Lemingoza (wynaturzenie rozsiane, syndrom wypranego mózgu) – wielostopniowa, niemal nieuleczalna psychofizyczna choroba zakaźna, zwana potocznie dojrzałością, atakująca zwykle osoby w wieku licealnym, lecz często już dużo wcześniej, zwłaszcza kobiety (nie wszystkie ale większość).
]]>
Inspiracją do napisania pracy w oparciu o nauczanie księdza arcybiskupa Stanisława Wielgusa był jego niedoszły ingres z dnia 7 stycznia 2007 roku.
Jeszcze tego samego dnia wydarzenia te następująco skomentował kardynał Józef Glemp: „Cóż to za sąd nad arcybiskupem, bez świadków, bez możliwości obrony? Sąd oparty na świstkach i wątpliwych kserokopiach, mikrofilmach!”. Głośne i donośne wołanie w katedrze słowa ,,nie” było zaprzeczeniem lawiny oszczerstw, jakie spadły na arcybiskupa Wielgusa.
Ksiądz arcybiskup nie współpracował z SB, gdyż aby taka współpraca mogła mieć miejsce – zdaniem ks. prof. Tadeusza Guza – musi być wolny wybór prowadzący do ściśle określonego celu. Nie było żadnych notatek, jedynie podpis na wielokrotnie kopiowanej kartce papieru, którego nikt nie zbadał. Arcybiskupowi nie postawiono żadnych zarzutów, nie miał obrońców, a tylko rozwścieczonych oskarżycieli. Siły wrogie arcybiskupowi osiągnęły swój cel: nie dopuściły do objęcia warszawskiej stolicy arcybiskupiej. Poza tym, zniszczyły go psychicznie i duchowo. Podczas ingresu dokonano swoistego medialnego mordu na osobie czcigodnego arcybiskupa. Jednym nienawistnym głosem przemawiali dziennikarze, publicyści, komentatorzy, a także niektórzy duchowni
Nie przedstawiono żadnego dowodu, który by obciążał arcybiskupa Wielgusa. Jego obrońca, mec. Sebastian Karczewski, mówił wówczas tak: „Ksiądz arcybiskup Stanisław Wielgus nie był tajnym współpracownikiem SB (…). Sprawa jego oskarżenia o współpracę (…) została celowo sprowokowana przez grupę osób, które postanowiły nie dopuścić do objęcia przez ówczesnego biskupa płockiego urzędu metropolity warszawskiego ze względu na fakt, że nominacja dokonana przez Benedykta XVI nie odpowiadała ich oczekiwaniom”1.
Słowa wypowiedziane w warszawskiej archikatedrze przez Prymasa Tysiąclecia kard. Stefana Wyszyńskiego tuż przed jego aresztowaniem pasują do sytuacji z 7 stycznia 2007 roku: „Gdy będę w więzieniu, a powiedzą wam, że Prymas zdradził sprawy Boże – nie wierzcie. Gdyby mówili, że Prymas ma nieczyste ręce – nie wierzcie. Gdyby mówili, że Prymas stchórzył – nie wierzcie. Gdy będą mówili, że Prymas działa przeciwko Narodowi i własnej Ojczyźnie – nie wierzcie. Kocham Ojczyznę więcej niż własne serce i wszystko, co czynię dla Kościoła, czynię dla niej” (Warszawa, 25 listopada 1953).
To „nie wierzcie” chciałoby się wielokrotnie dzisiaj jeszcze głośnej zawołać w stosunku do abp. Stanisława Wielgusa. Zniszczono wielkiego człowieka prawdziwie kochającego Boga, Ojczyznę, Kościół i człowieka. Największego w Polsce mediewistę, naukowca, wychowawcę i odpowiedzialnego duszpasterza.
Wybrałem temat „Humanizm chrześcijański w nauczaniu abp. Wielgusa”, gdyż w nim zawarta jest wielkość człowieka i godność osoby ludzkiej związana z Bogiem w świetle objawienia chrześcijańskiego. Przyjmuję zatem, że wartości religijne i dążenia transcendentne nie tylko nie są sprzeczne z jakimkolwiek humanizmem godnym tego miana, ale że czynią go pełnym i autentycznym. Humanizmem na czasy dzisiejsze jest całe nauczanie Jana Pawła II na temat wolności, równości, sprawiedliwości, godności ludzkiej, szacunku dla różnych dziedzin działalności człowieka, o które opiera się nauczanie księdza arcybiskupa Wielgusa.
W pierwszym rozdziale, opierając się na nauczaniu arcybiskupa Wielgusa, starałem się dać odpowiedź na pytanie „kim jest człowiek?”. Drugi rozdział poświęciłem temu, co dla księdza Wielgusa jest najważniejsze: ojczyźnie, narodowi, rodzinie i nauce. W trzecim rozdziale ukazałem ideologie zła, które niszczą człowieka. Wnioski oraz podsumowanie całej pracy zawarłem w zakończeniu.
Chrześcijanin wobec nowych ideologii niszczących chrześcijański humanizm
„Nowa ideologia zła”, którą Jan Paweł II często nazywał cywilizacją śmierci, wyrosła z dawnych ateistycznych i anarchistycznych filozofii: z Marksa, Nietzschego, Trockiego, Freuda i wielu innych. Jej dynamiczny rozwój rozpoczął się na Zachodzie od 1968 roku. To wówczas młodzi ludzie zaczęli masowo występować pod hasłami: „Zabrania się zabraniać czegokolwiek”, „Niszczcie to, co was niszczy, a niszczy was obecny porządek prawny, niszczy was państwo i religia, niszczą was wszelkie urzędy i wychowawcze instytucje, niszczą was uniwersytety, szkoły, rodzina, małżeństwo”[1].
Ci nowi ideologowie krzyczeli, że należy zbudować nowy, wolny świat, świat pozbawiony starych zasad moralnych, politycznych i kulturalnych; świat, w którym każdy będzie mógł robić, co mu się podoba. Policja stłumiła manifestacje, ale nie spowodowało to zmiany mentalności ludzi, którzy po wielu latach w demokratycznych wyborach dostali władzę. Pokolenie roku 1968 nie potrzebuje obecnie aktów przemocy dla realizacji swoich starych haseł. Ma bardziej skuteczne metody działania: ustanawianie prawa godzącego w rodzinę, małżeństwo, akceptującego aborcję, eutanazję, małżeństwa homoseksualne. Ludzie ci świadomie obalają wartości, na których zbudowane było życie społeczne całych narodów od tysięcy lat. Nowa ideologia zła nie posiada charakteru zorganizowanej potężnej partii czy też innej struktury, ale prezentuje tak jak dawne zbrodnicze ideologie, karykaturę historii zbawienia i jest o wiele nawet groźniejsza, gdyż działa podstępnie, opierając się na fałszywej antropologii. Wykorzystuje olbrzymie wpływy polityczne, finansowe, oraz potężne i bardzo skuteczne w swoim działaniu liberalne media. Celem agresji tej nowej ideologii zła nie jest, jak kiedyś, inny naród, obca rasa, lecz biblijny obraz człowieka. W taki oto sposób arcybiskup przedstawił proces rodzenia się nowych ideologii zła, które są skierowane przeciw naturze i kulturze, które niszczą przyszłość współczesnych pokoleń, ale i przed nimi nie ma żadnej przyszłości, bo opierają się na kłamstwie, oszustwie, niesprawiedliwości i pogardzie dla biednych, słabszych i bezbronnych.
Postmodernizm
Twórcy postmodernizmu twierdzą, że ich filozofia zrodziła się z rozczarowania religią, nauką, nacjonalistycznymi ideologiami, które głosiły istnienie prawdy obiektywnej, która doprowadziła do wojen, prześladowań religijnych i narodowościowych, stała się ostoją zła i nieszczęścia ludzkiego. Odrzucenie prawdy obiektywnej ma ich zdaniem zapewnić powszechną zgodę, miłość i braterstwo.
Ksiądz arcybiskup Stanisław Wielgus nie uznaje postmodernizmu za nową ideologię, tylko uważa ją za powstałą na podwalinach pradawnych mitów o utraconym tzw. złotym wieku, który pojawia się w starożytnej gnozie. W szczególności ks. Wielgus powołuje się na wizje XII-wiecznego autora Joachima de Fiore, który w historii ludzkości wyróżnił trzy epoki: Ojca, Syna i Ducha – epokę wiecznego spokoju.
Od kilkudziesięciu lat kraje rdzennie chrześcijańskie opanowuje nowa ideologia tzw. postmodernizm. Miliony ludzi uznało tę filozofię życia, często nie zdając sobie nawet sprawy z nazwy prądu, który wyznają. Głosi on zupełnie inną wizję świata i człowieka, niż chrześcijaństwo. Propaguje całkowity relatywizm poznawczy i moralny, skrajny indywidualizm, praktyczny materializm, agnostycyzm, irracjonalizm i szczególnie hasło nieograniczonej wolności: od wszystkiego i do wszystkiego.
Arcybiskup wyjaśnia, co kryje się za tymi pojęciami. Każdy człowiek ma swoją subiektywną prawdę, gdyż nie istnieje prawda obiektywna, każdy w sprawach moralnych postępuje tak, jak mu wygodnie, ponieważ nie istnieją żadne absolutne kryteria obejmujące cała ludzkość, ani pod względem moralnym, ani poznawczym. Eliminuje pojęcie grzechu i różnicę między dobrem a złem. Człowiek musi być wolny od prawdy, moralności, przekonań i religii. Człowieka nie może ograniczać rodzina, narodowa kultura, historia, czy wychowanie. Taki postmodernistyczny człowiek nie pracuje nad własnym charakterem, obca jest mu asceza czy jakiekolwiek poświęcenie dla drugiego człowieka Taki człowiek musi nieustannie dążyć do przyjemności, konsumpcji. Taki człowiek sam siebie uważa za tolerancyjnego, ale w rzeczywistości jest to tolerancja tylko wobec osób tak samo myślących jak on, nie toleruje osób mających inne poglądy.
Postmodernizm występuje przeciwko religii, która stawia jakieś wymagania moralne swoim wyznawcom i głosi trwałe, niezmienne i niepowtarzalne prawdy. Postmodernizm akceptuje te kościoły chrześcijańskie, które uległy temu nurtowi wprowadzając „chrześcijaństwo ułatwione, klubowe, rezygnujące z obowiązku zachowania chrześcijańskich norm moralnych, odrzucające wiarę w piekło i szatana, czasem już wiarę w samego Boga, udzielają natomiast ochoczo ślubów homoseksualistom i lesbijkom”[2]. Natomiast nie akceptuje kościołów z twardym i niezmiennym nauczaniem dotyczącym wiary. Kościół przestaje być sumieniem społeczeństwa. Religi jeszcze są skłoni powiedzieć „tak”, natomiast Kościołowi mówią „nie”.
Dalej arcybiskup Wielgus podkreśla, że religia – zdaniem postmodernistów – winna pełnić rolę terapeutyczną, podejmować działania charytatywne i zapewniać człowiekowi poczucie bezpieczeństwa. Bóg ma służyć człowiekowi, a nie człowiek Bogu. Religia ma akceptować wolność człowieka „do wszystkiego” i „od wszystkiego”. Ma dostarczać radosnych przeżyć, ma bawić i pocieszać, jeśli natomiast zacznie narzucać jakieś normy moralne czy też zacznie żądać od człowieka ofiarności i wyrzeczenia, to taką religię należy odrzucić. Człowiek zaczyna wówczas szukać czegoś innego i tak staje się ofiarą sekt czy też zaczyna wierzyć w astrologię, magię, okultyzm albo parapsychologię. Jako przykład, ksiądz Wielgus podaje sektę New Age, która głosi, że ludzkość przechodzi z epoki pełnej nienawiści i wojen chrześcijańskich – tzw. epoki Ryb do pozachrześcijańskiej epoki (tzw. epoki Wodnika) charakteryzującej się wiecznym spokojem i miłością. New Age zaciera różnice między Stwórcą a stworzeniem, między dobrem i złem, odrzuca pojęcie grzechu, a w konsekwencji prowadzi do destrukcji społecznej. Przyszłość świata widzi w gwiazdach. Człowiek tego nowego prądu wierzy w horoskopy i wróżby, a nie wierzy w zbawienie, uważa, że po śmierci panteistycznie wtopi się w kosmos.
„Współczesny angielski poeta Steave Turner w swoim pełnym ironii wierszu zatytułowanym »Credo«, tak przedstawia światopogląd współczesnego, zachodniego, poddanego ideologii postmodernizmu człowieka:
Wierzy tylko w to, że Jezus był dobrym człowiekiem, podobnie jak Budda, Mahomet i my sami.
Wierzy, że był niezłym kaznodzieją, choć nie uważa, żeby wszystkie jego morały były dobre i potrzebne.
Wierzy, że wszystkie religie są w zasadzie takie same, ponieważ wszystkie wierzą w miłość i dobroć, a różnią się jedynie takimi drobiazgami jak: stworzenie świata, grzech, niebo, piekło, Bóg i zbawienie. Wierzy w to, że po śmierci jest tylko nicość, a jeśliby tam jednak coś było, to bez wątpienia będzie to niebo dla wszystkich; no może z wyjątkiem Hitlera, Stalina i Dżyngis-chana.
Wierzy w seks przed, po i w czasie małżeństwa.
Wierzy, że cudzołóstwo to frajda.
Wierzy, że „seks inaczej” też.
Wierzy, że tabu jest tabu.
Wierzy, że wszystko idzie ku lepszemu. Wbrew temu, na co wskazują dowody.
Wierzy, że coś jednak jest w horoskopach, w UFO i wygiętych na odległość przez medium łyżeczkach.
Wierzy w końcu głęboko w to, że nie ma żadnej prawdy absolutnej – z wyjątkiem prawdy, że nie ma absolutnej prawdy”[3]
Ksiądz arcybiskup Stanisław Wielgus wyraża opinię, że jeśli ludzie utracą jakikolwiek wspólny język, jakąkolwiek wspólną wizję świata, która ich łączyła, gdy każdy z nich będzie miał swoją prawdę i własne spojrzenie na dobro moralne, to konsekwencją tego może być „wojna każdego z każdym, nieustająca, nie do zakończenia, okrutniejsza niż jakkolwiek inna, prowadzona wyłącznie według praw dżungli, bez nadziei na jakikolwiek pokój. Tak łatwo budzi się w ludziach, pozbawionych oparcia w niewzruszonej prawdzie i moralności, Kainowe dziedzictwo”[4].
