyjęty do Zakonu Palmowego elektor saski Jan Jerzy II, dziadek Augusta Mocnego. Uroczystość ta odbyta się w Wajmarze, centralnej siedzibie Zakonu, które to miasto było wtedy stolicą ernestyńskiej linji Wettynów. Młodszy brat elektora, August, t. zw. „administrator” Magdeburga, był już przedtem członkiem Zakonu, a później został nawet jego naczelnikiem.

Mniejwięcej w tym samym czasie, co Zakon Palmowy, bo w r. 1615, pojawiła się w Frankfurcie nad Menem dziwaczna broszura p. tyt. „Confessio Fraternitatis”, która zawierała program powstałego w tym czasie w Niemczech okultystycznego towarzystwa, zwącego się „Różokrzyżowcami” (Bruderschaft des RosenKreutzes). W broszurze tej znajdujemy podobne myśli, jak w znanej nam już książce Grebnera, a więc, że celem tego towarzystwa jest obalić „tyranję papieża”, którego ostatecznego upadku „doczekać się mają nasze czasy” i t. d. Widzimy tu więc urabianie opinji wśród wpływowych kół protestantów niemieckich do wybuchu akcji antykatolickiej. Byli więc różokrzyżowcy jedną z zakonspirowanych bojówek antykatolickich – jak ich p. K. M. Morawski nazywa; zajmowali się też magnetyzmem, spirytyzmem i alchemją, a stąd zwali się też „Gold – und Rosenkreutzer”. Towarzystwo to, które wywodziło swój początek ze średniowiecza (inna rzecz, czy to polegało na prawdzie), nie mogło się wprawdzie wskutek wojny trzydziestoletniej rozwinąć, ale około r. 1700 zostało wskrzeszone, czy znów ujawnione, przez niejakiego Richtera, Sasa, rodaka Augustowego. Miało swój dom w Norymberdze, przyjmowało adeptów, wręczając im jako odznakę gałązkę palmową, co wskazuje, iż było odłamem Zakonu Palmowego. Wskazuje na to i ich nazwa, bo róża, symbol tajemniczości, powtarza się i w ceremonjale Zakonu Palmowego, a widnieje też na pieczęci Augustowego Bractwa”.

W drugiej połowie XVII wieku istniało też w Norymberdze stowarzyszenie alchemiczne, które było filją Zakonu Palmowego. Sekretarzem tego stowarzyszenia alchemików był Gotfryd Wilhelm Leibniz, na którego rolę zwraca p. K. M. Morawski baczną uwagę, nadmieniając, że pochodził z rodziny pastorów-okultystów, która podobno miała pewien związek z protestantami polskimi. Filozof ten interesował się zawsze sprawami polskiemi, a znaną jest rzeczą, że w r. 1669, po abdykacji Jana Kazimierza, wydał broszurę, zalecającą Polakom kandydaturę palatyna, Filipa Wilhelma neuburskiego, katolika wprawdzie, ale – jak nasz Autor pisze – „świeżego powołania”, a „potomka przewodniej w protestantyźmie niemieckim dynastji.”[6]. Kandydatura ta wyszła, zdaniem p. Morawskiego, z kół niemieckich protestantów – okultystów, a Leibniz pisał swą broszurę z podniety różokrzyżowców i pokrewnych im ideowo kół protestanckich. Leibniz zresztą „parał się za młodu wiedzą tajną, uprawiał alchemję, hołdował Kabale, chociaż przynależności do związków tajnych wprost się wypierał, nawet zacierał za sobą wiodące do nich ślady, ale zatrzeć zupełnie ich nie potrafił”.

Charakterystyczne jest, że uczony tej miary, co Leibniz, interesował się także pewną zagadkową figurą, niejakim Janem Wilhelmem Petersenem, który był zrazu superintendentem w Luneburgu, odwiecznej siedzibie okultystów. Ów Petersen zajmował się też okultyzmem, a zwłaszcza chiljazmem tak gorliwie, że nawet miejscowe duchowieństwo protestanckie pozbyło się go z miasta pod zarzutem, że „z żydami i nowochrzceńcami wierzy w nadejście królestwa świeckiego, pełnego (ziemskich) rozkoszy”. Ekssuperintendent, który zresztą należał też do Zakonu Kwiatowego w Norymberdze, przeniósł się do miasta Wolfenbuttel, gdzie wtedy rezydowali wspólnie dwaj książęta z rodu brunświcko-luneburskiego, członkowie Zakonu Palmowego. Gdy wreszcie i tam nie mógł się ostać, schronił się w r. 1691 do ziem pierwszego króla pruskiego, Fryderyka I, którego ministrowie zbiega gościnnie przyjęli.

 

VI. Psychika Augusta II, jego rojenia i jego plany co do Polski.

Znamy już antykatolickie i okultystyczne nastawienie przodków Augusta Mocnego i wybitne pod tym względem tradycje rodu Wettynów, wiemy, że mistyk protestancki. Grebner, już pod koniec XVI wieku przepowiadał temu rodowi uzyskanie korony cesarskiej po zgnębieniu katolickich Habsburgów, obaleniu papiestwa i t. d. W rojenia te wierzył August II, podzielała je i jego matka. Anna Zofja. Dla niego tron polski miał być tylko etapem na drodze do dalszej sławy, miał mu ułatwić odegranie jeszcze ważniejszej roli, wyznaczonej przez fanatycznych marzycieli protestanckich. Gdy więc po śmierci Sobieskiego nadarzyła się mu sposobność do wypłynięcia z małej Saksonji na ogólnoeuropejską arenę, zapragnął sam, czy też z natchnienia matki, zapoznać się bliżej z temi przepowiedniami. Widocznie, że na dworze saskim znano treść przepowiedni Grebnera, choć książki jego nie posiadano. W poszukiwaniu jej obiecano nawet wypłacić 200 dukatów za egzemplarz. Jakoż elektorowa matka otrzymała tę książkę, jak się nasz Autor domyśla, od Petersena, który, nietylko za pośrednictwem Paulego, nadwornego lekarza Augusta, jej dostarczył, ale i przetłumaczył na język niemiecki[7]. Usłużny chiljasta „poprawił” jednak Grebnera, przerabiając daty, odnoszące się do końca XVI i początku XVII wieku, na daty zbliżone do czasów Augustowych.

