Fides et Ratio » Wiara szukająca zrozumienia http://fides-et-ratio.pl Wiara Kultura Tradycja Naród Metafizyka Tue, 04 Aug 2015 21:54:41 +0000 pl-PL hourly 1 http://wordpress.org/?v=3.7.10 ks. Abp.Jan Paweł Lenga: Refleksje na temat niektórych aktualnych problemów kryzysu Kościoła Katolickiego http://fides-et-ratio.pl/index.php/2015/07/ks-abp-pawel-lenga-refleksje-na-temat-niektorych-aktualnych-problemow-kryzysu-kosciola-katolickiego/ http://fides-et-ratio.pl/index.php/2015/07/ks-abp-pawel-lenga-refleksje-na-temat-niektorych-aktualnych-problemow-kryzysu-kosciola-katolickiego/#comments Tue, 28 Jul 2015 22:04:36 +0000 http://fides-et-ratio.pl/?p=5906 Znałem osobiście wielu kapłanów, którzy byli więźniami stalinowskich więzień i obozów, i którzy mimo wszystko zachowali wierność wobec Kościoła. W okresie prześladowań z miłością wypełniali oni swój kapłański obowiązek głoszenia doktryny katolickiej, a jednocześnie wiedli godny żywot, naśladując Chrystusa, swojego niebiańskiego Nauczyciela.

Ja sam ukończyłem moje studia kapłańskie w podziemnym seminarium w Związku Sowieckim, zarabiając jednocześnie na chleb pracą własnych rąk. Zostałem wyświęcony na księdza potajemnie, pod osłoną nocy, przez bogobojnego biskupa, który sam cierpiał prześladowania za wiarę. Już w pierwszym roku mojego kapłaństwa zostałem wydalony przez KGB z Tadżykistanu.

Później, podczas mojego 30-letniego pobytu w Kazachstanie, przez 10 lat służyłem jako kapłan, sprawując opiekę duszpasterską nad wiernymi w 81 miejscowościach. Następnie przez 20 lat pełniłem posługę episkopatu, początkowo jako biskup pięciu państw Azji Centralnej, zajmujących teren ok. 4 milionów kilometrów kwadratowych.

W trakcie mojej posługi episkopatu pozostawałem w kontakcie ze św. papieżem Janem Pawłem II, z licznymi biskupami, kapłanami i wiernymi w wielu krajach i w wielu rozmaitych okolicznościach. Byłem członkiem synodów biskupich w Watykanie, które poruszały kwestie Azji i Eucharystii.

To wszystko i inne doświadczenia dają mi podstawę ku temu, aby wyrazić moją opinię na temat aktualnego kryzysu Kościoła katolickiego. Moje przekonania podyktowane są miłością do Kościoła i pragnieniem Jego prawdziwej odnowy w Chrystusie. Jestem zmuszony wybrać formę listu otwartego, ponieważ każda inna forma wypowiedzi napotkałaby na mur absolutnego milczenia i lekceważenia.

Jestem świadomy reakcji, z jakimi może spotkać się mój list otwarty. Jednakże głos sumienia nie pozwala mi milczeć, gdy Boże dzieło jest poniewierane. Jezus Chrystus założył Kościół katolicki i pokazał słowem oraz czynem, jak powinno się wypełniać wolę Boga. Apostołowie, którym przekazał On władzę w Kościele, wypełniali gorliwie powierzone im zadanie, cierpiąc za głoszoną przez siebie Prawdę, ponieważ „bardziej słuchali Boga niż ludzi“.

Niestety w naszych czasach staje się coraz bardziej oczywiste, że Sekretariat Stanu w Watykanie obrał kurs politycznej poprawności. Niektórzy nuncjusze stali się na szczeblu kościoła światowego propagatorami idei liberalizmu i modernizmu. Biegle opanowali oni zasadę „sub secreto Pontificio“, przy pomocy której ucisza się biskupów i manipuluje nimi. Biskupom daje się do zrozumienia, że to, co powiedział nuncjusz, jest rzekomo życzeniem papieża. Przy pomocy tych metod dokonuje się rozłamu między biskupami, tak iż czasami biskupi danego kraju nie są w stanie jednym głosem, w duchu Chrystusa i Kościoła, wypowiadać się w obronie wiary i moralności. Aby nie popaść w niełaskę u nuncjuszy, niektórzy biskupi przyjmują ich zalecenia, mimo iż opierają się one czasem wyłącznie na własnych słowach tych nuncjuszy. Zamiast z gorliwością szerzyć wiarę i z odwagą głosić naukę Chrystusa, biskupi zgromadzeni na posiedzeniach konferencji episkopatu zajmują się często sprawami, które nie leżą w naturze obowiązków następców apostołów.

Na wszystkich szczeblach Kościoła obserwuje się widoczny zanik „sacrum“. „Duch świata“ pasie pasterzy. Grzesznicy pouczają Kościół w kwestii tego, jak powinien im służyć. W swoim zakłopotaniu pasterze przemilczają aktualne problemy i opuszczają owce, które w rzeczywistości pasą się same. Świat jest kuszony przez szatana i sprzeciwia się nauce Chrystusa. Bez względu na to pasterze są zobowiązani do tego, aby „w porę i nie w porę” nauczać całej prawdy o Bogu i człowieku.

Pod rządami ostatnich świętych papieży można było zaobserwować w Kościele olbrzymi nieład w kwestii czystości doktryny i świętości liturgii. W liturgii Jezus Chrystus nie odbiera należnej Mu, widzialnej czci. W wielu konferencjach episkopatu najlepsi biskupi traktowani są jako „persona non grata“. Gdzie podziali się współcześni apologeci, którzy w sposób wyraźny i zrozumiały ukazywaliby ludziom zagrożenia wiążące się z utratą wiary i zbawienia?

W dzisiejszych czasach głos większości biskupów przypomina raczej milczenie baranów w obliczu rozwścieczonych wilków, podczas gdy wierni pozostawieni są samym sobie niczym bezbronne owce. Ludzie rozpoznawali Chrystusa jako tego, który mówił i działał, jako tego, który miał władzę i tę władzę przekazał On swoim Apostołom. W dzisiejszym świecie biskupi muszą wyzwolić się ze wszystkich ziemskich więzi i – odprawiwszy pokutę – nawrócić się do Chrystusa, aby umocnieni Duchem Świętym mogli Go odważnie głosić jako jedynego Zbawiciela. Na końcu każdy będzie musiał złożyć Bogu rachunek z tego, co uczynił i czego zaniechał.

Wydaje mi się, że ten słaby głos wielu biskupów jest skutkiem tego, że w ramach procesu wyboru nowych biskupów kandydaci nie są wystarczająco sprawdzani, szczególnie w kwestii ich niewątpliwej niezłomności i nieustraszoności w obronie wiary, ich wierności wielowiekowej Tradycji Kościoła oraz ich osobistej pobożności. Coraz bardziej widoczne jest, że przy nominacjach biskupich, a nawet kardynalskich, często preferowani są ci kandydaci, którzy reprezentują daną ideologię, lub którzy zostali zarekomendowani przez pewne obce Kościołowi grupy. Również przychylność mediów zdaje się być istotnym kryterium tych nominacji. Te same media, które zwykle wyśmiewają świętych kandydatów i odmalowują ich negatywny obraz, jednocześnie wychwalają tych, którym brakuje Ducha Chrystusa, jako kandydatów otwartych i nowoczesnych. Z drugiej strony celowo eliminuje się kandydatów, którzy wyróżniają się apostolską gorliwością, odwagą w głoszeniu nauki Chrystusowej oraz miłością do wszystkiego, co święte i sakralne.

Pewien nuncjusz powiedział do mnie kiedyś: „Szkoda, że papież [Jan Paweł II] nie bierze osobiście udziału w nominowaniu biskupów. Papież próbował zmienić coś w Kurii Rzymskiej, ale mu się to nie udało. Starzeje się i pewne rzeczy znowu przybierają dawny obrót“.

Na początku pontyfikatu papieża Benedykta XVI napisałem do niego list, w którym prosiłem go, aby mianował świątobliwych biskupów. Donosiłem przy tym papieżowi o pewnym niemieckim świeckim wiernym, który wobec rozkładu Kościoła w jego kraju po Soborze Watykańskim II pozostał wierny Chrystusowi i gromadził młodzież na adoracji i modlitwie. Człowiek ten znajdował się wówczas u schyłku swego życia i gdy dowiedział się o wyborze nowego papieża, powiedział: „Gdyby papież Benedykt wykorzystał swój pontyfikat tylko w tym celu, aby mianować dobrych i wiernych biskupów, wypełniłby tym samym swoje zadanie“.

Niestety, oczywiste jest, że papież Benedykt XVI często ponosił porażkę w tej kwestii. Trudno jest uwierzyć, że papież Benedykt XVI w sposób zupełnie wolny zrezygnował ze swojego urzędu Następcy Św. Piotra. Ten papież był głową Kościoła, ale jego otoczenie rzadko wcielało w życie jego naukę, często zbywało ją milczeniem i blokowało jego inicjatywy zmierzające do prawdziwej reformy Kościoła, liturgii oraz sposobu udzielania Komunii Świętej. Wobec wielkiej zmowy milczenia w Watykanie wielu biskupów nie było w stanie wspierać papieża w jego obowiązkach zwierzchnika i przywódcy całego Kościoła.

Nie będzie rzeczą zbędną przypomnieć braciom w biskupstwie o wypowiedzi jednej z włoskich loży masońskich z 1820 r.: „Nasza praca jest zadaniem na sto lat. Zostawmy ludzi starszych i wyjdźmy do młodych. Seminarzyści staną się kapłanami reprezentującymi nasze liberalne idee, a później zostaną biskupami reprezentującymi liberalne idee. Nie łudźmy się. Nie uda nam się zrobić masona z papieża. Ale liberalni biskupi, którzy będą pracować w otoczeniu papieża, będą mu podsuwali pomysły i idee, które przynoszą nam korzyść, a papież wcieli je w życie“. Staje się coraz bardziej oczywiste, że powyższy zamiar masonów realizuje się obecnie w wystarczającym stopniu, nie tylko dzięki zadeklarowanym wrogom Kościoła, lecz również z pomocą fałszywych świadków, którzy piastują wysokie hierarchiczne urzędy w samym Kościele. Nie bez przyczyny bł. papież Paweł VI powiedział: „Swąd szatana przeniknął przez jakąś szczelinę do wnętrza Kościoła“. Myślę, że owa szczelina zrobiła się obecnie dość szeroka. Diabeł mobilizuje wszystkie siły, aby obalić Kościół Chrystusowy. Aby to się nie stało, konieczne jest, aby powrócić do precyzyjnego i jasnego głoszenia Ewangelii na wszystkich szczeblach urzędu kościelnego, ponieważ Kościół posiada wszelką władzę i łaskę, którą dał mu Chrystus: „Dana Mi jest wszelka władza w niebie i na ziemi. Idźcie więc i nauczajcie wszystkie narody, udzielając im chrztu w imię Ojca i Syna, i Ducha Świętego. Uczcie je zachowywać wszystko, co wam przykazałem. A oto Ja jestem z wami przez wszystkie dni, aż do skończenia świata” (Mt 28, 18-20), „prawda was wyzwoli” (J 8,32) i „niech wasza mowa będzie: Tak, tak; nie, nie. A co nadto jest, od Złego pochodzi” (Mt 5,37). Kościół nie może się dostosowywać do ducha tego świata, lecz musi zmieniać świat z duchem Chrystusa.

Oczywiste jest, że w Watykanie czynione są coraz większe ustępstwa wobec medialnego szumu. Nierzadko też, ku zadowoleniu massmediów, w imię niezrozumiałego spokoju i ciszy poświęcani są najlepsi synowie i słudzy Kościoła. Tymczasem wrogowie Kościoła nigdy nie poświęcają swoich wiernych sług, nawet gdy ich czyny są ewidentnie złe.

Jeśli zachowamy wierność Chrystusowi w słowie i w czynie, On sam znajdzie sposób na to, aby przemienić serca i dusze ludzi, a dzięki temu cały świat ulegnie również przemianie.

W okresach kryzysu Kościoła Bóg często posługiwał się dla jego odnowy ofiarami, łzami i modlitwami tych dzieci i sług Kościoła, którzy w oczach świata i w oczach biurokracji kościelnych postrzegani byli za nic nieznaczących lub którzy z powodu swojej wierności Chrystusowi byli prześladowani i marginalizowani. Jestem przekonany, że również w naszych ciężkich czasach to prawo Chrystusowe spełni się i że Kościół ulegnie odnowie. Wymaga to jednak naszej własnej, prawdziwej, wewnętrznej odnowy i nawrócenia.

1 stycznia 2015 r., w uroczystość Bożej Rodzicielki Maryi

+ Jan Paweł Lenga

Read more: http://www.pch24.pl/dramatyczny-list-arcybiskupa-lengi-na-temat-kryzysu-w-kosciele-,33904,i.html#ixzz3hE51oO4F

]]>
http://fides-et-ratio.pl/index.php/2015/07/ks-abp-pawel-lenga-refleksje-na-temat-niektorych-aktualnych-problemow-kryzysu-kosciola-katolickiego/feed/ 0
Christopher A. Ferrara : Narodziny „bergoglianizmu” http://fides-et-ratio.pl/index.php/2015/01/christopher-a-ferrara-narodziny-bergoglianizmu/ http://fides-et-ratio.pl/index.php/2015/01/christopher-a-ferrara-narodziny-bergoglianizmu/#comments Tue, 13 Jan 2015 11:03:51 +0000 http://fides-et-ratio.pl/?p=5818 Niezaprzeczalnym faktem który niepokoić powinien każdego świadomego katolika, jest to, iż Franciszek, jako pierwszy papież w historii Kościoła, jest powszechnie wychwalany przez “władców świata tych ciemności, duchy nieprawości w przestworzach” (Ef 6,12). Pod “silnym wrażeniem” jego osobowości pozostaje nawet sam Barack Obama, prawdziwy zwiastun Antychrysta.

Nie ma potrzeby przytaczać tu po raz kolejny wyrazów bezprecedensowego zachwytu świata nad osobą obecnego biskupa Rzymu. O tym jak postrzegany jest jego “romans” ze światem współczesnym świadczą dobit­nie wyniki, jakie otrzymujemy po wpisaniu w dowolną wyszukiwarkę internetową wy­razów “papież Franciszek” oraz “rewolucja”.

“Biada wam, gdy wszyscy ludzie chwalić was będą. Tak samo bowiem przodkowie ich czy­nili fałszywym prorokom”.