Tylko życie w oparciu o zasady chrześcijańskie prowadzi do miłości i pokoju, żadna inna do tej pory wymyślona ideologia tego nie zapewnia.
Sekularyzm
Sekularyzm „(łac.: saecularis,-e: świecki; saeculum,-i: świat ziemski,przemijający) – ideologia negująca wszelkie elementy religijne tak w życiu społecznym człowieka, jak i w całej kulturze; swoista filozofia życia o charakterze ateistycznym propagująca koncentrację uwagi na sprawach doczesnych człowieka”[5].
Pierwsze oznaki sekularyzmu można zaobserwować już w okresie renesansu i narodzin kultury nowożytnej, które następnie wsparte zostały przez m.in. takich filozofów jak: Kartezjusz, Kant i Hegel oraz Marks, Nietzsche i Freud.
Podstawową zasadą tej ideologii było twierdzenie, że postęp ludzkości można osiągnąć poprzez wykorzystanie sił ludzkiego rozumu bez pomocy ze strony religii. Początkowo relacji sekularyzmu do religii nie cechowała wrogość, utrzymana była bardziej w klimacie milczącej separacji. Dopiero współczesny sekularyzm przyjął charakter sekularyzmu wojującego, dążącego do wyeliminowania Boga i rzeczywistości religijnej ze świata, poprzez wprowadzenie nowego stylu życia. Człowiek ma się skupić na życiu tu i teraz, wyłączając wszelkie relacje z Bogiem. Sekularyzm jest negatywnie nastawiony do religii, jest antyreligijny. Nie uznaje istnienia uniwersalnych norm postępowania, jak również ludzkich wartości, które by mogły posiadać stałe znaczenie. Sekularyzm akcentuje potrzebę zaangażowania się poznającego człowieka w proces dostosowania się do swojego środowiska i wykorzystania swojej wiedzy, jako praktycznego środka w zaspokajaniu własnych potrzeb i pragnień. Sekularyzm ma głębokie przekonanie, że człowiek jest z natury dobry, a więc natura ludzka nie jest skażona przez jakiś grzech. Szczęśliwą przyszłość ludzkość osiągnie dzięki cudom techniki.
Ksiądz arcybiskup Stanisław Wielgus mówi o dwóch sposobach rozumienia i realizowania sekularności w relacji do religii: europejskim i amerykańskim. Europejski model laickości został ukształtowany przez francuski i angielski ateizm oświeceniowy oraz rewolucję francuską. Model ten odrzuca transcendentny wymiar rzeczywistości, to kult państwa, które ma być ostateczną instancją w tworzeniu prawa i struktur społecznych oraz w kształceniu i wychowywaniu młodych pokoleń. Religia i wiara mają zostać albo całkiem wyeliminowane, albo ograniczone wyłącznie do sfery życia prywatnego.
Drugi model laickości wywodzi się z myśli filozoficzno-społecznej, rewolucji i konstytucji amerykańskiej. Stany Zjednoczone zbudowane zostały przez ludzi głęboko religijnych, a rewolucja amerykańska nie miała nic wspólnego z ateizmem. Co wpłynęło na fakt, że podstawę amerykańskiego modelu laickości stanowi teza, że tym, co ogranicza władzę państwową są prawa obywateli, które swoją moc czerpią z prawa naturalnego, które ma pierwszeństwo przed prawem państwowym, jak i prawem jednostki. Mowa o rzeczywistość transcendentnej, która stanowi ostateczną instancję i ostateczną gwarancję dla życia społecznego narodu amerykańskiego. Dlatego w życiu tego narodu i w jego prawie do dziś zachowało się – mimo coraz to gwałtowniejszych ataków ateistycznego liberalizmu – bardzo wiele treści religijnych i odwołań do Boga.
Wspomniane modele laickości wpłynęły znacząco na dwa współczesne rozumienia nowoczesności. Pozostająca pod wpływem francuskiego modelu nowoczesność ma opierać się na materialnej sferze natury, eliminując sferę rzeczywistości nadprzyrodzonej, ma opierać się wyłącznie na rozumie ludzkim, który stanowi o wszelkich normach w prawie, w życiu społecznym, kulturalnym, politycznym, po prostu o każdej sferze życia człowieka. Amerykański model nowoczesności zachował swoje dotychczasowe odniesienie do sacrum, mimo że jest przedmiotem ataków ze strony neomarksizmu oraz postmodernizmu. W państwach współczesnej zachodniej Europy dominuje francuski model nowoczesności, który dąży do uwolnienia społeczeństwa od religii, a tym samym od zasad moralnych wynikających z zasad wiary katolickiej.
„Za szczególnie groźny znak czasu, wskazujący na nadzwyczajną aktywizację sił zła w naszej epoce, uznał zmarły Papież zjawisko ateistycznego, wrogiego religii, a zwłaszcza katolicyzmowi, sekularyzmu, eliminującego z życia ludzkiego – indywidualnego i społecznego – nadprzyrodzony wymiar rzeczywistości i prowadzącego wprost do takiej współczesnej cywilizacji, która nie waha się mordować milionów niewinnych istnień ludzkich w aborcji, eutanazji i zbrodniczych doświadczeniach genetycznych, obłudnie przy tym, i całkowicie fałszywie, ogłaszając się za wykwit nowoczesnego, oświeconego postępu oraz za jedyną obrończynię wolności, godności i praw człowieka”[6].
Arcybiskup jeszcze dokładniej wskazuje na konsekwentnie realizowany cel niszczenia religii, w wyniku zaplanowanych, skoordynowanych i wprowadzanych w życie działań. A celem tym jest zastąpienie etosu judeochrześcijańskiego nihilizmem i kompletnym relatywizmem ideologii poprawności politycznej. Cel ten jest możliwy do osiągnięcia, gdyż w działania te zaangażowane są siły polityczne, najbardziej wpływowe media z tysiącami redaktorów gotowych do walki z religią, pieniądze. Dodatkowo, działania te są wspierane przez nauczycieli akademickich, artystów i wielu innych ludzi gotowych do wyszydzania świętości chrześcijańskich.
Ksiądz arcybiskup Stanisław Wielgus trwoży się, kiedy powiada, że sekularyzm to życie bez Boga, a najbardziej przerażające jest, to że, ci ludzie nie mają potrzeby Boga, uważają, że bez Niego żyje im się lepiej. Ludzie, którzy ulegli sekularyzmowi nie boją się umierać bez Boga, bez sakramentów świętych. Codzienne życie bez Boga im nie przeszkadza, nie mają z tego powodu żadnego dyskomfortu psychicznego.
Nowoczesny sekularyzm nie odwołuje się do nauki, ma cechy pragmatyzmu. Odrzuca wszystko to, co nie przynosi korzyści człowiekowi, przestał się zajmować szukaniem odpowiedzi na pytania o egzystencję człowieka. Interesuje się wyłącznie formułowaniem wskazówek, mających prowadzić do uniknięcia cierpienia i niesprawiedliwości.
W ostatnich kilku latach, zauważa arcybiskup, nasilił się atak mający na celu eliminację resztek elementów religii z obyczajowości i z życia publicznego. Z sądów wyrzucane są tablice z Dekalogiem, a ze ścian sal lekcyjnych usuwane się krzyże. Zakazuje się dzieciom i młodzieży noszenia jakichkolwiek symboli religijnych. Problemem okazują się szopki świąteczne, a ze świątecznych kartek pocztowych usuwa się wzmiankę o Bożym Narodzeniu i o Wielkanocy. Liberalne media na siłę wtłaczają, jak to było w czasach komunizmu, w świadomość milionów ludzi obrzędowość świecką zamiast religijnej. Wszystko to dzieje się publicznie, często przy aprobacie rządzących, powołujących się na postęp, pokój społeczny, tolerancje i wolność.
„Sekularyzm jak ongiś komunizm, dąży do tego, by stać się ogólnoświatowym światopoglądem. Podobnie również jak komunizm nie znosi żadnej konkurencji, a w stosunku do symboli chrześcijańskich i Boga reaguje z nieukrywaną nienawiścią i agresją. Karmi się antychrześcijańską ideologią oświeceniową, ale zajmuje wobec religii jeszcze bardziej skrajne niż ona stanowisko. Jeden z ojców europejskiego sekularyzmu, Voltaire, twierdził jeszcze, że wiara w Boga jest konieczna dla człowieka i że gdyby Bóg nie istniał, to należałoby Go wymyślić jako gwaranta moralności jednostek i społeczeństw. Współcześni kontynuatorzy oświeceniowego sposobu myślenia idą dalej niż Voltaire. Głoszą, że gdyby nawet było pewne, że Bóg istnieje, to należałoby o Nim milczeć i postępować tak, jakby nie istniał. »Hipoteza Boga« – powtarzają za jednym z dawnych przyrodników, jest już współczesnemu światu niepotrzebna. Dlatego też jakakolwiek wzmianka o Bogu nie powinna się, ich zdaniem, pojawiać w dokumentach publicznych – prawnych, politycznych, społecznych i innych. Zakazane winno być także publiczne używanie symboli religijnych i modlitw, ponieważ stanowią one poważne naruszenie praw ateistów i agnostyków. W dziwny sposób wyznawcy ateistycznego sekularyzmu nie zauważają, że takie zakazy naruszają żywotne prawa ludzi wierzących i że odbierając im prawo do publicznego wyznawania swojej wiary – stanowią jawną dyskryminację dokonywaną z powodów religijnych, naruszającą wiele międzynarodowych umów podpisywanych w majestacie prawa przez rządy demokratycznych krajów”[7].
Arcybiskup dostrzega jednocześnie w wielu krajach pewne zatrzymanie się rozwoju sekularyzmu, który osiągnął swoje apogeum w XX wieku, a obecnie się załamuje i religijność (niekoniecznie chrześcijańska) wraca do społeczności, które wcześniej religię wyrzuciły ze swego życia. Jednak obraz powracającego Boga jest często niechrześcijański. Nie uważa się Boga za przyczynę wszystkiego, co dzieje się w życiu ludzi i całego świata. Przyjmuje się immanentną transcendencje Boga, uważa się, że Bóg działa w człowieku niezależnie od Kościoła. Wobec tego odrzuca się hierarchię Kościoła, kapłaństwo, posłuszeństwo nakazom i zakazom religijnym, lekceważy się grzech i pokutę. Nie wierzy się w ingerencje Boga w los ludzi i świata, w Jego opatrzność i działanie.
Nawet współcześni badacze życia publicznego zaczęli doceniać znaczenie religii dla trwałości małżeństw, rodzin, przyjaźni, gdyż przekonali się, że tylko ona stoi na straży godności człowieka, nie traktuje osoby ludzkiej w charakterze środka do zaspokojenia czyichkolwiek celów. Współczesny myśliciel José Casanova traktuje ten temat następująco: „Podczas gdy od konserwatywnych, religijnych osób oczekuje się tolerowania zachowań, które mogą oni uznawać za moralnie odrażające, takich jak homoseksualizm, liberalni, laiccy Europejczycy głoszą otwarcie, że europejskie społeczeństwa nie powinny tolerować zachowań religijnych ani zwyczajów, które są moralnie odrażające, bo sprzeczne ze współczesnymi, liberalnymi, europejskimi normami… Tym, co sprawia, że nietolerancyjna tyrania laickiej liberalnej większości daje się usprawiedliwić, jest nie tyle demokratyczna zasada rządów większości, ile raczej sekularne, celowościowe założenie wbudowane w teorię modernizacji, według którego jeden zestaw norm jest reakcyjny, fundamentalistyczny i nienowoczesny, a drugi – postępowy, liberalny i nowoczesny”[8].
Sekularyzacja oddziela sacrum od profanum, co wg arcybiskupa nie jest czymś wrogim chrześcijaństwu, gdyż sam Jezus taki podział wprowadził mówiąc „co Bożego Bogu, a co cesarskiego cesarzowi”, broniąc jednocześnie tego, co należy do Boga. Jezus nie wyraża zgody na to, by cesarz zasiadał na ołtarzu i miał wpływ na ludzkie sumienia i dusze, aby decydował o prawdach wiary i o ludzkiej moralności. Bóg oddał cały świat człowiekowi w jego władanie, nakazując zarazem, aby rozwijał swoje talenty i czynił sobie ziemię poddaną. Bóg akceptuje działania i owoce tych działań na ziemi .Ostatecznie sekularyzacja, zdaniem arcybiskupa Wielgusa, może doprowadzić do przejęcia rozumu, wolności, ziemskich planów człowieka, z wykluczeniem jakiejkolwiek perspektywy religijnej .
Pluralizm i liberalna demokracja
„Pluralizm – (łac.), pluralizm polityczny, doktryna polityczna głosząca potrzebę stworzenia warunków ustrojowych do swobodnego ujawniania różnorodnych opinii dotyczących życia zbiorowego oraz tworzenia organizacji reprezentujących różne interesy grupowe (partii, stowarzyszeń)’’[9].
Pluralizm polityczny jest zasadą, zgodnie z którą wszystkie partie niezależnie od wyznawanych i głoszonych poglądów mają prawo bytu, a obywatel może znaleźć opcję właściwą dla siebie. Pluralizm polityczny jest więc związany z tolerancją. Dzięki niej współistnieć mogą przeciwne bloki i partie polityczne. Pluralizm powinien gwarantować dojście do porozumienia. Pluralizm i tolerancja, te dwa pojęcia wywodzą się z jednego korzenia i spełniają podobną rolę – wyznaczają pewne zadanie społeczne, pokazują, iż można żyć i współpracować z ludźmi, którzy mają kompletnie inne poglądy niż my. Oczywiście, wszystko ma swoje granice. Pluralizm polityczny akceptuje partie, które działają w zgodzie z ustalonymi normami społecznymi, które np. nie szerzą haseł nazistowskich, rasistowskich. Nie można tolerować i akceptować czegoś, co jest z natury rzeczy złe i zakazane. Tolerancja, jako pojęcie bywa nadużywane, a przez to traci na wartości. Nie możemy tolerować rzeczy, które są złe i naganne moralnie. Nie oznacza to, że nie powinniśmy chcieć ich zrozumieć, wręcz przeciwnie. Wszelkie odstępstwa nie zostaną zniwelowane, dopóki nie zrozumiemy ich podłoża i genezy. Jak mówi stare przysłowie: „aby zniszczyć wroga należy go najpierw poznać”. Wszystkie wielkie systemy polityczne miały swoje początki w teorii pozytywnej, co oznacza, iż nie miały w zamyśle niszczenia dorobku ludzkiego i wszelkich jego tworów. Tolerancja powinna mieć ograniczenia, nie powinna zezwalać na szerzenie zła i nienawiści. Powinna stać na twardych podstawach, a jednocześnie stać się źródłem inspiracji dla przyszłych pokoleń. Człowiek jest z natury rzeczy jednostką dobrą, stąd nie możemy mieć pewności, że wszystkie jego działania pozbawione będą treści i sensu. Jest to z pewnością, uogólnianie, a generalizacja, jak każdy wie, nie przynosi niczego pozytywnego. Sobór Watykański II zaakceptował pluralizm jako prawo do swobodnego rozwoju różnych grup społecznych, jak również zaakceptował politykę państwa, która uwzględnia w swoich decyzjach głos tych grup .