Plany niemieckich protestantów – okultystów, by osadzić miłego sobie kandydata na tronie polskim, nie udały się w r. 1669, ale zrealizowano je dopiero po śmierci Jana III. Elekcją Augusta Mocnego był Leibniz tak zachwycony, że nawet rymami fakt ten uwieńczył, dodając życzenie, jakby wyjęte z księgi Grebnera:

„Oby razem z cesarzem i carem król nowy Zgnębili w Europie barbarzyńców głowy”[8].

Prowadząc dalej wojnę z Turcją, nie myślał jednak August działać w myśl polityki Sobieskiego. Zgodne to było raczej z dalszemi ustępami proroctwa Grebnerowego: „Runie Magog (Turek), gdy Europa ujrzy na tronie cesarzy Sasa półkrwi duńskiej”. Charakterystyczne jest też, że proroctwo to, wygrażające w innych miejscach, jak cała pokrewna literatura, Habsburgom, dziwnie zgadzało się z póżniejszemi – jak je p. Morawski nazywa – „niewyrozumowanemi impulsami” nowego króla, który nosił się z planami wypraw na Czechy, Śląsk i Węgry; wszystko to byłyby działania nie „ad maiorem Poloniae gloriam”, ale zaiste „pour le roi de Prusse”.

 

VII. Masoni w otoczeniu Augusta.

W pierwszych latach rządów Mocnego, a napewno już w r. 1704, istniało w Dreznie inne jeszcze stowarzyszenie o charakterze masońskim. Było to t. zw. „Contubernium”, t. j. klub współbiesiadniczy, którego członkowie mienili się „przyrodnikami”; sami dworacy Augusta, którzy na niego wielki wpływ wywierali. Jednym z nich był Dr Maciej Pauli, nadworny lekarz króla, który oddawna wtajemniczał go w arkana różnych gałęzi tajnej wiedzy. Drugim, może najbardziej wartościowym, członkiem tego klubu, był szlachcic z Łużyc, von Tchirnhaus, z amatorstwa przyrodnik i matematyk, który zajmował się temi studjami już za młodu, podróżując po zachodniej Europie, a następnie zaprowadzał w dobrach swoich różne inwestycje przemysłowe, zbudował hutę szkła i t. d. On to jest domniemanym wynalazcą saskiej porcelany i jeszcze w r. 1696 zbliżył się za pośrednictwem Paulego do Augusta, nakłoniwszy go do założenia państwowej fabryki szkła i porcelany. Trzecim „przyrodnikiem” był Antoni ks. Furstenberg, zaufany Augusta, jeden z najwyższych dygnitarzy saskich, który pełnił urząd namiestnika Saksonji, ilekroć król bawił w Polsce. Był to także zapalony alchemik, który tak wierzył w ten kunszt, że w r. 1702, gdy już skarb saski był kompletnie wycieńczony wojną północną, wysłał Tchirnhausa do Francji i Holandji, aby tam wyuczył się na gwałt sztuki robienia złota i ratował w ten sposób króla.

Poza tą trójką i pomniejszemi figurami z „Contubernium” stał znów sam Gotfryd Wilhelm Leibniz, z którym tamci byli w żywych stosunkach. W r. 1702, gdy król bawił w Sandomierzu, wówczas siedzibie oddanej mu polskiej konfederacji, bawił przy nim także Tchirnhaus i razem medytowali, jak ratować plany polityczne Wettynów, przy pomocy alchemji. Wtedy też powziął August myśl założenia saskiej Akademji Umiejętności. Ponieważ znamy okultystyczne nastawienie Augusta, przeto wolno nam domyślać się, że ta akademja miała być stowarzyszeniem podobnem nie tyle do dzisiejszych poważnych ciał naukowych tej nazwy, ale raczej czemś w rodzaju znanych nam włoskich „akademij” pseudonaukowych. Zawiadomiony o tem przez Tchirnhausa, który wyjeżdżał właśnie na swoje studja alchemiczne, pośpieszył Leibniz do Drezna, gdzie konferował w sprawie „akademji” z ministrami Furstenbergiem i Flemmingiem. Znamy list jego do króla z r. 1704, pełen zachwytu nad tym planem i pełen pochlebstw pod adresem tego, jak go nazwał, „jednego z najchciwszych wiedzy i najoświeceńszych monarchów Europy”. Jeżeli zważymy, w jakich opałach był wtedy August, to zrozumiemy, że chwila była zupełnie niestosowna do protegowania poważnych nauk, ale że August był wtedy istotnie „najchciwszy”… złota. Światło na rolę Leibniza w tej sprawie rzuca wyżej przedstawione interesowanie się jego okultyzmem, a zwłaszcza jego korespondencja z różnemi wybitnemi osobistościami. W liście do niejakiego Burnet’a of Kemney okazuje Leibniz wielkie zainteresowanie się chiljastą Petersenem i bierze na serjo jego elukubracje, przytaczając je bez żadnego komentarza i słowa krytyki.

Warto też przypatrzyć się i innym osobom z otoczenia Mocnego. – Gdy August był jeszcze wyrostkiem, wkradł się w jego łaski paź Beichling, o którym ochmistrz dworu wyraził się, że przez niego elektorowicz stał się rozpustnikiem i „oduczył się wszelkiej bojaźni Bożej”. Ten to Beichling zajmował się też wróżbiarstwem, do czego zebrał – jak podaje sam Leibniz – mnóstwo rękopisów. Wywoływał duchy, dostarczał Augustowi różnych dzieł okultystycznych, w których król tak się rozmiłował, że woził je ze sobą, nawet do Polski[9]. Beichling opanował tak Augusta, że ten mianował go nawet kanclerzem saskim, które to stanowisko na skutek łapownictwa utracił.

Ważną figurą na dworze byt też zajmujący się alchemją aptekarz Bottger, który długo łudził Augusta obietnicą fabrykacji złota. Mocny był w nim tak zaślepiony, że oddawał do jego dyspozycji znaczne sumy, zwłaszcza w czasie, gdy wojna północna przybierała dla Saksonji fatalny obrót. Snadź spodziewał się, że złoto sfabrykowane przeważy szalę szczęścia na jego stronę. Gdy ta nadzieja zawiodła, kazał król uwięzić aptekarza i prowadzić mu dalej doświadczenia w więzieniu, aż przyciśnięty w ten sposób Bottger, wynalazł wprawdzie nie sposób fabrykacji złota, ale udoskonalony sposób wyrobu głośnej porcelany saskiej.