Ekwilibrystyka neokatolików, usiłujących przypisać ten fakt powszechnemu brakowi zrozumienia dla “tradycyjnego w istocie” pa­pieża budzić może jedynie śmiech. W swej książce Spustoszona winnica (1973) Dietrich von Hildebrand ostrzegał, że “trucizna naszej epoki powoli przenika do samego Kościoła i wielu ludzi nie zdaje sobie sprawy z apo­kaliptycznego charakteru naszych czasów”.

Późniejszy papież Benedykt XVI pisał nie­gdyś: “Jestem osobiście przekonany, że kiedy w przyszłości napisana zostanie intelektualna historia Kościoła katolickiego w XX wieku” osoba Dietricha von Hildebranda uznana zostanie za jedną z najwybitniejszych postaci naszych czasów” (Soul of a Lion, s. 12). Postawa obecnych neokatolickich komentatorów pozostaje jednak w rażącej sprzeczności z intelektualną uczciwością von Hildebranda: będąc świadkami programowego zatruwania Kościoła ideami światowymi, z determinacją serwują oni swym odbiorcom środek znie­czulający w postaci fałszywego optymizmu posuwając się do blokowania komentarzy na prowadzonych przez siebie blogach, aby nie mogły przeniknąć tam żadne prawdziwe in­formacje, mogące rozwiać tworzone przez nich iluzje.

Abp Bergoglio, puste seminaria i “Msza z Pinokio”

Rzeczywistość przedstawia się jednak następująco: w wyniku konklawe z roku 2013 liberalny latynoski jezuita zastąpił Benedykta XVI po jego tajemniczej, w ku­riozalny sposób uzasadnianej i absolutnie bezprecedensowej “renuncjacji” z “aktywnej posługi” jako następca św. Piotra.

Pomimo faktu, iż jego “autentycznie duszpasterska postawa” jest obecnie powszechnie wychwa­lana, były abp Jorge Bergoglio w znaczący sposób przyczynił się w latach 1998-2013 do upadku wiary katolickiej diecezji Buenos Aires, w której liczba kapłanów diecezjal­nych, zakonnych oraz członków zgromadzeń zakonnych systematycznie topniała.

Mogliśmy się dowiedzieć o przewodnicze­niu przez niego “Mszy z Pinokiem”, “Mszy z tangiem”, o zapalaniu przez niego świec menory w synagogach (na zdjęciach z tego obrzędu widać, iż ma on na głowie jarmułkę), o udostępnianiu jego katedry w imię dialogu międzyreligijnego protestantom, muzułma­nom, żydom, a nawet grupom partyzantów oraz o świętowaniu w tej katedrze 10-lecia popieranej przez ONZ a utworzonej przez George’a Sorosa oraz Billa Gatesa United Religions Initiative, która – podobnie jak sam Franciszek – odrzuca “prozelityzm”.

Dowiedzieliśmy się również o jego udzia­le w zgromadzeniu pentakostalnym w Luna Park, gdzie razem z kaznodzieją Domu Papieskiego Raniero Cantalamessa przyjął on “błogosławieństwo” od duchownych pro­testanckich, uznając przez to de facto waż­ność “święceń” kaznodziejów telewizyjnych. Nie może więc dziwić, że abp Bergoglio po­zostawił po sobie nie tylko puste seminaria i zdezorientowanych wiernych, ale i pamięć o iście diabolicznych inicjatywach, m.in. ce­remonii “pobłogosławienia” przez pewnego kapłana w kościele parafialnym “małżeń­stwa” pary transseksualno-homoseksualnej oraz publicznym chrzcie dziecka urodzone­go przez kobietę twierdzącą, że obecnie jest mężczyzną oraz mężczyzny, który utrzymuje że jest kobietą.

Doktryna Kościoła, czyli “małostkowe regułki”…

Jednak ten sam prałat, wywodzący się ze sprotestantyzowanego Kościoła Ameryki Łacińskiej, tracącego miliony dusz na rzecz sekt, których duchownych nazywa “braćmi” i “nie ma zamiaru ich nawracać”, objaśnia nam obecnie – już jako papież Franciszek – że postawa jego stanowi w istocie konse­kwencję śmiałej i nowej wizji Kościoła, którą on, w odróżnieniu od swych poprzedników, ma zamiar urzeczywistnić. Realizując to za­mierzenie, minionych osiemnaście miesięcy poświęcił na deprecjonowanie każdego nie­mal aspektu Tradycji Kościoła.

Nieustannie wyrażał swą pogardę dla nie­omylnych definicji doktrynalnych (dyskre­dytowanych przez niego jako “sztywne for­mułki, których uczy się na pamięć lub które ujmowane są w słowa wyrażające absolutnie niezmienną treść”); jego tradycyjnych reguł dyscyplinarnych ustanowionych dla ochro­ny doktryny (wyszydzanych przez niego jako “małostkowe normy postępowania”, “drob­nostki”, “małostkowe regułki”); jego spójnej teologii (“wykrochmaleni chrześcijanie, zbyt grzeczni, którzy rozmawiają o teologii spokoj­nie przy herbatce”); jego starożytnej liturgii rzymskiej (określanej przez niego jako “rodzaj mody”, od której pewni ludzie “są uzależnie­ni”); dla życia kontemplacyjnego członków zgromadzeń zakonnych (wyśmiewał zakon­nice klauzurowe jako “zbyt uduchowione”, o “uśmiechu stewardesy”); a nawet jego ho­miletyki (lekceważąco wyrażając się o “wybit­nych kaznodziejach”, których kazania są “je­dynie przejawem próżności”, jako że “nie sieją oni nadziei, współczucia i poczucia bliskości” tak, jak to czyni on sam).

Choć twierdzenie takie może być uznane za zuchwalstwo, Franciszek sprawia wraże­nie, jak gdyby chciał poprzez swe antypa­tyczne odczytywanie Ewangelii zdeprecjo­nować samo Objawienie. Według Franciszka, “Kościół ma naśladować Jezusa, a nie dawać wykładów o miłości, miłosierdziu; nie sze­rzyć w świecie jakiejś filozofii czy drogi mą­drości. .. Oczywiście, chrześcijaństwo jest także i tym, ale w konsekwencji [swej zasad­niczej misji – przyp. tłum.]. Matka Kościół, podobnie Jezus, naucza przykładem, a słowa służą [jedynie] do wyjaśnienia znaczenia jego gestów”.

Pompatyczne pustosłowie…

Ale prawda jest dokładnie przeciwna. Chrystus Pan jest nade wszystko Boskim Nauczycielem, ilustrującym czynami (w tym również cudami) głoszoną przez siebie naukę. Franciszek odwraca ten porządek. W rze­czywistości Odwieczne Słowo poprzedza i motywuje działanie Kościoła w porządku miłości: nauczanie Kościoła nie jest konse­kwencją “refleksji” nad dobrymi uczynka­mi. Franciszek jednak – w iście pelagiań­ski sposób – redukuje wiarę do uczynków, a całą doktrynę katolicką do “refleksji” nad nimi. Magisterium zawiera jednak objawio­ne prawdy, wyrażone słowami Chrystusa i apostołów, wiernych nakazowi Zbawiciela: “Idźcie i nauczajcie wszystkie narody, ucząc je zachowywać wszystko, cokolwiek wam przykazałem”.

Ewangelia pełna jest tego, co Franciszek wyśmiewa jako “wykłady” ­choć sam nie potrafi powstrzymać się od wy­głaszania wykładów o rzekomych niedosko­nałościach i błędach Kościoła.

Zakres ambicji Franciszka wyzierający z kart adhortacji Evangelii gaudium jest tak szokujący, że nasuwa podejrzenie o obłędzie. Deklaruje on w swym rozwlekłym manife­ście: “Marzę o «opcji misyjnej», zdolnej prze­mienić wszystko, aby zwyczaje, style, rozkład zajęć, język i wszystkie struktury kościelne stały się odpowiednią drogą bardziej dla ewangelizowania współczesnego świata, niż do zachowania stanu rzeczy”.

Treść tego do­kumentu zdaje się sugerować, że jego autor nosi się na poważnie z planem całościowego niemal “zreformowania” tak Kościoła, jak i świata. Znajdujemy w nim takie sformuło­wania: “nowy rozdział ewangelizacji”, “nowe drogi podróży Kościoła”, “nowe narracje i paradygmaty”, “nowy porządek stosun­ków międzyludzkich”, “nowy sposób życia wspólnego w wierności Ewangelii”, “nowy wkład do refleksji teologicznej”, “nowe kie­runki dla ludzkości”, “nowe znaki i nowe symbole, sposoby przekazywania Słowa”, “nowa mentalność, kierująca się pojęciami wspólnoty, prymatu życia wszystkich wo­bec przywłaszczenia dóbr przez niektórych”, “nowa mentalność polityczna i ekonomiczna”, “nowe syntezy kulturowe”, “nowe procesy społeczne”, “nowe horyzonty myśli”, “nowa sytuacja społeczna”.

Całe to pompatyczne pustosłowie może budzić śmiech i nie jest jasne, jak dokument ten może być zaliczony w ogóle do magisterium papieskiego. Jak powiedział dość dy­plomatycznie kard. Burke, Evangelii gaudium „jest innym rodzajem dokumentu i osobiście nie wiem, jak go scharakteryzować. Nie są­dzę jednak, że pomyślany on został jako element magisterium papieskiego. Takie jest przynajmniej moje wrażenie”.

Szyderstwa z katolików

Dokumentu tego nie da się jednak po pro­stu zignorować i odłożyć na półkę, jest on bowiem najpełniejszym i spójnym wyrazem ideologii, z jakim mieliśmy do czynienia w burzliwej epoce posoborowej. Jest prawdzi­wą apoteozą niestrudzonego ducha “refor­my” uwolnionego przez II Sobór Watykański i prowadzącego do pełnej syntezy Kościoła oraz “świata współczesnego“. Jeśli potrak­tować ten tekst poważnie, realizacja przed­stawionych w nim planów wymagałaby w Kościele kolejnej rewolucji, w porównaniu do której Vaticanum II jawiłoby się jako wy­darzenie w istocie mało znaczące. Z właści­wą sobie przenikliwością Antonio Socci pi­sze o zjawisku “bergoglianizmu”, opisując je jako “dokonującą się w Kościele przemianę, która bardzo dezorientuje wiernych, a rów­nocześnie wywołała zadziwiające zjawisko nagłych «konwersji» wśród duchownych i in­telektualistów”.

Niezależnie jednak od tego, jak bardzo utopijny i nierealistyczny byłby “bergoglia­nizm”, stanowi on poważne wyzwanie dla jedności Kościoła i zachowania Tradycji – czego dowodzą skutki jego wdrażania w diecezji Buenos Aires. Powagę problemu uświadomić możemy sobie wówczas, gdy rozważymy programowe i całkowicie bez­podstawne oczernianie przez Franciszka resztek katolików wciąż przywiązanych do wszystkiego, co on sam deprecjonuje – tzn. do tradycyjnego rzymskiego katolicy­zmu w całej jego integralności.

We wspomnianym dokumencie Fran­ciszek fałszywie oskarża tradycyjnych kato­lików o “pochłonięty sobą prometejski neo­pelagianizm” oraz o to, że “stawiają siebie wyżej od innych, ponieważ zachowują okre­ślone normy, albo ponieważ są niewzrusze­nie wierni pewnemu katolickiemu stylowi czasów minionych”. Ich “domniemane bez­pieczeństwo doktrynalne czy dyscyplinar­ne” – szydzi papież – “prowadzi do narcy­stycznego i autorytarnego elitaryzmu, gdzie zamiast ewangelizowania pojawia się analiza i krytyka innych”.

Zwróćmy uwagę, że słowa te wyszły spod pióra papieża, który niemal od samego po­czątku swego pontyfikatu nieustannie oce­nia, krytykuje i obraża członków Kościoła. Niestrudzone ataki Franciszka na tradycjo­nalistów są w istocie klasyczną taktyką de­magoga, który stara się wywołać niechęć do niewygodnej grupy ludzi, by mogli oni zostać zneutralizowani i nie przeszkadzali w reali­zacji jego własnych planów.

Biskup Rzymu, który obraża swoich wiernych

Przyglądając się nagonkom, jakie rozpętał Franciszek przeciwko wszystkim i wszystkie­mu, co go w Kościele irytuje – nie wspomina­jąc ani słowem o herezji, heretykach oraz tych, którzy odrzucają nauczanie Kościoła o mał­żeństwie, prokreacji i homoseksualizmie ­wydaje się, że wszystko zostało “pozamiatane”, przynajmniej retorycznie. Pozostaje nam je­dynie “bergoglianizm”: “codzienne rozważa­nia papieża Franciszka”, jego konferencje pra­sowe oraz spontaniczne wywiady dla różnych periodyków i mediów, zawierające tak zdu­miewającą gmatwaninę improwizowanych i mętnych wypowiedzi, że nawet o. Dwight Longenecker przyznaje, iż “wywołują one wśród wiernych dezorientację, konsternację i oszołomienie” i “mogą jedynie podkopać au­torytet urzędu nauczycielskiego”.

Niemal odbiera się wrażenie, jak gdyby naczelną władzę w Kościele sprawował nie biskup Rzymu, którego głównym obowiąz­kiem jest strzeżenie i przekazywanie tego co otrzymał, podporządkowując swą własną osobowość i opinie swemu urzędowi, ale ktoś w rodzaju prezesa partii, którego deklaracje rządzić muszą życiem wszystkich jej człon­ków. Człowiek, który mówi o decentralizacji władzy papieskiej i wydaje się być przeciw­ny używaniu słowa “papież”, paradoksalnie przyczynia się do utrwalania najgorszej for­my papolatrii w historii Kościoła. Od kato­lików oczekuje się obecnie, by wyczekiwali w skupieniu na kolejną papieską “myśl dnia”, przekazywaną natychmiast na cały świat przez media świeckie i liberalną prasę kato­licką, pełne zachwytu dla “rewolucji papieża Franciszka”.

“Poczuć zapach swoich owiec”…

Nawet gdyby “bergoglianizm” był jedy­nie retoryką, to i tak szkody, jakie wyrzą­dza, byłyby trudne do oszacowania. Jednak papież, który wobec świata okazuje niespo­tykaną wyrozumiałość – poza sytuacjami, gdy przy dzikim aplauzie mediów potępia tradycyjnych katolików i ich “małostkowe normy” – prywatnie rządzi Kościołem żela­zną ręką. To właśnie on nakazał zniweczenie dzieła Franciszkanów Niepokalanej w związ­ku z tym, co jego bezwzględny pełnomoc­nik o. Volpi postrzega jako niewybaczalne “zbrodniomyśli”: “kryptolefebvryzm” i “zde­cydowanie tradycjonalistyczny odchył”.