Arcybiskup Wielgus podkreśla, że pluralizm winien się opierać na tolerancji, która pozwala różniącym się światopoglądowo, religijnie i narodowościowo żyć obok siebie w pokoju i wzajemnym szacunku, gdzie każdy ma mieć zagwarantowaną wolność, nie naruszając wolności innych ludzi. Jednak arcybiskup jednocześnie dodaje, że w państwach demokratycznych nie powinno się pluralizmu gloryfikować ani demonizować. Pluralizm to nie lekarstwo na wszystkie problemy społeczne, za pomocą tej ideologii nie da się samoczynnie ich rozwiązać, w co wierzą liczni liberalni politycy i ich media. Pluralizm, który akceptuje wszelkie różnice, w tym przeróżne skrajności polityczne, ideologiczne, etyczne i światopoglądowe nie jest siłą integrującą społeczeństwo do wspólnych celów, a przecież od wspólnego dobra zależy byt całego narodu. W tym wypadku pluralizm staje się siłą dezintegrująca społeczeństwo, przy akceptacji wolności od wszystkiego i do wszystkiego. To w konsekwencji prowadzi do rozpadu narodu, gdyż nie ma on wspólnego działania i wspólnego celu, ponad wszystkimi podziałami i różnicami. Ratunkiem może być wspólna płaszczyzna działania, którą mogą być wartości etyczne, od których demokracja nie powinna się odwracać i o nich zapominać. Wszystkich parlamentarzystów winien obowiązywać jeden powszechnie akceptowany kodeks niezmiennych wartości, niezależnych od żadnej opcji politycznej, w oparciu o który nie doszłoby do ustanowienia praw godzących w podstawowe prawa człowieka, praw sprzecznych z Dekalogiem i prawem naturalnym. A tak, nieliczni wybrani do parlamentu, decydują o losach całego narodu, wbrew ich woli. Tam gdzie nie ma ram etycznych, tam możliwa jest zupełna dowolność dająca pole do działania przeróżnym manipulacją prawnym, politycznym i społecznym. Jak miało to miejsce w hitlerowskich Niemczech, gdzie zgodnie z prawem zabijano upośledzonych Żydów, Cyganów, Słowian. Te trwałe, niezmienne normy etyczne i wartości odwołujące się do Boga i niezależne od woli ludzkich ustawodawców i jego instytucji, broniące godności osoby ludzkiej, chroniące życie od poczęcia do naturalnej śmierci, chroniące małżeństwo, jako związek mężczyzny i kobiety, chroniące rodzinę, jako podstawową komórkę społeczną, powinny się znaleźć u podstaw każdej konstytucji w demokratycznym państwie. Uwzględnienie tych wartości w niczym nie ogranicza właściwie rozumianego pluralizmu, a wprost przeciwnie, wzmacnia go. Prawdziwy pluralizm jest w stanie obronić społeczeństwo przed nihilizmem i relatywizmem, gdyż ma on korzenie chrześcijańskie, bo wyrastał z Bożego i naturalnego prawa, oraz opierał się na przekonaniu o obiektywnym, absolutnym charakterze prawdy i dobra. Ksiądz arcybiskup zauważa, że współczesny postmodernistyczny pluralizm stwarza jedynie pozory poszanowania dobra każdego. Dysponująca władzą polityczną mniejszość
narzuca swoje prawa większości powodując, że liczni biedni i słabi stają się jeszcze słabsi i biedniejsi, gdy nieliczni bogaci stają się jeszcze bogatsi i silniejsi. W państwach demokratycznych, w tym i w Polsce, olbrzymia grupa ludzi nie ma żadnego wpływu na życie w kraju ani żadnych szans na zmianę tego stanu rzeczy. Silne grupy interesów, dysponujące olbrzymim kapitałem i mediami nie pozwalają na swobodne zaistnienie sił społecznych, które inaczej myślą i inaczej widzą rzeczywistość niż oni. Siły te dążą do dechrystianizacji narodów, dążą do urzeczywistniania ateistycznej wizji rzeczywistości. „I to jest w nim elementem stałym, wszystko inne jest subiektywne, indywidualne i relatywne. Ludzi w nim nie łączy nic stałego. Ani religia, ani rozum, ani prawda, ani wspólne dobro, ani natura, ani ojczyzna. Wszystko zostało już zakwestionowane. I wszystko jest dozwolone”[10]. Prawdziwy pluralizm, zdaniem księdza arcybiskupa, sięga swoimi korzeniami do Chrystusa, który dokonał rozdziału sacrum od profanum. Sięga również do średniowiecznej doktryny o dwóch władzach: papieskiej i cesarskiej oraz do czasów reformacji, kiedy król Zygmunt August wbrew powszechnie obowiązującej na Zachodzie zasadzie „czyj kraj, tego religia” przeciwstawił się jej i wprowadził w życie swoje stanowisko mieszczące się w słowach: „Nie jestem panem waszych sumień. Prawdziwy pluralizm wyrasta z prawa Bożego i naturalnego oraz z przekonania o absolutnym charakterze prawdy i dobra. Nie ma prawdziwego pluralizmu tam, gdzie bogata, dobrze zorganizowana mniejszość zdominowała większość”70. „»Demokracja«, to ustrój polityczny, w którym źródło władzy stanowi wola większości obywateli, przy respektowaniu praw mniejszości. Gwarantem istnienia demokracji jest konstytucja. Obecnie powszechną formą ustroju demokratycznego jest demokracja parlamentarna”[11]. „Liberalizm to kierunek polityczny głoszący, iż szeroko rozumiana wolność jest nadrzędną wartością. Odwołuje się on do indywidualizmu, stawiając wyżej prawa jednostki niż znaczenie wspólnoty. Głosi nieskrępowaną (aczkolwiek w ramach prawa) działalność poszczególnych obywateli we wszystkich sferach życia zbiorowego. Liberalizm wywodzi się z epoki oświecenia. Skupiał on zwolenników tej epoki i związanych z nią nurtów filozoficznych. Postulował m.in. przeprowadzenie szeregu reform społeczno-politycznych, takich jak: zniesienie ustroju feudalnego, ograniczenie przywilejów szlacheckich, zastąpienie pańszczyzny wolnością gospodarczą, wprowadzenie równości obywateli wobec prawa,
ograniczenie roli Kościoła, zniesienie monarchii i absolutyzmu, wprowadzenie demokracji opartej na konstytucyjnej zasadzie trójpodziału władzy czy też respektowanie praw człowieka, swobód obywatelskich i zasad tolerancji”[12]. Dla arcybiskupa Wielgusa pojęcie liberalizmu jest wieloznaczne. U podstaw wszystkich jego odmian znajduje się tzw. liberalizm filozoficzny, głoszący całkowite wyzwolenie jednostki od jakichkolwiek więzów narzucanych przez państwo, Kościół, religię czy instytucję. Człowiek sam tworzy normy moralne, nie licząc się z Dekalogiem ani z prawem naturalnym, stoi ponad nimi. Na bazie tego liberalizmu wyrósł liberalizm teologiczny, głoszący przesadny indywidualizm, dążący do usunięcia wszelkich zewnętrznych zakazów, nakazów i autorytetów, które by ograniczały wolność jednostki. Człowiek nasiąknięty tego typu liberalizmem nie uznaje żadnej prawdy obiektywnej, żadnych powszechnie obowiązujących norm moralnych ani żadnych autorytetów. Za szczególnie groźny dla współczesnego człowieka – uważa arcybiskup – liberalizm etyczny i moralny, prowadzący do całkowitego egoizmu, hedonizmu i utylitaryzmu, a w konsekwencji prowadzący do ukształtowania człowieka bez sumienia, niewrażliwego na dobro wspólne. Ten typ liberalizmu łączy się z liberalizmem ekonomicznym wprowadzającym do życia społecznego i gospodarczego bezwzględne prawo dżungli. Zdaniem księdza arcybiskupa liberalizm jest wrogi człowiekowi tak, jak marksistowski kolektywizm. Czyni z człowieka niewolnika materii, koncentrującego się na zaspokojeniu cielesnych popędów, który odrzuca wszelkie formy samoopanowania i ascezy, a nawet pracy nad własnym charakterem. Prowadzi to w konsekwencji do braku sensu istnienia, gdyż człowiek nie wierzy w wymiar nadprzyrodzony. Tak jak pluralizm, tak i demokracja nie zapewni szczęścia ludziom na ziemi. O wartości danego ustroju nie decyduje sposób wyłaniania posłów czy mechanizmy sprawowania władzy, lecz wizja człowieka i hierarchia wartości, na której dany ustrój się opiera. Demokracja będzie wartościowym systemem władzy, jeśli będzie opierała się na prawdzie o człowieku, będzie broniła godności człowieka i umożliwi wychowanie mądrych, dobrych i pracowitych obywateli. Demokracja ma służyć człowiekowi a nie prowadzić do upadku społeczeństwa. Na naszych oczach dokonywany jest zamach na fundament demokracji, który stanowi chrześcijańska wizja człowieka, jako osoby świadomej, wolnej i odpowiedzialnej. Wielu polityków odrywa demokrację od tych wartości, traktuje człowieka niemal jak zwierzę. W świecie zwierząt toczy się nieustanna walka o byt, a wygrywa 56
silniejszy. Takie same zasady zaczyna stosować współczesna demokracja europejska, gdzie uchwalane prawo (przy pomocy demokratycznych procedur) bardziej broni przestępców niż ich ofiary. Mordercy mają gwarancję, że żadne państwo nie pozwoli ich zabić, natomiast dzieci w fazie rozwoju prenatalnego czy osoby starsze już takich gwarancji nie mają. Konsekwencją takiej wizji człowieka jest zdegenerowanie systemu demokratycznego i pojawienie się w to miejsce barbarzyńskiej, wypaczonej demokracji, opierającej się na wypaczonej hierarchii wartości. Arcybiskup podkreśla, że wypaczona demokracja jest niezdolna do wychowania młodego pokolenia, do rozwoju na wysokim poziomie kultury. Prowadzi to do sytuacji, w których władzę przejmują cwaniacy, karierowicze, a nawet przestępcy. Z mechanizmu demokracji może korzystać jedynie człowiek dobrze wychowany, bo w przeciwnym razie doprowadzi to do nadużycia władzy i ochrony skorumpowanych polityków. Wypaczona demokracja rodzi w ludziach rozczarowanie. Większość ludzi nie czuje się wtedy obywatelami, którzy współdecydują o losie państwa, a jedynie wyborcami, o których politycy przypominają sobie jedynie w trakcie kampanii przedwyborczej. W konsekwencji obserwujemy coraz większą obojętność obywateli na sprawy państwa i coraz niższą frekwencję w wyborach. Już teraz partie polityczne, mające większość w parlamencie, reprezentują mniejszość obywateli. Ksiądz arcybiskup kreśli smutną wizję przyszłości Polski. Jeśli nie zaczniemy znowu kierować się prawdą o człowieku i nie powrócimy do podstawowych wartości, takich jak: miłość, mądrość, odpowiedzialność, uczciwość, pracowitość, patriotyzm, to obecna forma demokracji przyniesie jeszcze większe rozczarowanie niż dotąd. Mieliśmy już demokrację ludową, obecnie promowana jest demokracja liberalna, ale demokracja normalna zaistnieje dopiero wtedy, gdy większość obywateli i wybranych przez nich przez nich polityków, postawi w centrum człowieka i jego godność dziecka Bożego
[1] S. Wielgus, Nowa ideologia zła, PIW, Płock 2006, s. 13.
[2] Idem, Moja umiłowana…, ed. cit., s. 161.
[3] Idem, Ducha nie gaście…, ed. cit., ss. 320-321.
[4] Idem, Moja umiłowana…, ed. cit., s. 162.
[5] P. Mazanka, Sekularyzm [online] http://www.ptta.pl/pef/pdf/suplement/sekularyzm.pdf (dostęp: 21.04.2011).
[6] S. Wielgus, Wobec wojującego sekularyzmu, PIW, Płock 2006, s, 5.
[7] Ibidem, ss. 10-11.
[8] Ibidem, s. 13.
[9] Encyklopedia PWN, [online] encyklopedia.pwn.pl/haslo.php?id=4009536 (dostęp: 26.02.2011).
[10] S. Wielgus, Ducha nie gaście…, ed. cit., s. 337.
[11] M. Bankowicz, Demokracja. Zasady, procedury, instytucje, Wydawnictwo UJ, Kraków 2006
[12] Z. Rau, Liberalizm. Zarys myśli politycznej XIX i XX wieku, Fundacja Aletheia, Warszawa 2000.
Wstęp
W październiku 2013 roku zakończyłem gromadzić podstawowe materiały do książki „Masoneria polska 2014” i zabrałem się do jej pisania. Początkowe rozdziały książki tak się rozbudowały, że postanowiłem wydać je jako oddzielną książkę, książkę pt. „Polska i masoneria. W przededniu wielkiego krachu”. W książce tej zapowiedziałem, że „Masonerię polską 2014” wydam wiosną 2014 roku. W trakcie pisania „Masonerii polskiej 2014” pojawił się całe szereg nowych, ważnych, niekiedy nawet mnie bulwersujących, źródeł i pojawił się szereg nowych „tropów”. Coraz bardziej zacząłem zdawać sobie sprawę z tego, że książki „Masoneria polska 2014” nie zdążę zakończyć na wiosnę 2014 roku. Jednym z nowych tematów, których dotyczyło wiele źródeł był temat wydarzeń na Ukrainie. Wydarzenie te miały (i mają) bardzo ważny aspekt masoński i w tym aspekcie dotyczyły problemów wręcz kluczowych dla Polski. W pewnym momencie skupiłem się na tym temacie. Powstały tekst okazał się być tekstem autonomicznym o objętości średniej książki. W taki więc sposób postanowiłem go wydać. Jest to opowieść o wojnie na Ukrainie, wojnie rosyjskiej masonerii rytu francuskiego z amerykańską masonerią rytu szkockiego. Ta wojna jeszcze bardziej niż Wojna Rosja-Ukraina dotyka i będzie dotykać Polski. Książka „Masoneria polska 2014”, która i tak będzie jedną z najbardziej obszernych (i najbardziej bulwersujących) moich książek ukaże się zaś jesienią 2014 roku.