Dla charakterystyki Augusta nie można też pominąć jego notorycznego żydofilstwa, które prawdopodobnie było w związku z tem, że hołdował praktykom kabalistycznym. Pomijając już taki np. szczegół, że w r. 1724, gdy król przejeżdżał przez Lipsk, witali go tamtejsi żydzi horoskopami kabalistycznemi, – należy zwrócić uwagę na fakt, że już samą elekcję Augusta na tron polski finansowały żydowskie domy bankowe Wertheimera i Lehmanna. Rzecz ta jest znana w literaturze naukowej[10]. P. Morawski przytacza, że Leibniz w jednym ze swych epigramatów wspomina o „złotych jabłkach”, które od żydostwa otrzymał August na cele swej elekcji.

 

VIII. August II przechodzi na katolicyzm.

Wobec antykatolickiego nastawienia dworu saskiego i wobec ambicji Augusta, by odegrać przodującą rolę w Europie – co sądzić należy o przejściu jego na katolicyzm, tuż przed elekcją na króla polskiego? Było to proste wyrachowanie, obliczone na obałamucenie naiwnej szlachty polskiej[11]. Całe panowanie, życie, sposób myślenia Augusta wskazują, że nigdy nie przejął się katolicyzmem, jak nigdy nie miał na myśli dobra tego kraju, którego koronę podstępem sobie przywłaszczył. Najlepiej scharakteryzował Mocnego znający go doskonale Flemming, wyrażając się o nim jeszcze w r. 1714, że król jest „toujours bon lutherien”. To, jego przejście na katolicyzm, połączone ze zrzeczeniem się stanowiska „dyrektora korpusu ewangelickiego”, t. j. politycznego szefa niemieckich protestantów, nie zamąciło zresztą w niczem jego harmonji z książętami protestanckimi, a zwłaszcza z dworem pruskim, który teraz stanął na czele protestantów Rzeszy. Tylko niewtajemniczony ogół protestantów ubolewał nad tą zmianą wiary, jak ubolewała też jego żona, Krystyna Eberhardyna, protestantka zawzięta, ale osoba dość naiwna, a przy tem poczciwa. Występne życie Augusta było też powodem, że poza nim nikt w Saksonji katolicyzmu nie przyjął, a nawet syn jego, późniejszy August III, uczynił to dopiero po latach, na usilne nalegania ojca, który chciał mu w ten sposób zapewnić tron polski.

 

IX. Pierwsze kroki Augusta w Polsce. Czartoryscy i Potoccy.

Do ubiegania się o tron polski namawiał też Augusta jego najzaufańszy minister, marszałek wojsk saskich, Jakób Henryk Flemming, który liczył na poparcie swego polskiego kuzyna, kasztelana Przebendowskiego. Samą elekcję przeprowadzili oni przy pomocy przekupstwa, strasząc opozycjonistów Rosją, Austrją i Prusami. Posłowie tych państw zalecali kandydaturę Mocnego, a Rosja gromadziła nawet wojska na granicy. Sas zdystansował innych kandydatów do korony; matactwo udało się. Mając za główny cel życia zrealizowanie znanych nam ambitnych rojeń, uważał August tron polski za pierwszy szczebel do sławy rodu i dlatego pragnął uczynić ten tron dziedzicznym w swym rodzie i zaprowadzić rząd silny, absolutny. W tym celu wchodził w tajne porozumienia z sąsiednimi monarchami, zawierał umowy wzajemnej gwarancji pomocy przeciw poddanym. Zamierzał nawet sprowokować w Polsce rewolucję, zgnieść ją przy pomocy sąsiadów, a w nagrodę za tę pomoc oddać im pograniczne ziemie Polski[12]. Przybył więc do nas Sas już z gotowym planem rozbioru Polski, to też nic dziwnego, że wracał do niego raz po raz, i to – jak Konopczyński wylicza – aż 14 razy między rokiem 1698 a 1725. Tyle różnych rokowań na temat rozbioru prowadził zdradziecki król stosownie do zmieniających się konstelacyj politycznych, to z Prusami, to z carem, Austrją i Karolem XII. Znamienne jest, że w tej sprawie zwracał się najpierw do Prus.

Mimo wszystko, przyznać jednak należy, że w pomysłach Augusta był jeden moment, który mógłby Polsce przynieść korzyść, t. j. jego dążność do wzmocnienia władzy rządowej. Prawda, że było już u nas bardzo trudno myśl tę przeprowadzić, prawda, że podobne zamiary nie udawały się dawniej politykom o wiele wybitniejszym od Augusta, ale też król ten usiłował myśl swoją przeprowadzić sposobami jak najgorszemi. Nie chodzi tu tylko o samą myśl rozbioru, od której zresztą w niektórych okresach swych rządów odstępował. Przedewszystkiem nie czynił on nawet żadnych prób, aby wejść w kontakt ze szlachtą. August szukał oparcia o magnatów, rozbitych wtedy na zwalczające się stronnictwa Czartoryskich (t. zw. Familja) i Potockich. Pierwsi rozumieli, iż Polskę gubi anarchja, zwana „złotą wolnością”, to też, choć byli zrazu przeciwnikami króla, pogodzili się z nim po wojnie północnej i byli gotowi popierać go w dążeniu do wzmocnienia władzy rządowej. Rozumieli też Czartoryscy, że król powierzy im kierownicze stanowiska, do czego znów nie chcieli dopuścić Potoccy, przeciwnicy wzmocnienia władzy, opierający się na tłumach bezkrytycznej szlachty. W polityce zagranicznej Czartoryscy orjentowali się także lepiej, rozumiejąc, że Polsce grozi niebezpiecieństwo od Rosji. Jedni i drudzy nie mogli jednak mierzyć się z wytrawną a chytrą dyplomacją zagraniczną, to też na tem polu popełniali różne błędy.