To właśnie Franciszek, przygotowując grunt pod demontaż kolejnego autentycznie katolickiego zgromadzenia, zarządził “wi­zytację” u Franciszkanek Niepokalanej, gdy kard. Braz de Aviz odkrył tak u nich, jak i “u pewnej liczby nowych instytutów – któ­re dają nie tylko przedsoborową, ale nawet antysoborową formację” – “rzeczywiste od­chylenia”. O jakie dokładnie chodzi “odchy­lenia” i czym konkretnie jest “przedsoboro­wa” czy “antysoborowa formacja”?

Pierwsze doniesienia wskazują, że wi­zytatorzy kwestionowali odprawianie w tej wspólnocie tradycyjnej Mszy, mówili za­konnicom, że modlą się za dużo, za dużo się umartwiają, są “zbyt odizolowane” i że mu­szą przejść program “reedukacji” zgodnie z kryteriami Vaticanum II – cokolwiek to miałoby oznaczać.

Tradycyjne normy, prak­tyki i ideały katolickiego życia zakonnego, jeśli wręcz nie sama idea klasztoru, postrze­gane są obecnie najwyraźniej jako niewyba­czalne odchylenia od “bergogliańskiej” wizji Kościoła, zgodnie z którą wszyscy opuścić mają “peryferie”, by móc poczuć “zapach owiec” – cokolwiek to oznacza.

Ideologia papieża Franciszka

Sam kard. Braz de Aviz posługuje się ję­zykiem ideologa przeprowadzającego czystkę partyjną na polecenie jej przewodniczące­go. A ideologią, która kryje się za tą czyst­ką, jest właśnie “bergoglianizm”. Jest to ta sama ideologia, w oparciu o którą rehabili­tuje się marksistowskiego kapłana zasuspen­dowanego przez Jana Pawła II, podczas gdy świątobliwy założyciel Franciszkanów Niepokalanej, o. Stefano Manelli, którego rodzicom za pontyfikatu Benedykta XVI przyznano tytuł sług Bożych, umieszczony został w areszcie domowym przez tego same­go “komisarza”, któremu Franciszek polecił zniszczyć to znajdujące się w stanie rozkwitu zgromadzenie zakonne, obfitujące w zdrowe powołania.

Jest to ta sama ideologia, która wychwala heretyckie, neo-modernistyczne twierdzenia kard. Kaspera jako wyraz “głębokiej teolo­gii”, zakazując równocześnie Franciszkanom publikacji ich wszystkich całkowicie or­todoksyjnych książek i artykułów. Jest to ta sama ideologia, która doprowadziła do zwołania synodu niebezpiecznych radyka­łów, w celu przedyskutowania niepoczytal­nej propozycji kard. Kaspera (jej prezenta­cja spotkała się z aprobatą Franciszka) – by pozwolić rozwiedzionym katolikom, którzy zawarli nowe związki, przystępować do spo­wiedzi i Komunii św. w sytuacji, gdy będą oni w dalszym ciągu utrzymywać swe cudzo­łożne stosunki.

Jest to wreszcie ta sama ideologia, któ­ra stoi za planem usunięcia kard. Burke’a ze stanowiska zwierzchnika Sygnatury Apostolskiej w tym samym czasie, gdy Franciszek powołuje specjalną komisję, mającą opracować, już bez udziału kard. Burke’a, przyspieszoną procedurę stwierdza­nia nieważności małżeństw, stanowiącą dla każdego rozważającego małżeństwo katolika wyraźny sygnał, że pod “rządami miłosier­dzia” papieża Franciszka w razie czego łatwo będzie o drogę ucieczki. Przyszłe małżeń­stwa, zawierane ze świadomością możliwości skorzystania z zatwierdzonej przez Watykan “przyspieszonej procedury unieważniającej”, łatwo będzie domniemywać za nieważne, przez co podkopane zostaną same funda­menty tego sakramentu.

“Fałszywe wyobrażenia i fantazje” biskupów

Podsumowując: “bergoglianizm” da nam Kościół, który w imię “miłosierdzia” nie tyl­ko brać będzie ludzi takimi, jakimi są (co Kościół czynił zawsze), ale też pozostawi ich takimi – ograniczając swą rolę do “zazna­jamiania” ludzi z Bogiem i pozwalając im traktować Go wedle własnego upodobania.

Trudno w to uwierzyć? Przeczytajmy co po­wiedział Franciszek niedawno w mowie do nowo mianowanych biskupów: “Błagam was, byście nie ulegali pokusie zmieniania ludzi. Kochajcie ludzi, których Bóg wam powierzył, nawet kiedy «popełnili ciężkie grzechy», nie zanudzając ich naleganiami, by «zwracali się do Pana» o przebaczenie i nowy początek, nawet kosztem odrzucenia waszych fałszy­wych wyobrażeń o Bożym obliczu czy wła­snych fantazji na temat tego, jak doprowadzić ich do komunii z Bogiem”.

Dlaczego Franciszek ujmuje w pogardliwy cudzysłów sformułowanie “popełnili ciężkie grzechy” i co rozumie poprzez “fałszywe wy­obrażenia o Bożym obliczu” oraz “fantazje” na temat doprowadzenia tych ludzi do ko­munii z Bogiem? Niezależnie od odpowiedzi jasne jest, że “bergogliańskie” pojęcie miło­sierdzia bardzo różni się od tego, co rozu­miała przez to słowo św. Katarzyna ze Sieny, doktor Kościoła: “To o Krew tę spragnieni słudzy Twoi błagają u tych drzwi, prosząc Cię przez nią o miłosierdzie dla świata oraz o to, by święty Twój Kościół rozkwitał wonnymi kwiatami dobrych i świętych pasterzy, których zapach unicestwi odór odrażających kwiatów grzechu”.

Misja Kościoła polega właśnie, na “zmienianiu ludzi”, na usuwaniu odoru grzechu, na prowadzeniu ich do stanu łase przez udzielanie sakramentów, co Dietrich von Hildebrand nazywa “przeobrażeniem w Chrystusa”. Czyż św. Paweł nie uczył Efezjan, że powinni “przyoblec się w człowieka nowego, stworzonego według Boga, w sprawiedliwości i prawdziwej świętości”? Czyż nie pisał do Koryntian: “Jeżeli więc ktoś pozostaje w Chrystusie, jest nowym stworzeniem. To, co dawne, minęło, a oto stało się nowe”? Na tym właśnie polega nowość, o której pisze .Ewangelia, nowość wiecznego Boga, będącego, jak pisał w swych Wyznaniach św. Augustyn “tak odwiecznym, a jednak tak nowym”.

Jest to nowość istniejąca poza czasem, nie mająca nic wspólnego ze “świa­tem współczesnym”, nową liturgią, “nową ewangelizacją” czy też czymkolwiek innym, co uznane zostało za nowe w ograniczonym w czasie ujęciu “bergoglianizmu”.

Koniec tej walki jest znany – Tradycja zwycięży!

Wyjaśniając przyczyny, dla których za­rządzona została wizytacja Franciszkanek Niepokalanej, kard. Braz de Aviz stwierdził, że dawanie kapłanom i siostrom “przedsobo­rowej formacji” oznacza “stawianie się poza historią”. Jest to prawda. “Bergoglianizm» w szczególności i “duch Vaticanum II’ w ogólności stanowią wyraz ideologicznego postulatu, by Kościół poddać historycyzmowi w swej doktrynie i praktyce, dostosowując go do zmieniających się czasów”.

Znajdujemy się w obliczu bitwy, być może rozstrzygającej, pomiędzy ideologicznymi zwolennikami Kościoła uwięzionego w cza­sie, których pogoń za nowinkami nie usta­nie, aż ostatecznie nie zleje się on w jedno ze światem (to dokonuje się na naszych oczach), a obrońcami Kościoła, który zawsze był prawdziwie nowy, ponieważ jego tradycyjna doktryna oraz praktyki są ponadczasowe.

Wiemy, jak zakończy się walka z Tradycją, która to walka wyniszcza Kościół od niemal 50 lat: przyniesie ona ostatecznie pełny triumf Tradycji dzięki bezpośredniej interwen­cji Boga i Niepokalanej w momencie, kie­dy wszystko wydawać się już będzie stra­cone.

Wiemy jednak również, ponieważ mamy oczy do patrzenia, że pojawienie się owej ideologii, słusznie określanej mianem “bergoglianizmu”, stanowi punkt zwrotny w konflikcie, od którego zależy los świata.

Jedyne, czego nie wiemy to, czy ktoś do­żyje tego nieuniknionego zwycięstwa, a jeśli tak – to kto… .

Christopher A. Ferrara

Tłum: Tomasz Maszczyk

Źródło: Zawsze wierni, nr. 1(176) styczeń 2015

]]>
http://fides-et-ratio.pl/index.php/2015/01/christopher-a-ferrara-narodziny-bergoglianizmu/feed/ 0
Stanisławe Krajski: Czy masoneria zagniezdziła się w polskim kościele ? http://fides-et-ratio.pl/index.php/2014/11/stanislawe-krajski-czy-masoneria-zagniezdzila-sie-w-polskim-kosciele/ http://fides-et-ratio.pl/index.php/2014/11/stanislawe-krajski-czy-masoneria-zagniezdzila-sie-w-polskim-kosciele/#comments Tue, 25 Nov 2014 17:42:51 +0000 http://fides-et-ratio.pl/?p=5802 Od kilku lat wiele osób, w tym kapłanów namawia mnie do napisania książki pt. „Masoneria w Kościele”, ewentualnie książki pt. „Masoneria w Kościele polskim”. Zdaje sobie sprawę z tego, że taką książkę należałoby już dziś napisać. Mam jednak wciąż wewnętrzne opory. To jest bardzo trudny temat. Trzeba bardzo uważać, żeby nie wylać dziecka z kąpielą – nie ugodzić w Kościół. żeby nie doprowadzić do tego, aby jakiś maluczki zwątpił w to, że „bramy piekielne go nie przemogą”.
Jest jednak coraz więcej znaków wtargnięcia masonerii tak do Kościoła powszechnego, jak i Kościoła polskiego, obecności w nim masonów i masońskich agentów wpływu. Jest coraz więcej w nim zgniłych masońskich owoców, powodujących zagubienie się, a niekiedy nawet demoralizację wiernych, ale i kapłanów.
Zabiorę zatem głos na ten temat, na razie tylko na temat Kościoła w Polsce, ale będzie to tylko takie prześlizgnięcie się po powierzchni, zasygnalizowanie pewnych, wybranych problemów, mały początek przyszłej publikacji.

1. Czy Kościół w Polsce realizuje wskazania Leona XIII odnoszące się do masonerii?

Papież Leon XIII w encyklice o masonerii „Humanum genus” napisał: „Zrywajcie z wolnomularstwa maskę, ukazujcie je takim, jakim jest. I w przemówieniach, i w listach pasterskich temu zagadnieniu poświęconych pouczajcie lud, uświadamiajcie go, jakie podstępy stosują te sekty, aby zwodzić ludzi i wciągać ich w swoje szeregi, ukazujcie im przewrotność ich nauk i szpetotę postępków. Przypominajcie, że na mocy orzeczeń wielokrotnie wydanych przez Naszych Poprzedników żaden katolik, jeżeli ceni sobie wiarę katolicką i swoje zbawienie tak jak powinien, nie może pod żadnym pretekstem wstąpić do sekty wolnomularzy. Niech nikt nie da się wprowadzić w błąd rzekomą ich przyzwoitością. Niektórym osobom może się rzeczywiście wydawać, że w zamiarach wolnomularzy nie ma nic otwarcie przeciwnego świętości religii i dobrym obyczajom. Pomimo to, ponieważ fundamentalna zasada i racja istnienia tej sekty całkowicie są występne, nie może być dozwolone przyłączanie się do niej ani popieranie jej w jakikolwiek sposób”.
Oczywiste jest, że te wskazania nadal obowiązują i powinny być w Kościele realizowane. Nasi Pasterze mają obowiązek przestrzegać nas przed wilkami, które chcą nas pożreć, przede wszystkim przed tymi, które są najbardziej niebezpieczne i przed tymi, które podkradają się blisko do nas w owczych skórach.
Czy w polskim Kościele realizuje się te wskazania, czy choćby przypomina się dokumenty wydane na ten temat za pontyfikatu papieża św. Jana Pawła II?
Nie trzeba dokonywać szczegółowych badań, wertować ksiąg i analizować faktów, by móc powiedzieć z ręką na sercu: nie! Kapłani zachowują się tak jakby tych wskazań nie było albo tak jakby o nich nigdy nie słyszeli albo tak jakby te wskazania (również te św. Jana Pawła II) były całkowicie już nieaktualne.
Ignorancja? Zagubienie? Uwiedzenie przez „ten świat”? Poddanie się dyktatowi tzw. politycznej poprawności? Po prostu ludzka słabość i strach przed tym, co św. Jan Paweł II nazywał w encyklice „Veritatis splendor” małym i średnim męczeństwem? A może strach przed odrzuceniem czy przed ośmieszeniem?
A może to efekt działania w Kościele polskim masońskich agentów wpływu?
Przytoczę tu tylko jeden, ale za to bardzo drastyczny, przykład.
W 2014 r. pojawiła się w Muzeum Narodowym w Warszawie na przeciąg wielu miesięcy wystawa pt. „Masoneria. Pro publico bono” („Masoneria dla dobra publicznego). Pisze o niej więcej w dodatku 5.
Tutaj warto tylko wypunktować kilka spraw. Wystawa ta, jak sygnalizuje to jej tytuł, opowiada o tym jaką pozytywną organizacją jest masoneria. Jej kuratorem i organizatorem jest znany mason – prof. Tadeusz Cegielski. Wystawa ma miejsce w państwowym muzeum i jest zorganizowana za państwowe (nasze, katolickie pieniądze). Pieniądze te pochodzą w znacznej mierze z Ministerstwa Kultury i Dziedzictwa Narodowego, ministerstwa, które w katolickiej Polsce nie powinno dofinansowywać antykatolickich inicjatyw. Wystawie towarzyszy szereg zajęć dodatkowych i akcji, w tym, jak czytamy w jej programie, „warsztaty familijne” dla „rodzin z dziećmi w wieku 5- 12 lat” i „lekcje muzealne”, które są przeznaczone dla: „przedszkoli i klas I-III szkół podstawowych”, „klas IV-VI szkół podstawowych i gimnazjów”, „dla szkół ponadgimnazjalnych”. Oprócz tego są też dwudniowe „warsztaty dla nauczycieli” ( zapewne dotyczące tego co i jak mówić dzieciom i młodzieży o masonerii) .
Od osób, które były na tych „lekcjach” dowiedziałem się, że w ramach „zabawy” proponowano dzieciom składanie przysiąg masońskich.
Powiedzmy wprost i bez żadnych ogródek: w Polsce, kraju od tysiąca lat katolickim, kraju, w którym Kościół jest silny i liczny – w Królestwie Matki Bożej za pieniądze katolików dezorientuje się społeczeństwo w perspektywie wiary, wartości i zagrożeń duchowych i wprowadza katolickie dzieci w krąg wartości szatana i jego świat.
Na stronie Ministerstwa Kultury i Dziedzictwa Narodowego czytamy: „Wystawę poświęconą masonerii – jednemu z ważniejszych składników kultury polskiej i powszechnej – począwszy od XVIII wieku do dnia dzisiejszego można oglądać w Muzeum Narodowym w Warszawie. Gościem wernisażu, który odbył się 10 września br., była Minister Kultury i Dziedzictwa Narodowego prof. Małgorzata Omilanowska. Niezwykła ekspozycja pokazuje kształtowaną przez masonerię na przestrzeni wieków wizję świata: polityki, sztuki, społeczeństwa. Blisko 500 dzieł prezentowanych w ośmiu muzealnych salach – zaaranżowanych na wzór drogi wtajemniczenia do loży – ilustruje nie tylko historię i dorobek rodzimej masonerii, nazywanej też wolnomularstwem, lecz także reprezentowane przez nią uniwersalne wartości: wolność, braterstwo, solidarność, tolerancję oraz ideę samodoskonalenia jednostki i całych grup społecznych”
Co na to wszystko episkopat, biskupi, biskup ordynariusz?
Nic. Cisza.
Czy chociaż proboszczowie, kapłani, chociaż w Warszawie, przed tym przestrzegali? Ja osobiście o takim wypadku nie słyszałem.
A tak przy okazji. Jaka była reakcja na wystawę katolików świeckich zrzeszonych np. w partiach politycznych identyfikujących się a katolicyzmem, np. w PiS? Nie słyszałem o żadnej takiej reakcji.

