Jak powiedział Clifford Hugh Douglas założyciel szkoły Kredytu Społecznego: „Władza pieniądza nie chce i nigdy nie chciała ulepszenia systemu pieniężnego. Tarcia społeczne, wojny i sabotaż to jest dokładnie to, czego ona chce.” Dlaczego?
Dlatego, że finansiści uważają, że tylko oni są zdolni do właściwego kierowania ludzkością. W celu narzucenia swojej woli każdemu człowiekowi i w celu kontrolowania całego świata, wynaleźli obecny system zadłużania pieniężnego. Chcą doprowadzić każdy naród na świecie do stanu takiego kryzysu, że kraje te będą myślały, że nie mają innej alternatywy, jak zaakceptować cudowne rozwiązanie Wielkiej Finansjery w celu uchronienia ich od katastrofy: całkowita centralizacja, jedna światowa waluta i jeden rząd światowy, gdzie umorzy się długi narodów lub będą one musiały oddać swoją suwerenność.
Komisja Trójstronna
Trzy główne regiony ekonomiczne w świecie to: Europa, Ameryka Północna i Daleki Wschód (Japonia, Korea Południowa, Tajwan itd.). Jeżeli pod pretekstem zjednoczenia sił w celu sprostania konkurencji dwóch pozostałych regionów, kraje członkowskie każdego z tych trzech regionów, zdecydują połączyć się w jeden kraj, formułując trzy Super-Mocarstwa, wtedy jeden rząd światowy będzie prawie utworzony.
To jest dokładnie to, co ma obecnie miejsce i jest promowane przez Komisję Trójstronną, zało-żoną w lipcu 1973 roku przez Davida Rockefellera – prezydenta „Chase Manhattan Bank” z Nowego Jorku. Oficjalnym celem Komisji Trójstronnej jest „harmonia polityczna, ekonomiczna, społeczna, kulturalna między trzema największymi ekonomicznymi regionami na świecie” (stąd nazwa ‘Trójstronna’). Cel ten jest prawie osiągnięty w Europie, wydaniem w 1993 roku Aktu Jedności Europejskiej, który wymaga od krajów członko-wskich Unii Europejskiej zniesienia barier handlowych i oddania ich polityki pieniężnej i fiskalnej w ręce Komisji Europejskiej w Brukseli. Do 1999 roku wszystkie te kraje powinny dzielić jedną walutę ‘euro’.
Jeżeli chodzi o kraje Ameryki Północnej większe kraje członkowskie są na drodze do NAFT-y (North American Free Trade Agreement). Wpierw Kanada i USA – później Meksyk (w ciągu następnych 10 lat ma to dotyczyć obu Ameryk). Jest duży nacisk na zharmonizowanie polityki fiskalnej tych krajów i jak to dzieje się już w Europie – unia ekonomiczna doprowadzi do unii politycznej.
Mając przed sobą takie dwa ekonomiczne giganty kraje Dalekiego Wschodu nie będą miały innego wyjścia, jak połączyć siły w celu sprostania rywalizacji z Ameryką Północną i Europą w handlu międzynarodowym.
Jedna waluta światowa – znak Bestii
Wielka Finansjera chce wyeliminować pieniądze poszczególnych narodów i wprowadzić jedną walutę światową. W latach 70-tych doktor Hanrick Eldeman główny analityk Europejskiej Wspólnoty Gospodarczej w Brukseli ujawnił plan „wyjścia świata z chaosu”: trzypiętrowy komputer w budynku administracji, siedziby EWG w Brukseli (Belgia). Ludzie, którzy tam pracują nazywają go Bestią („BEAST” – Brussels Electronical Accounitng Surveying Terminal). Plan zawiera system oznakowania liczbowego każdego człowieka na ziemi. Każdy mieszkaniec świata otrzyma numer w celu kupna i sprzedaży. Numer będzie wytatuowany laserem, lub wszczepiony w postaci mikroczipu – na czole lub zewnętrznej części prawej dłoni. Będzie to system chodzących kart kredytowych. Będzie możliwy tylko do odczytania przez skaner stosujący podczerwień, w specjalnych miejscach weryfikacji, lub miejscach handlowych. Dr Eldeman stwierdził, że przez użycie trzech liczb sześciocyfrowych każdy mieszkaniec świata otrzyma swój numer, będący jednocześnie numerem jego karty kredytowej.
Dziwnie przypomina to to, co Święty Jan Apo-stoł napisał w Apokalipsie (13:16-18): „… i sprawi, że wszyscy: mali i wielcy, bogaci i biedni, wolni i niewolnicy otrzymają znamię na prawą rękę lub na czoło i że nikt nie może kupić ani sprzedać, kto nie ma znamienia – imienia Bestii lub liczby jej imienia. Tu jest (potrzebna) mądrość. Kto ma rozum niech liczbę Bestii policzy: liczba to bowiem człowieka. A liczba jego: sześćset sześćdziesiąt sześć.”
Elektroniczne karty bankowe
Przed wynalezieniem komputerów i mikroczipów, kilkadziesiąt lat temu, system ten uznany byłby za produkt fantazji „science fiction”. Obecnie wszyscy wiedzą o istnieniu „kart debitowych”, przy pomocy których można wszystko w sklepie kupić, bez noszenia ze sobą pieniędzy i potrzebna suma jest automatycznie potrącona z konta bankowego. Celem banków jest wyeliminowanie całej gotówki i zmuszenie ludzi do używania elektronicznych kart, jako jedynego sposobu płacenia.
Zawsze istnieje jednak ryzyko, że ktoś może zgubić kartę elektroniczną lub, że ktoś inny nielegalnie będzie jej używał. I tu przychodzi rozwiązanie: złączyć człowieka z jego kartą w taki sposób, żeby nie zgubił jej lub, żeby mu jej nie skradziono! I tu mamy: mikro-komputerowy czip – może on być wszczepiony pod skórę, lub 3 sześciocyfrowe numery mogą być wytatuowane na skórze… tak właśnie, jak opisuje to Święty Jan w Apokalipsie.
Wszystko będzie przygotowane dla rządu, który chce kontrolować nasz każdy ruch, gdyż będzie wszystko o nas wiedział: wszystko, co kupujemy, gdzie i kiedy – będzie wiadomo. I jeżeli z jakiegokolwiek powodu ktoś będzie uznany na przykład jako „persona non grata”, lub jako „wróg Stanu” przez rząd – to wystarczy tylko wymazanie naszego numeru z centralnego komputera i nie będzie można już nic kupić, ani sprzedać (będzie się skazanym na zniknięcie w niedługim czasie).
Illuminaci
Poszukiwanie dróg do stworzenia jednego rządu światowego trwa od długiego czasu. Na przykład 17 lutego 1953 roku – członek Wielkiej Finansjery Paul Warburg powiedział w wystąpieniu przed Senatem USA: „Będziemy mieli rząd światowy obojętnie czy nam się podoba czy nie, albo za zgodą albo na drodze zwycięstwa.” Dążność do stworzenia jednego rządu światowego widać już, gdy cofniemy się do roku 1776 – kiedy stworzono tajną organizację Iluminatów. Jej lider Adam Weishaupt stworzył mistrzowski plan doprowadzenia do panowania Oligarchii Finansowej nad całą populacją świata. Słowo Iluminaci jest zaczerpnięte od Lucyfera i znaczy „posiadający światło” – „oświeceni”.
Zadziwiające może się wydawać, że insygnia Zakonu Oświeconych pojawiają się na odwrotnej stronie papierowej 1-dolarówki amerykańskiej. Po raz pierwszy pojawiły się w 1933 roku z zarzą-dzenia Prezydenta USA Franklina Roosevelt’a na początku okresu reform zaprowadzonych przez prezydenta pod nazwą „New Deal”.
U podstawy 13-piętrowej piramidy można przeczytać rok 1776 (MDCCLXVI w cyfrach rzymskich). Większość ludzi uważa, że jest to data podpisania Amerykańskiej Deklaracji Niepodległo-ści, podczas gdy jest to data upamiętniająca zało-żenie Zakonu Oświeconych, czyli 1 maj 1776 rok.
Piramida reprezentuje zawiązanie się tajnego ruchu w celu zniszczenia Kościoła Katolickiego (i wszystkich istniejących religii) i dyktaturę nad narodami. Oko patrzące we wszystkich kierunkach oznacza oko „szpiegowskie” symbolizujące terrorystyczną, podobną do Gestapo, agencję założoną przez Weishaupta, w celu utrzymania sekretów „Porządku” i zmuszenia populacji ludzkiej do zaakceptowania jego prawa. Słowa łacińskie ANNUIT COEPTIS znaczą „nasz spisek został zakończony sukcesem”. Poniżej „NOVUS ORDO SECLORUM” wyjaśnia naturę spisku „Nowy Porządek Społeczny” lub „Nowy Porządek Światowy”.
Insygnia te zostały zaadoptowane przez Kongres jako rewers pieczęci Stanów Zjednoczonych 15 września 1789 roku. (Na awersie znajduje się wizerunek orła, który jest używany jako oficjalna pieczęć i jest na mundurach wojskowych USA i także jest na rewersie papierowej 1-dolarówki amerykańskiej).
Pojawienie się tych insygniów Iluminatów na 1-dolarówce USA w 1933 roku oznacza, że następcy Weishaupta uznali swoje działania, jako począ-tek misji ukoronowanej sukcesem, i że całkowicie kontrolują Rząd Stanów Zjednoczonych.
Spisek Lucyfera
Stwierdzenie, że Iluminaci są spiskiem Lucyfera nie jest tylko wyrażeniem stylistycznym, ale jest prawdą, ponieważ liderzy Iluminatów są wyznawcami Szatana. Ich ostatecznym celem jest zmuszenie całego świata do złożenia hołdu Szatanowi. Poprzez swoje diabły, Szatan kontynuuje swój bunt przeciwko Bogu, swoimi zabiegami chcąc zniweczyć boskie plany na ziemi i przechwycić od Boga tyle dusz, ile tylko to jest możliwe.
Tak jak Szatan, finansiści myślą, że są mądrzejsi od Boga i że tylko oni są w stanie właściwie rządzić rodzajem ludzkim. Członkowie Iluminatów są to ludzie możliwie wszystkich ras i wyznań, ale wszyscy kierują się żądzą władzy i pieniędzy.
Rozpoznanie sił
W zakończeniu swojej książki „Pionki w grze”, która demaskuje spisek Iluminatów w celu zdominowania świata, William Guy Carr wyjaśnia, co trzeba zrobić, żeby ten spisek powstrzymać.
Po pierwsze, musimy jako jednostki rozpoznać duchowe siły włączone w walkę i zdać sobie sprawę, że to są siły nie tylko doczesne (ziemskie), ale i duchowe; że jest to walka między Bogiem i Szatanem. Musimy wybrać komu będziemy służyć, o kogo walczyć: Boga czy Szatana.
Po drugie, musimy podjąć praktyczne kroki przeciwdziałania planowi Wielkiej Finansjery, co może być tylko wykonane za pomocą reformy monetarnej według słów Willima Carry: „wyborcy muszą nalegać, żeby emisja pieniędzy i kontrola nad nimi była w rękach rządu, gdzie prawnie być powinna.”
Potrzeba Kredytu Społecznego
Dla uzyskania pomocy Nieba konieczne są modlitwy i ofiary, aby udaremnić plan Światowej Finansjery. Ale także potrzebne są techniki, sposoby udaremnienia planu Finansistów. Sposobem tym jest reforma, autorstwa szkockiego inżyniera Clif-forda Hugh Douglasa – Kredyt Społeczny, jedyna reforma, której Finansiści się boją i która poło-żyłaby koniec ich władzy kontrolowania wszystkich narodów. (Kredyt Społeczny znaczy społeczne pieniądze – pieniądze wytworzone przez społe-czeństwo bez zadłużenia, tworzone wraz z tworzeniem nowej produkcji i wycofywane z obiegu wraz z konsumpcją tej produkcji – zamiast istnienia kredytu bankowego, jak to ma miejsce obecnie: pieniądze kreowane jako dług przez prywatne banki.)
Douglas początkowo myślał, że gdy jego odkrycie i skutki będą znane rządowi i ludziom odpowiedzialnym za ekonomię, to pospieszą się oni, żeby wcielić to w życie. Wkrótce zrobił inne odkrycie: Finansjera, która kierowała ekonomią nie była zupełnie zainteresowana w zmianie systemu finansowego z jego wadami i konsekwencjami (wojny, straty, bieda, tarcia społeczne itd.). Oni tego wręcz pragnęli i wspomagali celowo dążąc do wprowadzenia rozwiązania – Jednego Rządu Światowego. Finansjera robiła wszystko, co mogła dla zatrzymania i uciszenia idei Kredytu Społecz-nego: konspiracja milczenia w mediach, albo celowe fałszowanie doktryny Douglasa, w celu jej osłabienia, kalumnie i ośmieszanie apostołów „Michaela”. Douglas napisał w książce „Ostrzeże-nie Demokracji” (Warning Democracy):
„Tak szybki był postęp rozprzestrzeniania się idei Kredytu Społecznego w latach 1919 – 1923 w kraju (Wielka Brytania) i zagranicą i tak często pojawiały się idee czerpane z Kredytu Społecz-nego na stronach prasy, że ci, których interes był przez to zagrożony podjęli efektywne kroki, żeby uszczuplić publikacje. W tym kraju Instytut Bankierów przeznaczył 5 milionów funtów (wtedy ekwiwalent 24 milionów dolarów) do zwalczania „wywrotowych” idei naszych i innych wprowadzonych w błąd ludzi, którzy mają życzenie „par-taczyć” system finansowy. Duży Związek Prasowy został poinformowany, że mojego imienia nie ma się wspominać w prasie, w tym kraju i w USA. Prasa miała zakaz zamieszczania publikacji, korespondencji lub innego sposobu reagowania na ten temat. Pomimo to na przesłuchaniu w Parlamencie Kanadyjskim, gdzie byłem świadkiem w 1923 roku, Parlament zdołał wyjawić ignorancję nawet niektórych bankierów, w sprawie fundamentalnego problemu, z którym mają do czynienia z jednej strony, a z drugiej determinację finansistów, z jaką są przygotowani walczyć o utrzymanie swojej kontroli nad sytuacją.”
Trzeba tu także wspomnieć, że najlepszym sposobem, jaki Finansiści znaleźli na wstrzymanie rozprzestrzeniania się idei Kredytu Społecznego, było tworzenie partii politycznych o fałszywej nazwie „Kredyt Społeczny”, żeby ludzie myśleli, że nowa partia jest w stanie zmienić system, podczas gdy potrzebne jest edukowanie ludzi (nakłaniając ich do prenumeraty pisma ‘Michael’), żeby wywierać nacisk na wybranych reprezentantów, żeby służyli ludziom, a nie Wielkiej Finansjerze. Na szczęście wszystkie tak zwane „partie kredytu społecznego” są martwe i pogrzebane, ale zrobiły one dużo złego i spowodowały dezorientację w umysłach ludzkich, kiedy jeszcze istniały.
„Moment psychologiczny”
Douglas przepowiedział, że obecny bankierski system pieniądza zadłużającego ulegnie samozniszczeniu, upadnie przez swoją istotę tworzenia długów niemożliwych do spłacenia. Wszystkie kraje na świecie walczą ze swoimi niebotycznymi długami i zmierzają ku destrukcji, mimo, że wszyscy wiedzą, że długi są niemożliwe do spłacenia. Inne czynniki, jak automatyzacja, też wykazują niesprawdzenie się obecnego systemu monetarnego i nieuchroniony jego upadek. Mianowicie rozwój automatyzacji powoduje, że pełne zatrudnienie staje się niemożliwe.
Douglas powiedział, że nadejdzie „moment psychologiczny”, moment krytyczny, kiedy ludzkość widząc powagę sytuacji, cierpiąc zbyt długo i mimo całej siły Wielkiej Finansjery będzie chętna do studiowania i do zaakceptowania Kredytu Społecznego. W swojej książce „Kredyt Społe-czny” w 1924 roku Douglas napisał, co następuje:
„Sprawa będzie ogromnej wagi. Stosunkowo krótki okres czasu będzie prawdopodobnie potrzebny do podjęcia decyzji, czy my mamy zawładnąć, opanować wszechpotężną ekonomię i machinę społeczną, którą wykreowaliśmy, czy ona ma was pokonać i władać wami. W tym okre-sie czasu mały impet, siłą grupy ludzi, którzy wiedzą, co i jak zrobić będzie stanowił różnicę między cofnięciem się w wieki zacofania (Dark Ages) lub szybkim postępem w pełne światło dnia, tak wspaniałym, że obecnie z trudem możemy sobie to wyobrazić. Tu ważna jest potrzeba rozpoznania tego psychologicznego momentu i dostosowanie do tego momentu odpowiedniej akcji, która powinna być obecna w umysłach tej małej mniejszości, która jest w posiadaniu wiedzy o powadze sprawy w obecnych czasach.”
Louis Even przy końcu artykułu napisanego w roku 1970 i zatytułowanego „Kredyt Społeczny – tak, Partia – nie”, powtórzył tę myśl Douglasa:
„Kredytowcy Społeczni pisma ‘Michael’, tak jak i Douglas twierdzą, że jeżeli chodzi o sprawę Kredytu Społecznego, najbardziej efektywnym działaniem do wykonania jest informowanie ludzi na temat obecnego monopolu kredytu finansowego przynoszącego złe owoce, które widać w życiu ludzi, rodzin, instytucji i przeciwstawiać tym złym owocom sprawiedliwą doktrynę Kredytu Społecz-nego, która jest tak wspaniała i pełna zdrowego rozsądku. Starają się (Kredytowcy) sami rozwijać i ulepszać wewnętrznie i promieniować także duchem Kredytu Społecznego, który klarownie jest związany z duchem ewangelii: duch służby, a nie dominacji, nie nienasycona dążność do pieniędzy i dóbr materialnych, co jest jednym i tym samym, jak duch baronów Wielkiej Finansjery.
Albo przez upadek obecnego systemu finansowego, który ulegnie samozagładzie na skutek swoich własnych okropnych posunięć, albo na skutek wydarzeń, które są przepowiedziane przez uprzywilejowane dusze, wydarzeń, w które nie można wątpić patrząc na obecne dekadenckie standardy moralności, odszczepieństwo, poganizację zamożnych krajów, które były chrześcijańskie – tak więc albo z jednej, albo z drugiej przyczyny katastrofa nastąpi, żyjący, albo ci, którzy ocaleją, przeżyją te wydarzenia, będą w posiadaniu światła dla wprowadzenia systemu ekonomicznego wartego swojego imienia, swojej nazwy.”
To, co trzeba zapamiętać z tego wszystkiego to to, że obecny system finansowy, który tworzy pieniądze jako dług, jest głównym sposobem Finansistów na wprowadzenie jednego rządu światowego. System zadłużenia jest mostem, który prowadzi nas od społeczeństwa wolnego do pełnej dyktatury. I jedyną rzeczą, której Finansiści się boją, jedyną rzeczą, która może ich zatrzymać w ich planach podboju świata, jest reforma obecnego systemu finansowego, wprowadzenie uczciwego, niezadłużającego systemu finansowego, zgodnie z filozofią Kredytu Społecznego. Zaczniemy zdawać sobie sprawę z wielkich możliwości rozwiązań proponowanych przez Kredyt Społeczny i z konieczności rozpowszechniania jego idei wśród ludzi. Dlatego radziecki Minister Spraw Zagranicznych – Mołotow powiedział do dra Hewletta Johnsona, arcybiskupa Canterbury w latach 30-tych: „Wiemy wszystko o Kredycie Społecznym. To jest jedyna teoria w świecie, której się obawiamy
Michael Nr2, listopad-grudzień1999
]]>Dyskusje dotyczące działań zaradczych w związku z obecnym kryzysem finansowym przeważnie przybierają postać argumentów lokujących rozwiązanie w spektrum między „socjalizmem” i „kapitalizmem.” Jednak taka dyskusja jest wadliwa ze względu na oba terminy. Realny socjalizm upadł w 1989 i niewielu ludzi wyraża chęć powrotu do tego okropnego systemu. Mniej znany jest fakt, że czysty kapitalizm załamał się w 1929, by odtąd nigdy już nie powstać w żadnym miejscu świata. Dziś zaledwie kilku obywateli posiada żywą pamięć czasów realnego kapitalizmu i przeważnie nie są to wspomnienia pochlebne.
Kapitalizm upadł bowiem z tych samych powodów, co komunizm – okazał się ofiarą własnych sprzeczności wewnętrznych, skutkujących ciągłą niestabilnością. Pracownicy z pewnością nie akceptowali tego systemu, ale była to również postawa samych kapitalistów i zaledwie nieliczni z nich żegnali go z przykrością. Czysty kapitalizm okazał się toksyczny zarówno dla kapitału jak i pracy, zresztą zgodnie z tym, co w 1913 przewidział Belloc.
Pierwsze zadanie w reformowaniu system polega na jego zrozumieniu, a jest to system całkowicie wadliwy i zrozumieć go możemy w oderwaniu od popularnie stosowanej, ideologicznej terminologii. Systemem, który zastąpił czysty kapitalizm był wpierw nadaktywny keynesizm spowodowany II wojną światową, który trwał aż do późnych lat 70-tych; keynesizm został następnie zastąpiony czystym merkantylizmem łączącym prywatny przywilej i państwową władzę, co rozwścieczyło Adama Smith’a . To właśnie merkantylizm znajduje się dziś w fazie całkowitego upadku. Zarówno keynesizm, który zastąpił kapitalizm, jak i merkantylizm, który zastąpił keynesizm polega na ogromnej kontroli rządu i państwowych dotacjach, które są już nie do utrzymania. Nie możemy też wrócić do kapitalizmu lat 20-tych bez ponownego doświadczenia turbulencji tamtego okresu.
Jeśli kapitalizm nie stanowi realnej alternatywy, jeżeli reprezentuje system, który widziała garstka żyjących dziś osób, dlaczego zatem do argumentów mu przychylnych przywiązuje się tak wielką wagę? Wierzę, że powody te są przeważnie ideologicznej natury. Kapitaliści chętnie powtarzają w kółko argumenty libertarian, kiedy mają do czynienia z jakąś regulacją, czy podatkiem, który uważają za idiotyczny, jednak równie chętnie odkładają te argumenty na bok, gdy szukają własnych przywilejów i rządowych subsydiów. W ten sposób większość działających w dobrej wierze libertarian współtowarzyszy merkantylistom w wędrówce, pełniąc rolę użytecznych idiotów. Chociaż sam mam ogólnie sporo szacunku dla argumentów libertarian, to w praktyce realizacja ich nie jest możliwa poza sytuacją szeroko rozpowszechnionej własności, z czego doskonale zdawali sobie sprawę libertarianie działający przed nastaniem szkoły austriackiej.
Jednak krytyka libertarianizmu byłaby niesprawiedliwa, gdyby dystrybucjoniści nie mieli sami czegoś do zaoferowania, czegoś więcej niż płytkie frazesy, czy nawet same zasady. Wymagane jest bowiem rozwiązanie pragmatyczne i konkretne, które można zastosować do naszych bieżących uwarunkowań. W tym względzie dystrybucjoniści mają tę przewagę nad kapitalistami i libertarianami, że istnieją i doskonale działają realne systemy dystrybucjonistyczne, które możemy badać pod kątem praktycznych zastosowań do naszych własnych problemów.
Krytycy dystrybucjonizmu podnoszą zarzut, jakoby był on jedną z odmian socjalizmu. Jest to zarzut dziwny z dwóch powodów. Po pierwsze, socjalizm jest teorią nakazującą zniesienie własności prywatnej, podczas gdy dystrybucjonizm jest teorią postulującą jej maksymalne upowszechnienie, obie teorie stoją wobec siebie w całkowitej kontrze. Po drugie, sama praktyka dystrybucjonizmu w miejscach takich jak spółdzielnia Mondragón jest bardziej „libertariańska” niż wszystko, co sami libertarianie byli w stanie osiągnąć. Mimo wszystko krytyki tej nie można zlekceważyć, ponieważ sam termin „dystrybucjonizm” wywołuje zjawę „redystrybucji”- pomysłu, by jakiś komitet biurokratów decydował o tym, kto będzie posiadał coś na własność, a kto nie.
Dystrybucjonizm jednak głównie nie dotyczy tego, co rząd powinien zrobić lecz tego, jakich działań powinien zaprzestać. W tym punkcie tezy dystrybucjonistów są w dużej mierze zbieżne z tezami libertarian: to rząd jest czynnikiem pielęgnującym akumulację własności prywatnej w rękach coraz to węższego grona osób. Bez wsparcia i ochrony rządu, sterty kapitału nie były by w stanie wzrastać tak wysoko, im wyżej zaś rosną stosy prywatnego kapitału, tym cieńsze stają się ściany publicznej władzy, koniecznej do jego obrony. Rozrośnięty rząd i rozrośnięty kapitał idą ręka w rękę, jest to prosta i bezdyskusyjna konstatacja historycznego faktu.
Mając to na uwadze należy wspomnieć, że zdarzają się przypadki, w których rząd musi w istocie dokonać redystrybucji mienia. Na myśl przychodzi przypadek Tajwanu, którego populacja była przetrzymywana w faktycznej niewoli u kilku posiadaczy ziemskich. U zarania niewiarygodnego dobrobytu tej wyspy jest zdecydowane działanie rządu w postaci programu Ziemia dla rolnika, który z przymuszonych do płacenia w plonach dzierżawców uczynił niezależnych gospodarzy. Osoby broniące właścicieli ziemskich oraz świętego prawa własności stojącego ponad nędzą i cierpieniem ludzkim zniekształcają samo pojęcie własności. Własność jest świętym prawem, lecz nie jest prawem absolutnym. Każde stosowne prawo daje się zrozumieć dzięki własnym granicom, prawo absolutne zaś wcale nie jest prawem, lecz zalążkiem tyranii. Własność opierająca się na niewolnictwie innych osób nie jest zatem własnością prawowitą i właśnie w takich skandalicznych przypadkach rząd może podjąć ostre działania.