 

X. Kiedy i o ile mogłyby plany Augusta wyjść Polsce na pożytek?

Słusznie zaznacza Konopczyński, że jak polityka Augusta w niektórych okresach jego rządów nie zasługuje na bezwzględne potępienie, tak znów postępowanie mas szlacheckich i ich przywódców, występujących zawsze fanatycznie przeciw królowi, gubiło Polskę. Odnosi się to przedewszystkiem do czasów wojny północnej, a zwłaszcza do ówczesnych „rządów” Leszczyńskiego, który był bezwolnem narzędziem najezdnika, Karola XII. O tyle więc, o ile pragnął utrzymać się na tronie wbrew Szwedowi, działał August zgodnie z interesem Polski. Drugim okresem, kiedy działał zgodnie z polską racją stanu, to czasy po osławionym Sejmie Niemym (1717), który pod presją cara Piotra zniweczył polską wojskowość. Niesłychane te postanowienia, gwałty wojsk rosyjskich w Polsce i opanowanie przez Moskali lennej Kurlandji, na którą August miał swoje widoki, przekonały go wtedy, że Piotr jest nietylko wrogiem Polski, ale i jego własnym. Wtedy to król i Flemming zdobyli się na stanowczy krok, zbliżywszy się do Anglji i Austrji i zawierając z niemi traktat przymierza, w którym między innemi państwa te poręczały utrzymanie całości Królestwa Polskiego. Wiadomość o tym sojuszu wzmocniła w całej Europie stanowisko Augusta II i Rzplitej. Wrogowie przycichli, car wycofał swe wojska z Polski. Król tym krokiem mazał swe winy, wyrzekał się planów rozbioru. Rzecz jednak niestety nie przyszła do skutku, gdyż podburzone przez Potockich i innych magnatów, a między nimi przez wszystkich czterech hetmanów (!), dwa sejmy odrzuciły ratyfikację traktatu. Odtąd August, rozżalony na Polaków, z tem większym uporem wraca do swego planu rozbiorowego, który w korespondencji z wtajemniczonymi członkami Bractwa nazywa „wielkim planem” (grand dessein). Już w r. 1721 dwaj żydowscy faktorzy, Lehmann i Mayer, jadą do Berlina, obwożąc ten „towar”. Król-Kapral zgodził się oczywiście skwapliwie, pozyskano też do tej intrygi żonę ces. Karola VI, Elżbietę brunszwicką, gdy w tem niespodziewanie car Piotr I pokrzyżował plany Augusta, zawiadamiając o nich Polaków. Uczynił to oczywiście nie dlatego, że pomysł był nieuczciwy – jak car z udanem oburzeniem głosił – ale, aby wykopać przepaść między królem a narodem polskim.

 

XI. August w ramionach Prus. Bractwo wrogów wstrzemięźliwości i jego filja berlińska.

Rozżalony na Rosję i polską opozycję, rzuca się August bez zastrzeżeń w ramiona Prus. Założenie berlińskiej filji Augustowega Bractwa było więc w oświetleniu powyższych politycznych koncepcyj tylko przypieczętowaniem zawartej właśnie, w czasie drezdeńskiej wizyty pruskiego króla, prusko-saskiej przyjaźni. W Bractwie skupiały się polityka, masońskie cele i kult Bachusa. Między obu klubami istniały jednak ważne różnice, tak co do ducha, który w nich panował, jak co do składu członków, jak wreszcie co do tendencyj politycznych. O klubie drezdeńskim informuje nas p. Morawski na podstawie fotograficznych kopij statutów Bractwa, których udzieliła mu dyrekcja prusko-brandenburskiego archiwum domowego w Charlottenburgu. W statutach tych czytamy, że między „współbraćmi” ma panować równość, że mają zbierać się na śniadanie, obiad, czy kolację, że na jednem posiedzeniu ma być najwyżej 12 osób, ale w stosunku 4 kobiety na 8 mężczyzn, że przy stole ma panować wesołość i bezceremonjalność. Mimo to statuty zastrzegają, że członkowie klubu mają zachowywać ścisłą tajemnicę co do wszystkiego, o czem mówiono na posiedzeniu. P. Morawski dopatruje się w tych postanowieniach klubu i innych pokrewnych współczesnych zapowiedzi haseł francuskiej rewolucji; „fraternite, egalite, liberte.” Autor nasz znalazł też w archiwum drezdeńskiem spis członków Bractwa, sporządzony własnoręcznie przez Augusta II, a spisany w lichej francusczyźnie, przyczem każda osoba określona jest jakimś przydomkiem, najczęściej trywialnym. Figuruje więc w tym spisie królewicz (późniejszy August III), z przydomkiem „Kapral”, i jego żona, Marja Józefa, nazwana „Praczką”. Z mężczyzn, obok królewicza, należeli do Bractwa naturalni synowie Augusta, najwybitniejsi ministrowie, Flemming, zwany w Bractwie „Chorążym” i Ernest Krzysztof von Manteuffel, przezwany „Zbrojmistrzem” albo „Djabłem”. Spis ten okazuje przedewszystkiem, jak straszliwym demoralizatorem był August II i jak szkodliwy był wpływ jego na nasze społeczeństwo, a zwłaszcza na jego najwyższe warstwy.

Z pośród członków zespołu Augustowego zwrócić należy przedewszystkiem uwagę na wspomnianych dwu ministrów saskich. Z nich bardziej głośnym jest Jakób Henryk hr. Flemming, który rozpoczął swoją karjerę w służbie brandenburskiej, rychło przeszedł do saskiej, doszedł w niej do stopnia feldmarszałka i był najbardziej zaufanym ministrem Augusta. – Nie tak powszechnie znaną, choć w sprawie Bractwa i wszelkich intrygach Augusta II niemniej ważną osobistością, byt Ernest Krzysztof von Manteuffel. Pochodził ze średniozamożnych junkrów wschodniopruskich i wcześnie poznał się z Fiemmingiem, który już w r. 1701 namówił go do wstąpienia do służby saskiej i stale otaczał swą protekcją. Był zrazu M. posłem saskim w Berlinie, a następnie, jako t. zw. „minister gabinetowy”, obok Ftemminga, jedną z najważniejszych figur na dworze Mocnego. Słusznie nazywa go Morawski „alter ego” Flemminga, a że ten byt „alter ego”- króla, więc cała polityka Saksonji i Polski była w drugiej połowie rządów Mocnego w ręku tych trzech ludzi. Jak wielce cenił August Manteuffla, świadczy fakt, że nadał mu tytuł baroński, a później hrabiowski, a po śmierci Flemminga mianował premjerem saskim. To wszystko nie przeszkadzało, że „Djabeł” służył równocześnie tak gorliwie interesom pruskim, że Król-Kapral nazywa go w jednym z listów do swego posła w Warszawie, Marschalla von Bieberstein, swoim przyjacielem. Ponieważ zaś używa przytem przydomków, używanych w Bractwie, przeto mamy, dowód, że ta „służba” i ta „przyjaźń” odnosiły się do spraw, o których była mowa na posiedzeniach Bractwa, a więc także i do „wielkiego planu”. Zresztą już w r. 1718 bawił M. znów w Berlinie i wtedy usiłował wplątać Augusta do przymierza z Prusami, które ostatecznie przyszło do skutku w r. 1728. – W Bractwie odgrywał „Djabeł” bardzo ważną rolę, pozatem posiadał talent w tem towarzystwie nader ceniony, gdyż był pijakiem pierwszej klasy. Dodajmy, że ten wybitny mason nie był mimo wszystko w głębi duszy serwilistą wobec monarchów, jak świadczy przytoczony przez Morawskiego list jego do Flemminga, w którym roztacza poglądy zgoła rewolucyjne, a monarchów nazywa wprost „łajdakami”. Nic w tem dziwnego, gdyż wiadomo, że rewolucyjne, tak antymonarchiczne, jak i antyreligijne poglądy, które później miały wybuchnąć jawnym płomieniem w francuskiej rewolucji, długo przedtem tliły wśród kół arystokracji, opanowanych duchem masońskim. Był wreszcie „Djabeł” przyjacielem Leibniza, który, jak wiemy, wszystkim planom masonerji niemieckiej z ukrycia patronował. – Znamienne są wreszcie dalsze losy Manteuffla, gdyż jego impulsywność i nietakt uczyniły go później niemożliwym na dworze saskim; utracił więc swe godności i schronił się do Berlina, gdzie założył nowy klub masoński, t. zw. „Stowarzyszenie Aletofilów”.