2. Czy w polskim Kościele są jeszcze „jastrzębie”?

W numerze 10 „Wolnomularza Polskiego” z grudnia 1996 r. jeden z polskich masonów, Adam Witold Wysocki opisuje stosunek masonerii do polskiego Kościoła w artykule pt. „Masoni i Kościół”. Polscy biskupi i kapłani podzieleni tam są na „jastrzębie” i „gołębie”. „Jastrzębie” to, ci, którzy są negatywnie ustosunkowani do masonerii. „Gołębie” to, ci, którzy uważają, że dialog i współpraca z masonerią są nie tylko możliwe, ale i wskazane. Wysocki stwierdza: „Cóż, mamy prawo sądzić, że to wszystko, co głosi ksiądz Rydzyk na temat rzekomych związków masonerii z diabłem nie jest traktowane poważnie również przez niemałą część polskiej hierarchii kościelnej, uważającej słusznie, iż tego rodzaju retoryka raczej szkodzi interesom Kościoła niż pomaga w umacnianiu jego autorytetu w społeczeństwie. Nie będziemy tu cytować imiennie polskich prałatów i biskupów, którzy wykazują wobec innowierców, czy braci odłączonych, w tym także wolnomularzy postawę znacznie bliższą duchowi Vaticanum Secundum, niż to wyczytać można z kolejnych oficjalnych komunikatów o posiedzeniach polskiego episkopatu. Fakt, iż w Kościele katolickim, istnieje jak w każdym masowym ruchu społecznym podział na tzw. jastrzębi i gołębi jest powszechnie znany. Rzecz, w tym, że niestety w Kościele polskim głos decydujący w sprawach istotnych dla wzajemnych stosunków między Kościołem i masonerią mają, póki co od wielu lat głównie ci pierwsi” .
Charakteryzując dominację „jastrzębi” Wysocki pisze: „Żywimy uzasadnioną naszym zdaniem nadzieję, iż istniejąca obecnie dominacja jastrzębi w episkopacie polskim oraz wśród części kleru i klerykalnych działaczy świeckich nie będzie trwała wiecznie. Osądowi ludzi wierzących i praktykujących to, co określa się jako wartości chrześcijańskie pozostawiamy odpowiedź na pytanie o wartość jaką ma przekazywany przez niektórych hierarchów i działaczy katolickich znak pokoju, skoro wielu z nich nie tylko po wyjściu z kościoła, ale jeszcze w trakcie nabożeństwa głoszą z ambony słowa nienawiści i pogardy do bliźnich, których Chrystus każe im przecież miłować…” .
Czy dziś można mówić o dominacji „jastrzębi” w polskim Kościele?
Niech ktoś mi te „jastrzębie” wskaże.
„Gołębie” wyraźnie przeważają w polskim Kościele. Gorzkie tego owoce rzucają się w oczy.

3. Zadziwiająca bierność polskiego Kościoła

Prof. Andrzej Nowak mówiąc w wywiadzie udzielonym w połowie 2014 r. Krzysztofowi Skowrońskiemu o tragicznej sytuacji, w której znajduje się dzisiaj Polska, o wielkim bezmiarze nieprawości w pewnym momencie stwierdza: „Natomiast w kwestii radykalnego upadku moralności – nie mogę zrozumieć, dlaczego Kościół w tej sprawie nie zabiera głosu. Historia Polski, jaką opisuję, pokazuje fundamentalną rolę Kościoła i ludzi Kościoła, którzy byli ze społeczeństwem, kiedy władza łamała prawo, sumienia i charaktery. Nie słyszałem żadnej wypowiedzi arcybiskupa przeciwko temu potwornemu podeptaniu moralności publicznej, z którym mamy dzisiaj do czynienia” .
Na ten temat pisałem ostatnio w książeczce pt. „Chrystus Król i Matka Boża Królowa Polski”: „Polski Kościół hierarchiczny coraz bardziej aktywny w początku lat dziewięćdziesiątych w sferze społecznej (np. negatywne odniesienie do telewizji POLSAT czy wskazywanie partii, na które katolicy mogą głosować) wyciszał się powoli, by przyjąć bierną postawę i nie reagować na większość negatywnych z punktu widzenia duchowego i moralnego zjawisk, które pojawiały się w sferze publicznej, w polityce, gospodarce czy kulturze. Początkowo podejmował nawet próby wytworzenia kościelnych mediów. Powstała codzienna gazeta Słowo – dziennik katolicki. Była też w pewnym momencie mowa o drugim dzienniku katolickim, który w fazie początkowej byłby finansowany przez wszystkie polskie parafie. Powstawały we wsparciu hierarchii ogólnopolskie radio katolickie i telewizja Niepokalanów oraz telewizja Plus. Wszystkie te inicjatywy jednak upadły, w niektórych wypadkach, mówiąc delikatnie, z hukiem. A przecież przykład o. Tadeusza Rydzyka, powstanie z jego inicjatywy, przy wsparciu wielu świeckich i wsparciu zakonu redemptorystów, Radia Maryja, Naszego Dziennika telewizji TRWAM, Wyższej Szkoły Kultury Społecznej i Medialnej był dowodem na to, jak wiele można zrobić (i pośrednim dowodem na to jaka jest, zaskakująca i niezrozumiała, niemoc polskiego Kościoła)” .
Napisałem tam również: „W polskim Kościele pojawiło się też, chyba pod koniec lat dziewięćdziesiątych, zjawisko pogłębiającego się wciąż i coraz szybciej, upodobniania go do Kościoła Zachodniej Europy – flirtowania z tym światem, poddawania się wymogom stawianym przez pogan, wyciszania pewnych, mogących razić niekatolików, tematów i problemów, zmiany języka, na bardziej ugodowy i rozmydlony. Towarzyszył (i towarzyszy) temu proces przenikania do polskiego Kościoła wirusa modernizmu i rozwój choroby, którą on wywołuje, i która dotyka uczelni katolickich, seminariów duchownych, kapłanów, świeckich” .

4. Kościół i masoński system bankowy

Istotnym elementem nauczania Kościoła było przez wieki tzw. społeczne nauczanie Kościoła. W jego ramach Kościół nie tylko oceniał zjawiska społeczne, polityczne i gospodarcze, ale również ustroje polityczne i gospodarcze wyróżniając to, co św. Jan Paweł II nazywał strukturami grzechu.
Kościół wskazywał również prawidłowe z punktu widzenia moralności chrześcijańskiej rozwiązania, a nawet je, tak jak w encyklice „Quadrogesimo anno”, projektował.
Cały ten wielki dorobek Kościoła jest wciąż i niezmiennie aktualny i, co jest oczywiste, Kosciół powinien na co dzień z niego korzystać, odwoływac się do niego i w oparciu o zawarte wnim wskazania dokonywać analizy i oceny aktualnych ustrojów politycnych i gospodarczych oraz działań i zjawisk występujacych w tych porządkach.
Polski Kościół niczego takiego już od wielu lat nie robił, choć jest tutaj wielka polska tradycja tak pielęgnowana przez Prymasa Tysiaclecia ks. kard. Stefana Wyszyńskiego i kontynowana przez jakiś czas bezpośrednio po 1989 r.
Jedną z kwestii „społecznych” podejmowanych przez Kosciół wciąż od wczesnego średniowiecza tak w jego oficjalnym nauczaniu jak i w ujęciach wielkich Ojców i Doktorów Koscioła jest kwestia systemu finasowego i bankowego.
Kosciół podejmował w tej eprspektywie wiele szczergółowych problemów, ale najczęsciej skupiał się na zbrodni i grzechu lichwy, potępiając ją jednoznacznie, wskazując na zło i nieszczęście ludzkie, które powodowała, domagając się jej likwidacji.
Dziś to co Kosciół nazywał lichwą stało się ogólnoświatową i polską normą – fundamentem noweoczesnego systemu finasowego i bankowego. Lichwa ta przybrała dziś monstrualne wymiary. Banki nie tylko pożyczają na lichwiarski procent pieniądz ludziom, którzy znaleźli się w finansowej pułapce, ale same, te pułpki wytwatrzają. System finansowy i bankowy stał się jedną wielką, przerażającą strukturą grzechu, więcej: strukturą kradzieży i rabunku.
Kościół to całkowicie ignoruje. Nie przestrzega przed tym. Nie potępia tego. Nie wskazuje zgniłych i destrukcyjnych owoców dzisiejszej lichwy.
Lichwa współczesna to już więcej niż lichwa – to lichwa podniesiona do n-tej potęgi. Banki nie tylko ściągają od ludzi licghwiarski procent, ale wytwarzają w sposób ekonomicznie i moralnie nieuzasdniony pieniądze przez co okradają ludzi (ten wytworzony przez nie sztucznie pusty pieniądz nabiera wartości obniżając wartość pieniędzy, które są w rękach społeczeństwa), przejmują w sposób neuzasadniony i niesprawiedliwy mąjątek narodowy i majątki ludzi.
Kościół przed tym właśnie ludzi nie przestrzega i tego nie potępia, lecz sam, ponadto, zaczyna funkcjonować w raamch tej struktury grzechu i zmusza wiernych, by byli w rej strukturze i masoński system wspierali.
Wielu bowiem proboszczów (i nie tylko proboszczów) nie postępuje juźz tak jak to było przez wieki, nie zbiera datków od ludzi, by zbudować kościół, wyremontować go czy np. zalożyć ogrzewanie podłogowe, tylko zaciąga kredyt, dokonuje inwestyji, a potem spłaca go (i odsetki) zbierajac datki od wiernych. W efekcie takiego zabiegu wierni pokrywają inwestycję praz przekazują, chcąc niechcąc, drugie tyle pieniędzy dla banku, co stanowi jego zysk. Zysk ten w wielu wypadkach przenzaczony jest, jak można się domyśleć, na walkę z Kosciołem i demoralizację katolików, promocję pogaństwa, wzmacnianie mediów, które prowadzą akcję demoralizacji i poganizacji polskiego społeczeństwa.

5. Masoneria jest dziś zadowolona z polskiego Kościoła

Przeanalizujmy powyższy tekst pod kątem odpowiedzi na pytanie: w jaki sposób dzisiaj masoneria ocenia aktywność polskiego Kościoła?
Odpowiedź na to pytanie nie może chyba budzić wątpliwości.
Z pewnością jest zadowolona.
Czy Kościół polski sam z siebie doprowadził się do takiego stanu?
A może jednak jest to efekt działania masonerii, masonerii, która nie tylko go z zewnątrz naciska i skłania do pewnych zachowań (czy braku reakcji), ale również działa w jego wnętrzu poprzez swoich ludzi umieszczonych w hierarchii i poprzez swoich agentów wpływu rozrzuconych po tych kościelnych ośrodkach, które w taki czy inny sposób decydują o kierunkach myślenia (i działania) w polskim Kościele, np., między innymi, w seminariach duchownych, na uczelniach katolickich, w KAI i w katolickich mediach?

]]>
http://fides-et-ratio.pl/index.php/2014/11/stanislawe-krajski-czy-masoneria-zagniezdzila-sie-w-polskim-kosciele/feed/ 0
ks. dr W. Kalinowski, ks. dr J. Rychlicki : Dowody na istnienie Boga http://fides-et-ratio.pl/index.php/2014/11/ks-dr-w-kalinowski-ks-dr-j-rychlicki-dowody-na-istnienie-boga/ http://fides-et-ratio.pl/index.php/2014/11/ks-dr-w-kalinowski-ks-dr-j-rychlicki-dowody-na-istnienie-boga/#comments Mon, 10 Nov 2014 23:49:13 +0000 http://fides-et-ratio.pl/?p=5779 Poznanie Jego istnienia.

1. Bóg przyczyną i końcem rzeczy. Zastanawiając się nad światem spostrzegamy, że żadna zmiana w przyrodzie, żadne jej zjawisko nie powstaje samo przez się, że jedno jestestwo daje początek drugiemu, a każde zawdzięcza swój byt innemu. Ten długi łańcuch przyczyn i skutków, jaki w całym świecie odkrywamy, nie może być nieskończony, czyli musimy w końcu dojść do przyczyny ostatecznej, która będzie zarazem przyczyną pierwszą, tj. początkiem wszechrzeczy. I tę przyczynę, która wszystkie rzeczy na świecie do bytu powołała, która nimi kieruje i włada, i nie ma początku ani końca, a sama jest od nich niezależna – nazywamy Bogiem.