Ukraina – między Czerwonym Smokiem a Czarną Panterą
Chyba już nikt spośród rozumnych Polaków, kto swej wiedzy nie czerpie wyłącznie z politpoprawnych me(n)diów tzw. „głównego ścieku”, nie ma wątpliwości, że Majdańska rewolta na Ukrainie jest dziełem tego samego międzynarodowego lobby ideologicznego, które podobny „gniew ludu” przeciwko „tyranowi” wzniecało kolejno w Iraku, w Libii, Egipcie a obecnie – w imię podobnego „wsparcia”, oferowanego przez „wolny świat” – inspiruje w Syrii rozwałkę do niedawna wolnego i dobrze prosperującego państwa przez tak zwanych „rebeliantów”. Sama amerykańska sekretarz stanu, pani Victoria Nuland, dnia 13 grudnia 2013 r. nie kryła wobec dziennikarzy zgromadzonych w National Press Clubie w Waszyngtonie, że USA „zainwestowało 5 miliardów dolarów w agitację na Ukrainie.”
Ta sama dama została też przypadkiem sfilmowana, gdy rozmawiając z ambasadorem USA na Ukrainie Geoffrey’em Pyattem o „zarządzaniu” tzw. „partiami opozycyjnymi” Ukrainy, wyraziła się: „Fuck European Union!” („Pierdo*** UE) – wyrażając w ten kulturalny sposób swe niezadowolenie z niedostatecznego, w porównaniu z USA, zaangażowania Brukseli w obalenie dotychczasowych władz na Ukrainie. W przeciwieństwie bowiem do Amerykanów, których celem jest udostępnienie Ukrainy dla grabieży jej gospodarki i zasobów przez amerykańskie banki i korporacje oraz wprowadzenie jej do NATO – dla uzyskania baz wojskowych tuż przy rosyjskiej granicy – Europejczycy zdali sobie sprawę, że zbyt jawne „przejmowanie Ukrainy” może mieć dla nich zgubne skutki, gdyby Rosja zmniejszyła dostawy ropy i gazu ziemnego do Europy. W związku z tym, Unia na jakiś czas podkuliła ogon i przyhamowała w zapędach „demokratyzacyjnych”, a nawet miała ochotę całkiem odstąpić od wywoływania protestów na Ukrainie.
Nowy Porządek Świata
Celowo napisałem, że to jest środowisko „ideologiczne”, a nie polityczne, gdyż to, co wyprawiają ci poukrywani jako „doradcy”, „eksperci” lub „prezesi” rozmaitych „organizacji ponadnarodowych”, macherzy od wdrażania mniej lub bardziej jawnych „strategii światowych”, nie ma już nic wspólnego z tym czy tamtym poważnym politycznym ugrupowaniem, w dawnym sensie tego słowa, z konkretnym stronnictwem czy polityczną opcją „prawicową”, „lewicową” lub „liberalną”…
Te etykietki można dziś wrzucić do kosza – posługują się nimi, dla mącenia nam w głowach, już tylko znani z głębi swych przemyśleń tzw. mainstreamowi dziennikarze. Zaś stanowiący jedynie 2% populacji świata, gang globalistycznych „filutów” – wg. terminologii Stanisława Michalkiewicza – to gang najbogatszych łobuzów związanych z domami panującymi, z przemysłem finansowym, ubezpieczeniowym, wydobywczym, farmaceutycznym i naftowym, dążący do wzniecania, gdzie się tylko da, rozruchów, przewrotów, prowokacji – bo, jak mawia stare przysłowie, w mętnej wodzie łowi się najlepiej. Znajdują oni niewysłowioną rozkosz w pociąganiu za sznurki wszelkich wojen, przewrotów, masakr, sycąc się poczuciem wszechwładzy i gardząc wszystkim, co do niedawna stanowiło o potrzebie etyczności w polityce i co łączy się ze świętością praw ludzkich, samostanowieniem narodów, nienaruszalnością granic, śmieją się usadowieni wysoko, na swych kapłańskich tronach, z nas, hen na dole, trzymających się wciąż jakichś zasad, podziałów i pojęć, nieprzystających do świata ich absolutnego kosmopolityzmu i odrzuconych chrześcijańskich wartości.
W przemówieniu z 11 września 1992 r. prezydent George Bush senior, tę chuliganerię światową, której mafia bankierska, nazywana już powszechnie „banksterami”, jest nieledwie małą częścią, malowniczo nazwał Nowym Porządkiem Świata. Zaś jego towarzysz tajnej walki o „tysiąc punktów świetlnych”, Zbigniew Brzeziński, na użytek telewizyjnej gawiedzi, której wszystko można do ogłupionych rozrywką łbów wcisnąć, Nowym Porządkiem Świata określił „dążenie światowych elit, w kierunku stworzenia systemu światowego, który rozciąga się równomiernie we wszystkich częściach świata, gdzie władza jest w rękach komunistycznych rządów”.
Brzmi to niewinnie, bo niby – skierowane jest to przeciw komunizmowi. Jednak w obecnym świecie, w którym jawnego ustroju komunistycznego już prawie nie ma, ostrze „wolnego świata” – reprezentowanego przez Waszyngton, Izrael i Brukselę –łatwo skierować np. w Putina czy innego legalnie wybranego przywódcę państwowego, jeśli tylko nazwać go „dyktatorem” i oskarżyć o sympatyzowanie z komunizmem (tak było np. z Kaddafim, a teraz jest z Janukowyczem). Taka definicja Nowego Porządku Światowego – przedstawiająca go jako ruch dobroczynnych „wybrańców”, „obrońców uciśnionych mas”, będący wcieleniem najwyższych ideałów „demokracji” – jest tylko retorycznym frazesem, elementem ogłupiania, które widzimy dziś na Ukrainie i któremu, niestety, ulegli również politycy polscy. Znacznie brutalniej bowiem, rzeczywiste cele Nowego Porządku Światowego – jako ruchu wyłonienia nowej arystokracji, mogącej zarządzać ludami, które pozbawia się suwerenności i narodowego samostanowienia, ujawnił inny jego współtwórca, Dawid Rockefeller:
„Jesteśmy wdzięczni wydawcom Washington Post, New York Times, Time Magazine i innym wielkim publikacjom, których menadżerowie uczestniczyli w naszych spotkaniach i dotrzymali swych obietnic zachowania dyskrecji przez blisko 40 lat. Byłoby dla nas niemożliwością zrealizowanie naszego planu budowy światowego rządu, jeśli bylibyśmy w tym czasie przedmiotem zainteresowania prasy. Dziś jednak świat jest już dużo bardziej wyrafinowany i przygotowany do organizacji rządu światowego. Idea ponadnarodowej suwerenności elit intelektualnych i światowych bankierów jest z całą pewnością korzystniejsza od narodowego samostanowienia, praktykowanego w minionych stuleciach”. (1991)
I dodaje:
Znajdujemy się na pograniczu globalnej przemiany. Wszystko czego potrzebujemy, to odpowiedni kryzys, a narody zaakceptują Nowy Porządek Świata. (1991)
Trilateral Commission
Jednym z najpotężniejszych ramion wykonawczych Nowego Porządku Świata jest Komisja Trójstronna (Trilateral Commission) – kolos o ogromnych możliwościach finansowych, kontrolujący dwadzieścia największych światowych koncernów w USA, Europie i Japonii a także większość globalistycznych fundacji, na czele z wszechpotężnym IREXem (odpowiedzialnym za światową indoktrynację globalistyczną, w tym gender). Komisja Trójstronna, założona w 1972 r. przez Dawida Rockefellera, Zbigniewa Brzezińskiego i Henry Kissingera w posiadłości Rockefellerów Hudson Valley jako organizacja prywatna, skupia dziś amerykańskich, europejskich i japońskich technokratów z najwyższych kręgów władzy finansowo-politycznej, stawiając sobie za cel wdrażanie technologii i teorii wspierających hegemonię świata opartego na dominacji wybranych elit technokratyczno-pragmantycznych, a także tworzenie zaplecza tej władzy: biurokracji państwowej, ponadnarodowych korporacji, związków zawodowych, partii politycznych, centrów uniwersyteckich i mediów, sprzyjających tej ideologii.
Wśród światowych członków Komisji Trójstronnej, prócz wyżej wymienionych, widzimy Jimmy’ego Cartera czy Billa Clintona; warto też przyjrzeć się polskim nazwiskom: Marka Belki, Janusza Palikota, Wandy Rapaczyńskiej, Andrzeja Olechowskiego czy naczelnego redaktora „Polityki” Jerzego Baczyńskiego. Ich obecność w tym specyficznym gremium daje do myślenia nad wpływem, jaki zapewne wywierają na bieg wielu spraw wewnętrznych i polityki zagranicznej naszego kraju. Pamiętajmy, że parę miesięcy temu, 27 października 2013 r., 37-e Europejskie Spotkanie Komisji Trójstronnej odbyło się w Krakowie. Na zaproszenie Aleksandra Kwaśniewskiego – członka innego wpływowego gremium globalistów, Rady Atlantyckiej (Atlantic Council) – uczestniczył w nim również minister spraw zagranicznych Ukrainy, Leonid Kożara… Czy w tej sytuacji, podnoszone ostatnio przez Władimira Putina zarzuty, iż „demonstranci z kijowskiego Majdanu szkoleni byli w Polsce i na Litwie” – brzmią do końca bezpodstawnie?
Trilateral Coimmission jawi się wiec nie tylko jako ważna, bodaj najważniejsza, globalna organizacja stapiająca interesy światowych elit politycznych i ekonomicznych dla „akumulacji kapitału w skali globu” – jak opisuje ich cele opiniotwórcze pismo angielskie „Review of International Studies” (12/1986) – ale jest również „stowarzyszeniem myśli” (tego wyrażenia użył w 1975 r. późniejszy premier Francji, Jacques Chirac). Jest marksistowskim upiorem – światowym „biurem politycznym” globalizmu, ideologiczną nadbudową dla jednego państwa i jednego rządu światowego.
W swych książkach, nader szybko tłumaczonych na język polski, Zbigniew Brzeziński szkicuje zarys tego demona, w postaci apodyktycznej, groźnie jednowymiarowej ideologii, która łamie prawa jednostki w imię „praw” jakiegoś zbiorowego molocha, totalitarnego mechanizmu zarządzania społeczeństwami.
W wydanej jeszcze w 1970 r. książce ”Between Two Ages” opisuje on przyszłość Zachodu w erze technokracji, słowami szokującymi każdego zdrowo myślącego mieszkańca planety:
Nad społeczeństwem dominować będzie elita, (…) która, dla osiągnięcia swoich politycznych celów, nie będzie wzbraniać się przed stosowaniem najnowocześniejszych technik kształtowania publicznych zachowań i utrzymywania społeczeństwa pod ścisłą kontrolą i inwigilacją.
W wydanej siedem lat później „Wielkiej Szachownicy” – ten sam autor, piórem szaleńca opętanego wizją jakiejś upajającej starcze zmysły globalnej rewolty, kreśli podział świata na 3 makroregiony: trzy mega-kartele w miejsce dotychczasowego podziału dwuosiowego: USA – ZSRR, mające opierać się na trzech filarach supermocarstw: USA, Eurazji i Japonii. Sam tytuł „Wielka Szachownica” pochodzi od tezy, że świat jest podzielony na figury i zwykłe pionki – czyli państwa i „państewka”.
Polsce nie daje się tu nawet statusu pionka. Czeka ją całkowity niebyt państwowości i suwerenności. Eurazja jest tą szachownicą „na której w przyszłości rozegra się walka o globalną hegemonię.” Szczególną role w tym procesie odgrywa Ukraina – gdyż przejście Ukrainy do obozu prozachodniego osłabi Moskwę – nie tylko, jeśli chodzi o politykę zagraniczną, ale również „postawi pod znakiem zapytania polityczną, ekonomiczną i militarną zdolność Rosji do przeżycia”. Bez Ukrainy, Rosja skazana jest na bolesny upadek „w geopolityczną nieważność, a ostatecznie nawet na zniknięcie” – konkluduje Brzeziński.
Łakomy kąsek
Z Rosją wiąże Ukrainę nie tylko długa wspólna historia, która sięga aż do Rusi Kijowskiej w 9. wieku, lecz również dzisiejsze ścisłe stosunki gospodarcze. Rosja jest największym partnerem handlowym Ukrainy. Największa część dzisiejszej Ukrainy była w minionych trzystu latach rosyjskim, ewentualnie radzieckim terenem państwa. W tym czasie dokonała się znaczna wymiana społeczeństwa: 17 procent ludności ukraińskiej jest pochodzenia rosyjskiego, prawie połowa mówi po rosyjsku. Przemysł ciężki Wschodniej Ukrainy, stworzony w czasach ZSRR, jest ściśle powiązany z rosyjskim i zerwanie tych więzi będzie miało katastrofalne skutki dla obydwu krajów. Do tego dochodzi strategiczne znaczenie Ukrainy: rzecz nie tylko w ropie i gazie ( – aż 80 % rosyjskiego eksportu, będącego dla Rosji głównym źródłem dewiz, przepływa przez ukraińskie rurociągi) ale również, punktem oparcia dla rosyjskiej floty czarnomorskiej jest Sewastopol, leżący na terytorium ukraińskim.
Nawet bez państw bałtyckich i Polski, Rosja, która utrzymałaby kontrolę nad Ukrainą, mogłaby dążyć ciągle jeszcze do przywództwa samodzielnego euroazjatyckiego mocarstwa…. Ale bez Ukrainy z jej 52 milionami braci i sióstr, każda próba Moskwy odbudowania euroazjatyckiego mocarstwa, grozi uwikłaniem Rosji w długie konflikty z narodowo i religijnie zmotywowanymi Niesłowianami – pisze, co ciekawe, socjalista Czwartej Międzynarodówki, Peter Schwartz.
Przypomnienie najżywotniejszych interesów Rosji, ulokowanych w tym regionie, pozwala w całej grozie ujrzeć słowa Brzezińskiego, o trwającej co najmniej od 1994 r. – na przekór interesom Rosji i lawinowo rosnącej – tendencji USA „przypisania amerykańsko-ukraińskim stosunkom najwyższego priorytetu i pomocy Ukrainie w zachowaniu jej nowej narodowej wolności”. W swym najnowszym, i już wydanym po polsku dziele „Strategic Vision: America and the Crisis of Global Power”, Brzeziński, zatroskany o losy świata, pochyla się nad kadencją prezydencką Baracka Obamy, widząc w nim gwaranta – skuteczniejszego niż George Bush Jr. – zachowania w najbliższym czasie „absolutnie dominującej roli Stanów Zjednoczonych nad globem ziemskim”.