Odmienną cechę od Bractwa drezdeńskiego posiadała jego filja berlińska. Pito i tam nie najgorzej, choć poprzestawano na tańszych gatunkach wina i na piwie, stosownie do pseudospartańskich upodobań Króla-Kaprala, osławionego sknery. Przedewszystkiem zachodziła między filją berlińską a centralą drezdeńslsą i innemi klubami masońsko-pijackiemi ta zasadnicza różnica, że do filji berlińskiej nie należały wcale kobiety. Filja berlińska z Kompatronem na czele dążyła do zrealizowania konkretnych planów politycznych, nie goniła za mrzonkami, jak Patron, nie przejmowała się głupstwami takich Grebnerów i Petersenów, choć umiała hytrze korzystać z nastrojów przez nich wywołanych. Nic więc dziwnego, że ostatecznie Hohenzollernowie wyprowadzili w pole Wettynów, zwłaszcza gdy po bojaźliwym w gruncie rzeczy Królu-Kapralu objął rządy gracz tej miary, co Fryderyk II, a po Auguście II, nastąpił tępy August III. Partnerzy byli więc zgoła nierówni. Ale Król-Kapral liczył się jeszcze z Mocnym i udawał jego przyjaciela. Przyjaźń ta była dla niego całkiem bezpieczna, zwłaszcza w późniejszych latach, gdy skaptował sobie Flemminga i Manteuffla, a wreszcie przekupnego Bruhla. Morawski przytacza niezmiernie charakterystyczny list, który filja berlińska wystosowała 26 listopada 1728,  a więc w parę miesięcy po swem powstaniu, do centrali drezdeńskiej z okazji wyzdrowienia Patrona po przebytej właśnie chorobie. Choroba (na nogę!) musiała być dość poważna, skoro stary pijak przez jakiś czas nie mógł stosować się do statutów Bractwa, które nakazywały, by każdy członek przy stole wypił przynajmniej butelkę wina. W liście dano Augustowi formalną dyspensę od tego obowiązku na rok. Dokument wystawiono na posiedzeniu, przy zachowaniu masońskiego ceremonjału. Podpisało ten akt 12 członków filji berlińskiej z Kompatronem na czele. Nie było między nimi ani jednej kobiety, byli natomiast sami junkrzy pruscy, a wśród nich dwaj bliscy spraw polskich, t. j. Fryderyk Wilhelm von Grumbkow i H. G. von Donhoff. Pierwszy miał w Bractwie przydomek „Biberius Cassubiensis”, a drugiego zwano niby z polska „Starosta Schmoutzky”. Wystosowano pismo nie do samego Mocnego, lecz do wybitnych członków Bractwa drezdeńskiego, jak do kuzyna Augustowego, Jana Adolfa, ks. Sachsen-Weissenfels (wnuka owego Augusta, który był niegdyś członkiem Zakonu Palmowego), Wackenbartha, gospodarza „pałacu kurlandzkiego” i Manteuffla, który w tym czasie był już na usługach Króla-Kaprala.

Z tych wszystkich figur na dworze berlińskim najwybitniejszym i najważniejszym był Fryderyk Wilhelm v. Grumbkow, generał, a później nawet feldmarszałek wojsk pruskich, który był tem dla Fryderyka Wilhelma I, czem Flemming dla Augusta Mocnego. Jako minister byt szefem dwóch najważniejszych resortów, t. j. wojskowego i skarbowego i położył dla Prus wielkie zasługi przez czynną współpracę w reformach skarbowych i wojskowych Fryderyka Wilhelma I.

Ten to wszechwładny człowiek byt po królu pierwszą figurą w berlińskiej filji Bractwa. W towarzystwie tem miał także tytuł „prezydenta” i zwoływał posiedzenia. Jego wybitna rola, tak w państwie, jak i Bractwie wskazuje, że był dobrze wtajemniczony we wszystkie sprawy polityczne, a więc także w pomysły rozbioru Polski.

Drugi z podpisanych w wspomnianym liście – H.G. von Donhoff, z przydomkiem „Starosta Schmoutzky”. Morawski przestrzega czytelnika, aby nie sądził, że przydomek ten odnosi się do naszej Żmudzi. Epitet ów zawierał znane u Prusaków kpiny z polskości, a był aluzją do niemieckiego słowa Schmutz – brud. Ten polski tytuł „starosta” i owo „Schmoutzky” (z polską końcówką „ski”) wskazują jednak, że tę figurę coś z Polską łączyło, Prawdopodobnie był on dalekim krewnym polskich Denhoffów, którzy za Augusta II odgrywali w Polsce ważną rolę[13], to też ów pruski von Donhoff mógł przez swych polskich kuzynów wpływać na polskie możnowładztwo w interesie swego króla. Między członkami filji berlińskiej widnieje też (bez bliższego określenia) „Schwerin, przezwany Żywem srebrem”. Domyślać się można, że był to głośny generał, późniejszy feldmarszałek, który w czasie wojny siedmioletniej poległ w bitwie pod Pragą, 1757. Skądinąd wiemy, że za Króla-Kaprala należał już do najwybitniejszych generałów. Jego przynależność do berlińskiej filji byłaby jeszcze jednym dowodem, że ta filja była główną kuźnią pruskich intryg politycznych.