Bóg zatem jest przyczyną i celem wszystkich stworzeń, które do bytu powołał; jest On też ostatecznym celem człowieka. Do tego celu winien człowiek dążyć.

Człowiek bowiem jest stworzony na to, aby Pana Boga znał, miłował, Jemu służył, a przez to zbawił duszę swoją, czyli osiągnął szczęśliwość wieczną w niebie. Do tego celu ostatecznego i nadprzyrodzonego, jakim jest zbawienie duszy i posiadanie Boga w niebie, człowiek powinien już tu na ziemi przygotować się w sposób od Boga wskazany.

2. Dowody istnienia Boga. Bóg jest duchem, nie możemy Go przeto poznać bezpośrednio za pomocą naszych zmysłów tak, jak poznajemy rzeczy materialne. Ale poznajemy Go pośrednio. Jak mistrza poznajemy z jego dzieła, tak z istnienia świata dochodzimy do przekonania, że istnieje Ten, który go stworzył. Dowody istnienia Boga opierają się na prawie przyczynowości, które głosi: nic się nie dzieje bez przyczyny (nihil fit sine causa). Myśl tę wyraża św. Tomasz następująco: „Istnienia Boga nie poznajemy ani przez bezpośredni ogląd, ani na mocy dowodu a priori, lecz jedynie a posteriori, tj. z rzeczy, które są uczynione, posługując się dowodem, wznoszącym się ze skutków do przyczyny”. Za istnieniem Boga przemawiają prawa, które rządzą tak dobrze całym wszechświatem, jak i wewnętrznym życiem człowieka. Stąd dowody istnienia Boga dzielimy na takie, które czerpiemy z obserwacji zjawisk w przyrodzie (kosmologiczny i celowy, czyli teleologiczny) i takie, których podstawą są badania zjawisk psychologicznych (moralny i historyczny). Rozum ludzki żądny jest racji, dla których coś przyjmuje za prawdę i dlatego powinniśmy zdać sobie sprawę z naszej wiary w istnienie Istoty Najwyższej. Tym sposobem uzasadniamy rozumowo nasze przekonania religijne.

Dowody kosmologiczne.

1. Dowód z faktu istnienia świata. Dowód za istnieniem Boga, jaki rozum wyprowadza z istnienia świata, zwie się dowodem kosmologicznym.

Wszystko, co wokół nas istnieje, nie powstało samo z siebie; każde jestestwo zawdzięcza swój byt drugiemu, a cały wszechświat przedstawia długi szereg skutków, z których każdy zależy od poprzedniego, jako swej przyczyny. Jeśli każda rzecz na świecie musi mieć swoją przyczynę, to tym bardziej niezliczona ilość jestestw, z jakich się wszechświat składa. W końcu musimy dojść do takiej przyczyny, która swego bytu nie zawdzięcza innej przyczynie, ale sama jest z siebie, ł tę ostatnią przyczynę nazywamy Bogiem.

Cały nasz świat widzialny, jak stwierdzają nauki doświadczalne, nie powstał od razu, lecz stopniowo, drogą rozwoju. Na początku był chaos: olbrzymie masy materii w postaci „mgławicy” oraz pyłu kosmicznego rozrzucone były w niezmierzonych przestworzach niebieskich. Te masy materii w pewnym momencie czasu zaczęły odbywać nich, Na mocy prawa ciążenia materia zaczęła się zgęszczać, skupiać w pewnych miejscach i tworzyć jądra. Z drobnych elektronów i atomów powstały wielkie masy materii, które poczęły wirować wokoło własnej osi. Tak powstał dzisiejszy nasz świat jako kosmos, czyli z materii i siły powstały nieprzeliczone ciała niebieskie, pełne piękności i harmonii.

Powstają teraz pytania: Skąd pochodzi pierwotna materia w postaci mgławicy? Kto nadal jej ruch? Kto ożywił pierwszą protoplazmę? Skąd powstały rośliny, zwierzęta, człowiek? Rozum odpowiada na te pytania twierdzeniem, iż musi istnieć Przyczyna rozumna – Bóg, który to wszystko do bytu powołał, nadał każdej rzeczy cel i kierunek, i wzajemnie wszystko zharmonizował.

Materia i ruch:

a) Trudno jest sobie wyobrazić sam fakt stwarzania. Rozum ludzki jednak całkiem jasno pojmuje, przyjąwszy istnienie wszechmocnej Istoty Bożej – możliwość powołania do bytu z nicości tych rzeczy, które stworzonymi nazywamy.

Nauka Kościoła głosi, że Bóg stworzył świat z niczego, nie z własnej substancji Bożej, nie z czegoś, co przedtem istniało.

Istnieje potrójna możliwość: albo przyjmuje się wieczność materii, wieczność świata, albo wreszcie stworzenie świata dzięki pomocy Bożej z niczego, productio ex nihilo sui et subiecti, czyli uczynienie, powołanie do bytu bez użycia poprzednio istniejącej materii, uczynienie z niczego, a to nie w tym sensie, jakoby nie było tworzywa, z którego Bóg stworzył świat, lecz w sensie braku jakiejkolwiek materii, uczynił z niczego istniejącą – twórcza to czynność Boża.

Materia jest rozciągła w przestrzeni i podległa najrozmaitszym zmianom – co jest cechą ujemną. Następnie materia sama przez się jest bezwładna, tj. obojętna na ruch i spoczynek, a więc niezdolna do wprawienia się w ruch.

Materia musiała zostać poruszona przez inną siłę zewnętrzną i to niematerialną. A tak musiała istnieć jakaś istota niematerialna, która materię pierwszą w ruch uprawiła i w ten sposób dała początek wszelkim zmianom i zjawiskom na świecie.

b) Powstanie ruchu świadczy o istnieniu jego przyczyny. Tą przyczyną jest Wszechmocny Stwórca, który nie tylko stworzył materię, ale nadto nadał jej olbrzymią siłę mechaniczny

2. Dowód z istnienia istot żyjących. Dowód kosmologiczny wyprowadzić można również z istnienia istot żyjących. Żeby się nie powtarzać, wypadnie podkreślić dwa zjawiska, które w świetle badań przyrodniczych zdają się być bezspornym faktem:

a) Stan ziemi w początkach jej istnienia. Nasza ziemia, jak nas poucza geologia, znajdowała się ongiś w stanie ognistej masy, której temperatura sięgała kilku tysięcy stopni. Wskutek tej wysokiej temperatury nie tylko istoty żyjące, ale nawet najdrobniejsze zarodki życia nie mogły się utrzymać na ziemi. Owszem, najgłębsze pokłady ziemi nie wykazują najmniejszego śladu życia i dlatego ten okres tworzenia się skorupy ziemskiej nazywa się azoicznym, tj. okresem bez życia.

b) Życie powstaje tylko z życia. Z biologii wiemy, że z materii nieżyjącej nie może powstać nigdy coś żyjącego, nawet najmniejsza roślinka. Wchodzi tu w grę tak zwana kwestia samorództwa, że o ile zaistnieją pewne warunki, mogą z materii anorganicznej, martwej, powstać drogą samorództwa istoty żyjące. Tak sądzili niegdyś: Tales z Miletu, św. Augustyn, św. Tomasz z Akwinu, i dziś również teoria ta ma wielu zwolenników.

Wracając do przyrodniczej teorii samorództwa, chociaż ona nie mówi o Bogu Stwórcy i nie zawiera żadnej pozytywnej ciągłości z treścią katolickiego dogmatu o zapoczątkowaniu życia wegetatywnego i zmysłowego, to jednak nie jest sprzeczna z katolickim ujęciem. Dlaczego? Teoria ta zamykając się w sferze rzeczywistości zjawiskowych nie wyklucza tego, iż Bóg jest pośrednim sprawcą życia, roślin i zwierząt, o ile udzielił materii nieożywionej zdolności do wydania tego życia – i dlatego nie godzi w dogmat o stworzeniu przez Boga tego życia.

„Wprawdzie ten, kto przyjmuje przyrodniczą teorię samorództwa, może z racji swych poglądów metafizycznych odrzucać pośrednią stwórczą ingerencję Bożą, ale co innego jest fakt, że ta teoria jako taka, niezależna od wciągnięcia jej w orbitę światopoglądu ateistycznego, nie zawiera pozytywnego wykluczenia idei Boga, jako pośredniego sprawcy życia wegetatywnego i zmysłowego” (Ks. Kazimierz Kłósak – „Teoria samorództwa wobec dogmatu o stworzeniu” T. P. Nr 282).

Do powstania życia prócz pierwiastków materialnych, potrzeba jeszcze pierwiastka życiowego, którego Stwórca użycza martwej materii.

Dowód celowy.

1. Porządek wskazuje na działalność istoty rozumnej. Badając skomplikowany mechanizm jakiejś maszyny lub instrumentu widzimy, że każda cząstka, każde kółeczko są szczegółowo obmyślone i odpowiednio dostosowane do celu i działania danego przyrządu, a stąd wyprowadzamy wniosek, że twórcą tego mechanizmu musiała być istota rozumna, która wszystko zharmonizowała w jedną całość i dostosowała odpowiednie środki do jednego, z góry zamierzonego celu.

Podobnie badając mechanizm świata, dostrzegamy w nim piękny i stały porządek, według którego wszystkie zjawiska odbywają się mocą praw oznaczonych z góry – widzimy na każdym kroku zdumiewającą celowość, czyli dostosowanie środków do zamierzonego celu. Musimy tedy dojść do wniosku, że twórcą tego niesłychanie rozumnego planu musiała być istota nieskończenie mądra i dobra, którą nazywamy Stwórcą wszechrzeczy – Bogiem.

Z niezmiernie bogatego materiału, jakiego nam w tej kwestii dostarczają nauki przyrodnicze, rozpatrzmy tylko niektóre szczegóły, a przekonamy się o przedziwnie celowym porządku, jaki panuje we wszechświecie.

2. Porządek w świecie nieorganicznym.

a) Ciała niebieskie. Przenosząc się wzrokiem i myślą ku przestworzom niebieskim, musimy podziwiać niezliczoną ilość gwiazd. Na samej drodze mlecznej naliczono ich przeszło 18 milionów. Te ciała biegną ustawicznie z niesłychaną szybkością (w 1 sekundzie40 000 mil), odbywając ruch wokoło większych jeszcze planet, te zaś znów około słońc centralnych. W ruchach tych panuje tak zadziwiająca prawidłowość i dokładność, że astronomowie na setki lat naprzód wiedzą o każdym ruchu, o każdym zaćmieniu słońca lub księżyca i mogą określić miejsce i rozmiary każdej planety. Ich oddalenie przewyższa wszelkie ludzkie obliczenia. Światło od niektórych mgławic, aby dojść do nas, potrzebuje 90 milionów lat. Ich rozmiary w podziw wprowadzają umysł ludzki. Ciężar słońca wynosi 1 kwintylion 879 kwadrylionów kilogramów. Pomimo że ciała niebieskie na mocy ogólnej grawitacji ciążą ku sobie, utrzymują się one swobodnie w przestrzeni i są zabezpieczone przed katastrofą zderzenia. Wszystkie tworzą jakby jeden mechanizm olbrzymiego zegara, w którym tyle kółek, ile ciał niebieskich. Ten zegar wskazuje mieszkańcom ziemi dni i godziny oraz pory roku. Nie spóźnia się on ani śpieszy; nie trzeba go regulować ani nakręcać.

Słońce jest niezbędne dla życia. Bez niego nie mielibyśmy ani wystarczającego światła, ani ciepła, skutkiem czego musiałoby zamrzeć wszelkie życie na ziemi. Księżyc ma wpływ na naszą ziemię, bo powoduje przypływy i odpływy morza, od których zawisło życie milionów istot żyjących w morzu.

b) Ziemia. Opisuje ona wokoło słońca drogę zbliżoną do koła, w przeciwieństwie do innych ciał niebieskich, zakreślających wydłużone elipsy i hiperbole. W ten sposób odległość jej od źródła światła nie zmienia się zanadto w ciągu roku. Pochylenie zaś osi ziemskiej o 23,5 stopni do poziomu jej drogi naokoło słońca pociąga za sobą tak dobroczynną dla nas zmianę pór roku. Bieg i nachylenie ziemi w różnych porach roku sprawiają, że na wiosnę rośliny otrzymują więcej chemicznych a mniej ogrzewających promieni. W porze letniej działają wszystkie promienie równomiernie, ku jesieni zaś słabną promienie świetlne i chemiczne, a głównie działają ogrzewające, które powodują i przyspieszają dojrzewanie plonów.

Ziemia obfituje w te składniki, które są pokarmem dla świata roślinnego, a więc: w krzemionkę, wapno, potas, sód, magnez, fosfor, żelazo. Bez nich rośliny nie mogłyby powstać ani się rozwinąć. Dlatego sławny chemik Liebig pisze: „Nie ma w całej chemii objawu, który by tak dalece mądrość ludzką mógł w osłupienie wprawić, jak skład ziemi ornej ze względu na roślinność”.

Powierzchnia ziemi jest w 3/4 oblana wodą i dzięki tej dysproporcji między oceanami a stałym lądem nie stała się pustynią. Ziemia bowiem potrzebuje wielkiej obfitości wody, aby mogła przez parowanie wytwarzać chmury i deszcze, bez których powstanie i rozwój życia pomyśleć się nie da. Woda bowiem jest niezbędna i najbardziej potrzebna dla utrzymania życia na ziemi. Poi wszystkie istoty żyjące i karmi je, podając substancje w stanie rozpuszczonym. W stanie lotnym przenika i ożywia rośliny – łagodzi i równoważy klimaty itp. Woda wyróżnia się tym spośród innych płynów, że jej największa gęstość jest nie przy temperaturze marznięcia, ale przy 4 stopniach ciepła. Dzięki tej szczególnej właściwości oziębiona do zera staje się lżejszą i nie idzie na dno, ale do góry, gdzie ścina się w lód, co zabezpiecza dostateczną ilość ciepła organizmom żyjącym w wodzie.

c) Powietrze okalające ziemię składa się z tlenu, azotu i małej domieszki dwutlenku węgla, a więc z takich gazów i w takim stosunku, jaki najbardziej odpowiada warunkom życia. Posiadają one tę właściwość, że są względem siebie obojętne i nie łączą się wprost chemicznie. Inaczej byłyby trucizną, zabijającą wszelkie życie. Przeciwnie, nie pomieszane są potrzebne i niezbędne istotom żyjącym. Ludzie i zwierzęta zabierają z powietrza tlen (O), a wydzielają szkodliwy dla organizmu dwutlenek węgla (CO2). Przeciwnie rośliny, pochłaniające CO2 a wydzielające O, oczyszczają zatrute powietrze. To dostosowanie jednych stworzeń do drugich świadczy o rozumnym planie w urządzeniu świata, czyli o celowym porządku.