Scenariusz wprowadzania tej dominacji jest do znudzenia taki sam. Najpierw, w wybranym rejonie kuli ziemskiej, zaczynają się burdy wzniecane przez „nieznanych sprawców”, potem – rewolta uliczna pod hasłem „walki z tyranem”, następnie tropienie tegoż, dopadnięcie go i rytualny mord – bo do praworządnego procesu i cywilizowanego wyroku zwykle nie zniżają się najęci do mokrej roboty spece od „zaprowadzania demokracji”. W końcu, następuje powołanie rządu, który jest „po myśli” „spragnionego demokracji” społeczeństwa, choć w rzeczywistości to marionetka, utrzymywania na czas „wdrażania nowych dyrektyw centrali” – patrz Włochy, Grecja, Libia, Egipt, teraz – Ukraina… Cóż, „wybory demokratyczne” to figura retoryczna. Takimi drobiazgami w skali „Wielkiej Szachownicy” poważni „politycy” się nie zajmują.
Kulisy tych strategii, opisał w styczniu 2003 r. amerykański ambasador w Uzbekistanie, John Herbst, który przez całe lata wspomagał transfery setek milionów dolarów, przelewanych autokratycznemu prezydentowi Islamowi Karimowi „w zamian” za bazę wojskową dla USA, do kontroli nad Afganistanem.
Zapewnił on Kongres USA, w przemówieniu podczas swego zaprzysiężenia na ambasadora w Kijowie (został w nim w latach 2003-2006), iż w przypadku zaprzysiężenia „będzie robił wszystko, co możliwe, aby baczyć na ukraińskie władze, czy zagwarantowały kandydatom na prezydenta równe szanse oraz żeby przygotowania do wyborów jak i same wybory przeprowadzone zostały w sposób wolny i sprawiedliwy”. Inaczej mówiąc – pełna kontrola amerykańskiej ambasady nad wewnętrznymi sprawami Ukrainy. W samych tylko latach 2003-2004 rząd amerykański wydał 65 milionów dolarów, aby dopomóc ukraińskiej opozycji dojść do władzy. Potwierdzili to przedstawiciele ówczesnego rządu. Dalsze miliony nadeszły z prywatnych fundacji, jak fundacja Sorosa, oraz od rządów europejskich. Naturalnie, pieniądze te nigdy nie płyną bezpośrednio do partii politycznych, lecz służą pośrednio „wspieraniu demokracji”, jak to stale podkreśla rząd amerykański. Jest publiczną tajemnicą (nieustająco powtarzał to Janukowycz i nadal powtarza Putin) – że na Ukrainie fundusze te służyły prawie wyłącznie wspieraniu opozycji, wpływając do fundacji i organizacji użyteczności publicznej, które doradzały opozycji i wyposażały ją w najnowocześniejsze środki techniczne, kształcąc aktywistów oraz sztaby wyborcze. Również podróże przywódców opozycji do amerykańskich polityków, finansowane były z tych pieniędzy. Bezwzględną determinację USA w pilnowaniu swoich interesów w Europie, opisał z iście wojskowym wdziękiem Wesley Clark – w latach 1997–2000 naczelny dowódca Połączonych Sił Zbrojnych NATO w Europie:
Przestrzegam Europejczyków przed łudzeniem się, że Stany Zjednoczone miałyby – tworząc Nowy Porządek Świata – jakiekolwiek skrupuły, gdyby ich interesy były zagrożone, a zaszłaby konieczność interwencji wojskowej w Europie, przeciwnie: Użyto by wszelkich środków, łącznie z bronią atomową. Ogólnie biorąc, dążeniem USA jest utrzymanie w większości krajów biedy, oprócz tego skorumpowanych, lecz posłusznych reżimów. Zakładam jednak, iż Stany Zjednoczone interweniowałyby także w Europie Zachodniej, choć dziś może się to niektórym ludziom wydawać absurdalnym przypuszczeniem. Stany Zjednoczone nie tolerowałyby długo istnienia w Europie supermocarstwa nuklearnego czy ekonomicznego.
Hegemoniczne zakusy USA, z równym wdziękiem zdradziła w czerwcu 2006 r. inna amerykańska specjalistka od przerabiania porządku światowego na mielonkę, Condoleeza Rice. Na konferencji prasowej, zorganizowanej w czasie inauguracji terminalu ropy Baku-Tbilisi-Ceyhan (Turcja) oraz w szczytowym czasie sponsorowanego przez Anglo-Amerykanów izraelskiego oblężenia Libanu – przedstawiła ona mapę zrestrukturyzowanego Bliskiego Wschodu, określonego przez nią jako „Nowy Bliski Wschód” – w miejsce starego, odchodzącego do lamusa dawnego „Bliskiego Wschodu.” Wspólnie z premierem Izraela Ehudem Olmertem, poinformowała międzynarodowe media, że projekt „Nowego Bliskiego Wschodu” właśnie został zapoczątkowany w Libanie. „To, co widzimy tutaj [w odniesieniu do zniszczenia Libanu i izraelskich ataków na Liban] – to są w pewnym sensie „bóle porodowe” Nowego Bliskiego Wschodu i „cokolwiek nie zrobimy [czyli Stany Zjednoczone], jest pewne, że idziemy w kierunku Nowego Bliskiego Wschodu [i] nie powrócimy do starego” – oznajmiła, nie zdobywając się na choćby cień współczucia wobec wywołanej tą strategią masakry Libanu i cierpień jego mieszkańców (Mahdi Darius Nazemroaya http://www.patriotfreedom.org/news_20110227_2236/the-map-of-the-new-middle-east/ ).
Ta Anglo-Amerykańsko-Izraelska „mapa drogowa” jasno wskazuje, że dla globalistycznego gangu wejście do Azji Środkowej prowadzi przez Nowy Bliski Wschód, rozumiany jako „klamra południowej Rosji” czy rosyjska „bliska zagranica”: przez Kaukaz (Gruzję, Azerbejdżan, Armenię), Kazachstan, Uzbekistan, Kirgistan, Tadżykistan, Turkmenistan, Afganistan oraz część Iranu i Turcji. Tędy otwiera się możliwość wymierzenia śmiertelnego ciosu w najczulsze podbrzusze Rosji. Nieoceniony Brzeziński chwali koncepcję nowoczesnego Bliskiego Wschodu, jako „dźwigni kontroli regionu”, który nazywa „Bałkanami Eurazji”. Ukraina nie jest w tej układance wymieniona – ale tylko dlatego, że trzeba po to sięgnąć do jeszcze innej bajki. Chodzi bowiem o rzecz arcyważną: kontrolę nad decydującymi obszarami światowego zaopatrzenia w energię, nad ropą naftową i gazem. Przypomnijmy, że Unia Europejska prawie 20 % swego importu ropy i 44 % gazu uzyskuje z Rosji, a z tego 80 % płynie przez ukraińskie rurociągi…
„Konflikt o rudę z Lotaryngii i węgiel z Zagłębia Rury, przyczynił się w znacznym stopniu do wybuchu I Wojny Światowej” – przypomina Peter Schwartz.
Zagubienie polityków polskich
Wobec tylko naszkicowanych, niezliczonych wątków, składających się na obraz „kryzysu ukraińskiego”, trudno wprost uwierzyć, że od samego początku Polska i część Zachodu bezkrytycznie kibicuje „rebeliantom”! Jakby nie czytali choćby tych paru książek, które tu wymieniam i jakby jedynym ich zadaniem było mizdrzenie się do kamer i wygadywanie głupstw w programach Jakuba Wojewódzkiego czy Olejnik.
Z przykrością przychodziło słuchać tego, co na kijowskim Majdanie wygadywali w minionych miesiącach nasi prawicowi politycy, z – niestety! – Jarosławem Kaczyńskim na czele, wykrzykującym komunały w rodzaju: „nie ma wolnej Polski bez wolnej Ukrainy!” lub „Ukraina potrzebuje Europy, Europa-Ukrainy”. Jakie żenujące były ich płaskie polityczne diagnozy, a zwłaszcza obracane na wszystkie strony słowo „demokracja”, którą, jakoby, właśnie prawica Polska przyniesie Ukrainie… Brzmi to jak kiepski żart, kiedy zarazem widziało się tych, zaiste, spragnionych demokracji Ukraińców spod czarno-czerwonych sztandarów UPA, którymi wymachiwały nie tylko banderowskie bojówki we Lwowie, podczas tamtejszych demonstracji „patriotycznych”, ale też potężna straż obywatelska chroniąca wejścia do kijowskiego parlamentu, w czasie „detronizacji” Janukowycza. A nam wydawało się, że przynajmniej wschodnia, prawosławna Ukraina, wolna jest od banderowskiej zarazy…
Lecz to nie jedyny objaw politycznej tępoty, jaką w ostatnim czasie wykazywali się politycy polskiej prawicy, ilekroć padło słowo „Ukraina”. Jeden przez drugiego pędzili mądrzyć się przed kamerami, a co powiedzieli, to głupiej. A we wszystkim, jaskrawo przeświecało spoza ich myślenia, iż prawdę powiedziawszy – niewiele, poza niektórymi hasłami, dzieli ich w tym populistycznym szale od Platformy Obywatelskiej. Jednak brednie Tuska czy Komorowskiego, np. o „zapewnieniach Obamy” o „ochronie dla Polski” – pomijam, bo gędźba trzcin na wietrze więcej ma w sobie treści, niż ich ględzenie.
Boli jednak, gdy „nasz polityk”, z prawa – w tym wypadku Mariusz Błaszczyk – zastanawia się w telewizyjnym programie „Z każdej strony” (do tego, wdając się w dialogi z zasłużonym dla lewicowego betonu dziennikarzem), czy „Unia Europejska zechce wywrzeć odpowiedni nacisk na przyjęcie Ukrainy do strefy wolnego świata?”. Hm, jeszcze niedawno gorąco oskarżał Unię o „zniewalaniu ideologią gender” czy o „łamaniu praw dziecka w łonie matki” – a tu nagle Unia – to „strefa wolności”? Czy jakieś dalsze wolty tego rodzaju poseł Błaszczyk i jemu podobni, mają w zanadrzu? Wolałbym to wiedzieć przed następnymi wyborami. A jakie, jeszcze dwa tygodnie temu, widział on najskuteczniejsze narzędzie dla rozwiązania konfliktu na Ukrainie? – Sankcje dla oligarchów! Oto recepta Błaszczyka, zapewne całkiem przypadkowo zbiegająca się z identycznie brzmiącymi „receptami” posłów SLD i Platformy. W radiu zaś, jego rozentuzjazmowany kolega, Janusz Dziedziczak, woła z Majdanu prze telefon, jaki szczęśliwy jest on i inni delegaci polskiej pawicy, mogąc wobec Ukrainy pełnić rolę „ambasadorów demokracji…”…
Jest w tym zachowaniu pycha, wyrastająca z kompleksów – że oto wreszcie polityk polski może być dawcą „dla gorszych” – dla „biednych braci Ukraińców” – czegoś „lepszego”, co „my, wcześniej” dostaliśmy z Zachodu. Oto możemy być przekazicielami – samej demokracji!! Ach, jak to pięknie brzmi! Ale czy zastanowili się choć przez chwilę nad tym słowem? Co to jest – ta demokracja? Czy to jest wciąż ten piękny, ateński ideał (choć w Atenach dotyczył on tylko 20 000 uprzywilejowanych posiadaczy niewolników) – czy raczej brukselski „gorący żużel”, którym niejedne ręce, w tym polskie, hiszpańskie, greckie – nieźle się już poparzyły. I że już boski Plato ostrzegał przed demokracją, jako dużym, bardzo głupim i bardzo trudnym do oswojenia zwierzęciem… O tym ani słowa. Żadna wiedza nie płynie z gładkiej, pustej gadki polityków, nauczonych paru frazesów „demokratycznych” – bo to bezpieczne – tak dla prawicy Kaczyńskiego, jak dla pseudo-prawicy Tuska, i w tym samozachowawczym uniku, niestety, obaj dotychczasowi przeciwnicy znajdują zadziwiająca zgodność…. Dość, że Dziedziczak zaznaczył – i na tym chyba kończy się jego głębsza wiedza historyczna o problemach Ukrainy – iż, oczywiście, nie zamierzają „prowadzić rozmów z nacjonalistami, banderowcami”… Uff, przynajmniej tyle.
Czerwony Smok i Czarna Pantera
Tylko ślepiec, opchany oficjalną papką, nie widzi głębokiej, i o wiele bardziej przerażającej, niż na razie to się wydaje, prawdy: że dziś na Ukrainie starły się w śmiertelnym uścisku dwie mroczne potęgi: jedna to Czerwony Smok, który dotąd sprawował niepodzielną władzę nad tymi ziemiami, i którego do niedawna symbolizował Janukowicz, po części z Putinem, a druga – to Czarna Pantera. Ciemna siła pełznąca z Zachodu, której agentury, obecne w tym konflikcie i za niego wspólodpowiedzialne, starałem się opisać.
Dwie to są barwy – czarna i czerwona – które zawiera (zapewne przez przypadek) flaga OUN-UPA, organizacji ukraińskiej, która do 1939 r. zabijała polskich urzędników, a potem zajęła się masakrowaniem setek tysięcy polskich współobywateli na Wołyniu. Niestety – podczas gdy politycy wielkiego, cynicznego formatu – Jose Barroso, Angela Merkel czy Obama – zdają się jasno widzieć skalę tych zmagań i przeogromną stawkę, jaka za nim i stoi (tylko dzięki tej wiedzy, żadna ze stron na razie nie rzuciła w drugą bombą atomową) – to polscy politycy jak dzieci, powtarzają swój grzeczny wierszyk o „obronie demokracji”, a czasem któryś (ostatnio – Radosław Sikorski) groźnie tupnie nóżką, przestrzegając Putina przed „skąpaniem Ukrainy we krwi”. W imię fałszywie postawionego problemu – gdzie „zły Putin” chce pognębić „dobrych opozycjonistów”, a Zachód i Polska winni wspierać „rodzącą się na Ukrainie demokrację” – gotowi są wesprzeć każdego, kto na ulicy głośno krzyknie „wolność” lub „Ukraina” i pomacha ukraińskim sztandarem, choć potem okazuje się, że to banderowiec.