Musimy wreszcie zająć się panem Marschallem von Bieberstein, posłem pruskim na dworze Augusta. Podpisu jego nie spotykamy wprawdzie pod owym listem. Nic dziwnego, bo go wtedy w Berlinie nie było. Niewątpliwie jednak był członkiem masońsksiego klubu, skoro król pruski w liście do niego określa różne osoby przydomkami, używanemi w Bractwie. Zresztą i Morawski przytacza dowody, że Marschall był masonem. Był on oczywiście wtajemniczony w plany rozbioru Polski, i to co najmniej od r. 1710, kiedy był w Warszawie posłem jeszcze króla Fryderyka I, który mu wtedy posłał szczegółowe instrukcje co do „grand dessein”, oparte na pertraktacjach, prowadzonych poprzednio w Berlinie z Flemmingiem. Już odtąd pozostawał Marschall w ścisłej łączności z saskim premjerem w sprawie planów rozbiorowych.

 

XII. Położenie Augusta i Polski około r. 1728 pogarszało się wyraźnie.

Przede wszystkim August miał już 68 lat; liczono się z tym, że niedługo pożyje. W stosunkach międzynarodowych był odosobniony, a w Polsce miał przeciw sobie wpływowe stronnictwo Potockich. Był w bardzo złych stosunkach z Francją, zwłaszcza od r. 1725, biedy Marja Leszczyńska została żoną Ludwika XV. Już w rok potem poczęło poselstwo francuskie w Warszawie werbować stronników dla jej ojca przy spodziewanej elekcji, a głowa polskiej opozycji – prymas Potocki zobowiązał się w r. 1728 do popierania kandydatury Leszczyńskiego. Prymas jak wyraża się o nim prof. Konopczyński – „dzierżył wysoko sztandar pychy rodowej”, i nie mógł znieść wyniesienia Czartoryskich. A gdy właśnie tego roku 1728 zmarli trzej hetmani, mianował król regimentarzem wojsk koronnych oddanego sobie Stanisława Poniatowskiego, zięcia ks. Kazimierza Czartoryskiego, podkanclerzego litewskiego. Wskazywało to, że na najbliższym sejmie pragnie oddać mu jedną z buław, Spotęgowało to gniew Potockich, gdyż brat prymasa, Józef, który za pierwszych rządów Leszczyńskiego był już hetmanem, uważał, że jemu należy się hetmaństwo. To też Potoccy dążyli przedewszystkiem do zerwania sejmu i porozumiewali się z Rosją. Ale i sam Leszczyński oglądał się teraz na Rosję, co spowodowało, że „Familja” nie mogła popierać go i stawała po stronie króla, z obowiązawszy się jeszcze w r. 1726 do głosowania za królewiczem, Widząc piętrzące się trudności, nawiązuje August stosunki przyjaźni ze Szwecją, co doprowadziło w r. 1732 do paktu z tem państwem, celem wspólnej obrony przed Rosją. I do zawarcia tego paktu przyczynili się znacznie Czartoryscy, którzy pracowali także nad zbliżeniem się króla do Anglji i Turcji.

Skomplikowała się cała sprawa znów na niekorzyść Augusta, gdy i dwór wiedeński stanął w szeregu jego przeciwników. Było to dziełem Potockich, którzy zabiegali o poparcie Austrji przeciw Sasowi. Ze stanowiska ówczesnej konstelacji politycznej był to właściwie pomysł fantastyczny, by równocześnie opierać się na Francji i Austrji, które od wieków zwalczały się wzajemnie. Wykonanie tego pomysłu ułatwił Potockim sam August, gdyż począł zbliżać się do dworu wersalskiego, dając do zrozumienia, że wycofa kandydaturę swego syna na rzecz Leszczyńskiego, jeżeli Francja dopuści Sasów do współudziału w sukcesji po wymierającej właśnie męskiej linji Habsburgów. W fantastycznej, niestałej, pełnej sprzecznych porywów głowie Augusta powstaje więc przez jakiś czas myśl, aby zrezygnować z całego „wielkiego planu”, zrezygnować z rozbioru Polski, a wziąć udział w rozbiorze Austrji. Widzimy niezdecydowanie i brak wytycznej myśli w całej jego polityce. Pragnie za wszelką cenę odegrać wybitną rolę, a to bez względu na to gdzie, w Polsce czy w Austrji, z kim i przeciw komu. Tę politykę tłumaczyć mogą chyba tylko znane nam fantastyczne rojenia, wysnute z „proroctw” Grebnera, a podsycane przez masońskie otoczenie.

 