3. Porządek w świecie organicznym.

a) Anatomia ciała ludzkiego. Jeszcze bardziej zdumiewający porządek i celowość spostrzegamy w świecie organicznym. Każda komórka, powiada prof. O. Hertwig, jest arcydziełem natury. A cóż dopiero mówić o całym organizmie, o poszczególnych narządach! Każdy z nich jest skomplikowanym instrumentem.

Mózg ludzki stanowi jakby zarząd całego organizmu ludzkiego, a rdzeń pacierzowy z licznymi nerwami jest jakby silnym kablem sieci telegraficznej, przesyłającej rozkazy do poszczególnych narządów ciała. Oko stanowi jakby aparat fotograficzny, dający na jednej kliszy niezliczoną moc odbić niezrównanych w piękności i barwie. Mógł tedy wielki Newton powiedzieć, że „Ten, który pierwsze oko zbudował, musiał znać najdokładniej wszelkie prawa optyki”. Ucho jest to rodzaj maleńkiej mikroskopijnej harfy, posiadającej około 6 tysięcy włókien, czyli strun, ułożonych obok siebie podług wielkości. I na niej odtwarza się natężenie, wysokość, harmonia i wydźwięk wszelkich możliwych tonów. Serce tworzy jakby podwójną ssąco-tłoczącą pompę, roznoszącą po arteriach życiodajną ciecz w postaci krwi. System trawienia jest przyrządem ogrzewania ciała. Zęby tworzą tartak, krtań – jakby organy z wielką rozmaitością tonów i dźwięków. Czy można coś piękniejszego i mądrzejszego pomyśleć?

b) Zwierzęta, idąc jedynie za swym instynktem, dokonuję rzeczy, których najzdolniejsi uczeni nie potrafiliby wykonać w ogóle, albo chyba dopiero po długich i mozolnych studiach. Wystarczy przytoczyć kilka przykładów. Zwierzę zna dokładnie szkodliwe i pożyteczne pokarmy.

Słynny Linneusz obliczył nawet, że wół zjada 276 gatunków traw, a nie rusza 218, owca 387 gatunków, a omija 151 itp. Krogulec, żywiący się wężami jadowitymi, jeśli zostanie ukąszony przez swoją ofiarę, biegnie natychmiast szukać rośliny, zwanej „vejuco” i zjada kilka jej liści. Spostrzegli to ludzie i przekonali się, że właśnie ta roślina jest jedynym lekarstwem dla ukąszonych przez węże.

Mieszkania wielu zwierząt, np. termitów i bobrów, lub gniazda ptaków są architektonicznymi dziełami sztuki.

I tak zwijacz (chrząszcz) wycina sobie dla swych jajeczek i gąsienicy lejek z listka, rozwiązuje w tej pracy nie tak łatwy problemat wyższej matematyki (rozwinięta z rozwijającej). Gąsienica jelonka (owad), zamieniając się w poczwarkę, zagrzebuje się do jamy o podwójnej długości swego ciała, jakby w tajemniczym przeczuciu przyszłego wzrostu jelonka. Mysz polna wygryza z nagromadzonych ziarnek zarodki, jakby rozumiała, że ziarnka mogą kiełkować. Pająk morski pokrywa się kępkami trawy, aby się ukryć, żaboryb ukrywa się w piasku aż po oczy i na jednej płetwie kołysze ustawicznie kawałek mięsa, póki rybka próbująca go pochwycić nie stanie się w paszczy żaboryba ofiarą tego formalnego polowania.

Pszczoły wykonują komórki z romboidalnymi ścianami, które rozwiązują dylemat, jak zbudować stosunkowo jak największą komórkę, zużywając do tego najmniejszą ilość materiału.

Czy dla wyjaśnienia tych zadziwiających zjawisk instynktu należy przypuścić inteligencję u zwierząt? Bynajmniej. W zmienionych bowiem warunkach istnienia, zwierzę zachowuje się głupio i bezradnie. Kura rozpoznająca błyskawicznie drapieżnego ptaka, nie potrafi odróżnić prawdziwego jajka od zrobionego z gipsu. Pająk tak cudnie splatający sobie pajęczynę, nie potrafi jej naprawić, gdy mu ją ktoś po skończeniu roboty popsuje. Wyjaśnić te zjawiska można jedynie, przyjmując istnienie Stwórcy, który każdemu stworzeniu dał instynkt, ściśle przystosowany do odpowiednich warunków życia.

Czytając w przecudnej księdze przyrody przyznajemy, że wszędzie istnieje w świecie harmonia, porządek i celowość. Cel jest to coś, co oznacza rzecz, która jeszcze nie jest, która dopiero przez stosownie dobrane środki może być osiągnięta. Takiego doboru środków do zamierzonego celu może dokonać tylko istota, przed którą teraźniejszość i przyszłość są równie otwarte. Nadto taki dobór i zastosowanie środków jest niemożliwe bez woli, która wszystkie czynniki rozwoju w świecie obejmuje, opanowuje i podporządkowuje swym celom. Dlatego rozum zmusza nas do przyjęcia istnienia Najwyższej Istoty, nieskończenie mądrej, która cały świat urządziła podług powziętego z góry planu. Żywo odczuwał porządek i celowość we wszechświecie Dawid, który wielbiąc jej Twórcę, tak śpiewał: „Jak liczne są dzieła Twoje, Panie! Ty wszystko mądrze uczyniłeś” (Ps. 103, 24). „Aleś Ty wszystko urządził według miary i liczby, i wagi” (Mądr. 11, 21).

Dowód moralny

1. Sumienie głosi prawo moralne. Każdy człowiek posiada sumienie, które mu mówi, że między złem a dobrem istnieje różnica, która się nigdy zmienić nie da, że obowiązkiem każdego jest dobro pełnić, a zła unikać – że spełnienie tego obowiązku pociąga za sobą nagrodę, a jego przekroczenie karę i to nawet wtedy, gdy ten czyn pozostał wobec łudzi zupełnie nieznany. Innymi słowy, sumienie głosi nam nieustannie, że istnieje powszechne i niezmienne prawo moralności.

2. Powszechność sumienia. Ten głos wewnętrzny odzywa się w sercu każdego człowieka i to zaraz po przyjściu do rozumu. W miarę rozwoju rozumu głos sumienia staje się jaśniejszy i pewniejszy, a wraz z uszlachetnieniem serca nabiera coraz więcej siły i staje się bardziej stanowczy. Pismo Św. stwierdza: „Poganie, którzy Zakonu nie mają, okazują dzieło Zakonu napisane na sercach swoich, gdy im sumienie ich świadectwo daje” (Rzym. 2, 14-15).

3. Przymioty sumienia. Sumienie przemawia do nas, jakoby prawodawca, który nad nami stoi – rozkazuje, ostrzega, grozi i karze. Chcemy czy nie chcemy, musimy go wysłuchać. Jeśli zaś ten głos umyślnie w sercu przytłumiamy lub nim gardzimy, on na czas jakiś umilknie, by później tym głośniej się odezwać; do zupełnego jednak milczenia nigdy przywieść się nie da. Sumienie więc jest powszechne, bo występuje u wszystkich ludzi – jest niezmienne, gdyż ustawicznie upomina i niezmienne prawo moralności na człowieka nakłada – jest niezależne od naszych chęci i upodobań.

4. Pochodzenie sumienia. Skąd pochodzi ten głos sumienia? Żadna przyrodzona siła nie może być źródłem, przyczyną lub podstawą sumienia. Gdyby różnicę między dobrem a złem ustanowili ludzie, mogliby ją również odwołać lub zawiesić, bo kto wydaje prawo, może je znieść. Tymczasem sumienie nam mówi, iż zakaz czynienia zła obowiązuje każdego bezwzględnie. Choćby czyn niemoralny przyniósł nam jakąś korzyść, mimo to pozostanie zawsze złym i nie wolno się go dopuścić pod żadnym pozorem. Gdyby ludzie np. uchwalili, że wolno jest kraść lub kłamać, to podobna uchwała nie uwolniłaby człowieka od winy, bo nikt z rzeczy zlej nie może uczynić rzeczy godziwej. Zakaz więc czynienia złego nie może być przez żadną powagę ziemską uchylony. Jest to oczywistym dowodem, że prawa moralne zostały ustanowione nie przez ludzi, lecz przez jakąś powagę nadziemską, która panuje nad wszystkimi ludźmi. A zatem istnienie niezależnych od woli ludzkiej praw moralności oraz obowiązek ich wykonania wskazują, że istnieje niewidzialny Prawodawca, który te prawa ustanowił, a sumienie ludzkie uczynił ich głosicielem. Tym prawodawcą jest Bóg-Stwórca natury ludzkiej.

Sumienie nie jest wynikiem wychowania lub dziedzicznym przesądem. Przesądów można się pozbyć; zresztą one same znikają, w miarę jak rozwija się umysł i uszlachetnia serce. Jak nigdy człowiek nie zmieni sądu o tym, że 2 razy 2 jest 4, podobnie nie pozbędzie się sądu wewnętrznego, że np. wdzięczność jest czymś dobrym. A więc nakazy sumienia nie mogą być przesądami.

Nawet poganie uważali sumienie za głos Boży, czego liczne dowody spotykamy w mitologii i poezji greckiej oraz w dziełach największych myślicieli starożytnych. Oto, co pisze Cycero: ,,Było to przekonaniem wszystkich prawdziwie rozumnych mężów, że prawo moralności nie jest czymś wymyślonym przez ludzi, lecz prawem wieczystym, które przez swoje rozkazy i zakazy panuje nad całym światem, a najwyższą podstawą tego prawa jest Bóg” (De leg. II. 4, 8).

Dowód historyczny.

1. Nauka stwierdza powszechność religii. Niektórzy uczeni do niedawna przypuszczali, że ludzkość pierwotna żyła z początku w stanie na pół zwierzęcym, a skutkiem tego nie miała pojęcia o Bogu, nie posiadała żadnej religii. Badania ostatnich czasów rzuciły wiele światła na zagadnienie religijności narodów, zwłaszcza dwie nauki, językoznawstwo (lingwistyka) i ludoznawstwo (etnologia). Badania te wykazały, że nie było i nie ma na kuli ziemskiej narodu lub plemienia, które by nie wierzyło w istnienie jakiegoś bóstwa i nie oddawało mu jakiejś religijnej czci. Oczywiście wyobrażenia dzikich lub na wpół dzikich plemion różnią się bardzo od wierzeń człowieka kulturalnego i jego pojęć o jedynym Bogu.

a) Czasy przedhistoryczne. W najstarszych wykopaliskach, jakie odkryła paleontologia, znajdują się szkielety ludzkie sprzed kilku tysięcy lat. Staranność, z jaką je pochowano, daje nam niechybną wskazówkę wiary owych ludzi w życie pozagrobowe, które zawsze łączy się z wiarą w istnienie Boga.

b) Najstarsze księgi ludzkości. Przejrzyjmy najstarsze święte księgi narodów, np. Hindusów. Są. nimi księgi Weda i Rigweda. Wśród rozmaitych postaci boskich jak: Mitra, Indra, Waryna, Agni spotykamy „Najwyższego Boga”, który nazywa się Dyu. Kto to jest Dyu? Dyu oznacza to samo, co „świecić” lub „niebo i dzień”. U wszystkich zaś indoeuropejskich narodów, tj. Hindusów, Persów, Germanów, Greków, Rzymian, Celtów i Słowian znajduje się ten sam wyraz pierwotny dla uznania Bóstwa: w sanskrycie deva, dyaus, dea spitar, w języku greckim (narzecze Beocji) theos-Zeus. Pater, w łacińskim deus, jupiter = Diupater, w gotyckim Tius, w staroislandzkim Tyr, w staroniemieckim Zio, w litewskim dievas, w pruskim deiws. Słowem, był niegdyś czas, kiedy wszystkie indoeuropejskie narody miały wspólny prajęzyk i czciły jedynego, wspólnego Boga dającego światło i promienie.

Odczytanie napisów klinowych Asyrii i Babilonii dało ciekawe wyniki, że i semickie narody posiadały wspólne imię dla określenia Bóstwa. Jest to słowo El, po babilońsku Ilu (stąd Bab – ilu = Babilon = wrota boskie), po hebrajsku Elohim, po arabsku Allah. A zatem, i tu znalazła swój wyraz pamięć czasów czystej i prawdziwej wiary w Boga.

c) Historia pogańskich ludów cywilizowanych. Były one na ogół zawsze religijne. Oczywiście, hołdując bałwochwalstwu, miały fałszywe pojęcia o bóstwie, ale we wszystkich tych poglądach tkwi ziarno prawdy, czyli przeświadczenie, że istnieje wyższa Istota, kierująca światem. Wprawdzie te narody oddawały cześć fałszywym bożkom, lecz wśród licznych bóstw uważały jedno za najwyższe. Grecy jako najwyższe bóstwo czcili Zeusa, Rzymianie Jowisza. Najwięksi filozofowie starożytni jak: Arystoteles, Platon, Sokrates, Seneka i inni, kierując się światłem rozumu, doszli do przekonania, że musi istnieć jeden prawdziwy Bóg.

Arystoteles w swej Metafizyce wykazuje, że musi istnieć przyczyna pierwsza wszystkich zjawisk na świecie, i przedstawia ją sobie jako istotę myślącą, najdoskonalszą i najszczęśliwszą.

Najsławniejsi pisarze greccy i rzymscy jak: Homer, Sofokles, Herodot, Ksenofont, Wergiliusz, Cycero, Cezar jednozgodnie stwierdzają w swych pismach powszechną wiarę ludzi w istnienie Istoty Najwyższej.

d) Badania nad ludami pierwotnymi. Badania ostatnich czasów rzuciły wiele światła na wierzenia ludów pierwotnych.

Dokładne poznanie języka dzisiejszych szczepów dzikich wykazuje, że zawiera on wyrazy na oznaczenie Istoty Najwyższej, a budowa tych wyrazów stwierdza, że ci, którzy je stworzyli, musieli mieć poprawne pojęcie o prawdziwym Bogu. Słynny odkrywca ludów Afryki Livingstone stwierdza, że u nich wszędzie spotyka się wiarę w Boga, a objawem tej wiary są ofiary i świątynie, wznoszone ku czci Bożej. Co do innych części świata, podobny fakt stwierdzają Stanley, Nansen. Cook, Van Couver i inni.