Takie ośmieszenie grozi każdemu, kto zaniecha zgłębienia i zrozumienia prawdziwych, niezwykle głębokich i i powikłanych mechanizmów ukraińskiej prowokacji – skutkujące wciągnięciem Polski w awanturę, na płaskim, jednowymiarowym poziomie tabloidu. To głupota niewybaczalna, a skutki jej mogą ciągnąć się za Polską latami. W żadnych planach polityków Zachodu, Polska nie jest bowiem rozpatrywana jako element strategiczny. Może jedynie zaszkodzić sobie, wpychając palec między drzwi, wciąż jeszcze oddzielające Czerwonego Smoka od Czarnej Pantery. Wystarczająco jasno o roli takich „państewek”, jeśli trzymać się podziału Brzezińskiego, wyraził się inny przyjezdny mesjasz z USA – pan Stephen Sestanovitch, „ekspert” jeszcze jednego klubu bankierów i prawników globalistycznych – tzw. Council on Foreign Affairs (Rady Stosunków Zagranicznych).
Niby gołąbek pokoju, nadleciał z Waszyngtonu na krótko przed upadkiem Janukowycza i podczas briefingu, zorganizowanego przez kijowski odpowiednik tego środowiska, zupełnie nie krył zamiarów Czarnej Pantery wobec Ukrainy. Największe jego zatroskanie wzbudziło widmo ukraińskiego bankructwa. „Ukraińska gospodarka, już na koniec ubiegłego roku, była w bardzo złym stanie i trzy miesiące rewolucji nie poprawiły jej perspektyw” – stwierdził, dodając kwaśno, że jak dotąd ani UE ani Międzynarodowy Fundusz Walutowy nie przedstawiły swoich pomysłów. Rodzą się więc pytania – nie tylko wobec Unii, ale również USA „i ich ministrów finansów” – dodaje przytomnie, mając – w przypadku USA – na myśli chyba panią Janet Yellen, nominowaną ostatnio na przewodniczącą Rezerwy Federalnej USA – „co mogą zrobić, aby pomóc Ukrainie”.
I kończy swe rozważania propozycją, od której cierpną plecy: „W grę mógłby wchodzić pakiet podobny do tego, jaki przygotowano dla Grecji (…) – oznajmia wyrok śmierci na niezależną gospodarkę oraz polityczną suwerenność Ukrainy. „Ciężar przygotowania tego pakietu spoczywać będzie musiał na państwach starej Unii i na USA” – dodaje, odbierając wszelkie nadzieje polskim politykom, także tym z kręgu Jarosława Kaczyńskiego, na odegranie jakiejkolwiek znaczniejszej roli w tym procesie.
Na wypadek jednak, gdyby się łudzili, Sestanovitch oznajmia, że „nic z tego”. „Nie mają takich zasobów ani tak znacznych wpływów, jak kraje zachodniej Europy, aby pomóc nowemu rządowi Ukrainy w uniknięciu bankructwa”. http://wiadomosci.wp.pl/kat,1356,title,Amerykanski-ekspert-porozumienie-Janukowycza-z-opozycja-to-przegrana-Putina,wid,16426240,wiadomosc.html
Więc – albo Ukraina da się przerobić na model kieszonkowy, zdatny, by go wsadzić do portfela Unii, albo – nie będzie Ukrainy. Przynajmniej – z punktu widzenia Czarnej Pantery.
Co na to Czerwony Smok?
Najbliższy czas pokaże.
za: http://dakowski.pl//index.php?option=com_content&task=view&id=12162&Itemid=47
Parafrazując najbardziej znane hasło, jakie podał w pierwszej polskiej encyklopedii – Nowych Atenach – Benedykt Chmielowski, można powiedzieć: PiS jaki jest, każdy widzi. Jednakże jego wielomilionowy katolicki elektorat nie chce widzieć podwójnej, fałszywej aksjologii tej partii i podwójnych jej standardów, co ma poważne konsekwencje nie tylko w sferze polityki i moralności, ale również cywilizacji. Z podwójności owej wynika bowiem brak perspektywy cywilizacyjnej, fundamentalnej dla przyszłości nie tylko Polski, ale również Europy. Jest on widoczny zarówno w programie tej partii, jak i – nade wszystko – w jej działaniach. Z jednej strony widzimy w sferze retoryki-teorii częste odniesienia do cywilizacji łacińskiej, wartości chrześcijańskich, tradycji polskiego katolicyzmu, nauczania Jana Pawła II, z drugiej – brak ich w praktyce politycznej, szeroko pojętym działaniu – nade wszystko w sferze ustawodawstwa. Jest to brak rażący w zestawieniu z aspiracjami tej partii, odwołującej się – nie tylko w swej nazwie, ale także w różnych swoich programach – do prawa jako fundamentu współczesnego państwa. Rażący tym bardziej, że w swej retoryce PiS kieruje się szczególną wrażliwością jej odbiorcy. Jest to wrażliwość polskich katolików. Ta nieadekwatność miedzy teorią i działaniem jest przez nich akceptowana, gdyż retoryka PiS ma chrześcijański – katolicki kod, który jest obcy programom innych partii bądź obecny w nich śladowo. Nieadekwatność, którą w sferze wartości nazwiemy fałszem aksjologicznym bądź podwójną moralnością, wskazuje na to, iż retoryka tej partii ma charakter propagandowy, zaś jej chrześcijański kod ma znaczenie instrumentalne. Dzięki niemu bowiem PiS osiąga coś, co w koncepcji manipulacji i propagandy Eduarda Hermana i Noama Chomsky’ego nazywa się produkowaniem zgody. W tym wypadku zgody katolickiego elektoratu w Polsce na to, aby reprezentowali go ludzie tej partii. Archetypiczne ujęcie takiej postawy dał Fiodor Dostojewski w Braciach Karamazow w postaci Wielkiego Inkwizytora, pragnącego urzeczywistnić idee dziewiętnastowiecznego socjalizmu – Królestwo Boże na ziemi bez Boga. Dostojewski pokazał, jak można zniewalać ludzi w imię ducha niebytu, wykorzystując chrześcijańskie symbole i Ewangelię. Wielki Inkwizytor posługuje się bowiem krzyżem i odwołuje do wizji ewangelicznego Królestwa Bożego, a jednocześnie występuje przeciwko Chrystusowi, którego naukę odrzuca w imię nowego, socjalistycznego porządku świata. Symbolizuje on mechanizm zniewalania duchowego przybierającego pozór realizacji wartości najwyższych. Jest to zniewalanie wyrafinowane, odbywające się w imię nie kwestionowanego dobra najwyższego.
Wykorzystywanie katolickiego kodu i katolickich mediów do „produkowania” zgody katolików na działania niezgodne z nauczaniem Kościoła Katolickiego ma głębsze znaczenie. Jest bowiem „produkowaniem” fałszywej świadomości katolików, utwierdzaniem ich w przekonaniu, że działanie może różnić się od deklarowanych intencji, że ograniczająca się do retoryki tożsamość reprezentującej ich partii jest czymś normalnym. Takie przekonanie rodzi jeszcze jedno niebezpieczeństwo: brak odpowiedzialności za dokonania niezgodne z katolicką doktryną wiary. Brak oznaczający infantylizację sfery politycznej i jednocześnie całej sfery społecznej. Skutki stosowania podwójnych standardów w polityce rzutują na charakter cywilizacji, która na naszych oczach odrywa się od chrześcijańskich korzeni i buduje nowy swój kształt na fundamencie nowych ideologii, z których najsilniejszy jest genderyzm. Natomiast skutki demonstrowania podwójnej moralności to nie tylko demoralizacja społeczeństwa, ale również próba „fabrykowania” jego zgody na to, że w polityce nie ma żadnych świętości, a zatem – jak określa taką sytuację jeden z bohaterów Dostojewskiego – wszystko jest dozwolone.
Negatywne skutki podwójnej, a więc fałszywej aksjologii i podwójnych standardów PiS są na tyle znaczące, że podejmowane próby ich przemilczenia bądź przesłonięcia wizją katastrofy smoleńskiej jako zamachu wydają się dziecinne. Zakładają bowiem niezdolność Polaków do refleksji i krytycznej oceny wydarzeń, jakie nastąpiły w Polsce po 1989 roku. Dziwi więc wysiłek zwłaszcza katolickich publicystów, historyków, socjologów, a nawet filozofów i teologów, którzy uprawiają pisowską narrację historyczną i usiłują katastrofą przesłonić prawdziwe oblicze tej partii. Historycznego bowiem już znaczenia nabrały jej działania w okresie V kadencji sejmu, gdy miała ona pełnię władzy – nie tylko w parlamencie, ale również w Belwederze – i w następnych kadencjach. Świadectwem tych działań było głosowanie przytłaczającej ilości członków PiS przeciwko życiu, gdy z inicjatywy LPR podjęto w sejmie nowelizację konstytucji w celu umieszczenia w niej zapisu o ochronie życia od momentu poczęcia do naturalnej śmierci. Wstrzymało się wówczas lub nie głosowało 94 posłów PiS (109 posłów PO) z władzami partii na czele. Inicjatywę poparł w całości jedynie klub LPR. Władze PiS przyrzekały wprawdzie powrót do tej inicjatywy, ale jednocześnie robiły wszystko – m.in. wykorzystując służby specjalne do prowokowania afer – aby koalicja z LPR i Samoobroną jak najszybciej się rozpadła, co musiało spowodować samorozwiązanie sejmu i przyspieszone wybory. W przeprowadzeniu tej akcji PiS uzyskał całkowite poparcie głównych partii opozycyjnych – PO i SLD. Rozwiązując sejm, PiS zaprzepaścił bezpowrotnie ideę konstytucyjnej ochrony życia w Polsce. Traktat Lizboński, obejmujący Kartę Praw Podstawowych, nie dawał bowiem szans na powrót do niej, szans takich nie dawał również istniejący od 2007 roku układ sił politycznych w Polsce – nie do naruszenia.
Gdy zaś doszło do ewenementu i pod koniec VI kadencji sejmu (w 2011 roku) poddano głosowaniu projekt ustawy chroniącej życie od naturalnego poczęcia do naturalnej śmierci – przygotowanej przez organizacje pro-life, które uzyskały dla swej inicjatywy podpisy 600 tysięcy Polaków – PiS dał kolejne świadectwo swej fałszywej aksjologii chrześcijańskiej i fałszywej moralności. Nie wprowadził bowiem dyscypliny klubowej w tym głosowaniu, co sprawiło, że 10 jego posłów nie wzięło w nim udziału. Zabrakło wówczas jedynie 5 głosów, aby ustawa została uchwalona (186 za, 191 przeciw). To, że PO w większości zagłosowała przeciw, było do przewidzenia, bo ta partia nie miała i nie ma w programie ochrony życia poczętego, rzadko odwołuje się do chrześcijańskich wartości, nie jest lansowana w katolickich mediach jako reprezentant polskich katolików. Natomiast PiS, który ochronę tę uczynił w teorii jednym ze swych celów, w działaniu ponownie jej zaprzeczył.
Dziś można wysunąć tezę, że partia ta świadomie pozbawiła Polaków możliwości nowelizacji konstytucji we 2007 roku. Teza ta jest tym bardziej uzasadniona, gdyż jednocześnie rząd PiS od początku popierał Traktat Lizboński i na konferencji międzyrządowej UE prezentował wówczas w imieniu Polski pełną akceptację jego tekstu. Zgadzał się z brakiem odwołania do Boga w preambule i odrzuceniem dziedzictwa chrześcijańskiego w budowie nowej, ateistycznej Unii. Zgadzał się na to, ze chrześcijaństwo i jego wyznawcy oraz jego symbole – nade wszystko krzyż – nie będą chronione w sytuacji, gdy ochronie podlegać będą wszystkie mniejszości – a więc także ich kultura oraz głoszone przez nie różne ideologie, np. gender. Prawda logiczna, którą w pisowskiej narracji historycznej się pomija, jest oczywista: antychrześcijańska ideologia gender niszczy cywilizację łacińską, ponieważ prawo unijne – Traktat Lizboński – nie chroni wartości chrześcijańskich, które tę cywilizację ukształtowały. Wobec nowej perspektywy cywilizacyjnej, przed jaką stanęła Europa, wydawałby się czymś oczywistym program naprawy popełnionych błędów przez partię, która w swej retoryce używa nadal chrześcijańskiego kodu. Program działania w nowej, rozpoczynającej się w 2014 roku kadencji europarlamentu, na rzecz unieważnienia Traktatu Lizbońskiego, bądź wprowadzenia do niego zapisów podtrzymujących cywilizację łacińską – o ochronie wartości chrześcijańskich, życia od naturalnego poczęcia do naturalnej śmierci, tradycyjnej rodziny, definicji małżeństwa jako związku mężczyzny i kobiety. To powinno być zadaniem wszystkich katolickich parlamentarzystów, którzy na gruncie prawa winni walczyć z genderyzmem, nie zaś wyłącznie popisywać się w mediach i na różnych konferencjach antygenderowymi mowami. PiS nie ma jednak najmniejszego zamiaru podjąć się tego zadania. Jest bowiem pewny swego zwycięstwa w eurowyborach 2014 roku i to mu wystarcza. Nie musi nawet – zgodnie ze swoją fałszywą aksjologią. – formułować programu działania na rzecz wartości chrześcijańskich w europarlamencie, bo go nigdy nie miał, a poparcie katolickiego elektoratu i tak otrzymywał dzięki manipulacji tymi wartościami i budowanej na nich propagandzie.
Obecnie można wysunąć także drugą tezę: że z inicjatywy PiS rozwiązano w 2007 roku polski parlament dla ratyfikacji Traktatu. Liderom partii dokonujących samorozwiązania chodziło o to, aby tekst Traktatu nie został poddany debacie sejmowej i wiedza na jego temat nie dotarła do wyborców, zwłaszcza katolickich. Z dzisiejszej perspektywy walka LPR i Samoobrony o przedłużenie V kadencji sejmu przynajmniej o kilka miesięcy była próbą zachowania jego trybuny do walki z tą ateistyczną konstytucją unijną.