Następnie mamy przykład jednostek uznawanych za „zbyt duże, by upaść,” czy też dokładniej, jako zbyt duże, by odnosić sukcesy bez szczodrych wypłat z publicznych funduszy. W tym przypadku całkiem prawowite byłoby rozbicie ich na mniejsze firmy stanowiące własność lokalnych, czy też regionalnych banków, bądź samych pracowników. Ta sama zasada dotyczy upadłych gigantów przemysłu, którzy nie mogą istnieć bez publicznego wsparcia. Przedsiębiorstwa te można rozbić na mniejsze i zwrócić pracownikom przez celowe działanie doraźne polegające na emisji obligacji i zrównaniu zobowiązań z ich tytułu z zobowiązaniami z tytułu wynagrodzeń i emerytur. Wówczas zobaczymy, czy sami pracownicy będą w stanie zarządzać tymi firmami lepiej niż geniusze z Detroit. Jeżeli podobne doświadczenia z Argentyny mogą być jakąkolwiek wskazówką, wówczas rzeczywiście sukces znajduje się w zasięgu ręki.
Na koniec możemy zauważyć, że tak długo jak kapitalizm zdoła przetrwać, dystrybucjoniści mogą zasadnie domagać się od władz rządowego ograniczania jego różnorakich nadużyć. Tak długo jak istnieją monopole, kontrola cen stanowi uzasadnioną odpowiedź. W sytuacji idealnej chcielibyśmy wyeliminować całkowicie te monopole, które nie są absolutnie konieczne, ale dopóki rząd chroni monopole, dopóty rozsądnie jest domagać się przed nimi ochrony.
Uwzględniając to wszystko, naszym głównym interesem w stosunkach z rządem jest redukcja jego zaangażowania w gospodarkę. Nie chodzi nam o to, by nie było rządu w ogóle – nie jesteśmy anarchistami – jednak porównując z rozmiarem i skalą obecnego merkantylizmu wyglądałoby to w dużej mierze tak jak gdyby rząd był nieobecny. Wciąż istnieją funkcje, które należy pozostawić wspólnocie i te pozostałyby nietknięte. Ktokolwiek stoi w opozycji do jakiegokolwiek formy rządu, widząc w nim odmianę socjalizmu powinien we własnym domu wstrzymać się od wciskania tego przyciskiu, który odpowiada za znikanie odpadów w społecznym systemie kanalizacji.
Budowa społeczeństwa właścicielskiego zakłada zarówno cele polityczne, jak i ekonomiczne. Cele polityczne opierają się na zasadach subsydiarności (pomocniczości) i solidarności. Cele ekonomiczne zbudowane są na zasadzie sprawiedliwości będącej immanentnym składnikiem ekonomicznego porządku, nie zaś pewną dodatkową, egzogenną cechą.
Dewolucja jako problem fiskalny
Konserwatyści wyrażają frustrację powodowaną bezczelnymi naruszeniami Konstytucji przez legislaturę i sądy, naruszeniami zapewniającymi grawitację władzy w kierunku federalnego rządu, podczas gdy poszczególne stany przekształcają się w zwykłe biurokratyczne subdywizje centralnego aparatu władzy i przestają być partnerami w politycznej unii. W rezultacie wzywają do dewolucji, przekazania władzy z powrotem poszczególnym stanom. Istnieje wiele historycznych, politycznych i filozoficznych powodów przemawiających za centralizacją władzy, ale w tym przypadku problem okazuje się być natury fiskalnej. Władza podąża za własnością, jak słusznie zauważył Daniel Webster. Polityczny ekwiwalent tego zdania jest taki, że władza podąża za zdolnością do finansowania, grawituje w kierunku takiego typu rządu, który ma najwięcej pieniędzy do wydania. Gdy rząd federalny dzięki 16. poprawce do Konstytucji z 1913 – będącej źródłem dochodów bez naturalnych granic – zyskał władzę nakładania podatków dochodowych, pozostałe zapisy Konstytucji przestały mieć tak naprawdę znaczenie.
Podatek dochodowy czyni z federalnych najważniejsze źródło finansowania, a zatem i źródło władzy. Urzędnicy lokalni i stanowi mają odtąd skłonność do przekazywania problemów w górę, tam gdzie jest największe źródło funduszy. Dlatego nie dziwi nikogo fakt, że senator może ubiegać się o posadę wiceprezydenta twierdząc, że wysłał 11,000 dodatkowych policjantów na ulice. Naprawdę oznacza to, że wykonał on pracę, która powinna zostać wykonana przez miejskich radnych. Ale radni chętnie przekazali problem będącemu wyżej w hierarchii senatorowi, ponieważ to on kontrolował pieniądze. Jeżeli chcesz, aby radny i senator robili to, co do nich należy, musisz ciąć możliwości finansowania jednego z nich, zwiększając je u drugiego. Nie możesz dokonać zmian władzy, bez zmiany zasad finansowania.
Podatki dochodowe płacone są zarówno przez kapitał, jak i pracę. Zasada jest taka, że im bardziej obciążasz jakąś rzecz podatkami, tym mniej uzyskujesz z tego tytułu wpływów. Kapitał i praca powinny być opodatkowane w jak najmniejszym stopniu, jeśli w ogóle. Okazuje się, że podatki dochodowe ulegają degradacji w podatki obciążające pracę, z ciężarem przerzucanym w dół skali dochodów, lub do przodu na przyszłe pokolenia. Bogaci mogą twierdzić, że płacą większość całej sumy podatków dochodowych, ale te liczby uzyskamy jedynie przez wyłączenie z kalkulacji podatków związanych z ubezpieczeniem społecznym, które płaci się jedynie do wysokości $100,000 dochodu, nie licząc podatków przerzucanych na pokolenia naszych dzieci i wnuków.
W celu implementacji zasady subsydiarności na szczeblu rządowym, musimy posiadać subsydiarność w finansowaniu tego rządu. To znaczy, że finansowanie powinno mieć swój początek na szczeblu lokalnym i rozchodzić się w górę, a nie odwrotnie. Następnie musimy opodatkować to, co nie posiada ekonomicznej wartości, tzn. podatki powinny głównie dotyczyć renty ekonomicznej i efektów zewnętrzych (externalities). Rentę ekonomiczną można skonfiskować bez żadnych negatywnych efektów (nie uwzględniając rentierów), za to z mnóstwem efektów pozytywnych. Efekty zewnętrzne (koszty transakcji, którymi obciążony jest podmiot nie biorący w transakcji udziału, przykłądem takich kosztów jest zanieczyszczenie) powinny zostać obciążone pełnymi kosztami ich łagodzenia. Nie potrzeba szczęścia do tego, by rząd okazał się wystarczająco nieefektywny w łagodzeniu efektów zewnętrznych, co skłoni przedsiębiorstwa do łagodzenia ich we własnym zakresie i uniknięcia podatku.
Renta ekonomiczna jest głównie ucieleśniona w rencie gruntowej. Potraktowane jako podatek, renty gruntowe najefektywniej można pobierać na poziomie lokalnym, a biurokracja mająca by się tym zająć już istnieje. Oczywiście musi pojawić się narodowa zgoda dotycząca wyceny renty gruntowej i podziału między loklalnym, stanowym i federalnym rządem. Jednak niższe formy samorządu będą miały wówczas więcej zachęt do przyjęcia na siebie większej odpowiedzialności zamiast przekazywać problemy wyżej, ponieważ oznaczałoby to większy udział w dochodach, za których zbiórkę miałyby odpowiadać. Politycznie problem z podatkiem od renty gruntowej polega na tym, że brzmi on jak podatek od nieruchomości, a to przeraża wielu ludzi. Jednakże, kiedy tylko opinia publiczna zrozumie, że dokonujemy wymiany podatku dochodowego na gruntowy, większość ludzi jak podejrzewam dostrzeże przewagę takiego rozwiązania. Będą mieli do czynienia z podatkiem przewidywalnym, łatwo ściągalnym, a wszystko to bez wścibskiego rządu wtykającego nos w szczegóły dotyczące ich finansów osobistych.
Nie wyeliminuje to całkowicie podatków związanych z pracą ponieważ są jeszcze podatki społeczne. Jednak te podatki powinny być wykorzystywane wyłącznie w celu świadczenia bezpośrednich usług dla pracowników, głównie w związku z bezrobociem i ubezpieczeniem medycznym, czy emeryturami. Nie powinny jednak, jak ma to miejsce obecnie, być ściagane w nadmiarze i przekazywane do głównego funduszu przy założeniu, że w przeciągu kilku lat główny fundusz będzie dotował fundusze społeczne, przy obecnym systemie takie rozwiązanie jest zwyczajnie niemożliwe; fundusz główny już jest spłukany, a jego przeznaczeniem jest kompletna niewypłacalność.
Podatki społeczne są efektywnie ściągane (przynajmniej w przypadku pensji) ponieważ stanowią płaski podatek płacony przez firme na poczet pracownika i nie wymagają skomplikowanego procesu wypełniania formularzy z tym związanych. Ograniczenia w dochodzie powinny być zniesione, a podatek gwałtownie progresywny dla górnych 2-3% dochodów (ponieważ w tych przypadkach istnieje domniemana renta ekonomiczna), ale oprócz tego należy wykonać zaskakująco niewiele rzeczy dodatkowych. Problem staje się odrobinę bardziej skomplikowany w przypadku wynagrodzeń innych niż pensje, jednak wierzę, że te problemy można efektywnie rozwiązać.
Dewolucja i deficyt
Podatek od renty gruntowej pozwoliłby w najlepszym razie zgromadzić ok. 20% PKB. Jednakże obecna struktura wydatków rządu sumuje się w okolicach 35% PKB dlatego mielibyśmy doczynienia z niedoborem finansowym. Czy jest to przewaga naszej propozycji, czy też nie zależeć będzie od tego, czy budżet może zostać ograniczony. Nie możemy skorzystać ze strategii „zagłodzenia bestii” (starve the beast strategy), która cechowała politykę Partii Republikańskiej. Taka strategia bowiem nie ogranicza rozrostu administracji, lecz go umożliwia. Odrzućmy jakiekolwiek fiskalne restrykcje, a wyhodujemy mentalność nieliczenia się z deficytem (deficits don’t matter), która oddziela budżet od fiskalnej rzeczywistości. Co więcej, obniżki podatków bez jednoczesnych cięć w wydatkach nie są tak naprawdę obniżkami podatków, a jedynie ich przerzucaniem na przyszłe pokolenia. Wydawanie pieniędzy naszych dzieci jest zarówno nierozsądne ekonomicznie, jak i naganne moralnie.
Nie jest to jedynie problem skłonienia rządu do funkcjonowania w sytuacji okrojonych środków, mamy również do czynienia z problemem ogromnego długu, który należy spłacić (lub znacząco zredukować), jeśli zamierzamy przywrócić normalność i subsydiarność. Dług rządu federalnego w momencie kiedy piszę te słowa wynosi $11.8 biliona i gwałtownie wzrasta. Odsetki od tego długu przekraczają pół biliona dolarów i są drugą po budżecie obronnym pozycję po stronie rządowych wydatków, a niebawem przesuną się na pierwsze miejsce. Są to pieniądze, które należy wypłacić nim kupimy pojedynczą kulę lub przebudujemy pojedynczy most. Dlatego wydaje się, że mierzymy się z bardzo trudnymi problemami. Z jednej strony bowiem chcielibyśmy zredukować zarówno podatki, jak i wydatki rządu, z drugiej jednak musimy spłacać dług będący, jak się wydaje długiem nie do pokonania, własnie z tych pomniejszonych funduszy. To jednak nie wszystko. Posiadamy starzejącą się infrastrukturę, która wymaga drogich napraw. Np. system autostrad był zapoczątkowany w latach 50. i wiele jego składowych dobiega kresu użyteczności. To samo dotyczy się innych elementów infrastruktury, takich jak wały przeciwpowodziowe i tamy. Wystawi to wszelkie próby utrzymania budżetu w cuglach na olbrzymią presję.
Na dokładkę musimy stawić czoła emeryturom należnym generacji powojennego wyżu demograficznego, które zjawią się niczym fiskalne tsunami demolując budżet ubezpieczeń społecznych i opieki zdrowotnej. W obliczu tych wszystkich kłopotów wydawać by się mogło, że nie potrzebujemy niższych podatków, lecz podatki wyższe, nie wskazane jest oddanie władzy stanom, lecz jeszcze większą jej centralizacja. Jednakże oznaczałoby to w istocie powtórne przełknięcie pigułki, przez którą się rozchorowaliśmy, a która przyczyni się do jeszcze większej zapaści na zdrowiu. Jak zatem powinniśmy konfrontować te problemy?
W przypadku budżetu federalnego, nie tylko łatwo byłoby obciąć jedną trzecią wydatków z funduszu głównego, można to uczynić bez redukcji (a przeważnie z korzyścią) dla wszelkich koniecznych usług. Nie będę przytaczał tego argumentu, a jedynie napomknę, że niektóre z działań są oczywiste, np. kompletna likwidacja niepotrzebnych ministerstw takich, jak ministerstwo edukacji, koniec z państwowymi dotacjami, powrót żołnieży do kraju (czy 700 baz poza granicami USA naprawdę zwiększa nasze bezpieczeństwo?) i przerzucenie się z podatków na opłaty tam, gdzie istnieje dająca się łatwo zidentyfikować grupa użytkowników danej usługi.
Eliminowanie długu
Jednak po budżecie na obronę, największą pojedynczą pozycję w wydatkach państwa stanowią odsetki od zaciągniętych długów. Niemożliwy jest jakikolwiek postęp dopóki ten dług nie zostanie wyeliminowany, lub przynajmniej znacznie zredukowany. Rozważając kwestię długu należy się zastanowić nad samą naturą pieniędzy. Obecnie możliwość kreacji pieniądza posiada prywatny monopol banków. Te pieniądze tworzone są z powietrza i nie reprezentują jakichkolwiek wcześniejszych oszczędności, czy produkcji. Mimo tego stanowią podstawę do roszczeń dotyczących rzeczy realnie wyprodukowanych. W przypadku rządowego zadłużenia, banki pożyczają utworzone wcześniej pieniądze, domagając się zapłaty stanowiącej ekwiwalent rzeczywistych dóbr i usług. Dlatego rząd nakłada podatki na realne dobra i usługi, by zwrócić pieniądze kredytodawcom. Jednak w niedalekiej przyszłości przestanie być to możliwe.
W przybliżeniu 41% długu ($4.3 biliona) jest w posiadaniu rządowych agencji, głównie funduszu ubezpieczeń społecznych. Tę część zadłużenia można zwyczajnie spieniężyć w przeciągu dziesięciu do piętnastu lat. Oznacza to, że rząd wydrukuje pieniądze, by spłacić dług funduszom. Niektórzy ludzie mogą być w szoku na samą myśl, by rząd drukował pieniądze, lecz jest to o wiele korzystniejsze od banków tworzących pieniądze z powietrza, przez kredyt. Czy wywoła to inflację? Jeśli tak, to łagodną ale gdy proces rozłożony zostanie na dziesięć, czy piętnaście lat wówczas będzie to w zasadzie konwersja obecnych spłat odsetek w spłatę kwoty zasadniczej i docelowa eliminacja obu.
W kwestii tego zadłużenia nie ma tak naprawdę zbyt wielu innych możliwości. Innymi rozwiązaniami (poza zwykłym nie dotrzymaniem zobowiązań) są zwiększone podatki, bądź kolejne pożyczki. Do chwili obecnej podatki z tytułu ubezpieczeń społecznych stanowiły znaczącą dotację zwiększającą fundusz główny, gdzie umieszczano skrypty dłużne (IOUs). Jednak w przeciągu zaledwie kilku lat pieniądze zaczną płynąć w przeciwnym kierunku, a fundusz główny obecnie nie posiada, ani też nie będzie miał w przyszłości ilości pieniędzy zdolnej zaspokoić beneficjentów funduszy powierniczych. W celu spłacenia tych skryptów dłużnych należałoby zwiększyć poziom podatków nakładanych na obywateli z tytułu ubezpieczeń społecznych. Sama ekonomia oraz nasze dzieci nie będą w stanie unieść takiego ciężaru. Alternatywą są kolejne pożyczki, ale mówiąc łagodnie, jest to rozwiązanie co najmniej problematyczne.
Kolejne 29% zadłużenia stanowią zobowiązania wobec obcych rządów, banków i jednostek. Tę część długu również można spieniężyć, jednak nie należy tego czynić. W moim przeświadczeniu za ten dług powinien odpowiadać sektor finansowy. Wpływy z tytułu niewielkiego podatku, powiedzmy 0.25% od transakcji związanych z instrumentami typu CDO, CDS itd., powinny zostać umieszczone w specjalnym funduszu amortyzacyjnym (sinking fund), mającym za cel spłatę odsetek oraz kwoty zasadniczej. Taki niewielki podatek wystarczy, by uregulować zobowiązania wobec zagranicznych instytucji w przeciągu pięciu do dziesięciu lat.
Pozostaje 30% długu wobec amerykańskich instytucji i obywateli. Tę porcję długu można częściowo spieniężyć (zgodnie z finansowymi uwarunkowaniami), częściowo spłacać przez fundusz amortyzacyjny, lub pozostawić w miejscu i pozwolić by uległa zmniejszeniu proporcjonalnie do kurczącej się ekonomii kraju. Kluczowe w tym wypadku jest wprowadzenie zakazu dalszego zadłużania państwa. Wymaga to zniesienia systemu częściowej rezerwy bankowej (fractional reserve system), który zapewnia bankom kontrolę nad kreacją pieniądza. Dzięki niej tworzą z powietrza pieniądz fiducjarny, „pożyczany” na procent skarbowi państwa. Banki korzystają z legalnego monopolu na tworzenie pieniędzy i właśnie ten monopol należy zlikwidować.
Reforma monetarna
Jedną z największych sił umożliwiających niesprawiedliwą akumulację własności w rękach niewielu jest system częściowej rezerwy bankowej, przyznający monopolistyczny przywilej niewielkiej grupie bankierów i ich sprzymieżeńców. Te jednostki posiadają włądzę tworzenia wszystkich cyrkulujących w gospodarce pieniędzy. Jest to system nie do przyjęcia ze względów moralnych i ekonomicznych, system który musi skutkować perdiodycznymi kryzysami, gdyż chciwość i konieczność pobudza bankierów do tworzenie większej ilości pieniędzy, niż potrzebuje tego ekonomia, lub niż może być kiedykolwiek „spłacone”. Ostatnie słowo celowo zamieściłem w cudzysłowie, gdyż nie można „spłacić” pieniędzy, których się nigdy nie otrzymało, rzeczywistymi dobrami redukować „dług”, który był jedynie wpisem księgowym jakiegoś banku.
Nie wierzę w to, by uwłaszczone społeczeństwo mogło dojść do zgody z takim system. Tworzenie pieniądza jest władzą publiczną, którą należy odzyskać. Władza ta powinna zależeć wyłącznie od rządu federalnego, lub nawet poszczególnych stanów, które chcą mieć własną walutę, choć takie rozwiązanie uniemożliwiają obecnie zapisy w Konstutucji.
Nie ma powodu, by rząd federalny nie mógł tworzyć własnej waluty i wprowadzać jej w obieg celem inwestycji tworzących więcej bogactwa niż kosztów, zatem nie wpływających nadmiernie na wzrost inflacji. Rząd mógłby również pełnić rolę bankiera względem poszczególnych stanów i umożliwić im zapokojenie potrzeb kapitałowych pożyczkami na bardzo niewielki procent, lub całkowicie bez odsetek. Dzięki temu władza charakterystyczna dla inwestycji zostałaby przywrócona poszczególnym stanom i miastom. W każdym razie kontrola nad całkowitą podażą pieniądza nie powinna znajdować się w prywatnych rękach, jest to władza publiczna i społeczeństwo powinno ją odzyskać.
Reforma przemysłu
Polityczna zasada pomocniczości (subsydiarności) będzie niewiele warta, jeżeli nasz przemysł pozostanie scentralizowany, nic bowiem nie daje lokalne ściąganie podatków, gdy produkcja dóbr ( a więc dających się opodatkować wartości) również nie jest szeroko rozprzestrzeniona. Zauważyliśmy wcześniej nieefektywność obecnego systemu, opartego głównie na państwowych dotacjach i kosztach efektów zewnętrznych. Kiedy tylko wyeliminujemy te dotacje, obecny model produkcji nie będzie w stanie niczego wyprodukować z zyskiem. Lokalna produkcja stanowić będzie naturalną odpowiedzią na likwidację państwowych dotacji.
Wielkie korporacje same opowiedziały się za rozprzestrzenioną produkcją, wyzbywając się fabryk z zamiarem uzyskania centralnej kontroli przez nadzór nad tanim transportem i prawną ochronę patentów. Zintegrowany wertykalny model zarządzania, którego pionierem był Henry Ford od jakiegoś już czasu znajduje się w odwrocie. Dystrybucjonizm jest na porządku dziennym amerykańskich korporacji, z tym że niestety fabryki rozproszono po całym świecie, nie zaś po całym kraju. W ten sposób wielkie przedsiębiorstwa zasiały ziarno własnego końca. Pewnego dnia wietnamscy pracownicy produkujący buty dla Nike uświadomią sobie, że mogą oderwać z butów znak firmowy i zacząć lokalną sprzedaż za jedną dziesiątą ceny, przy trzykrotnie wyższych pensjach realizować dwa razy większe zyski. Tak naprawdę Chińczycy już to wiedzą i wszelkie dyskusje dotyczące „piractwa” nie zmienią tego faktu.
Pomoże to pracownikom z Szanghaju, czy Hanoi, ale co z pracownikami Des Moines, lub Sioux Falls. Należałoby zapewnić tym ludziom takie same przywileje, jakie mają Chińczycy i pozostali pracownicy zagraniczni. Co więcej, musieliby stanowić część systemu produkcji szanującego lokalny charakter ekonomii. Dystrybucjonizm oferuje w tym miejscu nie tylko abstrakcyjne modele, lecz działające, stabilne systemy, które każdy może sprawdzić i zaadaptować do własnej sytuacji. Dystrybucjonizm posiada bowiem spójną i działającą politykę przemysłową, ogólnie podsumujmy jej elementy:
Reforma agrarna
Dystrybucjoniści często słyszą zarzut romantycznego agraryzmu. Jesteśmy agrarystami lecz nie romantykami. „Agraryzm” nie oznacza w tym kontekście „powrotu wszystkich ludzi na wieś”, ale „przywrócenie właściwych stosunków między wsie i miasta.” Wbrew opinii wielkich firm, pomidor wcale nie smakuje lepiej, gdy zbiera się go zielonym i transportuje tysiące kilometrów zanim zostanie zjedzony. Poza samym smakiem dochodzi też kwestia braku ekonomicznej efektywności, skryta dziś pod zasłoną państwowych dotacji.
Jedno jest pewne, ani środowisko ani ekonomia nie są w stanie dłużej tolerować obecnego systemu ufabrycznianego rolnictwa. Kapusta sadzona w Oregonie i spożywana w Teksasie pochłania więcej energii poświęconej na sadzenie, zbieranie, transport i marketing, niż jej dostarcza w postaci kalorii. Gdyby należycie wyceniono energetyczny wkład w jej produkcję: chemiczne nawozy, maszyny ciężkie, koszty transportu itd., a jednocześnie zlikwidowano dotacje, wówczas transkontynentalna kapusta przestałaby stanowić opłacalną propozycję. I w niedalekiej przyszłości tak właśnie będzie. Już dziś system ten polega na dających się łatwo eksploatować pracownikach, którzy nie mają udziału w zyskach oferowanych reszcie społeczeństwa, tworząc olbrzymią podklasę ludzi o niejasnym statusie prawnym, mimo gwałtownego wzrostu liczby jej członków.
Reforma handlu
Handel jest podstawowym składnikiem ludzkiej egzystencji: żadna rodzina, firma, miasto, czy wspólnota narodowa nie może być zupełnie samowystarczalna. Jednak handel jest czymś dobrym tak długo, jak pozostaje naprawdę handlem tzn. gdy zarabiasz wystarczająco wiele, by zapłacić za rzeczy, które kupujesz. „Handel” oparty na pożyczkach finansujących konsumpcję w ogóle nie jest handlem, lecz preludium bankructwa. Ten podstawowy fakt przeoczono w naszej polityce handlowej, opierającej się na doktrynerskim zastosowaniu podstawowej teorii „wolnego handlu” zwanej teorią kosztów komparatywnych. Jednak grono największych zwolenników tej teorii stanowią ludzie znający ją w najmniejszym stopniu. Teoria ma bowiem zastosowanie w przypadku spełnienia trzech warunków: względnego braku mobilności kapitału oraz pełnego zatrudnienia i równowagi handlowej w obu krajach. Bez ich spełnienia doktrynerski „wolny handel” czyni obie strony wymiany biedniejszymi, a biedni w obu krajach są cynicznie nastawiani przeciwko sobie. Rezultat w USA był taki, że zlikwidowano bazę dla przemysłu, a żaden kraj nie może oczekiwać wzrostu i dobrobytu w inny sposób, jak poprzez tworzenie nowych rzeczy. Jeżeli stracimy tę umiejętność, zagwarantujemy sobie i naszym dzieciom życie w biedzie i zależności od innych.
Bez spełnienia koniecznych warunków nacisk na wolny handel przestaje pełnić rolę użuytecznego paradygmatu w ekonomii, a staje się zwyczajną polityczną ideologią. Z kolei, gdy warunki są spełnione w stopniu mniejszym niż głosi czysta teoria, wówczas handel między narodami musi podlegać zarządzaniu, dokładnie tak jak wymaga go handel między firmami. Powinniśmy robić te interesy które mają sens, a odrzucać pozostałe.
Ponieważ obecny system nie da się utrzymać, zostanie zreformowany w taki, czy inny sposób. Jedyne pytanie brzmi, czy mamy wyprzedzić upadek i rozpocząć oparty na wiedzy marsz ku normalności. Od czasów oświecenia świat eksperymentował z leseferystycznym kapitalizmem, socjalizmem, komunizmem i merkantylizmem. Podczas gdy każdy z tych systemów zawiera w sobie część prawdy, wszystkie są niewystarczające. Systemy te bowiem zostały sprawdzone historycznie i była to negatywna weryfikacja. Najwyższy czas powrócić do bardziej naturalnego systemu, którym jak wierzę jest dystrybucjonizm, lub coś bardzo podobnego. Przez ostatnie kilka dekad dystrybucjoniści w większości wycofali się z czysto ekonomicznych debat, by oprzeć sprawę o argumenty natury moralnej i społecznej. Oczywiście jest to bardzo ważny aspekt problemu, jednak postulatom natury moralnej muszą towarzyszyć mocne argumenty ekonomiczne. Zgodnie z tym, co pisał kardynał Ratzinger:
Moralność, która uznaje możliwość własnego rozdziału od technicznej wiedzy ekonomicznych praw nie jest moralnością, lecz moralizmem antytetycznym wobec samej moralności. Z kolei podejście naukowe, które mimo braku etosu uważa się za wystarczające, źle pojmuje naturę człowieka i dlatego samo nie jest naukowe.