Badania etnologiczne potwierdziły wyniki badań lingwistycznych. Najpoważniejsi uczeni w tych kwestiach, jak Max Muller, Roskoff, Andrew Lang, Quatrefages stwierdzają powszechność wiary w Boga.

Te rzetelne badania obaliły ostatecznie fałszywe teorie Spencera, Tylora, Wundta i innych o rozwijaniu się religijności dopiero w miarę wyzwalania się człowieka ze stanu dzikiego.

2. Podstawą powszechności wiary – poznanie rozumu. Ten fakt wymaga wyjaśnienia. Co jest przyczyną tej ogólnej wiary, tego zgodnego przekonania? Czy ta wiara jest kłamstwem i pomyłką, czy też opiera się na tej niezbitej prawdzie, że istnieje Bóg, który świat stworzył i nim rządzi? Aby rozstrzygnąć to pytanie, należy się zastanowić, jakie przekonania mogą być błędne, a jakim musi odpowiadać prawda. Przekonania ludzkie mogą pochodzić z trzech rozmaitych źródeł: albo z poznania zmysłów, albo z poznania porządku moralnego, albo z poznania rozumu.

a) Poznanie oparte na zmysłach. Bezwarunkowo, nasze zmysły mogą się mylić i wskutek tego przekonania na nich oparte, mogą być błędne. Np. wiara w nieruchomość ziemi i codzienny obrót słońca wokoło niej polegała na optycznej pomyłce i wskutek tego była błędną.

b) Poznanie rozumowe. Jedynie powszechne przekonanie wszystkich ludów, oparte na poznaniu rozumu, musi być prawdziwe. Zmysły mogą się mylić, ale rozum je poprawia i oświeca. Serce ludzkie może błądzić, ale umysł przyprowadza je do porządku i kieruje nim. Poszczególny człowiek lub pewna grupa ludzi mogą się również mylić z braku zastosowania lub odpowiedniego przygotowania naukowego. W tych wypadkach wcześniej czy później możemy poznać przyczynę naszego błędu. Umysły bystrzejsze poprawiają słabsze i wprowadzają na drogę prawdy. Gdy zaś chodzi o ogólne przekonanie umysłu ludzkiego, o przekonanie wypływające niejako z rozumnej natury ludzkiej, to nie może być ono błędne. Gdyby bowiem cała ludzkość zawsze i wszędzie z natury swej myliła się, to musielibyśmy w ogóle wyrzec się możności poznania jakiejkolwiek prawdy. Owszem, gdyby rozum człowieka wprowadził w błąd i to w rzeczach najważniejszych i najbliżej nas obchodzących, to przestałby nam być światłem wskazującym ludzkości drogę do przybytków prawdy.

3. Wniosek praktyczny. Dowody istnienia Boga przywodzą człowiekowi na myśl tę bezsporną prawdę, że istnieje i nad nim czuwa Wszechmocny Stwórca i Pan. Czuje on wokoło siebie i w duszy swej Boga. Świadomość obecności Bożej jest dla niego źródłem ustawicznej pociechy; nie czuje się sierotą bezdomnym na ziemi, bo wie, iż zawsze może szukać ratunku, czy łaski u Tego, który jest mu nie tylko Stwórcą, ale i najczulszym Ojcem. Słusznie tedy św. Bazyli wyraża życzenie, aby myśl o Bogu została tak wpojona uczniom: „iżby z wielkości i piękności stworzeń poznali Tego, który ich uczynił. Im bowiem głębiej wnikną i przejmą się tą myślą, według której wszystko, co istnieje, było stworzone, tym żywiej odczują Majestat Pana i tym goręcej chwalić Go będą” (św. Bazyli: do psalmu 33).

(fragment książki Podstawy dogmatyki katolickiej, Poznań 1954 r.,

]]>
http://fides-et-ratio.pl/index.php/2014/11/ks-dr-w-kalinowski-ks-dr-j-rychlicki-dowody-na-istnienie-boga/feed/ 0
Abp Marcel Lefebvre: Rewolucja w tiarze i kapie http://fides-et-ratio.pl/index.php/2014/11/abp-marcel-lefebvre-rewolucja-w-tiarze-i-kapie/ http://fides-et-ratio.pl/index.php/2014/11/abp-marcel-lefebvre-rewolucja-w-tiarze-i-kapie/#comments Mon, 10 Nov 2014 17:28:01 +0000 http://fides-et-ratio.pl/?p=5767 =
Zastanawiacie się być może: jak jest możliwy, ten tryumf liberalizmu, poprzez papieży Jana XXIII i Pawła VI, oraz Sobór Watykański II? Jak można pogodzić tę katastrofę z obietnicami, które nasz Pan złożył Piotrowi i swemu Kościołowi: „a bramy piekielne go nie przemogą”; i „A oto jestem z wami przez wszystkie dni, aż do skończenia świata”338? Nie myślę, że jest w tym jakaś sprzeczność. Faktycznie, w stopniu w jakim ci papieże i Sobór zaniedbali lub odmówili wykorzystania swojej nieomylności, odwołania się do tego daru gwarantowanego im przez Ducha świętego wówczas, gdy rzeczywiście chcą z niego skorzystać, mogli popełnić błędy doktrynalne lub, co gorsza, dopuścić do tego, by za przyczyną ich niedbalstwa i opieszałości wróg spenetrował Kościół. Do jakiego stopnia byli współwinni? Jakie winy można im przypisać? W jakiej mierze ich urząd jako taki się skompromitował?
Jest sprawą oczywistą, że pewnego dnia Kościół osądzi ten sobór i tych papieży; z pewnością będzie to konieczne. Jak będzie, w szczególności, osądzony papież Paweł VI? Niektórzy ludzie utrzymują, że był heretykiem, schizmatykiem i apostatą. Inni są przekonani, iż potrafią dowieść, że nie mógł mieć na względzie dobra Kościoła, a co za tym idzie, nie był papieżem: tak brzmi teza sedewakantystów. Nie twierdzę, że opinii tych nie da się poprzeć żadnymi argumentami. Ktoś być może powie, że po trzydziestu latach wyjdą na jaw rozmaite ukryte wcześniej sprawy; zostaną zauważone podstawowe zasady, które powinny być dla współczesnych oczywiste, stwierdzenia tego papieża całkowicie sprzeczne z Tradycją Kościoła, itd. Być może. Nie sądzę jednak, by konieczne było uciekanie się do tego rodzaju wyjaśnień; myślę, że przyjęcie owych hipotez jest wręcz błędem.
Jeszcze inni sądzą, wybierając wersję nadmiernie uproszczoną, że było wtedy dwóch papieży: pierwszy, ten prawdziwy, uwięziony w lochach Watykanu, podczas gdy drugi, oszust, sobowtór, na nieszczęście Kościoła, zasiadł na tronie świętego Piotra. Pojawił się cały szereg książek rozpatrujących problem „dwóch papieży”, wspomaganych objawieniami osoby opętanej przez demona i tak zwanymi argumentami naukowymi, stwierdzającymi, na przykład, że głos sobowtóra nie jest głosem prawdziwego Pawła VI!
I wreszcie istnieje też pogląd, że Paweł VI nie odpowiada za swoje czyny, że był więźniem swego otoczenia, być może znajdował się wręcz pod wpływem narkotyków, co zdawały się potwierdzać rozliczne dowody świadczące o fizycznym wyczerpaniu Papieża, którego trzeba było podtrzymywać, itd. Także to rozwiązanie jest, moim zdaniem, zbyt uproszczone; w takim wypadku powinniśmy jedynie czekać na nowego papieża. Teraz mamy kolejnego (nie mówię tu o Janie Pawle I, który sprawował rządy zaledwie przez miesiąc) papieża, Jana Pawła II, który niezmiennie idzie w kierunku wyznaczonym przez Pawła VI.
* * *
Prawdziwe rozwiązanie wydaje mi się bardziej złożone, bolesne i przygnębiające. Podsuwa je przyjaciel Pawła VI, kardynał Danielou. W swych Memoirs, opublikowanych przez jednego z członków jego rodziny, kardynał jasno stwierdza: „To oczywiste, że Paweł VI jest liberalnym papieżem”.
I to właśnie wyjaśnienie wydaje się najbardziej prawdopodobne z historycznego punktu widzenia: ponieważ papież ten jest jak owoc liberalizmu. Przez całe swoje życie podlegał wpływom ludzi, którzy go otaczali, lub których wybrał na nauczycieli, a którzy byli liberałami.
Paweł VI nie ukrywał swych sympatii liberalnych: podczas Soboru ludzie, których wyznaczył na arbitrów, w miejsce wybranych przez Jana XXIII przewodniczących, ci czterej arbitrzy, to, oprócz kardynała Agagianiana, pozbawionego znaczenia członka Kurii, kardynałowie Lercaro, Suenens i Döpfner, to trzej liberałowie i przyjaciele Papieża. Przewodniczący zostali odsunięci, rolę ich ograniczono wyłącznie do funkcji honorowych; i to ci trzej arbitrzy kierowali przebiegiem Soboru. Podobnie, Paweł VI wspierał podczas Soboru frakcję liberalną, która była przeciwna Tradycji kościelnej. To sprawa ogólnie znana. Na zakończenie Soboru Paweł VI wiernie powtórzył – jak już cytowałem – słowa Lamennais’ego: „Kościół prosi jedynie o wolność”, doktrynę potępioną przez Grzegorza XVI i Piusa IX!
Nie da się zaprzeczyć, że Paweł VI był silnie naznaczony liberalizmem. Wyjaśnia to historyczną ewolucję, jaką w ciągu ostatnich kilku dziesięcioleci przeszedł Kościół, i znakomicie charakteryzuje zachowanie samego Papieża. Liberał to, jak już mówiłem, człowiek stale żyjący w sprzecznościach: głosi pewne zasady, lecz postępuje wbrew nim. To człowiek permanentnie niespójny.
Chciałbym przytoczyć tu pewne przykłady tej dwudzielności tezy¬antytezy, w której Paweł VI celował, podobnie jak w formułowaniu rozlicznych nierozwiązywalnych problemów, stanowiących odbicie jego niespokojnego, paradoksalnego umysłu. Ilustracji dla tego problemu dostarcza encyklika Ecclesiam Suam z 6 sierpnia 1964 r., zawierająca istotę jego pontyfikatu:
„Jeśli, jak twierdzimy, Kościół rzeczywiście jest świadomy tego, jakim chce widzieć go Pan, rodzi się w nim szczególne uczucie pełni i potrzeba ekspresji, z jasną świadomością misji, która przed nim stoi, i dobrej nowiny, którą musi głosić. To obowiązek ewangelizacji, to mandat misyjny. To obowiązek apostołowania… Znamy to doskonale: „Idźcie więc i nauczajcie wszyskie narody” to ostatnie przykazanie Chrystusa dla Jego apostołów. Ich nienaganną misję określa już samo nazwanie tych ludzi apostołami.”
To teza. I zaraz następuje antyteza:
„W stosunku do tego wewnętrznego impulsu miłosierdzia, który często objawia się jako zewnętrzny dar, używać będziemy powszechnie dziś stosowanego terminu dialog. Kościół musi rozpocząć dialog ze światem, w którym żyje. Kościół czyni się słowem, Kościół czyni się posłaniem, Kościół czyni się rozmową.”
I wreszcie ma miejsce próba syntezy, ograniczona jednak wyłącznie do uświęcenia antytezy:
„Zanim nawrócimy świat, a nawet lepiej, aby go nawrócić, musimy zbliżyć się do niego i do niego przemówić.”
Ważniejsze i bardziej znaczące dla liberalnej psychologii Pawła VI są słowa, jakich po Soborze użył, by ogłosić zniesienie łaciny w liturgii. Przywoławszy wszystkie zalety łaciny: język uświęcony, niezmienny, uniwersalny, prosi, w imię przystosowania, o „ofiarę” z łaciny, choć sam przyznaje, że będzie to dla Kościoła wielka strata! Oto własne słowa papieża Pawła VI, przytoczone przez Ludwika Sallerona w jego pracy La nouvelle messe:
7 III 1965 r. Papież oznajmił wiernym zgromadzonym na Placu świętego Piotra:
„To ofiara, jaką Kościół czyni, wyrzekając się łaciny, języka uświęconego, pięknego, pełnego ekspresji i wytwornego. Wieki tradycji i jedności językowej poświęcamy dla jeszcze wspanialszego dążenia ku uniwersalizmowi.”
A 4 maja 1967 r., poprzez instrukcję Tres abhinc annos, ta „ofiara” się dokonała, ustanawiając używanie języka narodowego dla głośnej recytacji kanonu Mszy.
To „poświęcenie”, w przekonaniu Pawła VI, wydawało się być ostateczne. Papież sam to ponownie wyjaśnia 26 listopada 1969 r., przedstawiając nowy obrządek Mszy:
„Już nie łacina, ale język narodowy, będzie głównym językiem Mszy. Dla każdego, kto zna piękno i siłę łaciny, oraz jej szczególną zdolność do wyrażania spraw świętych, zastąpienie jej językiem narodowym będzie z pewnością wielką ofiarą. Tracimy język wieków chrześcijaństwa, stajemy się jakby intruzami i laikami w dziedzinie literackiej ekpresji spraw świętych. W ten sposób w dużym stopniu tracimy też to wspaniałe i niezrównane bogactwo artystyczne i duchowe, jakim jest chorał gregoriański. Z pewnością nie bezpodstawnie czujemy z tego powodu żal i zmieszanie.”
Wszystko to powinno odwieść Pawła VI od złożenia tej „ofiary” i skłonić go do zachowania łaciny. Ale nie. W osobliwie masochistyczny sposób, czerpiąc przyjemność z owego „zmieszania”, postąpił dokładnie wbrew zasadom, które właśnie wyliczył, i zarządził tę „ofiarę” w imię „zrozumienia modlitwy”, pozornie słusznego argumentu, będącego jednakże jedynie pretekstem modernistów.
Liturgia łacińska nigdy nie stanowiła przeszkody w nawracaniu niewierzących czy ich chrześcijańskiej edukacji; wręcz przeciwnie, prości mieszkańcy Afryki i Azji uwielbiali chorał gregoriański i ten jeden i święty język, znak przynależności do katolicyzmu. A doświadczenie uczy, że tam, gdzie misjonarze Kościoła Łacińskiego nie narzucili łaciny, tam wylęgły się zarodki przyszłej schizmy. Paweł VI ogłasza jednak odmienny wyrok:
„Odpowiedź zdaje się banalna i prozaiczna, ale jest dobra, gdyż jest ludzka i apostolska. Zrozumienie modlitwy ma większą wartość, niż zniszczone jedwabne szaty, w które została po królewsku odziana. Cenniejszy jest współudział ludzi, tych ludzi dnia dzisiejszego, którzy chcą, by mówiono do nich jasno, w sposób zrozumiały, który będą mogli przełożyć na swój świecki język. Jeśli wzniosła łacina oddziela nas od dzieci, od młodzieży, od świata pracy i interesu, jeśli zamiast przejrzystym kryształem jest ciemną zasłoną, czy my, rybacy dusz, dokonalibyśmy słusznego wyboru, rezerwując dla niej wyłączne prawo do bycia językiem modlitwy i religii?”
Cóż za umysłowe pomieszanie, niestety! Kto broni mi modlić się we własnym języku? Modlitwa liturgiczna, jednakże, to nie to samo co modlitwa prywatna; to modlitwa całego Kościoła. Co więcej, ma miejsce kolejne pożałowania godne pomieszanie, gdyż liturgia to nie instrukcja adresowana do ludzi, ale cześć, jaką chrześcijanie oddają Bogu. Katechizm to jedno, liturgia drugie! Dla ludzi zgromadzonych w kościele to nie kwestia chęci, by „mówiono do nich zrozumiale”, ale możliwości zwracania się do Boga w najpiękniejszy, najbardziej uświęcony i uroczysty sposób, jaki istnieje! „Modlić się do Boga jak najpiękniej” – tak brzmiała liturgiczna maksyma św. Piusa X. Jak wielką miał słuszność!
* * *
Jak widać, umysł liberalny to umysł paradoksalny i pomieszany, strapiony i pełen sprzeczności. Taki też był Paweł VI. Dość dobrze wyjaśnia to Ludwik Salleron, opisując wygląd zewnętrzny papieża, kiedy mówi: „To człowiek o dwóch twarzach”. Nie ma oczywiście na myśli dwulicowości, gdyż termin ten określa przewrotny zamiar pozorowania, co nie miało miejsca u Pawła VI. Nie, chodzi o podwójną osobowość człowieka, którego kontrastowa fizjonomia wyraża dwoistość: teraz tradycjonalista w słowach, a teraz modernista w czynach; teraz katolik w przesłankach i zasadach, a teraz postępowiec w konkluzjach, nie potępiający tego, co potępiać powinien, i potępiający to, co powinien chronić!
Wskutek swej psychicznej słabości, papież ten stworzył wrogom Kościoła wymarzoną okazję i pierwszorzędną sposobność, by go wykorzystali: przez cały czas pozornie zachowując twarz katolika (lub pół twarzy, jeśli ktoś tak woli), nie zawahał się zaprzeczyć Tradycji. Pokazał się jako osoba życzliwa zmianom, ochrzczonym mutacjom i postępowi, poszedł w stronę wszystkich wrogów Kościoła, którzy go [do tego] ośmielili. Czyż nie widzieliśmy, jak pewnego dnia roku 1976, Izwiestja, organ radzieckiej partii komunistycznej, zażądała od Pawła VI, w imię Soboru Watykańskiego II, potępienia mnie i Ecône? Podobne żądanie wyraziła również włoska gazeta komunistyczna „L�Unita”, rezerwując na nie całą stronę, w czasie mojego kazania, które 29 sierpnia 1976 r. wygłosiłem w Lille, a rozwścieczona moimi atakami przeciwko komunizmowi! „Bądź świadom”, pisała zwracając się do Pawła VI, „Bądź świadom niebezpieczeństwa, jakie stanowi Lefebvre. I kontynuuj wspaniały ruch zbliżenia zapoczątkowany ekumenizmem Soboru Watykańskiego II.” Tacy przyjaciele, to sprawa dość wstydliwa, nieprawdaż? To smutne potwierdzenie zasady, którą już zaobserwowaliśmy: liberalizm prowadzi od kompromisu do zdrady.
* * *
Psychikę tak liberalnego papieża łatwo zrozumieć, ale znacznie trudniej poprzeć! Stawia to nas w bardzo delikatnej sytuacji wobec tak ważnej osoby, czy będzie to Paweł VI, czy Jan Paweł II. W praktyce nasze stanowisko powinno opierać się na wcześniejszym spostrzeżeniu, w oczywisty sposób narzuconym tą niezwykłą okolicznością, jaką są rządy papieża – zwolennika liberalizmu. A spostrzeżenie to jest następujące: kiedy papież mówi coś, co pozostaje w zgodzie z Tradycją, przyjmujemy to; kiedy mówi coś, co pozostaje w sprzeczności z naszą wiarą, lub ośmiela się bądź zezwala na coś, co naszej wierze szkodzi, nie możemy tego przyjąć! Podstawową po temu przyczynę stanowi fakt, że Kościół, papież i hierarchia są na usługach wiary. To nie oni tworzą wiarę; oni muszą jej służyć. Wiara nie jest czymś, co się tworzy, jest niezmienna, stanowi przekaz.
Dlatego właśnie nie możemy poprzeć tych czynów, tych papieży, których celem jest zatwierdzenie działań wbrew Tradycji: tym samym przyłączylibyśmy się do samozniszczenia Kościoła, do destrukcji naszej wiary!
Teraz jasno widać, że to, czego nieustannie wymaga się od nas: całkowite posłuszeństwo papieżowi, całkowite posłuszeństwo Soborowi, akceptacja całej reformy liturgicznej – to stoi w bezpośredniej sprzeczności z Tradycją w takim stopniu, w jakim papież, Sobór i reformy odsuwają nas od Tradycji, na co z każdym rokiem przybywa dowodów. Co za tym idzie, żądać tego od nas, to żądać, byśmy wzięli udział w tłumieniu wiary. Niemożliwe! Męczennicy umierali w obronie wiary; znamy przykłady chrześcijan więzionych, torturowanych, posyłanych do obozów koncentracyjnych za swoją wiarę! A odrobina kadzidła ofiarowana pogańskiemu bogu natychmiast ocaliłaby im życie. Ktoś dał mi kiedyś radę: „Podpisz, podpisz, że na wszystko się zgadzasz, a potem rób swoje!”. Nie! Nie igra się z wiarą!