Podpisanie przez prezydenta RP Lecha Kaczyńskiego Traktatu Lizbońskiego, ratyfikowanego przez polski sejm VI kadencji dzięki głosom posłów PiS-u, było gwoździem do trumny chrześcijańskiej Europy. Polska przestała być w niej przedmurzem chrześcijaństwa. Jeśli mówimy, że ikoną wierności chrześcijaństwu w Europie jest po dzień dzisiejszy Jan III Sobieski, to Lech Kaczyński jest jej zaprzeczeniem. Dramatem polskich katolików – nieświadomych tego w pełni – jest fakt, że decydującą rolę w tym odejściu od postawy wierności odegrała nie lewica i środowiska liberalno-demokratyczne, ale właśnie PiS, który miał ich reprezentować w sejmie i UE. Lech Kaczyński i jego partia nie tylko stracili okazję, aby uczynić z Polski bastion chrześcijaństwa w Europie XXI wieku, ale przyczynili się walnie do jej przekształcenia cywilizacyjnego – w kierunku perspektywy ateistycznej. To był majstersztyk manipulacji i propagandy, odpowiadający klasycznym ich teoriom – Harolda Laswella, Eduarda Hermana i Noama Chomsky’ego, Jacques’a Ellula. Dominowała w niej tzw. zasada transfuzji – wykorzystania przyjętych przez ogół polskiego społeczeństwa wartości chrześcijańskich do ukrytych celów partii. Szczególnym instrumentem owej transfuzji było zniekształcanie rzeczywistości unijnej – sfery społeczno-politycznej i kulturowej – przemilczanie faktu, że jest ona skazana przez Traktat na ostateczną sekularyzację oraz odcięcie od tradycji chrześcijańskiej. W tej grze manipulacyjnej PiS skoncentrował uwagę katolickiego elektoratu na problemach liczbowej reprezentacji Polski w europarlamencie, suwerenności państw członkowskich, dopłatach do rolnictwa i pustych hasłach w rodzaju Europa ojczyzn.
Na arenie międzynarodowej działania PiS na rzecz chrześcijaństwa są zerowe. Brak jakiejkolwiek inicjatywy w celu obrony chrześcijan na Bliskim Wschodzie i w świecie islamu, gdzie – jak powszechnie wiadomo – dokonuje się ich ludobójstwo, jest skandalem nie tylko moralnym i politycznym, ale również cywilizacyjnym. Oto bowiem przy milczeniu parlamentów krajowych – również polskiego – i unijnego zginęły setki tysięcy chrześcijan – i giną nadal – z powodu wyznawanej wiary w Chrystusa. Wraz z nimi giną ostatnie ślady występującej na tym obszarze od 2000 lat cywilizacji ukształtowanej na chrześcijaństwie. Jasno również teraz widać, że o to właśnie idzie ideologom NWO, autoryzowanego m.in. przez koncepcje Zbigniewa Brzezińskiego oraz Henry Kissingera i firmowanego (wbrew woli przeciętnych Amerykanów ) przez USA. Pomimo tego wszyscy czołowi polscy politycy – również z PiS – i ich partie ślepo popierali i popierają politykę Ameryki w tym rejonie – wojnę prewencyjną z Irakiem, atak prewencyjny na Libię, rewolucję w krajach arabskich i wreszcie walkę z demokratycznie wybranym prezydentem Syrii Baszszarem al.-Asadem. Popierają politykę, która pobudza ekstremizm islamski – i nie tylko – skutkujący ludobójstwem chrześcijan. Ci, którzy mieli reprezentować polskich katolików w sferze polityki, nie chcieli słyszeć głosu Jana Pawła II, który sprzeciwiał się atakowi na Irak, nie chcieli słyszeć papieża Franciszka, który podjął szereg działań, aby powstrzymać atak USA na Syrię. Zwrócił się nawet z prośbą – skuteczną – do Władimira Putina, aby na odbywającym się w Petersburgu na początku września b.r. szczycie G20 powstrzymał jego uczestników przed udzieleniem poparcia dla tego ataku, mogącego skutkować wybuchem trzeciej wojny światowej. W tej sytuacji jawnie wrogie wobec działań papieża było stanowisko, jakie zajął w sprawie Syrii trzy tygodnie później Witold Waszczykowski w wywiadzie dla „Naszego Dziennika” (wydanie z 24 października 2013) jako wiceprzewodniczący sejmowej Komisji Spraw Zagranicznych, w której reprezentuje PiS. W całostronicowym potoku wypowiedzi, poświęconych m.in. zabijaniu niewinnych ludzi w tym kraju, nie padło ani jedno słowo na temat prześladowań syryjskich chrześcijan ze strony rebeliantów, nade wszystko na temat dokonywanych na nich okrutnych mordach. Wysokiej rangi polityk PiS w wywiadzie tym uzasadniał ponadto konieczność zaangażowania Polski w sprawie Syrii po stronie USA, Turcji i ich sojuszników – tych sił w konflikcie, które dozbrajają od kilku lat tzw. rebeliantów, wykrwawiających Syrię. Nawet nie napomknął o pomocy dla syryjskich chrześcijan. Ten wywiad jest jednym z ważniejszych świadectw głębokiego zaangażowania PiS na arenie międzynarodowej w budowę NWO. Z perspektywy cywilizacyjnej politycy PiS umacniają bowiem procesy, które niszczą chrześcijaństwo nie tylko w Europie, ale również poza nią.
Z tej samej perspektywy trzeba spojrzeć na wielkie zaangażowanie polityków PiS w proces włączania Ukrainy do antychrześcijańskiej Unii, która poprzez jej akcesję poszerzyłaby swoją władzę i umocniła się, wchłaniając nowe, 46 milionowe społeczeństwo (to wygląda tak, jakby ktoś chciał przed 1989 rokiem poszerzać Związek Radziecki). Działania PiS na rzecz włączenia Ukrainy do Unii mają jeszcze jeden cywilizacyjny aspekt: mają osłabić Rosję, która triumfalnie wróciła do chrześcijaństwa i broni go na arenie międzynarodowej, m.in. w Syrii.
Również w polityce historycznej i historycznej narracji ta reprezentująca polskich katolików partia stosuje podwójne standardy i prezentuje fałszywą aksjologię. Jest to nade wszystko widoczne w przypadku ofiar ludobójstwa dokonanego z jednej strony przez sowieckie NKWD, z drugiej przez nacjonalistów ukraińskich z OUN-UPA. Przez długie lata zarówno w polityce, jak i narracji historycznej PiS istniał wyłącznie Katyń. Politycy tej partii zwrócili publiczne uwagę na rzeź wołyńską dopiero w związku z jej 70. rocznicą, angażując się jedynie w sejmie w przygotowanie związanej z nią uchwały. Natomiast w kontaktach z władzami i społeczeństwem Ukrainy ludobójstwo Polaków na jej terenie pozostaje dla PiS nadal tematem tabu – zgodnie z wyznawaną przez partię Jarosława Kaczyńskiego doktryną Jerzego Giedroycia, iż koniecznością historyczną jest budowa wielkiej Ukrainy kosztem Polski. Między innymi ta właśnie doktryna była – oprócz innych motywacji – inspiracją wspólnego wystąpienia przywódcy PiS i jego polityków na kijowskim Euromajdanie z Ołunem Tiahnybokiem, przedstawicielem ukraińskich neonazistów, odwołujących się do tradycji OUN-UPA. Ich wspólne wystąpienie było szokiem nawet dla przyzwyczajonych do podwójnych standardów PiS jego zwolenników. Tym większym szokiem, że odbyło się pod sztandarami ukraińskiej neonazistowskiej partii, której gestem i hasłami prezes PiS przywitał zgromadzonych na Euromajdanie zwolenników UE. Działanie takie urąga pamięci o ofiarach rzezi wołyńskiej i przeczy upublicznieniu prawdy o niej, tak jak przeczy zasadom współżycia dwóch sąsiadujących z sobą narodów, którym potrzebne jest pojednanie nie poprzez fałszywą aksjologię i ateistyczną Unię Europejską, ale w prawdzie i na gruncie chrześcijańskich wartości. Podobnie jak we wcześniej przedstawionych posunięciach PiS mamy tu do czynienia z jawnym działaniem na ich szkodę, a zarazem na szkodę polsko-ukraińskiego pojednania.
Analiza ważniejszych antychrześcijańskich działań PiS mówi bardzo wiele: chrześcijaństwa i jego wartości musimy bronić nie tylko przed NWO i jego ideologiami, takimi jak gender, ale również przed partiami politycznymi, które wartościami tymi manipulują dla osiągnięcia pozachrześcijańskich celów. Najskuteczniejszą bronią jest w taki przypadku demaskowanie fałszywej aksjologii partii.
]]>Historyczna rzeczywistość kolejnych wstrząsów rewolucyjnych – począwszy od rewolucji francuskiej – potwierdza tę diagnozę brazylijskiego myśliciela. Chrześcijaństwo, a przede wszystkim katolicyzm był przez wszystkich rewolucjonistów postrzegany jako najistotniejsza przeszkoda na drodze ustanowienia „nowego ładu”, który miał ukształtować „nowego człowieka” wedle rewolucyjnej ideologii. Rewolucja francuska była pod tym względem wzorcem, powielanym następnie przez kolejnych rewolucjonistów w XIX i XX w. Nic też nie zapowiada, by wiek obecny był pod tym względem jakimś wyjątkiem.
Jeden z deputowanych do rewolucyjnego parlamentu francuskiego w następujących słowach określał istotę polityki rewolucyjnej: „Stworzone zostały dla Narodu prawa; obecnie rzecz w tym, aby stworzyć Naród dla tych praw”[2]. Wtórował mu amerykański sympatyk rewolucji francuskiej, Th. Paine, który rzeczywistość polityczną we Francji i w Europie po 1789 r. skomentował następująco: „Jest w naszej mocy zacząć świat na nowo […]. Narodziny nowego świata już się zbliżają”[3]. Jak wiemy, zmieniono nawet sposób mierzenia czasu. Żeby tak szeroko zakrojone zmiany przeprowadzić, należało uderzyć w podstawę, z której wyrastały wszystkie te obyczaje, prawa, idee i sensy słów – czyli w cywilizację chrześcijańską (a w przypadku Francji – katolicką), dlatego też obserwując politykę rewolucji francuskiej wobec Kościoła dostrzegamy narastającą eskalację wrogości wobec wspólnoty ludzi wierzących w Chrystusa: poczynając od zadekretowanej w 1789 r. konfiskaty wszystkich majątków kościelnych, poprzez tzw. konstytucję cywilną kleru z 1790 r. (będącą de facto próbą próbą ustanowienia we Francji schizmatyckiego Kościoła) i represje skierowane wobec księży, którzy nie chcieli złożyć przysięgi na ten dokument (w 1792 r. jako karę dla „niezaprzysiężonych” zadekretowano banicję, a od 1793 r. karano śmiercią).
To nic innego jak wypełnienie płomiennego apelu pewnego członka klubu jakobinów, który wzywał: „Tak, obywatele, religia jest nie do pogodzenia z ustrojem wolności, czujecie to tak samo jak ja. Rytuały, tajemnice, moralność nie będą mogły odpowiadać republikaninowi… Oddajcie nam pogańskich bogów! Chętnie będziemy czcić Jowisza, Herkulesa czy Pallas Atenę, ale nie chcemy więcej tego baśniowego stwórcy świata… nie chcemy więcej tego Boga nieogarnionego, który wszystko ponoć napełnia”[4].
Autorem tych słów był markiz D. A. F. de Sade. Słynny pornograf miał szczególny dług wdzięczności wobec rewolucji. Do lipca 1789 r., na prośbę swojej rodziny przetrzymywany był w zakładzie dla obłąkanych w Charenton. Niewiele brakowało, by znalazł się w gronie wyswobodzonych 14 VII 1789 r. paru więźniów Bastylii, która była wcześniejszym miejscem jego odosobnienia (również na prośbę rodziny).
Jak wiadomo rewolucja francuska nie cofnęła się przed ludobójstwem, by „zmienić ludzi”. Wojna w Wandei, pierwsze ludobójstwo w dziejach nowożytnej Europy nosiło znamiona wojny religijnej. Lud Wandei walczył pod sztandarami Najświętszego Serca Jezusowego (Sacre Coeur), a armię, którą stworzył, nazwał „Armią Królewską i Katolicką”. Z drugiej zaś strony rewolucjoniści nie kryli, że przynoszą do krainy „od wieków tkwiącej w okowach fanatyzmu i zabobonu” światło „prawdziwego oświecenia i postępu”.
Wojna wypowiedziana chrześcijaństwu przez rewolucję francuską była wzorcowa także w tym sensie, że równolegle z polityką krwawego terroru wymierzonego wobec ludzi wierzących w Chrystusa (bez względu na to, czy byli to duchowni czy świeccy) stosowany był wobec nich swoisty „przemysł pogardy”. Nienawiść szła w parze z lekceważeniem.
Gdy w 1793 r. swoje apogeum osiągała rozpętana przez rewolucyjne władze kampania dechrystianizacyjna, M. J. Chalier, komisarz republiki na Lyon – odpowiedzialny za krwawe powstania mieszkańców tego miasta przeciw republice (dlatego przeszedł do historii jako „kat Lyonu”), stwierdzał, że „księża są jedyną przyczyną nieszczęść we Francji. Rewolucja, która jest triumfem oświecenia, tylko z obrzydzeniem może spoglądać na zbyt długą agonię zgrai tych niegodziwców”[5]. Rok później, prokurator trybunału rewolucyjnego domagając się (skutecznie) posłania na szafot karmelitanek z Compiegne, jako okoliczność szczególnie je obciążającą wskazywał ich „fanatyzm” i precyzował: „Przez fanatyzm rozumiem wasze przywiązanie do waszych dziecinnych wierzeń, do waszych śmiesznych praktyk religijnych”[6].
Dzisiaj środowiska liberalno-lewicowe domagające się po obydwu stronach oceanu penalizacji „mowy nienawiści”, wyraźnie zapomniały, że pierwszymi, którzy na szeroką skalę ją stosowali byli ich ideowi antenaci z czasów rewolucji francuskiej, a następnie z epoki XIX-wiecznych „wojen o kulturę”. Dokonująca się w tamtej epoce forsowana przez państwo brutalna, odgórnie narzucana laicyzacja, dla niepoznaki posługująca się hasłem „rozdziału Kościoła od państwa” nie tylko kończyła się próbą podporządkowania Kościoła państwu, ale jej rezultatem było również wprowadzanie ostrego podziału wewnątrz poszczególnych społeczeństw. Kulturkampfy te oznaczały stygmatyzację dużego segmentu społeczeństwa jako „zacofanego” i „reprezentującego niższą kulturę”. Wobec takich ludzi liberalne rządy – czy to we Włoszech, czy we Francji, nie mówiąc o Prusach, gdzie w latach 70. XIX w. rządził O. von Bismarck, popierany przez miejscowych liberałów – bez wahania stosowały sprawdzoną maksymę francuskiej rewolucji o tym, że „nie ma wolności dla wrogów wolności”. Bo przecież dla antykatolickiej propagandy katolicy byli poważnym problemem, byli „wrogiem wewnętrznym”. Nieprzypadkowo to właśnie w tej epoce „wojen o kulturę” pojawia się figura „starszej kobiety modlącej się na różańcu” jako symbolu kołtunerii i ciemnogrodu. Współcześni kontynuatorzy tej „mowy nienawiści” mówią o „moherowych beretach”.