Pisałem tę książkę z intencją przedstawienia dystrybucjonizmu, jako solidnej teorii ekonomicznej, demonstrowanej w praktyce i będącej w stanie uporać się z wyszukanymi problemami dnia dzisiejszego. Mam nadzieję, że publikacja ta umożliwi dystrybucjonistom podjęcie stanowczej dyskusji z socjalistami, kapitalistami, przedstawicielami szkoły austriackiej, keynesistami itd. Nadzedł czas dystrybucjonizmu. Musimy chwycić ten moment, gdyż ponownie taka szansa może się nie zdarzyć. Musimy uzbroić się w moralne argumenty i wiedzę techniczną, gdyż tego wymaga zreformowanie obecnego świata i zachowanie wolności. Nie popełnijmy tutaj błędu, bo choć wszystkie te systemy okazały się niewystarczjące istnieje jeszcze jedna odpowiedź: niewolnictwo. Społeczeństwa niewolnicze okazały się stabilne na przestrzeni lat i stanowią jedno z rozwiązań problemów ekonomicznej i społecznej równowagi, nie ważne jak wstrętne i obrzydliwe dla naszego chrześcijańskiego dziedzictwa. Tak jak przewidział to Belloc, na końcu będziemy wybierać między wolnością, a niewolnictwem.
Artykuł pierwotnie opublikowany na łamach The Distributist Review. Przekład za zgodą redakcji.
Polecamy:
1. Dodruk pieniędzy bez pokrycia.
Najbardziej znany i spektakularny przykład to walka Banku Angielskiego z niezależną walutą brytyjskich kolonii. Walka ta doprowadziła Amerykanów do wojny narodowo-wyzwoleńczej, ale zakończyła się porażką w zakresie utrzymania narodowej waluty.
Brytyjskie kolonie w Ameryce rozkwitały posługując się swoim własnym papierowym pieniądzem, „opartym na zaufaniu i wierze” i emitowanym równolegle do wzrostu gospodarczego. Przedstawiciele Banku Anglii zaniepokojeni brakiem kontroli finansowej nad koloniami, skłonili parlament brytyjski do uchwalenia Ustawy o Walutach (Currency Act z 1764 roku) zobowiązującej kolonie do posługiwania się pieniądzem o parytecie złota i srebra. Skutki tej ustawy opisał Benjamin Franklin w swojej autobiografii następująco: „W ciągu jednego roku warunki zmieniły się diametralnie. Okres prosperity przerodził się w depresję i to w takim rozmiarze, że ulice kolonii zapełniły się bezrobotnymi” Społeczne niezadowolenie ukształtowało tendencje wyzwoleńcze. Dolar kontynentalny posłużył jako pieniądz amerykańskiej rewolucji. Wyemitowano 12 milionów dolarów kontynentalnych, których „podstawą było zaufanie i wzajemna wiara w siebie Zjednoczonych Stanów”. Odmowa respektowania parytetu złota narzuconego przez ustawy brytyjskiego parlamentu w czasie wojny stała się oczywista. Nie mając możliwości prawnego kontrolowania waluty kolonii, „Brytyjczycy” z Bank of England, zaczęli u siebie fałszować dolary kontynentalne i wozić ten fałszywy pieniądz statkami przez ocean. (Potrzeby wojny także wpłynęły na zwiększenie rozmiaru rodzimej emisji). Pod koniec rewolucji było już w Ameryce 500 milionów dolarów kontynentalnych, co skutecznie zniszczyło tę walutę. Jej mała wartość (para butów kosztowała 5000 dolarów) stała się przysłowiowa. Powiedzenie „kontynentala nie warte” oznaczało tyle samo, co „nie warte złamanego grosza”. Prywatni bankierzy zwolennicy parytetu złota i kontroli pieniądza, wykorzystali niezadowolenie z inflacji, (wywołanej de facto przez fałszerstwo i wojnę), aby przejąć kontrolę nad pieniądzem wolnego już narodu amerykańskiego. Niestety starania te zakończyły się powodzeniem.
Obawa przed drukiem zbyt dużej ilości pieniądza przez rząd federalny, przy braku świadomości kto odpowiadał za fałszywe dolary kontynentalne, zwyciężyła w konfrontacji z nieznanym wówczas jeszcze niebezpieczeństwem kreacji oprocentowanego długu przez banki prywatne. Amerykanie nieświadomie oddali się we władanie prywatnym bankierom. Stało się to samo co w przypadku Anglików i Banku Anglii i stali za tym reprezentanci tej samej cywilizacji. Amerykanie wywalczyli niepodległość jedynie częściowo, przegrali bowiem walkę o własną narodową walutę i dzisiaj posługują się pieniądzem emitowanym przez reprezentantów cywilizacji lichwiarskiej, która tym samym determinuje ich politykę wewnętrzną oraz zagraniczną.
Nadmierny dodruk pieniądza jest sposobem na przejmowanie dóbr narodowych wówczas kiedy lichwiarze nie mają jeszcze waluty danego kraju pod kontrolą. Przejęcie majątku narodowego jest tutaj połączone z likwidacją wartości zasobów kapitałowych kraju; w tym oszczędności obywateli. Proces ten kończy się wywołaniem upadku narodowej waluty – tak było w rewolucyjnej Francji: 17 drukarni w Anglii produkowało banknoty francuskie, w Rosji przewieziono maszyny drukarskie statkami do Petersburga po to by zniszczyć walutę carską, tak było w Niemczech i we Włoszech – Mussolini wprost mówił o władzy nowo-wydrukowanych pieniędzy, tak było z polską złotówką doby PRL-u, która upadla w hiperinflacji.
2. Bankowe oprocentowanie pieniędzy. Jest to inny sposób na pomnażanie pieniędzy, w tym tych pochodzących z dodruku. Ma to miejsce wówczas kiedy cywilizacja lichwiarska przejmie kontrolę nad pieniądzem narodowym i ma dostęp do banku centralnego. Wysokie oprocentowanie jest wprowadzane nie tylko w celu dalszego powiększenia posiadanych pieniędzy (na kontach tych, którzy mogą pieniądze tezauryzować), ale i w celu znacznego podniesienia wartości tych pieniędzy. Wysokie oprocentowanie; rzędu 66% i 120% jakie np. wprowadziła Rada Państwa w Polsce w 1989 roku a w latach następnych jeszcze wyższe:
a. Rozporządzenie Rady Ministrów z 10 marca 1989 r. oraz z 30 czerwca 1989 r. Dz.U. z 1989 r.: nr 16, poz. 84, nr 41, poz. 225 – Rakowski – 66% rocznie
b. 30 czerwca, 1989 - Rakowski – 120% rocznie
c. 25 października 1989 – Mazowiecki – 120% rocznie
d. 30 grudnia 1989 – Mazowiecki – 60% „za styczeń 1990” (720% rocznie)
e. 23 stycznia 1990 – Mazowiecki – 40% „za luty 1990” (480% rocznie)
f. 20 lutego 1990 – Mazowiecki – „za marzec 1990 - 18% w stosunku miesięcznym , (216% rocznie)
g. 24 marca 1990 – Mazowiecki – „za kwiecień 1990 - 18% w stosunku miesięcznym , (216% rocznie)
h. 23 kwietnia 1990 – Mazowiecki – „za maj 1990 - 12% w stosunku miesięcznym , (144% rocznie)
i. 25 czerwca 1990 – Mazowiecki – „od 1 lipca 1990 - 60% rocznie
j. 23 listopada 1990 – Mazowiecki – „od 1 grudnia 1990 - 90% rocznie
k. 5 lutego 1991 – Mazowiecki – „od 1 marca 1991 – 140% rocznie
l. 7 września 1991 – Balcerowicz– „od 15 września 1991- 80% rocznie
m. 10 sierpnia 1992 – Suchocka – „od 15 sierpnia 1992 - 60% rocznie
n. 23 kwietnia 1993 – Suchocka – „od 1 maja 1993 - 54% rocznie
o. 5 grudnia 1995 – Oleksy – „od 15 grudnia 1995 - 46% rocznie
p. 11 grudnia 1996 – Cimoszewicz – „od 1 stycznia 1997 – 35% rocznie
q. 7 kwietnia 1998 – Buzek – „od 15 kwietnia 1995 – 33% rocznie
r. 24 października 2000 – Buzek – „od listopada 2000 – 30% rocznie
Drastycznie wysokie oprocentowanie ściągnęło pieniądz z rynku. Inflacja spowodowana pierwotnym dodrukiem zaczęła być hamowana, choć ilości pieniądza tezauryzowanego zostały zapewne podwojone lub potrojone. Z czasem wysokie stopy procentowe stały się początkiem deflacji – braku pieniądza na rynku - to zaś spowodowało wręcz spadek cen, czyli wzrost wartości niegdyś wydrukowanych pieniędzy. Tak został wykreowany w Polsce bankowy kapitał o zadziwiającej cesze; nadwartościowa złotówka, o niezwykle wysokim kursie wymiany, mająca się nijako do siły gospodarki, (zrujnowanej tą wadliwą polityką finansową).Skorzystali na tym także międzynarodowi spekulanci lokujący swoje zasoby w polskich bankach, przy relatywnie stałym kursie wymiany zyskali oni niebotyczne „zyski” a z czasem przejęli te banki za niewiarygodnie niską cenę – szybko odrobioną w postaci osiągniętych zysków. (Była to zwykła kradzież możliwa dzięki prywatnym układom i centralnie zarządzanym państwem). Wysokie oprocentowanie pieniędzy jawi się więc jako efektywny sposób dalszego przejmowania majątku narodowego przez niepowołane do tego osoby.
Prosty, nadmierny dodruk pieniędzy razi prostactwem i skutkuje inflacją – a to niweczy opłacalność takiego przedsięwzięcia. Oprocentowanie pozwala połączyć pomnażanie pieniędzy z nadawaniem im większej wartości, ale z czasem staję się to jest to zbyt powszechne. Z czasem coraz więcej ludzi orientuje się w tej sytuacji i pomnaża w ten właśnie sposób swoje zasoby finansowe. Powszechność takiego „oszczędzania” sprawia, że pomnożone przez procent kwoty wracają na ten sam niedoinwestowany i nie rozwijający się rynek i to może skutkować inflacją.
3. Kreacja kredytowych długów następna forma przejmowania prawa własności do majątku za pomocą pieniędzy pozwala wyeliminować to niebezpieczeństwo. Kreacja pieniędzy dłużnych sprawia, że wyemitowane kwoty powracają do banku i to powiększone o odsetki. Taki proces pozwala osiągać zyski z krypto-emisji pieniądza, a jednocześnie pozwala wprowadzić na rynku deflację. Taka kreacja długów jest dostosowana do tempa wzrostu gospodarczego i pochłania wartość wypracowanego przez społeczeństwo majątku.
Kreacja bankowych długów jest trzecim i chyba najmniej zbadanym sposobem przejmowania majątku narodowego przez niepowołane do tego osoby prywatne. Jednocześnie jest to zapewne sposób najbardziej dochodowy i najmniej rzucający się w oczy. Jednak wymaga on mnóstwa pracy, co pochłania sporą część zysku i jest kłopotliwe. (Obecnie kręgi libertarian krytykują istnienie bankowej rezerwy częściowej, ale nie dostrzegają wad samego oprocentowania, co czyni ich sprzeciw wobec lichwy mało przekonywującym).
4. Płacenie składek. Czwarty sposób jest genialnie prosty. Jest tak prosty, że aż trudno go dostrzec. Jest to jednocześnie unijna nowość; płacenie przez dane państwo zryczałtowanych składek w nadziei na to, że zdoła się od organizacji (UE) uzyskać więcej środków. Tymczasem uzyskanie tych środków jest obwarowane kłopotliwymi do spełnienia przepisami, a płatności są realizowane z opóźnieniem. W ten sposób odbiera się narodom ich kapitał (biednym relatywnie więcej). Ewentualne wypłaty, o ile nastąpią, są oddaniem części składki. Jeżeli wysokość wypłat przekracza wysokość składki, środki pochodzą ze składek innych państw. Nie stają się one narodowym długiem, bowiem wysokość rzekomego długu została ustalona wcześniej i jest spłacana ratalnie (co miesiąc) w postaci składki. Dłużnicy dzielą się na „płatników netto” i „beneficjentów netto” w zależności od tego czy ponoszą straty czy zyski na płaceniu składek. Udzielone kwoty są nazywane unijnymi funduszami i są wykorzystywane przez dane państwo. Gdyby nie wpłacenie składki, dane państwo od razu mogłoby dysponować tą kwotą na swoje potrzeby.
Wydawać by się mogło, że samowolna emisja pieniędzy dłużnych jest szczytem osiągnięć lichwiarzy. Tymczasem w przypadku płacenia składek, spłata rzekomego długu następuje niezależnie od udzielania jakichkolwiek środków przez EBC. Jest to z pewnością szczyt finansowej, lichwiarskiej finezji. Powie ktoś, że przecież środki przydzielone przez UE często przekraczają swoją wartością wartość składek i wówczas dane państwo na tym zyskuje. Jednak w UE środki te pochodzą ze składek innych państw. Kiedy następuje emisja euro dla EBC koszt wynosi 5 centów za banknot 20, 50, 100 euro – więc koszt emisji jest minimalny zaś składka państw członkowskich dotyczy kwot nominalnych, a nie kosztów druku czy emisji elektronicznej.
Zaangażowanie środków finansowych przez państwo może prowadzić do wzrostu gospodarczego. Państwo takie mogłoby samo prowadzić monetyzację przyrostu dóbr i emitować własne środki finansowe, także w euro, co przewidywał Traktat z Maastricht. Zostaje jednak w UE pozbawione tej możliwości, bowiem emisję banknotów euro może prowadzić wyłącznie EBC.Bankom centralnym poszczególnych państw unii walutowej w UE – wbrew pierwotnym ustaleniom dla ESBC – pozostawiono jedynie bicie monet. (ESBC - Europejski System Banków Centralnych).
Tak oto państwa członkowskie UE płacą podatek na rzecz tej organizacji i w zamian za to zostają pozbawione możliwości emisji pieniędzy. W ten sposób sprawa emisji pieniędzy – jako odzwierciedlenia przyrostu dóbr – zostaje oddana w ręce prywatnych bankierów w skali już niemal całego kontynentu.
Co jeszcze warto zauważyć, przydzielenie (lub nie przydzielenie) funduszy unijnych jest sposobem kontroli państw i Narodów w skali globalnej. Decyzja urzędników UE zastępuje prowadzenie autonomicznej emisji-monetyzacji przyrostu dóbr przez państwa członkowskie, a kwoty uzyskane nawet przez „beneficjentów netto” mogą być niższe od tych wynikających z ich rachunku ekonomicznego i finansowego. Jest to swoiste ubezwłasnowolnienie Narodów europejskich. Prowadzi ono do narzucania im limitów produkcyjnych i do maksymalizacji ryzyka przetrwania, a to skutkuje depopulacją narodów – Europa wymiera. Ponadto władza finansowa w UE ma zagwarantowaną niezależność od Parlamentu UE i innych jej organów. Jest to zatem obecnie najwyższe osiągnięcie cywilizacji lichwiarskiej, pozwalające jej kontrolować niemal całą Europę.
Miejmy nadzieję, że do czasu! Narody chcą się wyzwolić z tej niewoli. Dotyczy to Grecji, Włoch, Hiszpanii, Portugalii, Irlandii – określanych w Brukseli złośliwie, krajami PIGS. Węgry, Islandia, już są wolne, tak jak wiele narodów spoza Europy: Argentyna, Boliwia. Polska powinna dołączyć to tych krajów, bo inaczej czekają nas kolejne rozbiory i ostateczna utrata niepodległości. Dlatego potrzebna jest jedność ideowa i solidarność rzeczywista, międzyludzka. Czas zakończyć jałowe spory i pełne szowinizmu dyskusje. Nadchodzi czas patriotyzmu i zaangażowania, jedności ponad podziałami.
Jacek Rossakiewicz
]]>
Dystrybucjonizm1 to spójna (dynamicznie wierna prawdzie) filozofia polityczna2 ugruntowana w chrześcijańskiej wizji człowieka. Twórcami dystrybucjonizmu są angielscy pisarze katoliccy Gilbert Keith Chesterton (1874-1936) oraz Hillaire Belloc (1870-1953). Zakorzeniony w Społecznej Nauce Kościoła (SNK), stanowi personalistyczną próbą wyznaczania wspólnotowych ram ludzkiej egzystencji w taki sposób, by przez powszechne uwłaszczenie środków produkcji, zabezpieczać dobro wspólne rodzin tworzących żywy kosmion.3 Możemy zaryzykować tezę, że dystrybucjonizm to również gospodarczy wymiar chrześcijańskiej ekonomiki politycznej.4
W szerszym kontekście, źródeł dystrybucjonizmu należy szukać u zarania wywierającego wpływ na Europę katolicyzmu społecznego. Francja w tym zakresie dała światu takie nazwiska, jak Alban de Villeneuve-Bargemont (1784-1850), czy Armand de Melun (1807-1877) – orędownik działalności samopomocowej i ojciec mutualizmu, który na życzenie Napoleona Bonaparte pomógł przygotować dekret z 28 III 1852 o towarzystwach wzajemnej pomocy.5 Dystrybucjonistyczne w swej istocie tezy podnosił także francuski legitymista Ferdinand Bechard, postulując konieczność decentralizacji i autonomizacji gmin, jako najlepszą metodę walki z biedą.6 Były to tezy zupełnie spójne z Frédéric’a Le Playa (1806-1882) koncepcją ustroju mieszanego (regimen commixtum) łaczącego pierwiastek samorządnej demokracji, włascicieli na poziomie gmin, arystokracji w „zgromadzeniach notabli” oraz Monarchy, mądrością i majestatem harmonizującego zdecentralizowany ustrój. Le Play, podobnie jak Chesterton i Belloc dostrzegał w silnej rodzinie podstawową komórkę zdrowego, społecznego organizmu. Był gorącym zwolennikiem wzmocnienia rodowych gospodarstw, mocno zakorzenionych w swojej ziemi i tradycjach, a jego idee dały asumpt do prac nad chrześcijańskim korporacjonizmem.7 Z głosem Le Play’a współbrzmi głos Adama Doboszyńskiego, który pisał:8
„Ta ciągłość tradycji rodzinnej, której podstawowym warunkiem jest własność przekazywana sobie kolejno przez pokolenia, daje człowiekowi to poczucie godności osobistej i wrośnięcia w swój naród i w swą ziemię, które upodabnia chłopa do księcia, a którego brak czyni z miejskiego proletariusza ludzki atom zawieszony w próżni, poza ludzkością i jej historią.”
Z kolei Niemcem był wpływowy pionier SNK, bp Wilhelm Emmanuel von Ketteler (1811-1877), który w odpowiedzi na Manifest komunistyczny wystąpił tego samego roku z cyklem kazań, ukazując tomistyczną perspektywę rozwiązania problemów społecznych i postulując przywrócenie systemu cechowego.9 Z Niemiec wywodzili się też uczniowie von Kettelera, twórca solidaryzmu Heinrich Pesh (1854-1926), Karl von Vogelsang (1818-1890), czy bł. Adolf Kolping (1813-1865), o którym Jan Paweł II powiedział: „Adolf Kolping modlił się pracą i pracował modlitwą, Jest to jego specjalna charyzma i przesłanie dla nas na dziś.”10
Do polskiego grona znamienitych adherentów SNK należał August Cieszkowski (1814-1894) pragnący umożliwić robotnikom partycypację w zyskach przedsiębiorstw, Cieszkowski był również inicjatorem ochronek wiejskich, którą to myśl wspaniale przejął i rozwinął bł. Edmund Bojanowski (1814-1871).11 Prężnie działający na terenach Galicji inżynier i przedsiębiorca naftowy – Stanisław Szczepanowski (1846-1900) warunkował możliwość rozwoju w sferze ekonomicznej analogicznym rozwojem moralnym. W naszym kraju etos odpowiedzialności za wspólnotę realizowali również tacy proponenci korporacjonizmu, solidaryzmu i dystrybucjonizmu, jak Ludwik Górski (1894-1945), ks. Antoni Szymański (1881-1942), ks. prof. Aleksander Wóycicki (1878-1954), Leopold Caro (1864-1939), Adam Doboszyński (1904-1949), kardynał Stefan Wyszyński (1901-1981), czy sam bł. Jan Paweł II (1920-2005).
Źródeł krystalizacji społeczno-politycznych poglądów usystematyzowanych w postaci dystrybucjonizmu, poza kartami papieskich encyklik szukać należy w toczonej w latach 1907-1909 dyskusji, wywołanej głośnym tekstem Belloca pt. „Thoughts on Modern Thought”,12 opublikowanym na łamach redagowanej przez A. R. Orage’a13 gazety New Age. Na stronach gazety Orage umożliwił również pierwsze spotkanie dwóch komplementarnych idei tj. dystrybucjonizmu oraz odpowiadającego za część finansową chrześcijańskiej ekonomiki politycznej kredytu społecznego C. H. Douglas’a. Chesterton z postulatami Rerum Novarum mierzył się jednak jeszcze wcześniej, bo już od 1901 r., kiedy to pierwsze wzorce myśli dystrybucjonistycznej przemycał w felietonach liberalnej Daily News.14 Idea dystrybucjonizmu jest bowiem dużo starsza od samej nazwy i wskazuje kierunek, którego kresem jest uwzględniający społeczną hipotekę ideał własności prywatnej,15 znoszący leseferystyczną równość między prawem użycia własności (ius utendi), a prawem jej nadużywania (ius abutendi).16
Początki dystrybucjonizmu sięgają bowiem już Arystotelesa koncepcji sprawiedliwości rozdzielczej, natomiast za pierwsze dystrybucjonistyczne prawo może uchodzić dekret rzymskiego Senatu przyznający przechodzącemu w stan spoczynku legioniście ilość ziemi nie większą, niż będzie on w stanie uprawiać. W Anglii do grona prekursorów dystrybucjonizmu należy William Cobbet (1783-1835), który wg. Chestertona był „Kawalerzystą hrabstw, Trąbą drobnych właścicieli ziemskich i Młotem dziedziców.” Wymieńmy jeszcze John’a Ruskina (1819-1900) – twórcę Cechu św. Jerzego, William’a Morrisa (1834–1896) – założyciela “Arts and Crafts Movement”, czy prostych mieszkańców Halifax i Huddersfield. Dla nich wolność zaczynała się od chęci posiadania własnego domu, na który nie było funduszy – rozwiązaniem okazały się powołane do życia pierwsze stowarzyszenia budowlane.17
Dystrybucjonizm od chwili powstania doczekał się szeregu publikacji książkowych, oraz artykułów w prasie. Kolejno powstawały: What’s Wrong with the World (1910), The Party System (1911), Servile State (1913), Economics for Helen (1924), The Outline of Sanity (1926), czy An Essay on the Restoration of Property (1936). Od marca 1925 r. na światło dzienne wychodził edytowany przez Chestertona periodyk G.K’s Weekly, gdzie pisywali m.in. dominikanin Vincent McNabb, W.R. Titterton, Ronald A. Knox, J. B. Morton, Walter De la Mare, Patrick Cahill, czy Desmond Gleeson. O jednym z autorów gazety Chesterton mówił:18„Pomagał nam pisarz, który mógłby figurować w którejkolwiek z wielkich gazet jako specjalista ds. Polski, gdyby tylko wielkie gazety kiedykolwiek słyszały o Polsce.” Człowiekiem tym był urodzony w USA Gregory Macdonald, który ostatecznie podczas II wojny światowej został w BBC szefem działu wiadomości z Europy Środkowo-Wschodniej. Macdonald już w 1932 przewidział sojusz Niemców z ZSRR, a jego celne analizy na łamach G.K’s Weekly stanowiły temat dyskusji polityków i dziennikarzy konkurencyjnych gazet.19 W latach 1926-1940 działała Liga na rzecz zachowania wolności przez przywrócenie własności (League for the Preservation of Liberty by the Restoration of Property) następnie przemianowana na Ligę Dystrybucjonistów (Distributist League), w trzy miesiące od założenia posiadająca szerek oddziałów w Anglii, a później w Australii, Kanadzie i Południowej Afryce. Liga nie była ciałem politycznym per se, stanowiła raczej klub dyskusyjny, choć np. członkowie oddziału z Birmingham założyli w listopadzie 1937 Partię Dystrybucjonistów, która do końca roku liczyła 1000 członków, lecz ostatecznie nie miała większych osiągnięć.20
Po śmierci Chestertona G.K’s Weekly zmieniło nazwę na The Weekly Review, pod którą wychodziło do 1948 r. Douglas Hyde odpowiadający za dział nowości wtenczas komunistycznej Daily News, został przydzielony do obserwacji The Weekly Review w celu odkrycia „tajnego związku faszystów”. Efekt przydziału był taki, że Hyde uznał dystrybucjonistyczne tezy za własne i nawrócił się na katolicyzm.21 W 1948 gazeta zmieniła się w miesięcznik zatytułowany na cześć Cobbet’a The Register, a gdy i ten upadł Aidan Mackey podjął się wydawania pisma The Defendant, później zwanego The Distributist, co czynił do 1957. W międzyczasie, pochodząca z Liverpoolu niewielka grupa subskrybentów The Distributist postanowiła wydawać bliźniaczy magazyn Platform, w styczniu 1960 przekształcony w redagowany przez Anthony’ego Cooney’a The Liverpool Newsletter.22 W 1974 pojawia się znakomity The Chesterton Review, który wychodzi do dziś, a jedno z wydań specjalnych zostało poświęcone Polsce.
Współcześnie dystrybucjonizm ponownie przechodzi renesans, powstają setki publikacji (m.in. John Médaille, Thomas Storck, Race Mathews), stron internetowych, naukowych konferencji oraz praktycznych zastosowań dystrybucjonistycznej myśli. Benedykt XVI ogłasza encyklikę „Caritas in veritate” , a wyznacznikiem dla coraz większej rzeszy ludzi stają się takie terminy jak dobra relacyjne i wspólnota. Kolejnym z wyznaczników są spektakularne sukcesy dystrybucjonistycznych przedsięwzięć; np. hiszpańska Mondragón Cooperative Corporation, czy region Emilia-Romagna w płn. części Włoch, gdzie 40% PKB dostarczają spółdzielnie, a średnia pensja dwukrotnie przewyższa tę z pozostałej części kraju. Sukcesem był również program Ziemia dla rolnika (Land to the Tiller) w Tajwanie, który na wpół feudalne państwo zamienił w przeciągu jednego pokolenia w przemysłową potęgę, a wszystko bez obserwowanego w Chinach ogromnego rozwarstwienia społecznego.23 Kolejnymi przykładami są Fabricas sin Patrones w Argentynie, brazylijskie SEMCO, amerykańskie Springfield Remanufacturing i wiele, wiele innych. W Angli doradca premiera Camerona, „czerwony torys” Phillip Blond założył think-tank ResPublica, którego prace uwzględniane są w rządowych planach reform.