XIII. Ostatnie intrygi Mocnego i jego zgon.

Przy pomocy Hohenzollernów w ostatnich latach życia August II pragnie wydobyć się z tej „isolation”, chociaż bynajmniej nie „splendid”, w której się znalazł. Prusacy, korzystając z jego przymusowego położenia, wpływali na niego, aby od swego „grand dessein” nie odstępował. „Genjalny” we własnem zrozumieniu Wettyńczyk myślał, mimo wszystko, i o pozyskaniu spadku po Karolu Vl. Dlaczegożby synalek Mocnego nie miał posiąść obok korony polskiej także i cesarskiej – z Francją, czy przeciw Francji. Mniejsza z tem, co za pomoc dostanie Król-Kapral, czy caryca rosyjska, czy kto inny jeszcze. Wszak Grebner i Spółka wyprorokowali niesłychanie świetny los Wettyńczykom! Tak fantazjował snadź August II, jak wynika z jego nieskoordynowanych poczynań. Nie można przytem nie zwrócić uwagi na fakt, dla niego bardzo niepomyślny, że w tych czasach utracił swego najpoważniejszego doradcę, któryby go mógł w tej jego ryzykownej polityce powstrzymywać; w r. 1728 zmarł stary feldmarszałek Flemming. Praktyczny Hohenzollern natomiast – „trzeźwy”, mimo pijatyk w Bractwie – tudzież jego wierni słudzy, mocne głowy, którym wino nie tak łatwo zawrót sprowadzało, jak siedmdziesięcioletniemu już przeszło Augustowi, kpili sobie w duchu z kochanego Patrona mniejwięcej w ten sposób, jak później „Wielki” Fryderyk kpił z tłustego i nieudolnego Augusta III. Wiedzieli Prusacy, że rojenia wettyńskie to nieziszczalne mrzonki; mniej ważne dla nich było, co z bezwładnego ciała Rzplitej wykroi dla siebie kto inny, główną rzeczą dla nich było, by zagrabić Prusy Królewskie, ów nieznośny dla Hohenzollernów (jak i później dla ich epigonów) „korytarz polski”. Jeżeli zaś przy tem uda się wytargować coś więcej, np. Żmudź, lub kawał Wielkopolski, to tem lepiej. Tak te pomysły były wtedy popularne wśród najwyższych sfer pruskich, świadczy okoliczność, że ówczesny królewicz Fryderyk, gdy po znanych przejściach został ułaskawiony przez ojca, wypracował dla niego obszerny memorjał polityczny, w którym między innemi pomysłami zalecał także gorąco zabór Prus Królewskich. Wiedział, że jadąc na tym koniku najprędzej przebłaga srogiego rodzica. W Polsce tymczasem Czartoryscy rozwinęli energiczną agitację na sejmikach. Wtedy to z ich inicjatywy pojawiły się także broszury polemiczne, chłoszczące warcholstwo wielbicieli „złotej wolności” i próbujące tłumaczyć, iż bez silnego rządu niema mowy o prawdziwej wolności. Między innymi młody, a mało jeszcze znany literat, Ks. Stanisław Korsarski, napisał swą świetną rozprawę „Rozmowa ziemianina z sąsiadem”. Potoccy widzieli, że szala przechyla się znów na stronę ich przeciwników. Prymas, korzystając z nieobecności króla w kraju, wszedł w tajne porozumienie z posłem austrjackim Wilczkiem i rosyjskim Loewenwoldem, żądając od nich pomocy wojskowej na wypadek zamachu stanu ze strony króla. Smutno było w Rzplitej, na szkodę której spiskowali tak niecny król, jak i jego wrogowie, butni magnaci, obie strony były jednak tak zaślepione, że nie przypuszczały, by ci, których pomocy wzywają, oszukali jednych i drugich, Prusy, popierające Augusta, i Rosja, z którą łączyli się Potoccy, uzyskały w tym czasie sojusznika w Austrji, która dowiedziała się o rokowaniach Augusta z Francją. „Trzy czarne orły” zmówiły się przeciw Augustowi, a tem samem przeciw Polsce. Okazało się, że matactwa tak króla, jak i Potockich, były w gruncie rzeczy naiwne. Obie strony nie wiedziały bowiem, że już 13 września 1733, a więc jeszcze przed otwarciem ostatniego sejmu, stanął między późniejszemi państwami zaborczemi osławiony traktat, który historja nazwała traktatem Loewenwolde’go, Rosja, Prusy i Austrja zobowiązały się wzajemnie nie dopuścić do tronu polskiego ani syna Augustowego, ani Leszczyńskiego.

Podkreślmy, że Augusta II oszukały Prusy, jedyne państwo, któremu ufał, Kochany Kompatron omotał go jednak tak silnie, że jeszcze w przededniu nowego sejmu, w styczniu r. 1733, intrygował z nim dalej zdradziecki król polski na temat „wielkiego planu”. Że Fryderyk Wilhelm I działał przy pomocy znanego nam Bractwa, świadczy przebieg rokowań prusko-saskich z końcem r. 1732 i na początku 1733. Działali tu sami nasi znajomi: z Bractwa drezdeńskiego, a zwłaszcza z berlińskiej filji. Kompatron wysłał znów Marschalla do Drezna i Warszawy i udzielił mu 12 grudnia 1732 szczegółowej instrukcji, zatytułowanej „Instruction secrete pour le ministre Marschall de Bieberstein, concernant le partage, que le Patron a fait proposer au Compatron”. Napieranie pruskich masonów na Augusta, by swój plan wreszcie zrealizował, świadczy o ich zachłanności na „polski korytarz”. Obok Marschalla wziął sprawę w swe ręce sam prezes berlińskiej filji, wszechpotężny Grumbkow. W nocy z 11 na 12 stycznia 1733 zabiegł on drogę jadącemu do Polski Augustowi w Krośnie śląskiem (po prusku Krossen). Na 2 godziny przed królem przybył Bruhl, już wtedy po Manteufflu pierwszy minister saski i członek Bractwa drezdeńskiego. Zrazu wszczął się między nimi teoretyczny raczej spór na temat, kto pierwszy wystąpił z „wielkim planem”. Chodziło widocznie o to, kto go w danej fazie wznowił, bo, że rzecz wyszła od Augusta, jeszcze przed jego wstąpieniem na tron polski, jest rzeczą notoryczną i o tem obaj wiedzieli. Z relacji, którą Grumbkow przesłał swemu królowi, zasługuje na uwagę, że Bruhl zapewniał, iż Kompatron oświadczył Marschallowi na wyjezdnem z Berlina; „trzeba nauczyć Polaków rozumu, a nic ku temu nie posłuży lepiej, niż rozbiór”. Chociaż Grumbkow w czasie tej rozmowy trwał przy tem, że inicjatywa wyszła od Patrona, to jednak nie o to chodzi Ważniejsze dla nas jest, iż

1)        w czasie tej rozmowy, jak i w raporcie Grumbkowa używano stale wyrażeń, wziętych ze słownika Bractwa i