Charakterystyczne było także to, że wszędzie propagatorzy polityki bezwzględnej laicyzacji gładko przechodzili do porządku dziennego nad kwestią wolności obywateli, którzy byli represjonowani ze względu na wybraną drogę życiową (stan duchowny) czy wybrany model szkolnictwa dla swoich dzieci (szkoła katolicka). Dla promotorów laickości słowo „wolność” miało jednak bardzo specyficzny sens. Urzędujący w latach 1902–1905 premier J. L. É. Combes, odnosząc się do zarzutów katolickiej opozycji w parlamencie, że jego polityka brutalnego usuwania zakonów z Francji i zamykania katolickich szkół gwałci prawo obywateli do nieskrępowanego wybierania sposobu kształcenia swoich dzieci, stwierdzał wprost, że „wolność kształcenia nie należy do tych istotnych praw przynależnych obywatelowi [...]. Nie jest ona jedną ze swobód naturalnych czy też koniecznych, która stanowiłaby integralną część praw obywatela [...] Nie ma przyczyny, dla której państwo nie mogłoby zakazać nauczania osobom indywidualnym, czy też zbiorowiskom, których doktryny oraz interesy są w absolutnej sprzeczności z fundamentalnymi doktrynami i ogólnymi interesami, nad którymi ono [państwo – dop. G. K.] czuwa”[7].
Z pogardą okazywaną wobec obywateli, którzy dopominali się o swoje prawa (jako ludzie wierzący i rodzice pragnący jak najlepszej edukacji dla swoich dzieci), szedł u laicyzatorów prawdziwy kult państwa. W tym przypadku wyznawany przez nich liberalizm z jego programową niechęcią wobec państwa odchodził na plan dalszy wobec o wiele bardziej pilniejszej dla nich sprawy, jakim było wprowadzenie żelazną ręką „postępu i tolerancji”, a żelazna ręka powinna należeć do państwa.
W 1874 r. w zenicie prześladowań Kościoła podczas bismarckowskiego Kulturkampfu jeden z protestancko-liberalnych dzienników w następujący sposób wyjaśniał, że nie ma sprzeczności między hasłami o wolności i tolerancji, a brutalnym prześladowaniem katolików: „Niech ci, którzy w swojej straszliwej mądrości uważają, że państwo zbyt daleko poszło w podjętych przez siebie środkach przeciw hierarchii [katolickiej], w końcu zauważą, w jakich czasach żyjemy. Przeciw wrogowi absolutnie zdecydowanemu na wszystko nic nie można osiągnąć odwołując się li tylko do tej biernej tolerancji, która wzdraga się przed każdym zdecydowanym krokiem i raczej woli wrogowi ustępować. W walce o być albo nie być, tylko posunięte do ostatecznych granic zdecydowanie i zaangażowanie wszystkich sił może zapewnić zwycięstwo”[8].
Stanowisko to pozostawało w całkowitej zgodzie z definicją liberalizmu podaną w 1875 r. przez H. von Sybela: „być liberałem oznacza wyzwalanie jednostki z jarzma przesądu, nietolerancji, ze zniewolenia duchowego. Być liberałem – to w kwestiach narodowych pilnowanie, by większość narodu nie była zniewolona przez przesądy poszczególnych [katolickich – dop. G. K.] prowincji”[9].
W ten sposób przygotowywano grunt pod nadejście epoki państw totalitarnych. Pisał o tym w swojej encyklice Summi pontificatus papież Pius XII. W dokumencie z 1939 r., ogłoszonym, gdy trwała już II wojna światowa, Ojciec Święty diagnozując „główną chorobę czasu: świat bez Boga i bez Chrystusa”, która w 1939 r. już w pełni ujawniła swoje straszliwe oblicze w postaci totalitarnej statolatrii, wskazywał na głębsze korzenie tego zła. W tym właśnie kontekście Pius XII mówił o fatalnym „zaślepieniu” ludzi, którzy „domagali się usunięcia Boskiego Zbawiciela ze swego życia, a zwłaszcza z życia publicznego”. Jak pisał papież: „Państwo i społeczeństwo dostosowywało się we wszystkim do dowolnych haseł i teorii tak zwanego laicyzmu, a proces ten postępował coraz szybciej i spotykał się z ogólnym uznaniem. Prąd laicyzacji życia doszedł wreszcie aż do tego, że od ożywczego i dobroczynnego wpływu Boga i Kościoła odwiódł pojedynczego obywatela, rodzinę i państwo, i to nawet w krajach, które przez wiele wieków szczyciły się chrześcijańską kulturą i obyczajami”[10].
W ten sposób papież Pius XII rozwinął nauczanie swojego wielkiego poprzednika na Stolicy Piotrowej, bł. Piusa IX, który w swoim słynnym Syllabusie z 1864 r. jako jeden z najpoważniejszych błędów epoki nowożytnej wskazywał pogląd głoszący, że to państwo i tylko państwo powinno być źródłem i punktem odniesienia dla prawa rządzącego daną społecznością. Już wtedy błogosławiony papież jasno dostrzegał, że państwo może stać się straszliwym instrumentem w rękach autorów antykatolickich wojen o kulturę. Papież Pius XII pisząc wspomnianą encyklikę u progu najstraszliwszej wojny w dziejach świata widział już skutki tej fatalnej uzurpacji.
Grzegorz Kucharczyk, Cywilizacja 43/2012
——————————————————————————–
[1] P. C. de Oliveira, Revolution et contre-revolution, Sao Paolo 1960, s. 53, 83.
[2] Cyt. za: J. Baszkiewicz, Nowy człowiek, nowy naród, nowy świat. Mitologia i rzeczywistość rewolucji francuskiej, Warszawa 1993, s. 51.
[3] Tamże, s. 394.
[4] D. A. F. de Sade, Pisma polityczne, przeł. B. Banasiak [i in.], Warszawa 1997, s. 205.
[5] Cyt. za: G. Kucharczyk, Czerwone karty Kościoła, wyd. 2 rozszerz., Dębogóra–Kraków 2008, s. 75.
[6] Tamże, s. 78.
[7] E. Lecanuet, L’eglise de France sous la troisieme republique, vol. 3, Paris 1910, s. 408.
[8] C. Lepp, Protestantisch-liberaler Aufbruch in die Moderne. Der deutsche Protestantenverein in der Zeit der Reichsgründung und des Kulturkampfem, Gütersloh 1996, s. 351.
[9] J. B. Kißling, Geschichte des Kulturkampfem im Deutschen Reiche, Bd. 3, Freiburg im Breisgau 1916, s. 152.
[10] Pius XII, Encyklika Summi Pontificatus [online], [dostęp: 7 XII 2012], dostępny w Internecie:
Aby zrozumieć, co się wydarzyło w Polsce na przestrzeni ostatnich 40 lat, należy sięgnąć do pism Lipskiego. Zadanie to ułatwiła Jadwiga Kaczyńska (matka Jarosława i Lecha Kaczyńskich), która przygotowała monografię zawierającą spis publikacji Lipskiego. Chodzi o książkę pt. „Jan Józef Lipski. Monografia bibliograficzna” wydaną w 2001 r. nakładem Wydawnictwa Instytutu Badań Literackich PAN. Na szczególną uwagę zasługuje krótki wstęp do tej pracy, który rzuca trochę światła na kwestię ideologicznego przyporządkowania synów autorki i założonej przez nich partii. Zacytujmy kilka jego fragmentów:
„Jan Józef Lipski był też pisarzem społecznym i politycznym. Ten nurt jego twórczości pojawiał się w druku w szczególnych momentach – gdy cenzura słabła, lub też gdy można było pisać bez cenzury. Lata 1956–1957 to pierwszy okres, w którym odnaleźć można jego publikacje społeczno-polityczne. W 1957–1959 pisze rozprawę o ONR-Falanga. Książka to historyczna, ale ze względu na działalność PAX-u przed, a także po 1956, ciągle aktualna (praca długo pozostawała w maszynopisie, który ostatecznie zaginął). Pojawienie się w drugiej połowie lat 70. prasy i wydawnictw niezależnych zapoczątkowało okres społeczno-politycznego pisarstwa Lipskiego. Ten temat z czasem zdominuje zainteresowania literackie. Krytyka ideologii ONR-owskiej, traktowana jako stale aktualne zagrożenie, walka z antysemityzmem i ksenofobią oraz problem polsko-niemieckich stosunków z dążeniem do pojednania – to najważniejsze tematy, którymi się zajmował.
Jak Józef Lipski całe życie aktywnie służył idei niepodległej i demokratycznej Polski. W czasie okupacji brał udział w życiu konspiracyjnym kraju. Służył w Szarych Szeregach, a następnie jako członek Armii Krajowej był żołnierzem pułku „Baszta”. W Powstaniu Warszawskim ciężko ranny, został odznaczony Krzyżem Walecznych. […] Był też społecznikiem o zacięciu pedagogicznym. Już w czasie okupacji tworzył wśród młodzieży robotniczej Woli kółka samokształceniowe – nazwał je później „przedszkolem działalności społecznej”. Takie akcje podejmował potem wśród młodzieży licealno-studenckiej. W 1955 należał do założycieli Klubu Krzywego Koła. […]
W 1964, zainspirowany reakcją władz na List 34, Janusz Szpotański napisał utwór satyryczny pt. „Cisi i gęgacze” – Lipskiemu przydzielił rolę Prezydenta. Tę nominację uznało cało środowisko opozycyjne. W 1961 Lipski został przyjęty do tajnej loży wolnomularskiej Kopernik; w latach 1962–1981, 1986–1988 był jej przewodniczącym, a w 1988–1990 – sekretarzem. Z powodu ścisłego utajnienia działania loży w niniejszej pracy źródła jej dotyczące odnotowane są w niepełnym zakresie i sprowadzają się właściwie do artykułów i wspomnień opublikowanych pośmiertnie. Od 1965 roku Jan Józef prowadził tajną kasę pomocy dla osób aresztowanych (z przyczyn politycznych) i ich rodzin. […] Nie sposób wyliczyć tu wszystkich akcji, które inicjował, czy współorganizował. Najważniejszą jednak rolę w jego życiu odegrał Komitet Obrony Robotników (KOR). Powstał 23 września 1976, Jan Józef był jego współzałożycielem i bardzo aktywnym członkiem. W swojej książce o historii KOR-u pisał: »Z dumą i całą odpowiedzialnością stwierdzam: byliśmy niezbędni, by „Solidarność” powstała«. Powtórzył to w udzielonym w „Literaturze” wywiadzie: »rozdział KOR-owski jest najważniejszy w historii mego życia, a także obiektywnie w historii Polski«. Po rozwiązaniu KOR-u od września 1980 był aktywnym członkiem NSZZ „Solidarność”. Po zdelegalizowaniu Związku w grudniu 1981, gdy tylko został zwolniony z więzienia, rozwinął szeroką działalność podziemną. Wielokrotnie represjonowany, dwukrotnie aresztowany, potem ciężko chory, nie przerwał działalności. W czerwcu 1989 został wybrany senatorem z województwa radomskiego.
Ostatnią pasją jego życia było reaktywowanie Polskiej Partii Socjalistycznej. Zawsze należał do lewicy i zawsze był antykomunistą. Oburzała go wszelka identyfikacja PPS ze stalinizmem, z totalitaryzmem. W wywiadzie dla „Biuletynu Łódzkiego” mówił o swej wizji PPS: »nie może być kryptokomunistyczna i nie musi być antyklerykalna«. PPS reaktywowano w listopadzie 1987 roku. W październiku 1990 doszło do Kongresu Zjednoczeniowego, który objął także PPS emigracyjną. Lipski został przewodniczącym partii, najpierw w listopadzie 1987 i ponownie w październiku 1990. Stanowisko to piastował do końca życia”.
Z powyższych słów przebija utożsamianie się autorki z profilem światopoglądowym Lipskiego. Jaki wpływ wywarł on natomiast na założycieli partii PiS? Czy także oni, obok Adama Michnika, są jego ideowymi wychowankami? Aby odpowiedzieć na to pytanie należy sięgnąć do pism Lipskiego: zapoznanie się z nimi na pewno ułatwi nam zrozumienie tego, co aktualnie dzieje się na polskiej scenie politycznej. A jak już wspomniałam, monografia Jadwigi Kaczyńskiej ułatwi wykonanie tego zadania (zaletą tej książki jest to, że przy wielu pozycjach autorka umieściła krótkiego streszczenie tekstów Lipskiego).
]]>Książka „Imperator” jest świadectwem, ale nie jest świadectwem dotyczącym Ojca Dyrektora. To świadectwo skrajnego subiektywizmu „Gazety Wyborczej”, zagubienia ludzi z nią związanych.
Czy ta książka może szkodzić?
Jest tendencyjna i pełna skrywanego z trudem jadu, delikatnie mówiąc jadu niechęci. Sączy, pomijając fakty, jakaś truciznę. Ktoś może się więc nią zatruć, ale raczej tylko ktoś, kto już jest w jakiejś mierze zatruty lub ktoś bezrefleksyjny, kto nie zauważy, że brak w książce argumentów, ale zarazi się niechęcią przyswajając w swoim myśleniu obraźliwe pytania i sugestie, którymi książka jest nasycona.
Czy jest jakaś odtrutka na „Imperatora”?
Jest nią z pewnością książka, która ukazuje się w tym samym okresie, książka pt. „Bo do radości jesteśmy stworzeni”. Jest to obszerny wywiad, który przeprowadził Michał Krajski z o. Piotrem Andrukiewiczem, który, przypomnijmy, posługiwał w Radiu Maryja przez 18 lat, prawie od samych jego początków, a obecnie przechodzi rekonwalescencję po ciężkiej chorobie.
Ta książka jest, co rzuca się w oczy, autentycznym świadectwem dotyczącym tego samego tematu, co książka „Imperator”. Jest świadectwem miłości do Boga, Kościoła, Polski, człowieka. Jest świadectwem, że opisywane dzieła to dzieła Boże, które tworzą ludzie Bogu oddani, ludzie, których celem jest w pierwszym rzędzie realizacja przykazania miłości Boga i miłości człowieka.
]]>