Belloc z Chestertonem byli przekonani, że kapitalizm nigdy nie osiągnie ekonomicznej równowagi, gdyż stan konkurencyjnej anarchii prowadzić musi do akumulacji bogactw przez najsilniejsze grupy interesu. Państwo zaczyna wówczas przypominać narzędzie ochrony kontraktów, gdzie negocjujące strony nie dysponują tą samą siłą. Pracodawca może bowiem odstąpić od umowy, ale pracobiorca nie dysponuje takim polem manewru i zmuszony jest ją zaakceptować, gdyż dla niego to głód jest realną alternatywą. Państwo przestaje pełnić rolę neutralnego arbitra, by stanąć po stronie najzamożniejszych obywateli zaczynających tak wpływać na regulacje prawne, by wznosić kolejne bariery wejścia konkurentów na rynek. Kapitalizm zatem nieuchronnie ewoluuje w kierunku socjalizmu. Podobnie widział to Mikołaj Bierdiajew:24
„Społeczeństwo burżuazyjne poczęło w swym łonie socjalizm, ono nas do niego doprowadziło. Socjalizm to kość z kości i krew z krwi kapitalizmu. (…) Socjalizm nie jest niczym innym jak tylko drugim obliczem indywidualizmu, rezultatem rozkładu indywidualistycznego, rozpadu powodowanego przez indywidualizm. Na drogach atomizacji społeczeństwa czycha socjalizm jak wewnętrzna konieczność dialektyczna: istnieje system zasad, które nie mogą doprowadzić gdzie indziej jak tylko do socjalizmu. Socjalizm i indywidualizm stoją w jednakowej sprzeczności z pojęciem organicznym świata.”
Przejście z kapitalizmu w socjalizm odbywa się po linii najmniejszego oporu i socjalizm w praktyce oznacza zaledwie zwiększone regulacje. Biurokraci produkują sterty przepisów przykrywając nimi świat wielkiego biznesu, którą to sytuację wielki biznes (w odróżnieniu od małych i średnich przedsiębiorstw) wita z otwartymi ramionami. Kapitalista staje się przez to odrobinę bardziej odpowiedzialny za dobrobyt swych pracowników, gdyż w rewanżu otrzymuje większe bezpieczeństwo posiadanej własności i ciągły strumień profitów. W efekcie nie otrzymujemy ani czystego kapitalizmu, ani czystego socjalizmu lecz będący karykaturą trzeciej drogi serwilizm. Pojawia się coraz większa zależność pracowników od rządu oraz od rozwiązań korporacyjnych, absolutyzacja ekonomii i antropologiczny redukcjonizm w jednym, nieludzka diarchia stabilność ręcząca niewolnictwem.
Jaki jest cel produkcji? Na to podstawowe pytanie większość aktorów działających na tzw. wolnym rynku bez zastanowienia udzieli odpowiedzi – celem produkcji jest maksymalizacja zysku, przy jednoczesnej minimalizacji kosztów. Dominuje tu liberalne przeświadczenie o koniecznym związku egoizmu z korzyścią społeczeństw. Nie istnieje jednak taki związek z dobrem wspólnym, gdyż rachunek ekonomiczny nie uwzględnia prawdziwych kosztów podukcji, znanych pod terminem negatywnych efektów zewnętrznych (negative externalities), za którym skryta jest kapitalistyczna apoteoza siły i cwaniactwa, degradacja środowiska i ludzkie cierpienie. Bogactwo oferty nie implikuje możliwości skorzystania z niej. Jest to prawdą szczególnie w odniesieniu do globalizacji, której beneficjentami są głównie kraje o wysokim stopniu rozwoju strukturalnego, dyscyplinie fiskalnej i dostosowanych normach prawnych – jest to problem tzw. potential collateral benefits.25 Przykładem tej tezy jest Polska A.D. 2012, gdzie szerokiej dostępności dóbr materialnych toważyszy relatywnie wąskie grono konsumentów i strukturalna zapaść państwa. Pomimo tego, że globalizacja sama w sobie jest grą o sumie dodatniej mnożącą zagregowane bogactwo (nie dobro wspólne), to trwałym problemem są koszty: zniewolenie pracą, brak afirmacji dla osobowej wartości człowieka, względna bieda i zanik klasy średniej. Nie wystarczy bowiem, by kraje biedne rozwijały się szybciej od krajów bogatych, proces ten powinien mieć miejsce bez pogłębiania wewnętrznego rozwarstwienia w tych krajach i właśnie ten warunek prawie nigdy nie jest spełniony.
Ugruntowany w personalistycznej antropologii dystrybucjonizm wychodzi z założenia, że to człowiek jest celem, a zatem rozmiar i lokalizacja produkcji ma możliwie dokładnie odpowiadać rozmiarowi i lokalizacji konsumpcji.26 Obserwowany proces absolutyzacji ekonomii oderwanej od jakichkolwiek kulturowych systemów zapośredniczenia napotyka problemy z wyznaczaniem wartości pracy i dóbr, gdyż podstawą jakichkolwiek działań stała się odarta z moralnych odniesień opłacalność, funkcja utylitarnej kumulacji ludzkich preferencji. Sprawiedliwość i wolność rynków, w tym rynku pracy jest możliwa jedynie wtedy, gdy wynika ze zgody nie będącej owocem słabszej pozycji negocjacyjnej (presji), ani braku informacji jednej ze stron. Dlatego ideałem dystrybucjonistów jest samowystarczalne gospodarstwo domowe, a jeszcze lepiej rodowe, którego mieszkańcy nie są przymuszani do pracy za pensję. Ideałem jest spółdzielnia pozwalająca wszystkim pracownikom-właścicielom czerpać bezpośrednie korzyści z wypracowanych zysków. Ideałem jest powrót do normatywnych wzorów kulturowych w ekonomii, do koncepcji paidei i wychowania ku cnocie stanowiącej zwornik integrujący wspólnotowe relacje. Świat ekonomii jest światem, który ma służyć człowiekowi. Jest też światem podlegających moralnej ocenie działań, stąd i ekonomia polityczna nie może lekceważyć tego wymiaru, szczególnie gdy zapadają wiążące decyzje, określające faktyczny kształt powinności państwa wobec własnych obywateli.
„Spełniając czyn, człowiek spełnia w nim siebie, staje się bowiem jako człowiek – jako osoba – dobrym lub złym. Spełnienie to dokonuje się na podstawie samostanowienia, czyli wolności. Wolność zawiera w sobie zależność od prawdy, co z całą wyrazistością uwydatnia się w sumieniu. Funkcja sumienia polega na określeniu prawdziwego dobra w czynie i na ukształtowaniu odpowiedniej do tego dobra powinności. Powinność jest doświadczalną postacią zależności od prawdy, której podlega wolność osoby.”
Dystrybucjonistyczny ideał to ekonomia rodzin, Adam Doboszyński na opisanie go używał terminu ekonomia miłosierdzia, który doskonale oddaje istotę rzeczy. Jest to też głos sumienia współczesnej ekonomii, wyraźne przypomnienie (gr. anamnezis), że prawdziwie wolny rynek jest racjonalną koniunkcją dobra i sprawiedliwości, gospodarczą przestrzenią wolnych ludzi.
Paweł Kaliniecki
Za: http://www.dystrybucjonizm.pl/wprowadzenie-do-dystrybucjonizmu/
Studiując mitologię starożytnych Greków i Rzymian zastanawiamy się, na ile oni sami wierzyli w swoich bogów. Czy bogowie nie byli dla nich raczej wygodną metaforą? Być może bóg wojny był tylko poręcznym symbolem literackim i umysłowym na oznaczenie całego kompleksu zdarzeń składających się na wojnę. Wydaje mi się, że Grecy byli na tyle dobrymi metafizykami, aby wiedzieć, że istnieć może tylko jeden Bóg. Podejrzewam również, iż to właśnie nadużycia metafor mitologicznych spowodowały uznanie ich przez Greków za coś więcej.
Ten sam problem dotyczy naszych czasów. Niektóre z naszych słów odzwierciedlają złożone relacje między ludźmi i rzeczami. Wyrazy są czymś w rodzaju stenografii, która uwalnia nasze umysły tak, że nie musimy za każdym razem przywoływać na pamięć złożonej abstrakcji. Słowa, opisujące relacje i relacje między relacjami, wydają się dotyczyć rzeczywistych substancji, a nawet osób. Mogą sprawiać wrażenie, że denotują bóstwa posiadające większą moc niż osoby ludzkie.
Do takich słów należały niegdyś „wolność”, „równość” i „braterstwo”. Miały one niezwykłą siłę retoryczną. Lecz jeśli ktoś rzeczywiście chce przypatrzyć się braterstwu, ten musi pomyśleć o czterech osobach: matce, ojcu, jednym i drugim bracie. Trzeba mu pomyśleć o całej serii zdarzeń prowadzących do sytuacji, w której dwóch ludzi nazywa siebie braćmi. Jeśli chce pomyśleć o równości, wtedy musi wyobrazić sobie trzy osoby: jedną dającą coś dwóm pozostałym, przy czym przekazywane przedmioty są tej samej wagi i wielkości. Od razu widać, że takie wyobrażenie jest nieadekwatne. Sytuacje, składające się na opis równości, są dużo bardziej złożone. Sama jednak złożoność nie upoważnia do uznania, że może istnieć równość bez istnienia owych trzech osób. Nie mogę z równości uczynić boga, który istniałby niezależnie od poczynań ludzi. W tym miejscu ujawnia się konieczność filozofii. To ona uczy nas uważać człowieka za istotę, a także nie pozwala zapomnieć, że relacje nie mogą istnieć w oderwaniu od substancji (rzeczy realnych).
Słowa są nadużywane zarówno w języku potocznym, jak też politycznym. Gdyby w przyszłości ktoś musiał czytać nasze gazety, zauważyłby, że jesteśmy dokładnie tak politeistyczni jak starożytni Grecy. Ze sposobu naszego pisania i mówienia ujawnia się nasza cześć dla wielu bóstw: Edukacji, Demokracji, Ekonomii, Wojny, Mody. Mitem staje się edukacja, ponieważ nasze prawa zmuszają ludzi do spędzania coraz większej części ich życia w instytucjach edukacyjnych, podczas gdy wykonywane przez nich zawody stają się coraz prostsze. Gdyby edukacja była prawdziwa, to znaczy zmierzała do rozwoju cnotliwego i mądrego obywatela, wtedy moglibyśmy powiedzieć, że czas i wysiłek zostały dobrze spożytkowane. Niestety nie da się tego powiedzieć np. o edukacji kanadyjskiej. Obecnie panująca ideologia pluralizmu uniemożliwia nauczycielom prezentację jakiegokolwiek wzorca moralnego i obywatelskiego. Zawodowi pedagodzy ograniczają swoją rolę do nauczania umiejętności technicznych, dzięki którym ich uczniowie będą w stanie znaleźć zatrudnienie. W Kanadzie mówiono nam, że ludzie bez wykształcenia nadają się tylko do kopania rowów. Niezależnie jednak od tego, czy wszyscy spędzili swoje życie w szkołach, czy też nie, niektórzy muszą stale kopać rowy. Nawet kiedy każdy będzie miał dostęp do wiedzy, trzeba będzie nadal kopać rowy, ale wtedy człowiek wynajmujący kopaczy będzie mógł wybrać między ludźmi, którzy ukończyli zaledwie zawodówkę, a tymi, którzy mają stopnie inżynierskie. Pracownik poradni zawodowej (trudniący się udzielaniem porad uczniom w szkole co do ich przyszłej kariery) miał rację, na mocy niezawodnego proroctwa: nie możesz dostać pracy nie mając wykształcenia. Prawda jest taka, że wykształcenie nie odpowiada stanowisku czy stanowisko wykształceniu, pracodawców jednak udało się przekonać do wiary w mit wykształcenia. Tak więc, aby zostać kopaczem rowów, trzeba znać się na rachunku różniczkowym i trygonometrii. Ci, którzy nie są w stanie opanować tych rzeczy, są eliminowani w tym sensie, że nikt nie da im pracy. Być może system edukacyjny stał się narzędziem polityki darwiniańskiej: prostym ludziom nie należy powierzać żadnej roli w społeczeństwie, nawet gdyby istniały takie zadania, które mogłyby uszczęśliwić ich samych oraz pozostałych.
Ekonomia i rynek stały się bytami mitologicznymi. O działaniu ekonomii mówimy jak o żywej istocie. Ekonomia idzie w górę, ekonomia idzie w dół. Ekonomia nagrzewa, ekonomia chłodzi. Kiedy próbuję o tym pomyśleć, nie potrafię wydobyć żadnego sensu z takich wyrażeń. Kiedy myślę o ekonomii, myślę o człowieku i jego rodzinie z kawałkiem ziemi. Człowiek pracuje na roli, uprawia pszenicę. Jego rodzina robi z niej mąkę. Na swoim gruncie ma także drzewa, które służą mu do budowy i na opał. Uprawia len i hoduje owce, a te dostarczają mu materiału na ubrania, które jego żona szyje w domu. Jeśli chcemy poznać prehistorię ekonomii, to ten obraz wyobrażałby jej początki. Pierwotnie ekonomia oznaczała prawo (nomos) domowników (oikos). Taki tytuł nosiła księga Arystotelesa, w której przedstawił sytuację panującą w domu. Według idealnej ekonomiki każda rodzina najpierw sama zaspokajała własne potrzeby, a handlowała tylko tym, co nadprodukowała i co było ponad jej własne potrzeby. Ponieważ ludzie chcą lepiej żyć, niektórzy z nich muszą stać się specjalistami. Ktoś może znać się na lekarstwach i ziołach, a uprawiać je na swojej ziemi. Wtedy może nie mieć czasu, aby troszczyć się o swoją pszenicę i owce, wówczas problem rozwiązuje handel, gdyż inni będą chcieli i potrzebowali jego ziół. Gdyby jednak człowiek nie wykazał się jako specjalista, jego rodzina ma zawsze środki do wyrobu własnej żywności i ubrań.
[...] obok nędzy niedorozwoju, której nie można tolerować, stoimy w obliczu pewnego nadrozwoju, który także jest niedopuszczalny, tak samo bowiem jak niedorozwój sprzeciwia się on dobru i prawdziwemu szczęściu. Nadrozwój, polegający na nadmiernej rozporządzalności wszelkiego typu dobrami materialnymi na korzyść niektórych warstw społecznych, łatwo przemienia ludzi w niewolników posiadania i natychmiastowego zadowolenia, nie widzących innego horyzontu, jak tylko mnożenie dóbr już posiadanych lub stałe zastępowanie ich innymi, jeszcze doskonalszymi. Jest to tak zwana cywilizacja spożycia czy konsumizm, który niesie z sobą tyle odpadków i rzeczy do wyrzucenia. Posiadany przedmiot, zastąpiony innym, doskonalszym, zostaje odrzucany bez uświadomienia sobie jego ewentualnej trwałej wartości dla nas lub dla kogoś uboższego.3
„W rezultacie wszystko w mieście stanie się przekupne; słowność zostanie zniszczona, a otwarta sposobność dla wszelkiego rodzaju oszustwa; każdy będzie pracował tylko dla własnego zysku, gardząc dobrem wspólnym; uprawianie cnoty zostanie zaniechane, ponieważ honorem, jako nagrodą za cnotę, będą darzeni ludzie bogaci. W ten sposób, w takim oto mieście, obywatelskie życie z konieczności będzie skorumpowane.”4
Dobrego zdania o handlu nie miał też Arystoteles. Porty morskie pełne były ludzi nie produkujących niczego, za to zajmujących się kupiectwem. Uważał, że ciągła migracja cudzoziemców powoduje destrukcję obyczajowości i tożsamości narodu. Starożytny świat niezbyt wysoko oceniał handlarzy. Mieli oni zakaz bycia żołnierzami, być może dlatego, że uchodzili za tych, co nie cenią własnej ojczyzny. Z grubsza rzecz ujmując za Arystotelesem, tylko takie państwo najlepiej realizowało dobro swego ludu, którego obywatele we własnym zakresie starali się o towary podstawowe i nie zależeli od innych państw pod względem rzeczy pierwszej potrzeby.
Dystrybutyzm jako filozofia ekonomii został zaproponowany w pierwszej połowie XX wieku przez katolickich myślicieli, takich jak Hillaire Belloc, G. K. Chesterton i o. Vincent McNabb OP. Jest bliski myśli klasycznej, lecz w dzisiejszym kontekście wydaje się czymś nowym. Przede wszystkim ekonomia powinna zająć właściwe sobie miejsce. Nie jest ona nauką w tym samym sensie, co fizyka czy biologia. Ekonomia ma do czynienia z czynem ludzkim – actus humanus, i dlatego właściwie stanowi część etyki. Ta zaś jest jedną z nauk nie deskryptywnych, lecz normatywnych. Fizyka i etologia (nauka o zachowaniu zwierząt) są przykładem nauk deskryptywnych. Tam naukowiec obserwuje i opisuje, a potem próbuje sformułować swoje spostrzeżenia w możliwie najprostszy sposób. Natomiast etyka bada świat nie tylko taki, jaki on jest, ale jaki być powinien. Termin „powinien” znajduje się już poza zakresem typowych nauk deskryptywnych. Nauka taka ma kłopoty nawet z wyrażeniami Jest w stanie” i „może”, tzn. z kategoriami aktu i możności, które mają swoje miejsce w naszym zdroworozsądkowym poglądzie na świat, są respektowane w filozofii Arystotelesa, jednak powodują zakłopotanie naukowców. Kiedy naukowiec mówi, że coś może się zdarzyć albo nie zdarzyć, przyznaje się, że jego dyscyplina nie posiada jeszcze logicznych narzędzi, aby dokładnie przewidzieć, co nastąpi.
Termin „powinien” nie znaczy wcale, że mamy do czynienia z pewnym obszarem świata przyrody rządzonym przez jeszcze nie odkryte prawa mechaniki. Znaczy on, że dotykamy części rzeczywistości zależnej od czynu ludzkiego. Królestwo przyrody można opisać wskazując na przyczynę materialną i sprawczą, czyli na moce przyrody, takie jak siła ciężkości i właściwości materii. Królestwo osób i ich czynów można opisać tylko wskazując na przyczynę finalną, to znaczy na cel. Badanie celu jest zadaniem etyki. Ludzki czyn jest oceniany z uwagi na swój kres, będący większym lub mniejszym dobrem. Jest dobrem, o ile realizuje i uwydatnia ludzką egzystencję, a jest złem, jeśli ją niszczy lub umniejsza. Co więcej, wymiar etyczny czynu ludzkiego implikuje jego wolność i kontyn- gentność: może, ale nie musi się zdarzyć, a odpowiedzialność moralną ponosi jego sprawca.
Ekonomia jedynie deskryptywna opiera się na błędnym rozumowaniu. Pomimo iż wolność wpisana jest w naturę ludzkiego działania, to biorąc pod uwagę czyny wielu ludzi, wolność znika lub staje się nieistotna. Takie stanowisko uwzględnia wolność tylko selektywnie. Gdyby jednak przyjąć taki pogląd, wtedy zwolennicy globalnej gospodarki, którzy opierają swój program na czysto opisowej ekonomii, nie mieliby żadnych powodów, aby robić cokolwiek. Tymczasem są bardzo aktywni. Wywierają naciski na władze polityczne, aby te z kolei na stałe pousuwały wszelkie bariery dotyczące handlu. Uważają za konieczne, aby większe spółki mogły jeszcze efektywniej produkować towary i przewozić je z miejsca większego popytu w miejsce tańszej produkcji.
Największym problemem globalizacji jest utrata autonomii narodowej. Jeśli globaliści wygrają, wtedy żadne państwo nie będzie mogło ustanowić żadnego prawa ustalającego barierę dla prowadzenia obcego interesu na swoim terenie. Gdyby Kanada jako jedyna wprowadziła prawo zabraniające szczególnie szkodliwego rodzaju górnictwa, na przykład użycia cyjanku w wydobyciu złota, wtedy ponadnarodowe porozumienie mogłoby zmusić Kanadę do zniesienia tego prawa, ponieważ jeśli nie istnieje ono gdzie indziej, wtedy Kanada tworzy barierę dla handlu. Taka inicjatywa legislacyjna utrudnia prowadzenie interesu przez międzynarodową spółkę górniczą. Podobne sytuacje zdarzają się coraz częściej. Wybierani przywódcy kraju nie są w stanie podjąć decyzji w interesie swoich obywateli, aby ograniczyć czyjąś działalność, jeśli ta jest prowadzona na mocy porozumień gospodarczych. Globalizacja oznacza anarchię, ponieważ światowi potentaci przemysłowi będą mieli prawo veta w stosunku do praw poszczególnych narodów, gdy tymczasem nie będzie żadnej władzy zdolnej do prawnego nadzoru działań samych przemysłowców.
Prawdziwa cena samochodu musi obejmować rzeczywisty, choć trudny do określenia, wkład przyszłych pokoleń, mających do czynienia z uszczupleniem zasobów ropy i zmianą klimatu dokonywanymi przez samochód dzisiaj. Gdybyśmy zsumowali najlepsze dostępne prognozy, doszlibyśmy do wstrząsającego wniosku. Przemysł motoryzacyjny, oparty na paliwie kopalnym, jest subwencjonowany przez nienarodzone pokolenia w wymiarze setek bilionów dolarów rocznie. W przyszłości, gdy ceny będą już prawdziwe, nikt nie będzie przeszkadzał ci wjeździe samochodem. Będziesz jednak musiał każdego roku zapłacić rzeczywistą cenę za pilotowanie twojej tony metalu po drogach i zwymiotowany węgiel z rury wydechowej. Twój samochód będzie cię kosztować, szacunkowo, 100 dolarów. A jedno zatankowanie paliwa – 250 dolarów.5
Trzeba też widzieć inne ukryte koszty związane z zakupem taniej produkcji z Południa. Mieszkam na Półwyspie Niagara, gdzie znajdują się jedne z najbardziej uprawnych pól w Kanadzie. Są tu liczne sady i winnice. Rolnicy jednak nie są w stanie wytrzymać konkurencji tanich towarów z Południa. Wielu z nich likwiduje swoje gospodarstwa. Coraz więcej ziemi uprawnej trafia pod zabudowę, zazwyczaj pod budowę dużych domów i posiadłości ziemskich dla ludzi zamożnych. Pomyślmy o przyszłości: po pewnym czasie cena benzyny wzrośnie wielokrotnie. Wzrośnie też cena żywności przywiezionej ciężarówkami lub pociągami z Meksyku czy z południowych stanów USA. Wtedy Kanadyjczycy będą zainteresowani produkcją własnej żywności. W owym czasie nie będzie już jednak ziemi uprawnej. Cała najlepsza ziemia będzie pokryta budynkami przez ludzi, którzy odnieśli sukces na wolnym rynku, lub wielkimi hurtowniami sprzedającymi towary, których nikt nie będzie w stanie kupić, lub niezliczonymi drogami i parkingami w czasach, kiedy tylko nieliczni będą mieli samochody.
Nasze działania ekonomiczne, polegające na własnej produkcji oraz handlu towarami, nie są ślepymi siłami, lecz działaniem inteligentnym i celowym. Każdy człowiek nie tylko działa w swoim interesie, lecz również ma najlepsze referencje, aby w tym interesie działać. Trzeba zgodzić się z ekonomistami, że efekt działania poszczególnych jednostek może być sprzeczny z dobrem wspólnym. W takim przypadku do roli legalnego rządu należy podjęcie działania w interesie obywateli i ograniczenie pewnych form aktywności gospodarczej. Po przykłady możemy sięgnąć do Pisma świętego. Ambitny rolnik mógłby wyjałowić swoją ziemię, jednak prawo żydowskie co siedem lat kazało mu pozostawić ją leżącą odłogiem na jeden rok. Żniwiarzom wolno było przejść przez pole tylko raz, a ziarno, którego nie zebrali, powinno pozostać dla podróżnych i dla zwierząt. Jeśli ktoś sprzedał swoją ziemię, to w roku jubileuszowym mógł ją odkupić za cenę sprzedaży. Jeśli ktoś popadł w długi, to w roku jubileuszowym dług jego musiał zostać umorzony. Najważniejsze prawa ograniczające działalność gospodarczą dotyczyły szabatu. Ograniczały kupowanie i sprzedawanie.
Hugh McDonald
Z języka angielskiego przełożył ks. Paweł Tarasiewicz
Źródło: H. McDonald, Globalizm contra dystrybutyzm, w: Człowiek w kulturze, Globalizacja, nr 14, 2002. Opublikowano za zgodą Międzynarodowego Stowarzyszenia Étienne’a Gilsona. W tekście dokonano korekty zmieniając szyk wyrazów w zdaniu: „…z miejsca tańszej produkcji w miejsce większego popytu” na: „…z miejsca większego popytu w miejsce tańszej produkcji.”, co oddaje zamierzony sens i logicznie wynika z kontekstu dzieła.
W ostatnich latach libertarianie oraz rzecznicy neoliberalizmu, którzy dla niepoznaki nazwali się “konserwatystami,” starali się zatrzymać przybierający na sile ruch na rzecz ekonomicznej niezależności, znany jako dystrybucjonizm. Neoliberalny atak na dystrybucjonizm pozostaje w zgodzie z procesem, dzięki któremu przez prawie dwa stulecia katolicy ścigani przez straszydło socjalizmu wylądowali na terytorium radykalnego leseferystycznego kapitalizmu, gdzie firmy bez żadnych ograniczeń prawnych handlują wszystkim – od pornografii, po ludzkie zygoty, a wielki biznes i wielki rząd zawarły sojusz mając za cel destrukcję moralnego porządku. Dystrybucjonizm znajduje się pod ostrzałem dokładnie dlatego, że w ekonomicznym świecie reprezentuje alternatywę dla niekończącej się liberalnej gry w orła (ja wygrywam) i reszkę (ty przegrywasz).