2)          że Grumbkow nie chciał przyznać inicjatywy Kompatronowi, aby w Bruhla i w Patrona wmówić, iż Prusacy pragnęli tylko dopomóc Augustowi do zrealizowania jego planu, a więc nie chcieli dopuścić do tego, aby zorjentował się jak bardzo im samym na całej robocie zależy. Mówili też obaj premjerzy o tem, że trzeba będzie dopuścić do współudziału w łupie Rosję i Austrję. Gdy nadjechał Patron, począł Biberius omawiać z nim szczegóły podziału. Przytem wszedł Prusak z miejsca w rolę gospodarza, wbrew wszelkiej etykiecie dworskiej, ale zupełnie zgodnie z zasadami Bractwa, gdzie przecież panował brak przymusu, tudzież… „wolność, równość i braterstwo”. W raporcie do swego pana zauważył też Grumbkow, że August, choć jeszcze trzeźwy, tak słabo trzymał się na nogach, że o mało nie upadł na ziemię. Było więc już bardzo źle z jego zdrowiem. Biberius, wiedząc, jak trafić w najsłabszą strunę Augusta, począł go częstować winem i dolewać mu do kielicha. Patron, wywnętrzając się przed Biberiusem, ofiarowywał Prusakom Toruń i wielki kawał Prus Królewskich z wyjątkiem Gdańska, a więc – jak słusznie K. M. Morawski zauważa – powtarzał jakby jota w jotę to, co niegdyś wyczytał u Grebnera. Dla siebie pragnął zachować Wielkopolskę i Małopolskę, tudzież Wilno, a resztę mogłaby brać Rosja. Uderza nas tu, że August nie liczył się wtedy z tem, że i Austrji trzeba będzie dać część łupu a także, że nie określił wschodnich granic tej Polski, którą chciał zatrzymać dla siebie, jak wreszcie, że w pewnym przebłysku świadomości i zdrowego sensu pragnął zatrzymać Gdańsk. Możemy więc powiedzieć, że stary Fryc, przystępując do pierwszego rozbioru Polski, wziął to, co jego ojcu August ofiarowywał, że zrealizował masońskie plany z przed 39 lat i dawne rojenia Grebnera. …

Wróćmy jednak do uczty krośnieńskiej, Biberius był znakomitym kuchmistrzem i podczaszym, bo i potrawy kazał podawać według gustu Patrona i obficie dolewał szampana, o który się August upomniał. Debatowali dalej, siedząc nad mapą Polski, przyczem zdrajca – król robił dyspozycję marszu armij najezdniczych, ale dodał, że chce, aby Prusy i Rosja zaczynały okupowanie grabionych ziem. Nazajutrz rano przyznał się August przed Grumbkowem, że ma „zupełnie pustą głowę” z wczorajszej pijatyki. Ostrzegał jednak Biberiusa, żeby treść wczorajszej rozmowy zachował w sekrecie, – „bo Polacy gotowi jeszcze kark mi skręcić”. Bodajże najważniejsze jest, że August w czasie tych poufnych rozmów z Prusakami – tak ubiegłej jesieni, jak w Krośnie i po przyjeździe do Warszawy – powtarzał stale, że nie chce sukcesji bez rozbioru! Snadź rozumiał, że absolutyzm możnaby narzucić Polsce tylko zmniejszonej, a więc osłabionej. Może też, znając nieudolność swego syna, wiedział, że on nie da sobie rady z całą Polską…

Sejm rozpoczął się pod znakiem ułożonego już zamachu stanu, przy silnej asystencji wojskowej. Oszukani Czartoryscy oddali poprzednio królowi jeszcze tę przysługę, że przeprowadzili nietylko wybory poselskie po jego myśli, ale nawet wybór swego i królewskiego stronnika Ożarowskiego na marszałka. Uważano za rzecz pewną, że Stanisław Poniatowski otrzyma wielką buławę koronną, a Jan Tarło polną. Wdała się jednak w to wszystko Opatrzność i w nocy z 31 stycznia na 1 lutego 1733 r. umarł August Mocny, ten, jak go prof. Konopczyński nazywa – „rokokowy Alcybiades”, czyli, jak go też nazwać możemy, król bezbożnik, król – mason, król – rozpustnik, król – zdrajca…

Nie udały się na razie intrygi „Bractwa wrogów wstrzemięźliwości”. Pruscy spryciarze musieli poczekać lat blisko 40, kiedy, niestety, te piekielne plany zrealizowano z tą tylko różnicą, że miejsce masońskiego dworu wettyńskiego zajął faryzeuszowski dwór wiedeński.

Kraków.

[1] K. M. Morawski. Bractwo wrogów wstrzemięźliwości. (Kwartalnik Historyczny. Rocznik XLVIII, zesz. 3. s. 489-534. Lwów, 1934). Szkic niniejszy nie jest tylko sprawozdaniem z powyższej pracy, ale Autor dodał uwagi i uzupełnienia, aby Czytelnika, który nie jest historykiem, wprowadzić „in medias res” i ułatwić mu zrozumienie rozprawy, napisanej dla zawodowych historyków w fachowem czasopiśmie.

[2] Aluzja do ruty w herbie Wettynów.

[3] Wszystko to były rody protestanckie.

[4] F. W. Barthold, Geschichte der fruchtbringenden Gesellschaft. Berlin, 1848. – W. E. Peuckert, Geschichte der Rosenkreutzer. Jena, 1928.

[5] Autor zwraca uwagę na nazwę „Zakon Palmowy”, gdyż palma była symbolem wojującej Judei, a członkowie włoskiego stowarzyszenia „Kielni” „mogli znoić się symbolicznie nad odbudową świątyni Salomona”.

[6] Żona Filipa Wilhelma pochodziła z „arcyprotestanckiego rodu heskiego”, a syn ich ożeniony z córką zaciekłego polskiego kalwina, Bogusława Radziwiłła, znanego z roli, jaką odegrał w czasie szwedzkiego „potopu”, zalecany był do tronu polskiego, jako kandydat tych samych zapewne kół, co wysuną wkońcu Augusta” (Mor.)

[7] Oba te rękopisy znajdują się obecnie w Dreznie.

[8] Tłum. K. M. Morawskiego.

[9] Beichting był obok Flemminga pierwszym posłem saskim, wysłanym do Polski w r. 1697 w sprawie kandydatury Augusta.

[10] Konopczyński, Czasy saskie. Encyklopedja Polska, Pol. Akad. Um.

[11] Konopczyński podaje, że August przyjął katolicyzm w największym sekrecie, by móc się wyprzeć tego w razie niepowodzenia przy elekcii.

[12] Por. Konopczyńki, Czasy Saskie.

[13] Niemiecka rodzina szlachecka von Donhoff pochodziła z Westfalji. Jedna jej gałąź osiedliła się w Inflantach, a po wcieleniu tego kraju do Polski weszła w skład naszej szlachty; poczęła się pisać z polska „Denhoff”, a nawet spolszczyła się zupełnie. Jedna linja tych polskich Denhoffów przeniosła się w połowie XVII w. do Prus Wschodnich. Być może, że ów „starosta Schmutzky” z tej właśnie linji pochodził.

tekst pierwotnie drukowany był w  ”Ateneum Kapłańskie”, Rok 1936, tom 37, strony: 30-47 i 149-154

]]>
http://fides-et-ratio.pl/index.php/2012/03/jan-friedberg-masoneria-a-rozbiory-polski/feed/ 80