Czym więc jest dystrybucjonizm? Wbrew sugestiom krytyków, dystrybucjonizm nie denotuje rządowej redystrybucji mienia, jak to czyni socjalizm, ale oznacza naturalną dystrybucję bogactwa, która pojawia się w momencie rozpowszechnionych w społeczeństwie środków produkcji.
Dystrybucjonizm w istocie równa się jakiejkolwiek formie przedsiębiorstw rodzinnych (nie tylko hobbystycznych gospodarstw wiejskich, jak twierdzą niektórzy kpiarze), posiadanych przez własnych pracowników spółdzielni lub też niewielkich, czy nawet średnich przedsiębiorstw działających w lokalnej, bądź regionalnej skali. Ogólnie mówiąc, małe przedsiębiorstwa i samozatrudnienie to dystrybucjonizm w akcji. Są nim również lokalne kooperatywy żywnościowe (w których udział bierze wielu tradycjonalistów) i powszechny bojkot międzynarodowych gigantów pokroju Wal-Mart, którzy dokonali anihilacji małych firm niszcząc handel sąsiedzki.
Chesterton opisał dystrybucjonistyczny ideał korzystając ze swego niebywałego daru wyrażania istoty spraw:
„Nadmiar kapitalizmu nie oznacza nadmiaru kapitalistów, oznacza ich niedostatek.”
Dystrybucjonizm chce zwiększenia liczby osób posiadających własność prywatną, zamiast finansowej zależności od pensji. W praktyce może to równie dobrze oznaczać „trzy akry ziemi i krowę”, co „trzy komputery i domowe biuro.”
Ponieważ dystrybucjonizm dąży do przewrócenia mikroekonomii i sąsiedzkiego handlu, jest ruchem wyzwolenia z globalnego klinczu zależnego od rządów delikatnego porządku ekonomicznego, który dziś prześmiewczo samookreśla się mianem „wolnej przedsiębiorczości.” Ktokolwiek uważa, że wolna przedsiębiorczość sprowadza się do sieci Wal-Mart – z jej legionami chińskich niewolników, którym komunistyczne jarzmo zakazuje posiadania dzieci, a którzy pracują na korzyść amerykańskich akcjonariuszy – powinien niezwłocznie zasięgnąć porad Katolickiej Nauki Społecznej. Jest coś gruntownie złego z moralnym porządkiem społeczeństwa, gdy założyciele Wal-Mart zasiadają na akcjach wartych $84 miliardy, które to portfolio powstało dzięki praktycznie niewolniczej pracy, natomiast „współpracowników w sprzedaży” (sales associates) nie stać na utrzymanie własnych rodzin, czy ponoszenie kosztów leczenia, choć ułamek z miliardowej fortuny Walton’ów wystarczyłby na ufundowanie planu ubezpieczeń zdrowotnych dla każdego pracownika.
Nie sugeruję rządowej konfiskaty bogactwa rodziny Walton’ów. Oczywiście chodzi o to, że Waltonowie powinni działać sprawiedliwie w stosunku do swych żyjących w coraz większym trudzie pracowników, bez jakichkolwiek rządowych nakazów. Oznacza to, że w prowadzeniu swej firmy powinni stosować prawo ewangelii. W książce The Church and the Libertarian pokazuję w jaki sposób firma Costco, której szef i założyciel jest katolikiem realizującym społeczne postulaty Kościoła, wypłaca swym pracownikom pensję rodzinną oraz pokrywa 92% kosztów związanych z leczeniem.
Dystrybucjonizm odnosi sukces w takim zakresie, w jakim ludzie odmawiają uczestnictwa w kulturze masowego kapitalizmu. To nie jest program rządowy, ale sposób życia. To forma pokojowej secesji od ekonomii zdominowanej przez międzynarodowe firmy, które przemierzają świat szukając współczesnych niewolników, szkodzą moralności handlując rozpustą, niszczą miejscowy przemysł, na każdym kroku otrzymują rządowe wsparcie i domagają się publicznego ratunku (bailoutów) oraz możliwości niewywiązywania się z umów, kiedy tylko chroni to ich surrealnie nabrzmiałe struktury przed zawaleniem. Dystrybucjonizm jest uzasadnioną reakcją przeciw materialnym nadużyciom piętnowanym na kartach kolejnych encyklik Magisterium, które podsumował zapadającym w pamięć zdaniem słynny luterański obrońca wolnego rynku – Wilhelm Röpke, jako „kult tego, co kolosalne.”
Socjalizm i dystrybucjonizm są przez to antytetyczne. Pozwólcie, że powtórzę: socjalizm jest przeciwieństwem dystrybucjonizmu. Ktokolwiek sugeruje, że dystrybucjonizm stanowi jakąś formę socjalizmu, jest albo niedoinformowany, albo nieuczciwy. Nawet wpis w Wikipedii mniej więcej oddaje sens: „Dystrybucjonizm jest terecerystyczną filozofią ekonomiczną uformowaną przez takich katolickich myślicieli, jak G. K. Chesterton oraz Hilaire Belloc, w celu aplikacji zasad Katolickiej Nauki Społecznej, wyrażonych szczególnie w encyklikach Rerum Novarum Leona XIII, oraz obszerniej w Quadragesimo Anno Piusa XI…W gruncie rzeczy dystrybucjonizm wyróżnia się przez dystrybucję własności, której nie należy mylić z dystrybucją bogactwa.” Chcę pospiesznie dodać, że dystrybucjoniści nie muszą zgadzać się każdą praktyczna sugestią Chesterbelloca, lecz jedynie z celem w postaci powszechnej własności środków produkcji, i płynącej zeń wolności ekonomicznej jednostek i rodzin stanowiących podstawowy element społeczeństwa.
Co należy rozumieć przez “trzecią drogę”? Zwyczajnie to, że dystrybucjonizm nie jest ani kapitalizmem, ani socjalizmem. Jak wyraził to Thomas Storck: „zarówno socjalizm, jak i kapitalizm są produktami oświecenia, a przez to siłami przeciwstawnymi tradycji. W odróżnieniu od nich, dystrybucjonizm postuluje subordynację ekonomii całościowo ujętemu życiu ludzkiemu, wyżej stawia nasze życie duchowe, intelektualne i rodzinne.” Dokładnie tego w swych naukach domagają się kolejni papieże.
Zgodnie z deklaracją Piusa XI wyrażoną w Quadragesimo anno (1931), społeczny i ekonomiczny liberalizm zapuścił korzeń w odrzuceniu nauczania ewangelii nt. grzechu:
To odwrócenie się od chrześcijańskiego prawa w życiu społecznym i gospodarczym i wynikające stąd masowe odstępstwa robotników od wiary katolickiej ma najgłębszą swą przyczynę w nieuporządkowanych afektach duszy, tym smutnym owocu grzechu pierworodnego, który przedziwną harmonię uzdolnień ludzkich tak zakłócił, że człowiek, łatwo złymi uwiedziony namiętnościami, skłania się gwałtownie do cenienia wyżej przemijających dóbr tego świata niż dobra niebiańskie i trwałe. Stąd owo nienasycone pragnienie bogactwa i dóbr doczesnych, które niewątpliwie w wszystkich czasach podniecało człowieka, by gwałcił zakon Boży i deptał prawa bliźniego, jednak w współczesnym ustroju gospodarczym naraża słabość ludzką na częstsze upadki.
Nic innego jak tylko „owo nienasycone pragnienie bogactwa i dóbr doczesnych” spowodowało kryzys w 2008. Encyklika Quadragessmo Anno mogłaby równie dobrze powstać, w celu ukazania klimatu tamtych dni:
Bo cóż pomoże ludziom, jeśliby przez rozumniejsze używanie bogactw cały świat zdobyli, a przez to na duszy szkodę ponieśli? Cóż pomoże podać im wypróbowane zasady gospodarcze, jeżeli pod wpływem nieokiełznanej i brudnej chciwości ulegają zupełnie samolubstwu, tak że „słysząc przykazania Boże, wszystko czynią przeciwnie”
Ponieważ niestabilność struktur ekonomicznego życia zmusza do nieustannego wysiłku ludzi zaangażowanych w to życie najmocniej, niektórzy stali się tak głusi na wyrzuty sumienia, by twierdzić że wolno im w jakikolwiek możliwy sposób zwiększać zyski, pozwoli im to przecież uchronić ciężko wypracowane bogactwo przed nagłą zmianą losu. Tym samym kolejne prawa uchwalane są w celu promocji korporacyjnych interesów, redukując stopień ryzyka przedsiębiorstw otworzyły też wrota najnędzniejszych praktyk. Ludzkich sumień raczej dziś nie wzrusza ta redukcja odpowiedzialności za własne czyny, chroniący się pod szyldem fuzji najgorszy rodzaj niesprawiedliwości i oszustw, gdy dyrektorowie zapominają o powierzonym im zaufaniu i dopuszczają się zdrady osób, których oszczędnościami mieli okazję zarządzać.
Twierdzenie, że kryzys wynikał jedynie z polityki monetarnej FED jest niedorzeczne. Był to sztorm doskonały ludzkiej chciwości, na który złożyły się następujące czynniki (a) banki i brokerzy udzielający nierentownych kredytów hipotecznych, w celu uzyskania należnych sobie opłat i procentowych udziałów od transakcji, (b) ludzie pożyczający więcej, niż byli w stanie spłacić, w celu nabycia ilości dóbr przekraczającej ich potrzeby, (c) lichwiarskie stopy procentowe kart kredytowych i kredytów, (d) umieszczanie toksycznych kredytów w pakietach, sprzedawanych następnie inwestorom dzięki oszustwom wynikającym z fałszywych ratingów AAA wystawianych przez firmy ratingowe, oraz (e) praktyka hedgingowa (zabezpiecznia przed nadmiernym ryzykiem kursowym) wobec tych toksycznych papierów za pomocą instrumentów pochodnych służących przenoszeniu ryzyka kredytowego (CDS – Credit Default Swaps), co umożliwiło firmom sprzedającym toksyczne aktywa swym klientom obstawiać niewypłacalność sprzedanych wcześniej instrumentów, uruchamiając tym samym ogromne wypłaty z tytułu ubezpieczeń dla firm inwestycyjnych, podczas gdy klienci cierpieli katastroficzne straty. (Zob. The Church and the Libertarian, Rozdział 13).
Wszystko to miało miejsce w rozregulowanym środowisku, w którym bankom gromadzącym depozyty, które to instytucje niegdyś miały zakaz uczestnictwa w ryzykownych inwestycjach, pozwolono tym razem nierozważnie inwestować; firmom inwestycyjnym dawniej ograniczonym do kapitału partnerów, pozwolono przy pomocy publicznej emisji akcji gromadzić sterty ryzykownego kapitału; umożliwiono handel CDS’ami, jako nieuregulowanymi papierami wartościowymi, tworząc ogromny domek z kart zagrożony upadkiem, gdy ktoś wyciągnie tę niewłaściwą.
W skrócie kryzys ten reprezentował to, co Pius XI nazwał “haniebnym samolubstwem, które jest plamą i wielkim czasów naszych grzechem.” Obniżenie stóp procentowych przez FED nie spowodowało wywołało haniebnego samolubstwa prowadzącego do ekonomicznej zapaści w stopniu większym, niż pistolet powoduje czyjeś samobójstwo. W każdym bądź razie FED, który oczywiście powinien być zlikwidowany, stanowi ucieleśnienie kapitalistycznej manipulacji państwową władzą, kwazi-prywatny kartel bankowy, który nie ponosi odpowiedzialności przed rządem. Dokładnie dlatego libertarianie, którzy potępiają FED (wygodnie ignorując jego kapitalistyczne pochodzenie) domagają się audytu, którego nie chce umożliwić Kongres.
Podobny kryzys nie mógłby zaistnieć w katolickim porządku społecznym, ponieważ w katolickim ustroju czynności ekonomiczne będą zarządzane, jak pisał Pius XI „łagodnym, a jednak bardzo silnym prawem chrześcijańskiego umiarkowania, które nakazuje człowiekowi szukać przede wszystkim Królestwa Bożego i jego sprawiedliwości, w tym przekonaniu że dobra doczesne będą mu dodane według wyraźnej obietnicy Bożej hojności.” Dystrybucjonizm to nic innego, jak wolna przedsiębiorczość realizowana w zgodzie z ewangelią, podsumowana w dwóch przykazaniach: miłości Boga i miłości bliźniego. Z wolnej przedsiębiorczości usuń „haniebne samolubstwo” i nieograniczone ambicje, dodaj miłość Boga i bliźniego, a ujrzysz powstający naturalnie ład ekonomiczny, który pamiętają starsi z nas: ekonomię lokalnego sklepu z zieleniną, czy ciężkim sprzętem, lokalnych oszczędności i pożyczek; ekonomię, gdzie można przeżyć i urządzić dom dzięki sąsiedzkim wymianom; ekonomię ludzkiej skali tworzoną rękoma ludzi, nie zaś przy pomocy rządowego fiat („niech mi się stanie”) sztucznych „osobowości prawnych”, o cechach psychopaty.
Odnowa tego, co Röpke nazwał ludzką ekonomią nie jest też kwestią „osobistej” moralności, którą dany kapitalista mógłby się stosować, jak chcieliby tego libertarianie. Imperatywy ewangelii muszą bowiem znaleźć odzwierciedlenie w prawach i instytucjach. W świecie ekonomii, nie mniej niż w świecie polityki, nie istnieje rozdział pomiędzy publiczną i „prywatną” moralnością, ale jeden uświęcony porządek moralny dotyczący całego społeczeństwa. Kapitalista nie kocha Boga lub bliźniego, kiedy wyzyskuje swych pracowników, pompuje w społeczeństwo moralny szlam sprzedając pornografię, gdy zapewnia możliwośc wykonywania aborcji, uczestniczy w lichwie i zmowach cenowych, gdy nonszalancko spekuluje pieniędzmi klientów, systematycznie łamie Szabat najgorszym rodzajem handlu, gdy podczas negocjacji wyzyskuje słabszych, zanieczyszcza rzeki i popełnia tysiąc innych wykroczeń, godząc nimi w porządek moralny i dobro wspólne.
Władza cywilna, szczególnie ta na poziomie lokalnym, działając w zgodzie z zasadą pomocniczości ma pełne prawo ograniczać kapitalistyczną grabież korzystając z odpowiednich zapisów legislacji, włączając w to sankcje karne. Koniec końców, nie jesteśmy zdani na łaskę dyrektorów rad nadzorczych, gdyż nie otrzymali oni od Boga żadnego autorytetu umożliwiającego zarządzanie nami z pomocą decyzji wpływających na dobro wspólne w jego moralnej, duchowej i intelektualnej całości.
Papież Jan Paweł II zgodnie ze swymi poprzednikami , w rocznicę powstania Rerum Novarum zadeklarował, że Kościół nie może zaakceptować kapitalizmu, „jeśli przez >>kapitalizm<< rozumie się system, w którym wolność gospodarcza nie jest ujęta w ramy systemu prawnego, wprzęgającego ją w służbę integralnej wolności ludzkiej i traktującego jako szczególny wymiar tejże wolności, która ma przede wszystkim charakter etyczny i religijny.” Dystrybucjonizm jako ruch ludzkiej ekonomii na ludzką skalę respektuje etyczne i religijne ograniczenia ekonomicznych działań, a dzięki temu naturalnie prowadzi ludzi z dala od korporacyjnego kultu kolosów, w kierunku ekonomicznego ładu, gdzie pogoń za materią podporządkowano wiecznemu przeznaczeniu człowieka.
Richard Aleman w swoim artykule dla Remnant pisał o tym, jak razem ze mną i Johnem Rao wspólnie udaliśmy się w miejsce demonstrantów okupujących Wall Street, by zaprezentować im katolickie argumenty na rzecz rynkowej sprawiedliwości. Nie jechaliśmy tam, by poobcować sobie z hipisami, czy wesprzeć którąkolwiek z lewackich ideologii. Wybraliśmy się tam, ponieważ wiele tułających się po Parku Zuccotti dusz podejrzewało, że coś radykalnie złego dzieje się ze współczesną ekonomią, jednak nie miało klarowności odnośnie przyczyn tego zła.
Dostrzegliśmy w tej demonstracji neopogan, którzy szukają Boga Nieznanego. Powiedzieliśmy im, że Bóg, którego szukają jest Tym, który dał nam ewangelię dla dobra ludzi i narodów. Wręczyliśmy im fragmenty Quadragesimo Anno oraz ulotki zawierające elementy tego, jak wyglądałaby ludzka i dystrybucjonistyczne ekonomia, bez jednej rządowej interwencji, jeśli tylko ludzie podporządkowaliby pogoń za ziemskimi dobrami wiecznej szczęśliwości. Czuliśmy konieczność przekazania tym ludziom, że fundamentalnym problemem społecznym, który ich bezwiednie, bądź świadomie zjednoczył na protestach, stanowi apostazja cywilizacji Zachodu i nie ma innej drogi wiodącej ku sprawiedliwości społecznej, jak wąska ścieżka Kościoła katolickiego, wyznaczona ludziom i narodom. Pius XI ujął to następująco:
Wszyscy naprawdę doświadczeni społecznicy domagają się głośno racjonalizacji, która by w życie gospodarcze ład wprowadziła. Ale ten ład, którego My sami tak gorąco pragniemy i który skrzętnie popieramy, będzie całkiem ułomny i niedoskonały, jeżeli wszystkie rodzaje działalności ludzkiej nie złączą się, o ile to ludziom jest możliwa, w przyjaznej współpracy na wzór przedziwnej jedności Boskiego planu. Doskonałym nazywamy ów porządek, który Kościół niestrudzenie gorąco poleca, którego domaga się sam zdrowy rozum, aby odnosić wszystko do Boga jako do pierwszego i najwyższego celu wszelkiej twórczości stworzonej, a dobra doczesne oceniać jako środki, z których korzystać wolno o tyle, o ile do najwyższego celu prowadzą.
To naprawdę proste: stosując dwa wielkie przykazania w pogoni za dobrami tego świata będziesz dystrybucjonistą. Dystrybucjonista bowiem, ufając opatrzności Bożej będzie miał wszystko, czego potrzebuje jego rodzina. Będzie również pierwszym obrońcą zabezpieczającej wolność własności prywatnej, nie tylko przed rządem, ale i przed hegemonią wielkich korporacji, uparcie tłumiących dane ludziom przez Boga prawo, by własnymi siłami wybierać sobie drogę w życiu.
O ironio, uważający się za libertarian katolicy bronią korporacyjnego kolektywizmu przy asyście rządu, który to kolektywizm oznacza tak naprawdę sprywatyzowany socjalizm, atakują natomiast dystrybucjonistów za prawdziwie libertariańską obronę ekonomicznej niezależności jednostek i rodzin w gospodarce, która odrzuca chińskie niewolnictwo. Połóżmy kres tej demagogii i pozwólmy, by The Remnant Newspaper pomagała prowadzić katolików ku będącej celem Magisterium ekonomii miłosierdzia.
Christopher A. Ferrara
Źródło: C. A. Ferrara, In Defense of Distributism. Why Socialism and Distributism are Wholly Antithetical, New Jersey, 2011. Przekład artykułu z internetowego wydania The Remnant Newspaper.
za: http://www.dystrybucjonizm.pl/to-nie-jest-chrzescijanski-socjalizm
Polecamy nową polską stronę na temat dystrybucjonizmu: http://www.dystrybucjonizm.pl/
]]>Kapitalizm upadł bowiem z tych samych powodów, co komunizm – okazał się ofiarą własnych sprzeczności wewnętrznych, skutkujących ciągłą niestabilnością. Pracownicy z pewnością nie akceptowali tego systemu, ale była to również postawa samych kapitalistów i zaledwie nieliczni z nich żegnali go z przykrością. Czysty kapitalizm okazał się toksyczny zarówno dla kapitału jak i pracy, zresztą zgodnie z tym, co w 1913 przewidział Belloc.
Pierwsze zadanie w reformowaniu system polega na jego zrozumieniu, a jest to system całkowicie wadliwy i zrozumieć go możemy w oderwaniu od popularnie stosowanej, ideologicznej terminologii. Systemem, który zastąpił czysty kapitalizm był wpierw nadaktywny keynesizm spowodowany II wojną światową, który trwał aż do późnych lat 70-tych; keynesizm został następnie zastąpiony czystym merkantylizmem łączącym prywatny przywilej i państwową władzę, co rozwścieczyło Adama Smith’a . To właśnie merkantylizm znajduje się dziś w fazie całkowitego upadku. Zarówno keynesizm, który zastąpił kapitalizm, jak i merkantylizm, który zastąpił keynesizm polega na ogromnej kontroli rządu i państwowych dotacjach, które są już nie do utrzymania. Nie możemy też wrócić do kapitalizmu lat 20-tych bez ponownego doświadczenia turbulencji tamtego okresu.
Jeśli kapitalizm nie stanowi realnej alternatywy, jeżeli reprezentuje system, który widziała garstka żyjących dziś osób, dlaczego zatem do argumentów mu przychylnych przywiązuje się tak wielką wagę? Wierzę, że powody te są przeważnie ideologicznej natury. Kapitaliści chętnie powtarzają w kółko argumenty libertarian, kiedy mają do czynienia z jakąś regulacją, czy podatkiem, który uważają za idiotyczny, jednak równie chętnie odkładają te argumenty na bok, gdy szukają własnych przywilejów i rządowych subsydiów. W ten sposób większość działających w dobrej wierze libertarian współtowarzyszy merkantylistom w wędrówce, pełniąc rolę użytecznych idiotów. Chociaż sam mam ogólnie sporo szacunku dla argumentów libertarian, to w praktyce realizacja ich nie jest możliwa poza sytuacją szeroko rozpowszechnionej własności, z czego doskonale zdawali sobie sprawę libertarianie działający przed nastaniem szkoły austriackiej.
Jednak krytyka libertarianizmu byłaby niesprawiedliwa, gdyby dystrybucjoniści nie mieli sami czegoś do zaoferowania, czegoś więcej niż płytkie frazesy, czy nawet same zasady. Wymagane jest bowiem rozwiązanie pragmatyczne i konkretne, które można zastosować do naszych bieżących uwarunkowań. W tym względzie dystrybucjoniści mają tę przewagę nad kapitalistami i libertarianami, że istnieją i doskonale działają realne systemy dystrybucjonistyczne, które możemy badać pod kątem praktycznych zastosowań do naszych własnych problemów.
Krytycy dystrybucjonizmu podnoszą zarzut, jakoby był on jedną z odmian socjalizmu. Jest to zarzut dziwny z dwóch powodów. Po pierwsze, socjalizm jest teorią nakazującą zniesienie własności prywatnej, podczas gdy dystrybucjonizm jest teorią postulującą jej maksymalne upowszechnienie, obie teorie stoją wobec siebie w całkowitej kontrze. Po drugie, sama praktyka dystrybucjonizmu w miejscach takich jak spółdzielnia Mondragón jest bardziej „libertariańska” niż wszystko, co sami libertarianie byli w stanie osiągnąć. Mimo wszystko krytyki tej nie można zlekceważyć, ponieważ sam termin „dystrybucjonizm” wywołuje zjawę „redystrybucji”- pomysłu, by jakiś komitet biurokratów decydował o tym, kto będzie posiadał coś na własność, a kto nie.
Dystrybucjonizm jednak głównie nie dotyczy tego, co rząd powinien zrobić lecz tego, jakich działań powinien zaprzestać. W tym punkcie tezy dystrybucjonistów są w dużej mierze zbieżne z tezami libertarian: to rząd jest czynnikiem pielęgnującym akumulację własności prywatnej w rękach coraz to węższego grona osób. Bez wsparcia i ochrony rządu, sterty kapitału nie były by w stanie wzrastać tak wysoko, im wyżej zaś rosną stosy prywatnego kapitału, tym cieńsze stają się ściany publicznej władzy, koniecznej do jego obrony. Rozrośnięty rząd i rozrośnięty kapitał idą ręka w rękę, jest to prosta i bezdyskusyjna konstatacja historycznego faktu.
Mając to na uwadze należy wspomnieć, że zdarzają się przypadki, w których rząd musi w istocie dokonać redystrybucji mienia. Na myśl przychodzi przypadek Tajwanu, którego populacja była przetrzymywana w faktycznej niewoli u kilku posiadaczy ziemskich. U zarania niewiarygodnego dobrobytu tej wyspy jest zdecydowane działanie rządu w postaci programu Ziemia dla rolnika, który z przymuszonych do płacenia w plonach dzierżawców uczynił niezależnych gospodarzy. Osoby broniące właścicieli ziemskich oraz świętego prawa własności stojącego ponad nędzą i cierpieniem ludzkim zniekształcają samo pojęcie własności. Własność jest świętym prawem, lecz nie jest prawem absolutnym. Każde stosowne prawo daje się zrozumieć dzięki własnym granicom, prawo absolutne zaś wcale nie jest prawem, lecz zalążkiem tyranii. Własność opierająca się na niewolnictwie innych osób nie jest zatem własnością prawowitą i właśnie w takich skandalicznych przypadkach rząd może podjąć ostre działania.
Następnie mamy przykład jednostek uznawanych za „zbyt duże, by upaść,” czy też dokładniej, jako zbyt duże, by odnosić sukcesy bez szczodrych wypłat z publicznych funduszy. W tym przypadku całkiem prawowite byłoby rozbicie ich na mniejsze firmy stanowiące własność lokalnych, czy też regionalnych banków, bądź samych pracowników. Ta sama zasada dotyczy upadłych gigantów przemysłu, którzy nie mogą istnieć bez publicznego wsparcia. Przedsiębiorstwa te można rozbić na mniejsze i zwrócić pracownikom przez celowe działanie doraźne polegające na emisji obligacji i zrównaniu zobowiązań z ich tytułu z zobowiązaniami z tytułu wynagrodzeń i emerytur. Wówczas zobaczymy, czy sami pracownicy będą w stanie zarządzać tymi firmami lepiej niż geniusze z Detroit. Jeżeli podobne doświadczenia z Argentyny mogą być jakąkolwiek wskazówką, wówczas rzeczywiście sukces znajduje się w zasięgu ręki.
Na koniec możemy zauważyć, że tak długo jak kapitalizm zdoła przetrwać, dystrybucjoniści mogą zasadnie domagać się od władz rządowego ograniczania jego różnorakich nadużyć. Tak długo jak istnieją monopole, kontrola cen stanowi uzasadnioną odpowiedź. W sytuacji idealnej chcielibyśmy wyeliminować całkowicie te monopole, które nie są absolutnie konieczne, ale dopóki rząd chroni monopole, dopóty rozsądnie jest domagać się przed nimi ochrony.
Uwzględniając to wszystko, naszym głównym interesem w stosunkach z rządem jest redukcja jego zaangażowania w gospodarkę. Nie chodzi nam o to, by nie było rządu w ogóle – nie jesteśmy anarchistami – jednak porównując z rozmiarem i skalą obecnego merkantylizmu wyglądałoby to w dużej mierze tak jak gdyby rząd był nieobecny. Wciąż istnieją funkcje, które należy pozostawić wspólnocie i te pozostałyby nietknięte. Ktokolwiek stoi w opozycji do jakiegokolwiek formy rządu, widząc w nim odmianę socjalizmu powinien we własnym domu wstrzymać się od wciskania tego przyciskiu, który odpowiada za znikanie odpadów w społecznym systemie kanalizacji.
Budowa społeczeństwa właścicielskiego zakłada zarówno cele polityczne, jak i ekonomiczne. Cele polityczne opierają się na zasadach subsydiarności (pomocniczości) i solidarności. Cele ekonomiczne zbudowane są na zasadzie sprawiedliwości będącej immanentnym składnikiem ekonomicznego porządku, nie zaś pewną dodatkową, egzogenną cechą.
Konserwatyści wyrażają frustrację powodowaną bezczelnymi naruszeniami Konstytucji przez legislaturę i sądy, naruszeniami zapewniającymi grawitację władzy w kierunku federalnego rządu, podczas gdy poszczególne stany przekształcają się w zwykłe biurokratyczne subdywizje centralnego aparatu władzy i przestają być partnerami w politycznej unii. W rezultacie wzywają do dewolucji, przekazania władzy z powrotem poszczególnym stanom. Istnieje wiele historycznych, politycznych i filozoficznych powodów przemawiających za centralizacją władzy, ale w tym przypadku problem okazuje się być natury fiskalnej. Władza podąża za własnością, jak słusznie zauważył Daniel Webster. Polityczny ekwiwalent tego zdania jest taki, że władza podąża za zdolnością do finansowania, grawituje w kierunku takiego typu rządu, który ma najwięcej pieniędzy do wydania. Gdy rząd federalny dzięki 16. poprawce do Konstytucji z 1913 – będącej źródłem dochodów bez naturalnych granic – zyskał władzę nakładania podatków dochodowych, pozostałe zapisy Konstytucji przestały mieć tak naprawdę znaczenie.
Podatek dochodowy czyni z federalnych najważniejsze źródło finansowania, a zatem i źródło władzy. Urzędnicy lokalni i stanowi mają odtąd skłonność do przekazywania problemów w górę, tam gdzie jest największe źródło funduszy. Dlatego nie dziwi nikogo fakt, że senator może ubiegać się o posadę wiceprezydenta twierdząc, że wysłał 11,000 dodatkowych policjantów na ulice. Naprawdę oznacza to, że wykonał on pracę, która powinna zostać wykonana przez miejskich radnych. Ale radni chętnie przekazali problem będącemu wyżej w hierarchii senatorowi, ponieważ to on kontrolował pieniądze. Jeżeli chcesz, aby radny i senator robili to, co do nich należy, musisz ciąć możliwości finansowania jednego z nich, zwiększając je u drugiego. Nie możesz dokonać zmian władzy, bez zmiany zasad finansowania.
Podatki dochodowe płacone są zarówno przez kapitał, jak i pracę. Zasada jest taka, że im bardziej obciążasz jakąś rzecz podatkami, tym mniej uzyskujesz z tego tytułu wpływów. Kapitał i praca powinny być opodatkowane w jak najmniejszym stopniu, jeśli w ogóle. Okazuje się, że podatki dochodowe ulegają degradacji w podatki obciążające pracę, z ciężarem przerzucanym w dół skali dochodów, lub do przodu na przyszłe pokolenia. Bogaci mogą twierdzić, że płacą większość całej sumy podatków dochodowych, ale te liczby uzyskamy jedynie przez wyłączenie z kalkulacji podatków związanych z ubezpieczeniem społecznym, które płaci się jedynie do wysokości $100,000 dochodu, nie licząc podatków przerzucanych na pokolenia naszych dzieci i wnuków.
W celu implementacji zasady subsydiarności na szczeblu rządowym, musimy posiadać subsydiarność w finansowaniu tego rządu. To znaczy, że finansowanie powinno mieć swój początek na szczeblu lokalnym i rozchodzić się w górę, a nie odwrotnie. Następnie musimy opodatkować to, co nie posiada ekonomicznej wartości, tzn. podatki powinny głównie dotyczyć renty ekonomicznej i efektów zewnętrzych (externalities). Rentę ekonomiczną można skonfiskować bez żadnych negatywnych efektów (nie uwzględniając rentierów), za to z mnóstwem efektów pozytywnych. Efekty zewnętrzne (koszty transakcji, którymi obciążony jest podmiot nie biorący w transakcji udziału, przykłądem takich kosztów jest zanieczyszczenie) powinny zostać obciążone pełnymi kosztami ich łagodzenia. Nie potrzeba szczęścia do tego, by rząd okazał się wystarczająco nieefektywny w łagodzeniu efektów zewnętrznych, co skłoni przedsiębiorstwa do łagodzenia ich we własnym zakresie i uniknięcia podatku.
Renta ekonomiczna jest głównie ucieleśniona w rencie gruntowej. Potraktowane jako podatek, renty gruntowe najefektywniej można pobierać na poziomie lokalnym, a biurokracja mająca by się tym zająć już istnieje. Oczywiście musi pojawić się narodowa zgoda dotycząca wyceny renty gruntowej i podziału między loklalnym, stanowym i federalnym rządem. Jednak niższe formy samorządu będą miały wówczas więcej zachęt do przyjęcia na siebie większej odpowiedzialności zamiast przekazywać problemy wyżej, ponieważ oznaczałoby to większy udział w dochodach, za których zbiórkę miałyby odpowiadać. Politycznie problem z podatkiem od renty gruntowej polega na tym, że brzmi on jak podatek od nieruchomości, a to przeraża wielu ludzi. Jednakże, kiedy tylko opinia publiczna zrozumie, że dokonujemy wymiany podatku dochodowego na gruntowy, większość ludzi jak podejrzewam dostrzeże przewagę takiego rozwiązania. Będą mieli do czynienia z podatkiem przewidywalnym, łatwo ściągalnym, a wszystko to bez wścibskiego rządu wtykającego nos w szczegóły dotyczące ich finansów osobistych.
Nie wyeliminuje to całkowicie podatków związanych z pracą ponieważ są jeszcze podatki społeczne. Jednak te podatki powinny być wykorzystywane wyłącznie w celu świadczenia bezpośrednich usług dla pracowników, głównie w związku z bezrobociem i ubezpieczeniem medycznym, czy emeryturami. Nie powinny jednak, jak ma to miejsce obecnie, być ściagane w nadmiarze i przekazywane do głównego funduszu przy założeniu, że w przeciągu kilku lat główny fundusz będzie dotował fundusze społeczne, przy obecnym systemie takie rozwiązanie jest zwyczajnie niemożliwe; fundusz główny już jest spłukany, a jego przeznaczeniem jest kompletna niewypłacalność.
Podatki społeczne są efektywnie ściągane (przynajmniej w przypadku pensji) ponieważ stanowią płaski podatek płacony przez firme na poczet pracownika i nie wymagają skomplikowanego procesu wypełniania formularzy z tym związanych. Ograniczenia w dochodzie powinny być zniesione, a podatek gwałtownie progresywny dla górnych 2-3% dochodów (ponieważ w tych przypadkach istnieje domniemana renta ekonomiczna), ale oprócz tego należy wykonać zaskakująco niewiele rzeczy dodatkowych. Problem staje się odrobinę bardziej skomplikowany w przypadku wynagrodzeń innych niż pensje, jednak wierzę, że te problemy można efektywnie rozwiązać.
Podatek od renty gruntowej pozwoliłby w najlepszym razie zgromadzić ok. 20% PKB. Jednakże obecna struktura wydatków rządu sumuje się w okolicach 35% PKB dlatego mielibyśmy doczynienia z niedoborem finansowym. Czy jest to przewaga naszej propozycji, czy też nie zależeć będzie od tego, czy budżet może zostać ograniczony. Nie możemy skorzystać ze strategii „zagłodzenia bestii” (starve the beast strategy), która cechowała politykę Partii Republikańskiej. Taka strategia bowiem nie ogranicza rozrostu administracji, lecz go umożliwia. Odrzućmy jakiekolwiek fiskalne restrykcje, a wyhodujemy mentalność nieliczenia się z deficytem (deficits don’t matter), która oddziela budżet od fiskalnej rzeczywistości. Co więcej, obniżki podatków bez jednoczesnych cięć w wydatkach nie są tak naprawdę obniżkami podatków, a jedynie ich przerzucaniem na przyszłe pokolenia. Wydawanie pieniędzy naszych dzieci jest zarówno nierozsądne ekonomicznie, jak i naganne moralnie.
Nie jest to jedynie problem skłonienia rządu do funkcjonowania w sytuacji okrojonych środków, mamy również do czynienia z problemem ogromnego długu, który należy spłacić (lub znacząco zredukować), jeśli zamierzamy przywrócić normalność i subsydiarność. Dług rządu federalnego w momencie kiedy piszę te słowa wynosi $11.8 biliona i gwałtownie wzrasta. Odsetki od tego długu przekraczają pół biliona dolarów i są drugą po budżecie obronnym pozycję po stronie rządowych wydatków, a niebawem przesuną się na pierwsze miejsce. Są to pieniądze, które należy wypłacić nim kupimy pojedynczą kulę lub przebudujemy pojedynczy most. Dlatego wydaje się, że mierzymy się z bardzo trudnymi problemami. Z jednej strony bowiem chcielibyśmy zredukować zarówno podatki, jak i wydatki rządu, z drugiej jednak musimy spłacać dług będący, jak się wydaje długiem nie do pokonania, własnie z tych pomniejszonych funduszy. To jednak nie wszystko. Posiadamy starzejącą się infrastrukturę, która wymaga drogich napraw. Np. system autostrad był zapoczątkowany w latach 50. i wiele jego składowych dobiega kresu użyteczności. To samo dotyczy się innych elementów infrastruktury, takich jak wały przeciwpowodziowe i tamy. Wystawi to wszelkie próby utrzymania budżetu w cuglach na olbrzymią presję.
Na dokładkę musimy stawić czoła emeryturom należnym generacji powojennego wyżu demograficznego, które zjawią się niczym fiskalne tsunami demolując budżet ubezpieczeń społecznych i opieki zdrowotnej. W obliczu tych wszystkich kłopotów wydawać by się mogło, że nie potrzebujemy niższych podatków, lecz podatki wyższe, nie wskazane jest oddanie władzy stanom, lecz jeszcze większą jej centralizacja. Jednakże oznaczałoby to w istocie powtórne przełknięcie pigułki, przez którą się rozchorowaliśmy, a która przyczyni się do jeszcze większej zapaści na zdrowiu. Jak zatem powinniśmy konfrontować te problemy?
W przypadku budżetu federalnego, nie tylko łatwo byłoby obciąć jedną trzecią wydatków z funduszu głównego, można to uczynić bez redukcji (a przeważnie z korzyścią) dla wszelkich koniecznych usług. Nie będę przytaczał tego argumentu, a jedynie napomknę, że niektóre z działań są oczywiste, np. kompletna likwidacja niepotrzebnych ministerstw takich, jak ministerstwo edukacji, koniec z państwowymi dotacjami, powrót żołnieży do kraju (czy 700 baz poza granicami USA naprawdę zwiększa nasze bezpieczeństwo?) i przerzucenie się z podatków na opłaty tam, gdzie istnieje dająca się łatwo zidentyfikować grupa użytkowników danej usługi.
Jednak po budżecie na obronę, największą pojedynczą pozycję w wydatkach państwa stanowią odsetki od zaciągniętych długów. Niemożliwy jest jakikolwiek postęp dopóki ten dług nie zostanie wyeliminowany, lub przynajmniej znacznie zredukowany. Rozważając kwestię długu należy się zastanowić nad samą naturą pieniędzy. Obecnie możliwość kreacji pieniądza posiada prywatny monopol banków. Te pieniądze tworzone są z powietrza i nie reprezentują jakichkolwiek wcześniejszych oszczędności, czy produkcji. Mimo tego stanowią podstawę do roszczeń dotyczących rzeczy realnie wyprodukowanych. W przypadku rządowego zadłużenia, banki pożyczają utworzone wcześniej pieniądze, domagając się zapłaty stanowiącej ekwiwalent rzeczywistych dóbr i usług. Dlatego rząd nakłada podatki na realne dobra i usługi, by zwrócić pieniądze kredytodawcom. Jednak w niedalekiej przyszłości przestanie być to możliwe.
W przybliżeniu 41% długu ($4.3 biliona) jest w posiadaniu rządowych agencji, głównie funduszu ubezpieczeń społecznych. Tę część zadłużenia można zwyczajnie spieniężyć w przeciągu dziesięciu do piętnastu lat. Oznacza to, że rząd wydrukuje pieniądze, by spłacić dług funduszom. Niektórzy ludzie mogą być w szoku na samą myśl, by rząd drukował pieniądze, lecz jest to o wiele korzystniejsze od banków tworzących pieniądze z powietrza, przez kredyt. Czy wywoła to inflację? Jeśli tak, to łagodną ale gdy proces rozłożony zostanie na dziesięć, czy piętnaście lat wówczas będzie to w zasadzie konwersja obecnych spłat odsetek w spłatę kwoty zasadniczej i docelowa eliminacja obu.
W kwestii tego zadłużenia nie ma tak naprawdę zbyt wielu innych możliwości. Innymi rozwiązaniami (poza zwykłym nie dotrzymaniem zobowiązań) są zwiększone podatki, bądź kolejne pożyczki. Do chwili obecnej podatki z tytułu ubezpieczeń społecznych stanowiły znaczącą dotację zwiększającą fundusz główny, gdzie umieszczano skrypty dłużne (IOUs). Jednak w przeciągu zaledwie kilku lat pieniądze zaczną płynąć w przeciwnym kierunku, a fundusz główny obecnie nie posiada, ani też nie będzie miał w przyszłości ilości pieniędzy zdolnej zaspokoić beneficjentów funduszy powierniczych. W celu spłacenia tych skryptów dłużnych należałoby zwiększyć poziom podatków nakładanych na obywateli z tytułu ubezpieczeń społecznych. Sama ekonomia oraz nasze dzieci nie będą w stanie unieść takiego ciężaru. Alternatywą są kolejne pożyczki, ale mówiąc łagodnie, jest to rozwiązanie co najmniej problematyczne.
Kolejne 29% zadłużenia stanowią zobowiązania wobec obcych rządów, banków i jednostek. Tę część długu również można spieniężyć, jednak nie należy tego czynić. W moim przeświadczeniu za ten dług powinien odpowiadać sektor finansowy. Wpływy z tytułu niewielkiego podatku, powiedzmy 0.25% od transakcji związanych z instrumentami typu CDO, CDS itd., powinny zostać umieszczone w specjalnym funduszu amortyzacyjnym (sinking fund), mającym za cel spłatę odsetek oraz kwoty zasadniczej. Taki niewielki podatek wystarczy, by uregulować zobowiązania wobec zagranicznych instytucji w przeciągu pięciu do dziesięciu lat.
Pozostaje 30% długu wobec amerykańskich instytucji i obywateli. Tę porcję długu można częściowo spieniężyć (zgodnie z finansowymi uwarunkowaniami), częściowo spłacać przez fundusz amortyzacyjny, lub pozostawić w miejscu i pozwolić by uległa zmniejszeniu proporcjonalnie do kurczącej się ekonomii kraju. Kluczowe w tym wypadku jest wprowadzenie zakazu dalszego zadłużania państwa. Wymaga to zniesienia systemu częściowej rezerwy bankowej (fractional reserve system), który zapewnia bankom kontrolę nad kreacją pieniądza. Dzięki niej tworzą z powietrza pieniądz fiducjarny, „pożyczany” na procent skarbowi państwa. Banki korzystają z legalnego monopolu na tworzenie pieniędzy i właśnie ten monopol należy zlikwidować.
Jedną z największych sił umożliwiających niesprawiedliwą akumulację własności w rękach niewielu jest system częściowej rezerwy bankowej, przyznający monopolistyczny przywilej niewielkiej grupie bankierów i ich sprzymieżeńców. Te jednostki posiadają włądzę tworzenia wszystkich cyrkulujących w gospodarce pieniędzy. Jest to system nie do przyjęcia ze względów moralnych i ekonomicznych, system który musi skutkować perdiodycznymi kryzysami, gdyż chciwość i konieczność pobudza bankierów do tworzenie większej ilości pieniędzy, niż potrzebuje tego ekonomia, lub niż może być kiedykolwiek „spłacone”. Ostatnie słowo celowo zamieściłem w cudzysłowie, gdyż nie można „spłacić” pieniędzy, których się nigdy nie otrzymało, rzeczywistymi dobrami redukować „dług”, który był jedynie wpisem księgowym jakiegoś banku.
Nie wierzę w to, by uwłaszczone społeczeństwo mogło dojść do zgody z takim system. Tworzenie pieniądza jest władzą publiczną, którą należy odzyskać. Władza ta powinna zależeć wyłącznie od rządu federalnego, lub nawet poszczególnych stanów, które chcą mieć własną walutę, choć takie rozwiązanie uniemożliwiają obecnie zapisy w Konstutucji.
Nie ma powodu, by rząd federalny nie mógł tworzyć własnej waluty i wprowadzać jej w obieg celem inwestycji tworzących więcej bogactwa niż kosztów, zatem nie wpływających nadmiernie na wzrost inflacji. Rząd mógłby również pełnić rolę bankiera względem poszczególnych stanów i umożliwić im zapokojenie potrzeb kapitałowych pożyczkami na bardzo niewielki procent, lub całkowicie bez odsetek. Dzięki temu władza charakterystyczna dla inwestycji zostałaby przywrócona poszczególnym stanom i miastom. W każdym razie kontrola nad całkowitą podażą pieniądza nie powinna znajdować się w prywatnych rękach, jest to władza publiczna i społeczeństwo powinno ją odzyskać.
Polityczna zasada pomocniczości (subsydiarności) będzie niewiele warta, jeżeli nasz przemysł pozostanie scentralizowany, nic bowiem nie daje lokalne ściąganie podatków, gdy produkcja dóbr ( a więc dających się opodatkować wartości) również nie jest szeroko rozprzestrzeniona. Zauważyliśmy wcześniej nieefektywność obecnego systemu, opartego głównie na państwowych dotacjach i kosztach efektów zewnętrznych. Kiedy tylko wyeliminujemy te dotacje, obecny model produkcji nie będzie w stanie niczego wyprodukować z zyskiem. Lokalna produkcja stanowić będzie naturalną odpowiedzią na likwidację państwowych dotacji.
Wielkie korporacje same opowiedziały się za rozprzestrzenioną produkcją, wyzbywając się fabryk z zamiarem uzyskania centralnej kontroli przez nadzór nad tanim transportem i prawną ochronę patentów. Zintegrowany wertykalny model zarządzania, którego pionierem był Henry Ford od jakiegoś już czasu znajduje się w odwrocie. Dystrybucjonizm jest na porządku dziennym amerykańskich korporacji, z tym że niestety fabryki rozproszono po całym świecie, nie zaś po całym kraju. W ten sposób wielkie przedsiębiorstwa zasiały ziarno własnego końca. Pewnego dnia wietnamscy pracownicy produkujący buty dla Nike uświadomią sobie, że mogą oderwać z butów znak firmowy i zacząć lokalną sprzedaż za jedną dziesiątą ceny, przy trzykrotnie wyższych pensjach realizować dwa razy większe zyski. Tak naprawdę Chińczycy już to wiedzą i wszelkie dyskusje dotyczące „piractwa” nie zmienią tego faktu.
Pomoże to pracownikom z Szanghaju, czy Hanoi, ale co z pracownikami Des Moines, lub Sioux Falls. Należałoby zapewnić tym ludziom takie same przywileje, jakie mają Chińczycy i pozostali pracownicy zagraniczni. Co więcej, musieliby stanowić część systemu produkcji szanującego lokalny charakter ekonomii. Dystrybucjonizm oferuje w tym miejscu nie tylko abstrakcyjne modele, lecz działające, stabilne systemy, które każdy może sprawdzić i zaadaptować do własnej sytuacji. Dystrybucjonizm posiada bowiem spójną i działającą politykę przemysłową, ogólnie podsumujmy jej elementy:
Dystrybucjoniści często słyszą zarzut romantycznego agraryzmu. Jesteśmy agrarystami lecz nie romantykami. „Agraryzm” nie oznacza w tym kontekście „powrotu wszystkich ludzi na wieś”, ale „przywrócenie właściwych stosunków między wsie i miasta.” Wbrew opinii wielkich firm, pomidor wcale nie smakuje lepiej, gdy zbiera się go zielonym i transportuje tysiące kilometrów zanim zostanie zjedzony. Poza samym smakiem dochodzi też kwestia braku ekonomicznej efektywności, skryta dziś pod zasłoną państwowych dotacji.
Jedno jest pewne, ani środowisko ani ekonomia nie są w stanie dłużej tolerować obecnego systemu ufabrycznianego rolnictwa. Kapusta sadzona w Oregonie i spożywana w Teksasie pochłania więcej energii poświęconej na sadzenie, zbieranie, transport i marketing, niż jej dostarcza w postaci kalorii. Gdyby należycie wyceniono energetyczny wkład w jej produkcję: chemiczne nawozy, maszyny ciężkie, koszty transportu itd., a jednocześnie zlikwidowano dotacje, wówczas transkontynentalna kapusta przestałaby stanowić opłacalną propozycję. I w niedalekiej przyszłości tak właśnie będzie. Już dziś system ten polega na dających się łatwo eksploatować pracownikach, którzy nie mają udziału w zyskach oferowanych reszcie społeczeństwa, tworząc olbrzymią podklasę ludzi o niejasnym statusie prawnym, mimo gwałtownego wzrostu liczby jej członków.
Handel jest podstawowym składnikiem ludzkiej egzystencji: żadna rodzina, firma, miasto, czy wspólnota narodowa nie może być zupełnie samowystarczalna. Jednak handel jest czymś dobrym tak długo, jak pozostaje naprawdę handlem tzn. gdy zarabiasz wystarczająco wiele, by zapłacić za rzeczy, które kupujesz. „Handel” oparty na pożyczkach finansujących konsumpcję w ogóle nie jest handlem, lecz preludium bankructwa. Ten podstawowy fakt przeoczono w naszej polityce handlowej, opierającej się na doktrynerskim zastosowaniu podstawowej teorii „wolnego handlu” zwanej teorią kosztów komparatywnych. Jednak grono największych zwolenników tej teorii stanowią ludzie znający ją w najmniejszym stopniu. Teoria ma bowiem zastosowanie w przypadku spełnienia trzech warunków: względnego braku mobilności kapitału oraz pełnego zatrudnienia i równowagi handlowej w obu krajach. Bez ich spełnienia doktrynerski „wolny handel” czyni obie strony wymiany biedniejszymi, a biedni w obu krajach są cynicznie nastawiani przeciwko sobie. Rezultat w USA był taki, że zlikwidowano bazę dla przemysłu, a żaden kraj nie może oczekiwać wzrostu i dobrobytu w inny sposób, jak poprzez tworzenie nowych rzeczy. Jeżeli stracimy tę umiejętność, zagwarantujemy sobie i naszym dzieciom życie w biedzie i zależności od innych.
Bez spełnienia koniecznych warunków nacisk na wolny handel przestaje pełnić rolę użuytecznego paradygmatu w ekonomii, a staje się zwyczajną polityczną ideologią. Z kolei, gdy warunki są spełnione w stopniu mniejszym niż głosi czysta teoria, wówczas handel między narodami musi podlegać zarządzaniu, dokładnie tak jak wymaga go handel między firmami. Powinniśmy robić te interesy które mają sens, a odrzucać pozostałe.
Ponieważ obecny system nie da się utrzymać, zostanie zreformowany w taki, czy inny sposób. Jedyne pytanie brzmi, czy mamy wyprzedzić upadek i rozpocząć oparty na wiedzy marsz ku normalności. Od czasów oświecenia świat eksperymentował z leseferystycznym kapitalizmem, socjalizmem, komunizmem i merkantylizmem. Podczas gdy każdy z tych systemów zawiera w sobie część prawdy, wszystkie są niewystarczające. Systemy te bowiem zostały sprawdzone historycznie i była to negatywna weryfikacja. Najwyższy czas powrócić do bardziej naturalnego systemu, którym jak wierzę jest dystrybucjonizm, lub coś bardzo podobnego. Przez ostatnie kilka dekad dystrybucjoniści w większości wycofali się z czysto ekonomicznych debat, by oprzeć sprawę o argumenty natury moralnej i społecznej. Oczywiście jest to bardzo ważny aspekt problemu, jednak postulatom natury moralnej muszą towarzyszyć mocne argumenty ekonomiczne. Zgodnie z tym, co pisał kardynał Ratzinger:
Moralność, która uznaje możliwość własnego rozdziału od technicznej wiedzy ekonomicznych praw nie jest moralnością, lecz moralizmem antytetycznym wobec samej moralności. Z kolei podejście naukowe, które mimo braku etosu uważa się za wystarczające, źle pojmuje naturę człowieka i dlatego samo nie jest naukowe.
Pisałem tę książkę z intencją przedstawienia dystrybucjonizmu, jako solidnej teorii ekonomicznej, demonstrowanej w praktyce i będącej w stanie uporać się z wyszukanymi problemami dnia dzisiejszego. Mam nadzieję, że publikacja ta umożliwi dystrybucjonistom podjęcie stanowczej dyskusji z socjalistami, kapitalistami, przedstawicielami szkoły austriackiej, keynesistami itd. Nadzedł czas dystrybucjonizmu. Musimy chwycić ten moment, gdyż ponownie taka szansa może się nie zdarzyć. Musimy uzbroić się w moralne argumenty i wiedzę techniczną, gdyż tego wymaga zreformowanie obecnego świata i zachowanie wolności. Nie popełnijmy tutaj błędu, bo choć wszystkie te systemy okazały się niewystarczjące istnieje jeszcze jedna odpowiedź: niewolnictwo. Społeczeństwa niewolnicze okazały się stabilne na przestrzeni lat i stanowią jedno z rozwiązań problemów ekonomicznej i społecznej równowagi, nie ważne jak wstrętne i obrzydliwe dla naszego chrześcijańskiego dziedzictwa. Tak jak przewidział to Belloc, na końcu będziemy wybierać między wolnością, a niewolnictwem.
John C. Médaille
Artykuł pierwotnie opublikowany na łamach The Distributist Review. Przekład za zgodą redakcji.
za: http://www.dystrybucjonizm.pl/ekonomia-polityczna-dystrybucjonizmu
]]>W ramach prowadzonych narodowych rozmów o Polsce proponujemy dyskusję nad katolickim rozumieniem gospodarki wolnym od liberalizmu doktrynalnego.
Począwszy od połowy XIX wieku, dzieje Zachodu w znacznej mierze znaczone są przebiegiem starć pomiędzy rywalizującymi systemami ekonomicznymi. Od 1848 r., kiedy to w Manifeście Komunistycznym padło stwierdzenie, iż „widmo krąży nad Europą”, rzeczywiście nawiedza ono
nie tylko Europę ale i cały świat. Nie jest to jednak wyłącznie widmo komunizmu lecz wielu rozbieżnych systemów ekonomiczno-społecznych, zmagania których wielokrotnie wstrząsały ludzkością. Według powszechnej opinii, historia ta już się zakończyła – socjalizm i komunizm pokonane zostały przez kapitalizm, tryumfalnie panujący dziś na całym świecie. Bynajmniej nie jest to prawdą. Jak słusznie zauważył Jan Paweł II w encyklice Annus Centesimus, wybór ludzkości nie może ograniczać się do kapitalizmu i zdyskredytowanego już socjalizmu. Z tego też względu, katolicy winni zainteresować się dystrybutyzmem – systemem ekonomicznym, którego orędownikami były najtęższe umysły Kościoła pierwszej połowy XX wieku – G. K. Chesterton’a, Hilaire Belloc’a, ojca Vincent McNabb’a i wielu innych. Lecz czym właściwie jest dystrybutyzm i dlaczego miałby on bardziej przystawać do katolickiego spojrzenia na świat niż kapitalizm?
Pragnąc odpowiedzieć na to pytanie, określić należy wpierw pojęcie kapitalizmu. Myśląc o nim, ludzie mają wiele skojarzeń – dobrych lub złych – w zależności od własnych przekonań, nigdy jednak wyraźnie go nie definiują. Aby to uczynić, warto zacząć od wskazania czym kapitalizm nie jest. Kapitalizm nie oznacza własności prywatnej, nawet prywatnej własności środków produkcji – ponieważ taki system wielokrotnie występował w ekonomicznych dziejach ludzkości, kapitalizm
zaś nastał w Europie pod koniec Średniowiecza. Udaną definicję pozytywną, odpowiadającą realiom historycznym, przedstawił Pius XI w encyklice Quadragesimo Anno, charakteryzując kapitalizm jako „system ekonomiczny w którym niezbędne do realizacji produkcji kapitał i praca
dostarczane są osobno przez różnych ludzi.” Inaczej mówiąc, w kapitalizmie ludzie pracują zazwyczaj dla kogoś innego – kapitalisty, który opłaca pracę robotników, koszt materiałów i ich przetworzenia, zatrzymując w zamian wszelkie profity z prowadzonej działalności.
Oczywiście, samo posiadanie fabryki lub farmy i zatrudnianie w nich osób w zamian za płacę umożliwiającą im egzystencję nie jest niczym niesprawiedliwym. Niemniej, skutki kapitalizmu pozostają nad wyraz ujemne i dlatego właśnie Kościół dąży do pobudzenia przemian, które
wyeliminowałyby kapitalizm lub przynajmniej ograniczyły zakres jego oddziaływania. Dla wyjaśnienia tej postawy, rozważyć należy cel aktywności ekonomicznej – czemu Bóg dał człowiekowi możność i potrzebę produkowania i używania dóbr? Z punktu widzenia Kościoła, odpowiedź na to pytanie jest prosta – potrzebujemy dóbr, by wieść w pełni ludzkie życie. Z tego też względu, aktywność gospodarcza służyć winna zaspakajaniu potrzeb ludzkości a wszystkie kwestie ekonomiczne podporządkowane być muszą sprawiedliwej realizacji tego celu.
W chwili obecnej, gdy własność i praca pozostają rozdzielone, istnieje klasa ludzi – kapitalistów, którzy nie uczestniczą osobiście w procesie produkcji. Np. akcjonariusze – nie interesują się w ogóle posiadanymi przedsiębiorstwami dopóty rośnie wartość ich akcji i wypłacana jest satysfakcjonująca dywidenda. Na giełdach papierów wartościowych, akcje wciąż zmieniają właścicieli – tak, że rozmaite osoby i podmioty pozostają właścicielami przedsiębiorstw zaledwie
przez dni, godzin czy nawet minut, odsprzedając akcje dalej a samemu nabywając inne. W ten sposób kapitaliści uważają gospodarkę za mechanizm dzięki któremu spekulując pieniędzmi, akcjami, obligacjami, kontraktami i innymi surogatami rzeczywistej wartości, pragną osiągnąć
bogactwo zamiast służyć społeczeństwu poprzez produkcję niezbędnych dóbr i usług. W rezultacie, kapitaliści zbijają fortuny przez wrogie przejęcia, fuzje, zamykanie fabryk itd., innymi słowy przez
nadużywanie posiadanej własności, nie zaś przez zaangażowanie w aktywność gospodarczą – aby tylko wzbogacić bez względu na skutek dla konsumentów i robotników.
Popierając prawo prywatnej własności, Kościół kierował się zupełnie inną logiką, niż ta przyświecająca kapitalizmowi. Przykładowo, spójrzmy na cytat z encykliki Leona XIII, Novarum Rerum (1891): „rośnie bowiem w człowieku ochota do pracy i pilności, jeśli wie, że na swoim pracuje; wnet przywiązuje się człowiek serdecznie do ziemi, którą pracą rąk własnych uprawia, spodziewając się od niej nie tylko środków do utrzymania życia potrzebnych, ale jeszcze pewnego dostatku dla siebie i dla swoich.” W kapitalizmie zaś, papiery wartościowe przynoszą właścicielom łatwy zysk z pracy cudzych rąk. Dlatego też, poczynione przez Kościół usprawiedliwienie własności prywatnej rozumieć należy wąsko – do własności związanej z pracą. Jak twierdził Leon XIII „prawo przede wszystkim powinno faworyzować własność i jego stosowanie powinno prowadzić do uwłaszczenia jak najszerszej rzeszy ludzi” (Rerum Novarum) a nauczanie to zostało powtórzone przez Piusa XI w Quadragesimo Anno, przez Jana XXII w Mater et Magistra i Jana
Pawła II w Laborem Exercens – jeżeli „tak wielu ludzi jak tylko to możliwe zostanie właścicielami”, to fatalny rozdział pracy od własności zostanie jeżeli nie usunięta, to przynajmniej ograniczony w
zasięgu i wpływie. Nie będzie to już dłużej znamię systemu ekonomicznego, nawet jeżeli utrzyma się w jakimś stopniu.
W ten sposób dochodzimy do dystrybutyzmu – ponieważ dystrybutyzm nie jest niczym innym, jak systemem ekonomicznym w którym własność prywatna jest należycie rozpowszechniona, w którym „tak wielu ludzi, jak tylko to możliwe” pozostaje faktycznymi właścicielami. Najszczersza wykładania dystrybutyzmu zawarta została w pracy Hilaire Belloc’a, Przywrócenie Własności (1936). Dystrybutyści utrzymują, że w kapitalizmie, własność, a w szczególności własność środków produkcji pozostaje zastrzeżona wyłącznie dla bogatych, co daje im wpływy i władzę wykraczającą poza to, co im się winno należeć. W kapitalizmie istnieje wprawdzie teoretyczne prawo do posiadania własności przez każdego, lecz w rzeczywistości pozostaje ona wyłączną domeną bogatych. W dalszej konsekwencji tego spostrzeżenia, dystrybutyzm wprowadza limity kumulowania majątku. Jakkolwiek może brzmieć to jak postulat wyjęty z myśli socjalistycznej, przypomnieć należy spostrzeżenie G.K. Chestertona (What’s wrong with the world) – „instytucja własności prywatnej nie oznacza prawa do posiadania nieograniczonego majątku, tak jak instytucja małżeństwa nie daje prawo do nieograniczonej liczby żon.”
W średniowieczu instytucje stanowiące kwintesencję myśli katolickiej – cechy, często ograniczały rozmiar własności jaką posiadać mógł każdy rzemieślnik, w celu uniemożliwienia mu nadmiernego poszerzenia prowadzonej działalności i wyrugowania konkurencji. Jeżeli bowiem własność prywatna ma przeznaczenie i cel, jak utrzymywali Arystoteles i św. Tomasz, należy przyzwalać ludziom na zarabianie przez służenie działalnością społeczeństwu – tak by mogli zapewnić przyzwoite życie rodzinie. Ale zarobki te winny wystarczać na utrzymanie jednej rodziny, nie dwóch lub trzech. Skoro zaś działalność gospodarcza służyć ma zaspokojeniu potrzeb rodziny, to jakim prawem niektórzy dążą do poszerzenia jej w sposób utrudniający prowadzenie działalności
innym osobom, również utrzymującym z niej swoje rodziny? W średniowieczu, rzemieślnicy nie postrzegali się nawzajem jako konkurencja, lecz jako bracia zaangażowani wspólnie w pracę na rzecz dostarczania społeczeństwu dóbr i usług. Jako bracia, łączyli się oni w cechy, wspólnie opłacające księży w razie śmierci któregoś z nich, wspierające wdowy i sieroty oraz troszczące się o słabszych.
Czy ktokolwiek ma wątpliwości, iż koncepcja ta bliższa jest zasadom wiary katolickiej niż kapitalistyczny wilczy rynek?
]]>Niech będzie pochwalony Jezus Chrystus i Maryja zawsze Dziewica. Witam wszystkich Słuchaczy w Polsce i na świecie. Ktoś kiedyś powiedział: „Jedynie prawda jest ciekawa”. Ktoś starał się zdefiniować prawdę i napisał: „Prawda ma w sobie coś wielkiego. Można nią manipulować, okrawać i ukrywać, poddawać ostrej krytyce i szkalować, ale nie można jej zabić, bo pewnego dnia przedrze się przez mroki i wyjdzie na jaw. Nawet, jeśli jej szaty będą poszarpane walce, twarz pozostanie piękna”. Bywają okresy, kiedy prawda jest ukrywana przez państwo, kiedy chce się ją całkiem zniweczyć. Jednak ona i tak w końcu wyjrzy na światło dzienne. Również w życiu prywatnym i zawodowym jesteśmy ciągle oszukiwani. „Łgarstwem i oszustwem stoi świat”- mówi stare przysłowie. Nigdy jednak nie powinno nam zabraknąć cierpliwości w oczekiwaniu godziny prawdy. „Prawda czasami upada, ale pomimo to trwa”- brzmiał napis na drzwiach patrycjuszy. Godne uwagi jest również stare przysłowie: „Prawda musi mieć twardą czaszkę, bo wytrzymuje to ciągłe stawanie jej na głowie”. Chciałbym dzisiaj powiedzieć cos na temat człowieka, który poznał pewną idee i stwierdził, iż każdy człowiek powinien ją poznać.
Chodzi o Luisa Evena. Do jego rąk dostała się broszura „Od długu do dobrobytu”. Było to podsumowanie polityki monetarnej Clifforda Douglasa, szkockiego ekonomisty i inżyniera. Douglas opublikował tę doktrynę w 1918 roku i nazwał ją „Kredytem Społecznym”. Even został natychmiast podbity przez książkę Larkina. „Tutaj jest światło oświecające moją drogę”- powiedział. Rozpoznał tu zasady, które wprowadzone w życie stworzyłyby doskonały system monetarny, system finansowy wystarczająco elastyczny, aby odpowiedzieć na wszystkie sytuacje ekonomiczne dopasowujące się do faktów ekonomicznych zamiast je naruszać lub zaprzeczać im. Doktryna ta całkowicie akceptowała wolność wyboru jednostki, wiernie służyła produkcji i konsumpcji, odpowiadająca na wymagania sektora ekonomicznego jak również społecznego. Swoje życie poświęcił na propagowanie idei kredytu społecznego. Dzisiaj w Polsce ukazała się jego książka
„Globalne oszustwo i drogi wyjścia” nakładem wydawnictwa Michael.
Można ją zamawiać w tym właśnie wydawnictwie.
Adres: Wydawnictwo Michael
ul. Komuny Paryskiej 45/3a
50 450 Wrocław
tel: 071-343-67-50
Chciałbym przybliżyć Państwu tę pozycję. Przedstawię najpierw słowa ze wstępu książki autorstwa ks. bp Edwarda Frankowskiego: „Seria wydawnicza o doktrynie Kredytu Społecznego spotyka się z tym większym zainteresowaniem, im bardziej zaciemnia się scena ekonomiczna i polityczna w naszej Ojczyźnie. Na ruiny po komunizmie, obsiadłe przez ludzi starego systemu nakłada się równie niszcząca fala zachodniego postmodernizmu, dzikiego liberalizmu i gangsterstwa politycznego osób, które niegodziwymi metodami zażarcie walczą o władzę i o pieniądze tylko dla siebie, a nie dla narodu. Państwo jest coraz bardziej spychane, a wysuwa się władza międzynarodowego pieniądza. Następuje ciągłe zrzekanie się władzy na rzecz rynku. Wydaje się, że takie zagrożenia dostrzegł Ojciec Święty w Sosnowcu dnia 14 czerwca 1999 roku, gdy powiedział: „W imię praw rynku zapomina się o prawach człowieka. Jest tak na przykład, gdy rachunek ekonomiczny usprawiedliwia stratę pracy kogoś, kto wraz z nią traci wszelkie perspektywy na utrzymanie siebie i rodziny.
Dzieje się tak również wtedy, gdy dla zwiększenia produkcji odmawia się pracownikowi prawa do odpoczynku i do troski o rodzinę, do wolności w podejmowaniu decyzji o kształcie własnej codzienności. Jest tak zawsze, gdy wartość pracy jest określana nie przez wysiłek człowieka, lecz przez cenę produktu, co powoduje, że wynagrodzenie nie odpowiada trudowi”. Trzeba promować rozwój lepszego świata przez wprowadzenie w życie społeczeństwa zasad chrześcijaństwa szczególnie w dziedzinie ekonomii. Pieniądze to nie jedyny, ale najpilniejszy problem do rozwiązania, bo inne problemy rozbijają się o pieniądze. Bankierzy, którzy mają władzę kreowania pieniędzy, stróże i kierownicy kapitału finansowego władają kredytem i rozdzielają go według własnej woli. Chcą doprowadzić do tego, abyśmy przez pół roku żyli na kredyt, a pół roku pracowali na podatki. Władza pieniądza, czyli siła międzynarodowej finansjery, leży w ignorancji ludzi. Finansjera straci swoją władzę jedynie wtedy, gdy ludzie poznają jej oszustwo. Państwo wtedy będzie mocne, gdy mocne będzie całe społeczeństwo. Z silnego społeczeństwa może wyłonić się silne państwo. Siła polityczna rodzi się z sił społecznych. Toteż wprowadzić ducha chrześcijańskiego do polityki to najważniejsza i najpilniejsza misja dziejowa Polski. Reformę ekonomiczną będzie można wprowadzić szczególnie przez zastosowanie ekonomii Kredytu Społecznego, który jest zgodny z katolicką nauką społeczną. Toteż wydaje się, że propozycje koncepcji Kredytu Społecznego są godne uwagi nie tylko najwyższych autorytetów ekonomicznych i politycznych, ale godne są również poparcia najszerszych rzesz społecznych dla wprowadzenia tych zasad w nasze życie ekonomiczne i polityczne. Pozwolą nam zrozumieć i wyjaśnić w dużym stopniu sytuację, w jakiej znaleźliśmy się obecnie i dadzą sposoby rozwiązań zgodnych z katolicką nauką społeczną. Wyrażam uznanie i podziękowanie redakcji wydawnictwa Michael oraz autorom książek z serii wokół doktryny Kredytu Społecznego zwłaszcza, iż mają nie tylko walor naukowy, ale także popularyzatorski.
Taką jest niniejsza praca Luisa Evena „Globalne oszustwo i drogi wyjścia”. Wszystkim z serca błogosławię” – ks. Bp Edward Frankowski. Zwróćmy uwagę na słowa ks. bp. Frankowskiego, jakie znalazły się w przedmowie książki. Po pierwsze. „Bankierzy, którzy mają władzę kreowania pieniędzy, stróże władają kredytem i rozdzielają go według własnej woli. Finansjera straci swoją siłę jedynie wtedy, gdy ludzie poznają jej oszustwo”. Właśnie, na czym polega to oszustwo? Jego historia jest dosyć odległa. Jest to historia przejęcia kontroli nad emisją pieniądza przez prywatne osoby. Założony w 1692 roku przez Williama Pattersona Bank of England był pierwszą prywatną instytucją, której zadaniem było emitowanie pieniędzy dla całego narodu. Rząd usankcjonował bank będący własnością prywatną, który mógł kreować pieniądze z niczego. To był początek pierwszego, światowego, nowoczesnego, prywatnie posiadanego banku centralnego, banku Anglii. Chociaż oszukańczo nazwano go bankiem Anglii, żeby zwyczajna ludność myślała, że jest on częścią rządu. Ale w rzeczywistości on nią nie był. Tak więc legalizacja banku Anglii była niczym innym jak tylko zalegalizowaniem fałszerstwa narodowej waluty dla prywatnej korzyści. Niestety, dzisiaj prawie każde państwo posiada prywatnie kontrolowany bank centralny wzorowany na Banku Anglii jako podstawowym modelu. Krytycy naszego obecnego systemu monetarnego uważają rok 1692 za koniec okresu władzy sprawowanej przez rządy, a początkiem epoki władzy bankierów, którzy nie są wybierani przez ogół społeczeństwa i bardzo często nie są mu zupełnie znani. W historii znaleźli się nieliczni ludzie, którzy próbowali się przeciwstawić sile międzynarodowych bankierów i którzy zrozumieli, kto w rzeczywistości pociąga za sznurki. Jednym z nich był amerykański prezydent Abraham Lincoln. Wyemitował on swoją własną walutę zwaną zielone dolary.
Oto jak Lincoln wyjaśnił swoją decyzję w związku ze sprawami monetarnymi: „Rząd powinien kreować, emitować i puszczać w obieg całą walutę i kredyt potrzebny do usatysfakcjonowania wydatków rządu i siły nabywczej konsumentów. Przywilej kreowania i emitowania pieniędzy jest nie tylko nadrzędnym prawem rządu, ale jest najwspanialszą kreatywną działalnością rządu. Podatnicy zaoszczędzą ogromne sumy procentów, finansowanie wszystkich publicznych przedsięwzięć i prowadzenie skarbca stanie się zadaniem administracji. Pieniądze przestaną być panem, a staną się służącymi ludzkości”. W międzyczasie w Anglii nieprawdopodobny artykuł wydawcy „London Times” wyjaśnił stanowisko Anglii, co do zielonych banknotów Lincolna: „Jeżeli ta szkodliwa polityka finansowa, kreowania pieniądza wolnego od długu, która powstała w Ameryce Północnej, wzmocni się jako fakt dokonany, wówczas rząd zaopatrzy się w swoje własne pieniądze bez kosztów, spłaci swoje długi i będzie bez długów. Będzie miał wszystkie pieniądze niezbędne do utrzymania się. Stanie się prosperującym bez precedensu w historii świata. Mózgi i bogactwo całego świata przybędą do Ameryki Północnej. Ten kraj musi być zniszczony, inaczej zniszczy on każdą monarchię na kuli ziemskiej”. W końcu bankierzy zdławili znaczenie zielonych dolarów Lincolna a on sam zginął w zamachu 41 dni po wyborze na drugą kadencję prezydencką w 1865 roku. 70 lat później, w 1934 roku lord Mc Gill, popularny i szanowany polityk i prawnik kanadyjski uzyskał dowody usunięte z akt publicznych, wykazujących, że zamachowiec został wynajęty przez międzynarodowych bankierów. W artykule z „Vancouver Sun” z 2.5.1934 roku czytamy: „Abraham Lincoln zginął w zamachu poprzez machinację grupy przedstawicieli międzynarodowych bankierów, którzy obawiali się ambicji prezydenta Stanów Zjednoczonych dotyczących kredytu narodowego. Tylko jedna grupa na świecie miała w tamtym czasie jakikolwiek powód, aby pragnąć śmierci Lincolna. Byli to ludzie przeciwni jego programowi emitowania waluty narodowej, którzy występowali przeciw niemu w czasie wojny domowej i przeciwko jego polityce zielonych dolarów”.
W 1881 roku Amerykanie wybrali na prezydenta republikanina Jamesa Garfielda. Garfield rozumiał jak była manipulowana ekonomia. Jako kongresman przewodniczył komisji wydatków i był członkiem komisji bankowości i waluty. Po inauguracji publicznie zaatakował handlarzy pieniędzmi w 1881 roku. „Ktokolwiek kontroluje ilość pieniędzy w jakimkolwiek kraju jest absolutnym władcą przemysłu i handlu. Kiedy zdacie sobie sprawę, że cały system jest bardzo łatwo kontrolowany, w taki lub inny sposób przez kilku wpływowych ludzi na samej górze nie trzeba będzie wam tłumaczyć, gdzie biorą swój początek inflacje i depresje”. Garfield rozumiał. Po kilku tygodniach od tego oświadczenia 2 lipca 1881 roku prezydent Garfield został zamordowany. Podobny los spotkał prezydenta Johna Kennedy’ego, który również wyemitował dolary należące do społeczeństwa, a nie do Banku Rezerwy Federalnej. Umieścił na nich napis: „Banknoty Stanów Zjednoczonych” zamiast dotychczasowego „Banknoty Rezerwy Federalnej”. Następnego dnia po zamachu na Kennedy’ego wszystkie przez niego wyemitowane banknoty zostały wycofane z obiegu i zniszczone. W 1913 roku w wyniku podstępu powstał w końcu w USA prywatny bank centralny, który istnieje do dziś. Nazywa się Rezerwą Federalną. Bank ten stał się potęgą, jakiej nie znał dotychczas świat. Ma on prawo drukowania pieniędzy i kształtowania stóp procentowych. Wśród założycieli i tego banku znaleźli się:
1) Jacob Schiff 2) Kuhn 3) Loeb 4) Paul Warburg 5) Max Warburg 6) Rockefeller 7) Morganowie W rękach kilku ludzi zalazła się całkowita kontrola nad dostawą amerykańskich pieniędzy narodowych.
Bank ten jest w wielkim stopniu niezależny od kontroli politycznej. Podobnie działają dziś banki w innych krajach. W 1930 roku został utworzony w Bazylei Centralny Bank Światowy, który otrzymał oficjalną nazwę Banku Rozrachunków Międzynarodowych. Bank ten zajmuje teraz nowy, osiemnastopiętrowy, kolisty wieżowiec, znany jako wieża Bazylei. Budynek jest całkowicie samowystarczalny, za własnym schronem antynuklearnym, potrójnym systemem gaszenia pożaru, prywatnym szpitalem i dwudziestoma milami podziemnych archiwów. W 1945 w Bretton Woods, w stanie New Hamshire zostały zatwierdzone z pełnym udziałem USA Międzynarodowy Fundusz Walutowy I Bank Światowy. Stanowią one wraz z Bankiem Rozliczeń Międzynarodowych dzisiejszy Centralny Bank Światowy. Zobaczcie Państwo, jakie statusy otrzymały te międzynarodowe banki. Międzynarodowy Fundusz Walutowy nie będzie podlegał postępowaniu sądowemu. Jego nieruchomości i majątek, gdziekolwiek zlokalizowany, nie będą podlegały rewizji, rekwirowaniu, konfiskacie, wywłaszczeniu czy jakiejkolwiek innej formie zajęcia przez działania organów wykonawczych lub ustawodawczych. Urzędnicy i personel nie będą podlegali procesom sądowym. Żadnego rodzaju podatki nie będą pobierane. Podobne umowy dotyczą Banku Światowego i Banku Rozliczeń Międzynarodowych. Tak więc banki te stoją poza jakąkolwiek kontrolą, a jej pracownicy posiadają całkowity immunitet. 10 razy w roku dyrektorzy Banku Anglii, Rezerwy Federalnej USA, Banku Japonii, Narodowego Banku Szwajcarii, niemieckiego Bundesbanku i innych banków centralnych spotykają się, aby koordynować i starać się kontrolować całą działalność monetarną w uprzemysłowionym świecie, wprowadzając globalną strategię ekonomiczną, niezależnie od swoich rządów krajowych.
Dawniej pytanie o własność było ważne. Chodzi tu o własność prywatną banku. Dziś jest znacznie mniej ważne. Zarówno Bank Anglii, jaki i Bank Francji zostały znacjonalizowane po drugiej wojnie światowe i nic się nie zmieniło. Nowe prawa zostały uważnie ustanowione przez bankierów, żeby zapewnić ich nieprzerwaną kontrolę. Wybitny poeta amerykański, znawca i zwolennik Kredytu Społecznego, Ezra Pound, poznał Clifforda Douglasa w Europie. Podobnie jak Doudlas Pound uważał, że emisja pieniądza jest wyłącznym przywilejem suwerennej władzy politycznej. Pound uważał, że w roku 1692, roku powstania pierwszego prywatnego banku centralnego, Banku Anglii, rozpoczął się wiek lichwy. Jedynymi podkreślonymi strofami w jego poemacie jest cytat z listu twórcy Banku Anglii, Pattersona do potencjalnych inwestorów: „Ta korzyść z procentu na wszystkim pieniądze, które bank tworzy z niczego”. Fakt, że banki emisyjne tworzą pieniądze z niczego i zmuszają krajowych płatników podatków do ponoszenia kosztów za korzystanie z tych pieniędzy, pozostaje głównym powodem narzekań wszystkich głównych współczesnych krytyków systemów bankowości. Pound, tak jak i Kredyt Społeczny, uważał, że przyczyna potęgi bankierów tkwi w lichwie, którą uważał za chorobę cywilizacji. Lichwa jest bowiem legalną kradzieżą i hamuje właściwy przepływ pieniądza i towarów w państwie. Jest rakiem ekonomii. Pound był chyba jedynym poetą, który pisał wiersze na temat lichwy. Jego pieśni dotyczyły wpływu wypożyczania pieniędzy na duży procent na degenerację społeczeństw, tragedię ludzi i zepsucie moralności i sztuki. Lichwa stała się środkiem kontrolowania narodów. Co to jest lichwa i na czym polega jej oszustwo? Lichwa to odsetki, to procent pobierany od pożyczonych pieniędzy. Otóż banki żądają, aby płacić im odsetki od pożyczonych pieniędzy obywatelom i rządom. Jednak nigdy nie stworzyły one pieniędzy reprezentujących odsetki i nigdy ich nie stworzą. Dlatego niemożliwe jest spłacenie długów, bowiem odsetki możemy jedynie spłacić, pożyczając następne pieniądze, które znowu są oprocentowane. Arystoteles określał pożyczanie pieniędzy na procent jako najgorsze ze zwyrodnień w obrocie pieniądzem. Kościół Katolicki, powołując się na prawo mojżeszowe i słowa Ewangelii, od najdawniejszych czasów potępiał pobierania procentów od kapitału. W taki bowiem sposób powstaje dzisiaj zadłużania prawie wszystkich krajów świata. Pożyczają one kapitał, ale muszą spłacać oprócz kapitału odsetki, i jeszcze później odsetki od odsetek. Na przykład długi zagraniczne są najpoważniejszym problemem dla Ameryki Łacińskiej i wynoszą 750 miliardów 855 milionów dolarów. Jednakże kraje tego regionu znajdują się w błędnym kole. Oto w roku 1999 spłacono 149 miliardów dolarów, ta suma obejmuje też odsetki, ale cały dług wzrósł o 13 miliardów w porównaniu z rokiem 1998, czyli rokiem poprzednim. Taka sytuacja dotyczy wszystkich innych państw znajdujących się w pułapce długów. Jest to największe oszustwo wszechczasów. A więc jedno oszustwo to lichwa, a drugie to tworzenie pieniędzy z niczego. Na czym ono polega? Otóż Banki mają prawo emisji na przykład w USA czterdzieści razy więcej pieniędzy niż posiadają rezerw. W książce „Potęga liczb” Napisanej przez profesora matematyki z Kalifornii, jeden z rozdziałów nosi tytuł „Robienie pieniędzy z niczego”.
Wyjaśnia on na prostym przykładzie ten mechanizm fałszerstwa. Jakie są drogi wyjścia, w jakiej znalazły się niemalże wszystkie kraje świata? Jedną możliwością jest właśnie Kredyt Społeczny do którego wstęp stanowi książka Ivena „Globalne oszustwo i drogi wyjścia”. Kredyt Społeczny to filozofia. Jest on oparty na filozofii chrześcijańskiej, a jego celem jest budowa prawdziwie katolickiego ustroju społecznego, ustroju zabezpieczającego godne życie doczesne ludziom na ziemi. Profesor Greguar, wielki kanadyjski uczony, powiedział w 1946 roku: „Raptowna ekspansja Kredytu Społecznego w prowincji Quebek w ciągu kilku ostatnich lat może wielu zadziwić. Jak prowincja katolicka, w publikacjach zbyt często przedstawiana jako rządzona przez księży może chętnie przyjmować doktrynę pochodzącą od szkockiego inżyniera? Jak ludzie, zapełniający co niedzielę swoje kościoły, gdzie przypomina im się aspekt przemijalności ziemskiej, mogą z taką gotowością pragnąć poprawienia stanu gospodarczego swojej prowincji i swojego kraju? Jak ludzie wychowani w szacunku dla ustanowionej władzy mogą z takim entuzjazmem poszukiwać funkcjonalnej formy demokracji, w której obywatele dyktowaliby politykę? Takie pytania dowodzą niezrozumienia filozofii katolickiej albo filozofii Kredytu Społecznego.
Mieszkańcy Quebeku są zapewne ludem myślącym w sposób religijny. Zapewne pozaziemskiemu życiu przypisują większą wagę niż życiu doczesnemu. Jednak wiedzą oni dobrze, jak to wyraził Papież Pius XI, że ci, którzy mają kontrolę nad pieniądzem i kredytem uczynili życie ciężkim, strasznym i okrutnym i że takie warunki ekonomiczne utrudniają coraz większej liczbie ludzi wykonywanie owej ważnej pracy na rzecz wiecznego zbawienia. Ludność Quebeku, wraz ze św. Tomaszem z Akwinu, uważa, że minimum dóbr ziemskich, a więc tyle ile potrzeba, aby wieść godne życie może pomóc w praktykowaniu cnót”. Przeciwnicy Kredytu Społecznego stawiali mu wiele zarzutów. Twierdzili, że to socjalizm, że to utopia niemożliwa do zrealizowania. Wszystko po to, aby zagłuszyć nawet informację na temat tego, że taki system istnieje. W 1933 roku Rada Biskupów prowincji Quebek wyznaczyła 9 teologów, aby zbadali Kredyt Społeczny i opinię czy jest on skażony socjalizmem bądź komunizmem potępionymi przez Kościół katolicki. Po wnikliwym zbadaniu problemu teologowie ustanowili, że Kredytu Społecznego nie skaziły ani komunizm ani socjalizm i że warto się mu bliżej przyjrzeć. Jak pisze ksiądz Auril Levec w książeczce „Kredyt Społeczny a katolicyzm” Kościół potępił zarówno kapitalizm liberalny jak i komunizm marksistowski. Godny uwagi jest fakt, że Kościół nie potępił kapitalizmu jako takiego, ale pewną jego formę. Kościół potrafi w systemie kapitalistycznym odróżnić system produkcyjny od towarzyszącego mu zgubnego systemu finansowego. W dzisiejszym systemie nie ma równości między cenami oferowanych produktów a środkami płatniczymi w rękach konsumentów. Dlatego towary zalegają półki sklepów, a ludzie nie są w stanie ich kupić, bo nie mają pieniędzy. W systemie Kredytu Społecznego pierwsza zasada Douglasa mówi, że „środki zakupu w rękach ludności danego kraju powinny być stale równe sumie cen na dobra konsumpcyjne wystawione w tym kraju na sprzedaż”. Co to znaczy? To znaczy, że cała produkcja kraju wystawiona na sprzedaż powinna zostać sprzedana konsumentom.
Produkcja jest po to, aby ją sprzedać. Aby ją sprzedać, ludzie muszą mieć tyle pieniędzy ile wynosi suma cen wszystkich produktów i usług wystawionych na sprzedaż. Ludzie muszą więc skądś otrzymać te pieniądze. W systemie Kredytu Społecznego istnieją mechanizmy pozwalające osiągnąć tę równowagę pomiędzy ilością pieniędzy w kieszeniach konsumentów a cenami towarów. Jeden z mechanizmów dotyczy regulacji cen a nie ich wyznaczaniu. Drugi mechanizm przedstawił Douglas w swojej trzeciej zasadzie. Jest to tak zwana dywidenda, czyli dochód dla każdego. Ktoś powiedział, że Kredyt społeczny to dywidenda. Jest to uproszczenie, bo jak widzimy Kredyt Społeczny jest całościową, kompletną filozofią, która zajmuje się wszystkimi aspektami życia ekonomicznego, a poprzez to całego naszego życia. Ten nowy system nie może być oczywiście wprowadzony w życie bez naprawy obyczajów. Z kolei jego wprowadzenie przyczyni się do jego naprawy. Przyczyni się do rozwoju cywilizacji chrześcijańskiej. Jak powiedział papież Pius XII.: „Kredyt społeczny stworzyłby w świecie klimat, który sprzyjałby rozkwitowi cywilizacji chrześcijańskiej”. Druga zasada Douglasa mówi o finansowaniu produkcji. „Kredyty potrzebne do sfinansowania produkcji nie powinny pochodzić z oszczędności, ale z nowych kredytów na nową produkcję”. Oszczędności pochodzą z już wykonanej produkcji i zostały wliczone w cenę kosztów już wykonanej produkcji. Pieniądze pochodzące z już wykonanej produkcji powinny być zużyte na konsumpcję lub oszczędności, a nie nową produkcję lub przyszłą obsługę działalności budżetowej państwa. Oczywiście w Kredycie Społecznym nie ma zakazu zużywania oszczędności na nową produkcję, ale gdy to nastąpi, gdy oszczędności zostaną zainwestowane w nową produkcję, w systemie działają mechanizmy pozwalające cały czas zachować równowagę między siłą nabywczą w rękach konsumentów a sumą cen towarów. W obecnym systemie takiego wyrównania nie ma. Konsekwencją drugiej zasady Douglasa jest wyeliminowanie w systemie Kredytu Społecznego podatku dochodowego. Podatek tren nie jest logiczny, ponieważ są to pieniądz z już wykonanej produkcji. Powinny one zostać zużyte na konsumpcję lub na oszczędności, a nie na nową produkcję. Wreszcie trzecia zasada Douglasa mówi o dywidendzie narodowej. „Rozdział środków zakupu między jednostki, powinien stopniowo, coraz mniej zależeć od zatrudnienia. Znaczy to, że dywidenda powinna stopniowo zastępować płace i pensje. Douglas zastanawiał się nad przyszłością systemu ekonomicznego i nad dystrybucją środków zakupu. Przewidywał kurczenie się rynku pracy, która stanowi główne źródło dochodów większości ludzi. Doszedł do wniosku, że pracy będzie coraz mniej, co będzie wynikiem postępu technologicznego. Ponieważ cyrkulacja pieniądza stanowi krwiobieg każdego systemu ekonomicznego, więc brak pieniądza powoduje zahamowanie tego krwiobiegu.
Pieniądz według Kredytu Społecznego na sfinansowanie produkcji lub konsumpcji powinien pojawiać się wtedy, gdy go potrzebujemy. Nie można tolerować sytuacji braku pieniądza, kiedy jest on tylko sprawą cyfr. Pieniądz jest też w obecnym systemie środkiem, z którego w większości przypadków przeżycie nie jest możliwe. Tak więc Douglas stwierdził, że jedynym rozwiązaniem braku pieniądza będzie stały dochód wypłacany co miesiąc każdemu mieszkańcowi kraju, niezależnie od tego czy pracuje czy nie. Dochód ten będzie wypłacany od urodzenia do śmierci. Jego wielkość ma zapewnić podstawowe potrzeby wyżywienia, ubrania i mieszkania, do których prawo ma każdy człowiek żyjący na ziemi. Wielkość dywidendy może być ustalana różnie. Może ona zależeć od wielkości produktu krajowego. Douglas ocenił, że z początku na dywidendy dla wszystkich można by przeznaczyć ogólną sumę wynoszącą jeden procent wszystkich aktywów kraju przeliczonych na pieniądze. Dywidenda nie jest jakimś pieniądzem rozdawanym ludziom za darmo, jak to zarzucają przeciwnicy Kredytu Społecznego. Należy się ona każdemu, ponieważ stanowi dochód pochodzący z eksploatacji bogactw naturalnych, które zostały stworzone przez Boga dla wszystkich.
Dlatego każdy z ludzi żyjących na ziemi ma prawo do dochodów z tych bogactw. Ponadto do wszystkich należą wynalazki i technologie opracowane przez wszystkie pokolenia i przekazane pokoleniom następnym. Stanowią one dzisiaj najważniejszy czynnik produkcji. Postęp pokoleń należy do wszystkich i wszyscy mają prawo do dochodów z tego postępu. Bogactwa naturalne i postęp naukowo-techniczny stanowią podstawę dywidendy, czyli dochodu, jaki się nam wszystkim z tego powodu należy. Douglas stworzył system spójnych i logicznych zasad ekonomicznych, które zastosowane w naszym życiu ekonomicznym wprowadziłyby zasady katolickiej nauki społecznej i zrealizowały zasady bezpieczeństwa ekonomicznego dla każdego mieszkańca kraju. Konsekwencje tych trzech zasad Douglasa są wyraźne. Kredyt społeczny likwiduje lichwę, likwiduje dług publiczny, który w tym systemie nie istnieje, likwiduje inflację i podatki. Nie ma w nim problemu równowagi budżetu państwowego. W tym systemie dług narodowy może istnieć tylko w odniesieniu do zagranicy, gdy z zagranicy otrzymało się w postaci rzeczy realnych, wyrobów rzemieślniczych, materiałów więcej, niż się tam w postaci rzeczy realnych wywiozło.
W systemie tym wszystko to, co jest możliwe fizycznie do wykonania, a jest uznane za potrzebne społeczeństwu, jest możliwe do wykonania finansowo. Finanse w tym systemie służą, a nie decydują. Zostaje przerwana dyktatura finansów. W systemie finansowym Kredytu Społecznego system bankowy mógłby działać nadal tak samo jak dzisiaj jako mechanizm, ale duch tego działania byłby całkowicie inny. Istniałyby nadal w tym systemie banki prywatne. Bankier pożyczałby kredyt społeczeństwa, Kredyt Społeczny. A więc już nigdy więcej nie pożyczałby kredytu stworzonego przez siebie, jak to się dzieje dzisiaj. Pożyczałby kredyt, który otrzymywałby z Banku Centralnego będącego stróżem kredytu społeczeństwa. Zamiast być twórcą kredytu finansowego opartego na rzeczy, która należy do społeczeństwa, bank byłby jedynie kanałem służącym do przepływu tego kredytu. W tym tkwi ta ogromna różnica między obecnym systemem a systemem kredytu społecznego. Wraz ze sprowadzeniem Kredytu Społecznego do prawodawstwa kraju, rząd kontrolowałby swój system monetarny emitując pieniądze wolne od odsetek, zgodnie z produkcją wykonywaną w kraju. Każdy obywatel otrzymywałby dochód od nowo utworzonych pieniędzy w celu kupienia produkcji wykonywanej automatycznie. Ludzie ponownie otrzymaliby zabezpieczenie finansowe i nie potrzebowaliby się martwić utratą pracy, domów, gospodarstw rolnych i biznesu. Przeciwnicy Kredytu Społecznego piszą, że jest to utopia lub fantastyka ekonomiczna. Tak nie jest. Okazuje się bowiem, że Kredyt Społeczny po wprowadzenie w życie daje znacznie lepsze wyniki gospodarcze niż jakikolwiek obecny system ekonomiczny. W Kanadzie, na uniwersytecie w Ottawie w 1993 roku została obroniona praca na temat Kredytu Społecznego napisana przez Diana Busher. Diana Busher jest jednocześnie informatykiem i ekonomistą. Przeprowadziła ona symulację komputerową modelu gospodarczego, opartego na gospodarce Kanady działającego w systemie Kredytu Społecznego. Okazuje się, że cały system działałby beż żadnego problemu przewyższając wiele parametrów dzisiejszego systemu. Doktor Norbert Wiener, profesor matematyki z Uniwersytetu z Masatchiusett, z Institut of Technology, znany jako ojciec cybernetyki powiedział: „Akceptuję ideę Douglasa bez zastrzeżeń i nie widzę żadnej przyszłości dla naszego społeczeństwa, jeżeli zasady Kredytu Społecznego nie zostaną jak najszybciej wprowadzone w życie.
Profesor Frydeyk Sody, z Uniwersytetu w Oxfordzie w dziedzinie chemii pisał: „Nauka bez uwzględnienia Kredytu Społecznego jest czystym samobójstwem”. Milton Friedman, klasyczny monetarysta amerykański głosił potrzebę wprowadzenia dodatkowych pieniędzy do gospodarki w postaci dywidendy. Radziecki minister spraw zagranicznych, Mołotow powiedział do doktora Huleta Johnsona, arcybiskupa Cantenberry w latach trzydziestych: „Wiemy wszystko o zasadach Kredytu Społecznego. To jest jedyna idea w świecie, której się obawiamy”. Książka Evena, „Globalne oszustwo i drogi wyjścia” jest napisana prostym językiem i bardzo zachęcam do jej przeczytania i pożyczania innym. Mimo iż trzecia część książki poświęcona jest problemom ekonomicznym jest ona równie interesująca jak pierwsze dwie części. Znajdą tam państwo odpowiedzi na wiele pytań. Ta trzecia część wymaga tylko większego skupienia i kilkakrotnego przeczytania, ale każdy jest w stanie to zrozumieć. Warto, co jakiś czas powracać do lektury tej książki, bo za każdym razem, kiedy zastanawiamy się nad tym, co przeczytaliśmy, zadajemy sobie pytania i poszukujemy na nie odpowiedzi poszerza się nasza wiedza i rozumienie tych wydawałoby się specjalistycznych zagadnień. A są to przecież problemy dotyczące nas wszystkich, naszego życia indywidualnego, społecznego i narodowego. Dziękuje za uwagę.
Słuchacz: Dlaczego społeczność chrześcijańska, do której ja również się zaliczam nie wprowadziła dotychczas zasad Społecznego Kredytu w życie?
Lewicki: Dlatego że informacje nie są znane. Do dzisiaj blokuje się te informacje, w szczególności na uczelniach ekonomicznych. Tam mówi się wszakże, że taki system istnieje, ale natychmiast się go dyskredytuje twierdząc, że jest to jakaś utopia niemożliwa do realizacji. Nawet pani Diany Busher z ledwością przebiła się ze swoją pracą na uniwersytecie. Kiedy przedstawiła swoją prace najpierw senatowi uczelni to praca wywołała zachwycenie i stwierdzono, że powinna otrzymać za nią wyróżnienie. Po czym nie mogłaby tej pracy obronić, gdyby nie wstawiennictwo swojego promotora. Jest po prostu niesamowity opór.
Słuchacz: Zapoznałem się już wcześniej z zasadami Kredytu Społecznego, które oparte są na zdrowym rozsądku, na nauce Chrystusa i na tym, czego nauczał św. Tomasz z Akwinu. Chciałbym zwrócić jeszcze raz uwagę na to, że wielu ludzi, którzy chcieli wprowadzić te zasady w życie zginęło. Jakby prelegent widział wprowadzenie tych zasad w naszej Ojczyźnie?
Wydaje mi się, że w tej chwili Liga Polskich Rodzin jest takim ugrupowaniem, które mogłoby w Parlamencie wyjść z tą propozycją. Czy przeprowadzenie takiej debaty jest realne? Myślę, że w innych krajach wzięliby z nas przykład i zrobili to samo. Króluj nam Chryste. Słuchacz: Oczywiście LPR jest zainteresowana tą sprawą i już kilku posłów zajęło się tą sprawą. Będzie to szeroko przedstawione, poza tym wielu ludzi z LPR zna doskonale to zagadnienie. Od tej strony to jest jedna rzecz. Natomiast jest już trudniejsza. Chodzi o wprowadzenie Kredytu Społecznego w życie. Można jednak zacząć od pewnych elementów, które najpierw byłyby wprowadzone. Takim pierwszym elementem byłoby przejęcie kontroli nad Narodowym Bankiem Polskim i wytworzenie własnego pieniądza wewnętrznego, który byłby pieniądzem przeznaczonym na finansowanie wewnętrznych przedsięwzięć publicznych. Byłby to pieniądz wolny od odsetek.
A więc chodzi o zerwani z dalszym zadłużaniem kraju, przez zaciąganie kredytów z banków prywatnych, jak to się dzieje w tej chwili i stworzenie sytuacji, w której moglibyśmy finansować chociaż produkcję wewnętrzną przy pomocy kredytu wolnego od zadłużenia. Z resztą ten pomysł nie jest czymś nowym. Pieniądz bez lichwy istnieje w tej chwili. Takim systemem posługują się banki muzułmańskie. Słuchacz: W jednym zdaniu w prelekcji było stwierdzenie, że oszustwo pieniądza jest dosyć łatwo wytłumaczone w jakiejś książce. Bardzo mnie zaciekawił fakt, że banki w USA mogą wydać 40 razy więcej niż autentycznie posiadają rezerw. Jeśli ten mechanizm jest prosty to proszę go opisać. Po drugie, jak kontrolować ten dług zagraniczny? No i na końcu trzecie pytanie. Jeśli ludzie otrzymywaliby dywidendy to czy nie powstałaby sytuacja, w której żądaliby więcej. Czy ten problem daje się rozwiązać? Czy ludzie chcieliby pracować? Jaki byłby podział pomiędzy ludźmi, którzy pracują i dostają jeszcze dywidendy a tymi, którzy nie pracują i też otrzymują dywidendy? Czy to nie jest jakimś zagrożeniem dla tej idei? No i jeszcze taki problem. W dzisiejszym systemie nie trzeba mierzyć produkcji, ponieważ reguluje się ona sama. W wypadku Kredytu Społecznego trzeba by zmierzyć wartość produkcji, aby wyemitować równowartość pieniądza. Jak to zrobić? L: Jeżeli chodzi o tworzenie pieniądza z niczego, o tak zwaną frakcyjną rezerwę bankową, bo właśnie na tym jest oparte to tworzenie pieniądza, to nie wiem czy miałbym czas, aby to tutaj tłumaczyć. Może przytoczę cytat z książki już wcześniej wymienionego profesora matematyki: „Okazuje się, że banki mogą tworzyć pieniądze i nie ma tu czarów. Sztuczka jest lepsza niż fałszowanie pieniędzy i to z dwóch powodów. Nie trzeba używać prasy drukarskiej oraz jest całkowicie legalna. Polega ona na wierze, jaką ludzie pokładają w przyszłości. Popatrzmy jak to działa. Bank musi utrzymywać pewne rezerwy, aby zaspokoić bieżące żądania wypłat posiadaczy kont. Wyobraźmy sobie te pieniądze jako gotówkę w skarbcu. Jeżeli wszyscy posiadacze ulegną panice i będą sądzić, że bank wkrótce zbankrutuje i jeżeli z tego powodu zażądają wypłaty pieniędzy w gotówce to wówczas bank nie będzie miał dostatecznych rezerw, aby spełnić te żądania. Bank znajdzie się w kłopotach, a klienci wpadną we wściekłość. Niestety niektórzy posiadacze tracą wiarę w przyszłość i chcą wycofać pieniądze z banku zaufania. Następuje ruch na bank, czyli panika. Zdarzyło się to podczas wielkiego kryzysu, a wówczas Bank Federalny w marcu 1933 roku ogłosił zamknięcie banków. Na szczęście ludzie z reguły mają zaufanie do swoich banków, wierzą, że jeśli zechcą wypłacić swoje pieniądze w gotówce, to będą mogli to zrobić. Aby łatwiej podtrzymać tę iluzję, bankierzy ubierają się w garnitury, a architektura banków jest taka, że wzbudza zaufanie. Podłogi wyłożone granitem, ściany marmurem, a do tego jeszcze kolumny przypominające świątynię grecką. Bardziej uzasadnione byłoby zaprojektować bank tak, aby przypominał Cassino gry w Las Vegas. Ale to oczywiście zniszczyłoby iluzję. Dla naszych celów załóżmy, że bank ma obowiązek trzymać jako rezerwę 20%. Pozostałe 80% może komuś pożyczyć. Uważajcie teraz pilnie, bo ja sam nie mogłem w to uwierzyć póki nie przeczytałem w podręczniku.
Załóżmy, że Jacek przychodzi do banku zaufania i wpłaca na konto 1000$ Bank zatrzymuje 200$ jako rezerwę a 800$ pożycza Joasi. Joasia wpłaca te 800$ do tego samego albo innego banku. Bank ten zatrzymuje 20% z tych 800$ jako rezerwę a 640$ pożycza Alicji. I już się zaczęły czary. Jacek sądzi, że posiada 1000 dolarów, Joasia sądzi, że posiada 800$ a Alicja sądzi, że posiada 640$. Na początku było tylko 1000$ Jacka. Teraz jest zupełnie znikąd 1000$+ 800$+ 640$, razem jest, więc 2440$. Niezła sztuczka, prawda? Co więcej, bank zarabia prowizje i odsetki tworzonych w ten sposób pieniędzy. Jest raczej oczywiste, że dla banków jest to czysty interes”.
Tutaj właśnie okazuje się, że jest szereg geometryczny, w którym się okazuje, że bank może z tego 1000 dolarów w założeniu tego, że rezerwy wynoszą 20% może wypisać 5000$, to znaczy, że 4000$ wypisuje z niczego. Na tym polega ta sztuczka i to jest właśnie wielkim oszustwem, bo jest ono zalegalizowane. Ale bank nie ma żadnych rezerw wypisując te pieniądze, dlatego wypisuje je z niczego.
W jaki sposób nie dopuścić do długu zagranicznego? Bardzo łatwo. Po prostu wymieniać tyle towarów za granicą, ile się sprowadza i zachowywać równowagę. Wtedy nie będzie długu zagranicznego. To jest prosta rzecz. Jeżeli chodzi o dywidendę i to, co pan mówił na temat pracy nie ma tu żadnego problemu. Douglas zastanawiał się na temat tego, co przyniesie przyszłość w erze technologii. Wiemy, że pracy jest coraz mniej. Oczywiście nie dotyczy to Polski, ponieważ w Polsce bezrobocie jest sztuczne i sztucznie utrzymywane. Polska ma przed sobą sto lat ciężkiej pracy, żeby dojść do jakiegoś poziomu. Pracy w Polsce jest więc mnóstwo. Musimy uruchomić tę pracę, która jest możliwa do wykonania i to uruchomienie może nastąpić przy pomocy systemu kredytu Społecznego, czyli finansowania tej produkcji wewnętrznej poprzez wypisanie własnych pieniędzy, własnych kredytów, które będą odzwierciedlały możliwości produkcyjne. Natomiast w systemie, w którym tej pracy będzie mało właśnie dywidenda będzie zabezpieczała podstawowe potrzeby wszystkich tych, którzy nie będą mieli pracy, a ludzie, którzy będą mieli tę pracę będą otrzymywali płacę za swoją pracę plus dywidendę.
A więc nikt nie będzie pozbawiony dywidendy. Motywacja do pracy zawsze będzie, ale o tę prace będzie trudno. Natomiast ludzie, którzy nie będą mogli znaleźć pracy, a będą otrzymywali dywidendę wcale nie muszą i nie będą ludźmi bezrobotnymi i pozbawionymi pracy, ponieważ w ludzkiej naturze jest właśnie konieczność pracy. Ludzie, którzy są na emeryturze, osoby starsze, znam wiele takich osób, które nie mają nawet czasu, mimo tego, że są na emeryturze na jakiś odpoczynek, bo tak dużo mają pracy, którą wykonują. Wielkość dywidendy nie będzie brana z powietrza, będzie zależała od produktu krajowego brutto. Są obliczenia tej wysokości, również wysokości, jaka mogłaby być w Polsce. Wynosiłaby około 800 zł na miesiąc na każdego obywatela. To nie są małe pieniądze. Tak to wygląda.
]]>