]]>
http://fides-et-ratio.pl/index.php/2014/11/abp-marcel-lefebvre-rewolucja-w-tiarze-i-kapie/feed/ 0
Święty Atanazy – słusznie nieposłuszny http://fides-et-ratio.pl/index.php/2014/11/swiety-atanazy-slusznie-nieposluszny/ http://fides-et-ratio.pl/index.php/2014/11/swiety-atanazy-slusznie-nieposluszny/#comments Wed, 05 Nov 2014 01:07:37 +0000 http://fides-et-ratio.pl/?p=5755 Kościół w swej historii przechodził różne kryzysy, targały Nim różne siły, a przewodzili niekiedy chwiejni pasterze. Przychodził jednak moment ludzkiego opamiętania i przy działaniu Ducha św. następowało nawracanie nawet grzesznych, tracących rozeznanie biskupów i papieży. Nieodparcie nasuwa się tutaj analogia do czasów pierwszych wieków chrześcijaństwa, kiedy to schizma ariańska objęła niemal cały Kościół. Wtedy to św. Atanazy, nieprzypadkowo zwany Wielkim, jako niemal jedyny sprzeciwił się wyznawanym powszechnie herezjom. Odrzucony przez wszystkich, wyklęty przez biskupów i wyrzucony z ojczyzny nie zawahał się ani na moment w głoszeniu Prawdy. Gdy już wydawało się, że Kościół ziemski oddziela się na stałe od Mistycznego Ciała Chrystusa, Duch święty poprzez tego nieugiętego w Wierze Doktora Kościoła, dokonuje cudu i Kościół zawraca z błędnej drogi. W następnych wiekach podobne historie powtarzały się, gdyż tak ludzka ułomność jak i szatańskie wpływy wielokrotnie ukazywały swą destrukcyjną moc.

Poniższy fragment Listu św. Atanazego daje dużo światła dla zrozumienia jego „nieposłuszeństwa” i poddaje pod refleksję gdzie jest granica posłuszeństwa.

Św. Atanazy Aleksandryjski
LIST ENCYKLICZNY DO BISKUPÓW

Sprawującym w różnych miejscach tę samą co ja posługę, umiłowanym panom, Atanazy przesyła pozdrowienie w Panu.
1. 1. To, co nam się przydarzyło, jest tak straszne i nie do zniesienia, że nie da się tego opowiedzieć w odpowiedni sposób. […]
[…] 5. A jakże wielkiej bezbożności dopuszczono się na świętym ołtarzu! Składali bowiem [na nim] w ofierze ptaki i szyszki jodły, wychwalając swoje bożki, lżąc zaś – i to w kościołach! – naszego Pana i Zbawcę Jezusa Chrystusa, Syna żywego Boga. Święte księgi Pisma [Świętego], które znajdywali w kościele, palili. Do świętego baptysterium – cóż za zuchwałość! – zupełnie bez zahamowań weszli Żydzi, zabójcy Pana, i bezbożni poganie. Rozbierali się do naga, wyczyniali i wygadywali takie okropieństwa, że samo ich opowiadanie zawstydza. 6. Niektórzy zaś bezbożni mężczyźni naśladując okrucieństwa czasu prześladowań, chwytali dziewice i ascetki, wlekli je i szydząc przymuszali do bluźnierstwa Panu i porzucenia Go, te natomiast, które nie odrzuciły Pana, bili i hańbili. [...]

[...] 4. 1. A oprócz tego, ten wspaniały i godny podziwu ingres arianina Grzegorza, rozkoszującego się tego rodzaju niegodziwościami, jakby w nagrodę i żołd za to wielkie zwycięstwo nieprawości, wydał kościół na łup poganom, Żydom i tym, którzy dopuścili się takich zbrodni przeciw nam.
2. A ponieważ dopuszczano do takiego występku i bezprawia, zaczęły dziać się rzeczy jeszcze gorsze niż na wojnie, i okropniejsze od rozboju. Jedni rabowali, co im wpadło w ręce, inni dzielili między siebie złożone w kościele depozyty. Wino, którego wielkie ilości tam się znajdowały, albo pili, albo wylewali, albo wynosili. Zabierali też przechowywaną w kościele oliwę, drzwi i kraty każdy wywoził jakby to był złom, lampy przeniesiono i złożono w świątyni Fortuny, świece zaś kościelne palono bożkom. Słowem: grabież i śmierć przetoczyły się przez kościół.
3. Bezbożni arianie nie odczuwali wstydu, że coś takiego się stało, lecz dokładali do tego występki jeszcze gorsze i bardziej okrutne: prezbiterów i ludzi świeckich poturbowano, dziewice pozbawiono welonów, zaprowadzono przed trybunał prefekta i oddano pod straż, pozostałych zaś ubiczowano i wydano w ręce ludu, zarekwirowano nawet chleb kapłanów i dziewic.
Wszystko to działo się w samym świętym czasie czterdziestodniowego przygotowania do Paschy. Podczas gdy bracia pościli, cudowny Grzegorz używał sobie na czcicielach Chrystusa razem z prefektem, jakby Piłatem, naśladując postępowanie Kajfasza.
4. W Dzień Przygotowania zaś, gdy wchodząc razem z prefektem i ludem pogańskim do jednego z kościołów, zobaczył ludzi stojących do niego tyłem na znak niezadowolenia z jego pełnego gwałtu przybycia, nakłonił okrutnego prefekta, aby kazał natychmiast wychłostać publicznie trzydzieści cztery osoby – dziewice, kobiety zamężne i znaczących mężczyzn, a potem wtrącić ich do więzienia.
5. Była pośród nich jedna dziewica pogrążona w rozmyślaniu i mająca w rękach Psałterz, gdy zapadła decyzja o publicznym biczowaniu; jej księga została zniszczona przez katów, a sama dziewica wtrącona do więzienia.

5. 1. Po tych wydarzeniach nie powstrzymali się przed następnymi występkami, lecz naradzali się, jak w innym kościele – gdzie w tamtych dniach najczęściej przebywałem – dokonać tego samego, co w poprzednich.
Spieszno im było rozciągnąć swe szaleństwo również na ten kościół, aby mnie upolować i zabić.
2. I doświadczyłbym zapewne takiego właśnie losu, gdyby mnie nie wsparła Boża łaska, tak że ledwo co uszedłem, aby móc choć trochę o tym opowiedzieć. Ja bowiem widząc, że do reszty oszaleli, i wziąwszy pod uwagę to, że kościół ten nie poniósł szkody, ani też jego dziewice nie cierpiały, a także, aby nie doszło do śmiertelnych ofiar i lud ponownie nie doznał zniewag, wykradłem się spośród ludzi, pamiętając słowa Pana: „Jeśli będą was prześladować w jednym mieście, uciekajcie do innego” (Mt 10, 23). […]

[…] 7. 6. Nie może też bezbożny i bezmyślny Grzegorz zaprzeczyć, że sam jest arianinem, bo dowodem tego jest osoba, która pisze jego listy. Przecież ten jego sekretarz Ammon, już dawno temu został wyrzucony z Kościoła z powodu wielu złych czynów i bezbożności przez mojego poprzednika na urzędzie biskupim, błogosławionego Aleksandra .
Z powodu tych wszystkich spraw zechciejcie mi odpisać i wydać wyrok potępiający bezbożnych, aby także teraz miejscowi kapłani i wierni, widząc waszą prawowierność i nienawiść do zła, mogli się radować waszą zgodnością we wspólnej wierze w Boga, i aby ci, którzy dopuścili się takich występków wobec kościołów, napomniani przez wasze listy, mogli wreszcie odmienić swoje przekonania.
Pozdrówcie waszych braci. Wszyscy zaś bracia będący przy mnie pozdrawiają was. Bądźcie mocni i pamiętajcie o nas, a Pan niech was strzeże, panowie, za którymi bardzo tęsknię.

]]>
http://fides-et-ratio.pl/index.php/2014/11/swiety-atanazy-slusznie-nieposluszny/feed/ 0
Abp Marcel Lefebvre o największym grzechu człowieka http://fides-et-ratio.pl/index.php/2014/07/abp-marcel-lefebvre-o-najwiekszym-grzechu-czlowieka/ http://fides-et-ratio.pl/index.php/2014/07/abp-marcel-lefebvre-o-najwiekszym-grzechu-czlowieka/#comments Sun, 13 Jul 2014 13:27:29 +0000 http://fides-et-ratio.pl/?p=5612

]]>
http://fides-et-ratio.pl/index.php/2014/07/abp-marcel-lefebvre-o-najwiekszym-grzechu-czlowieka/feed/ 0
Stanisław Krajski: Zrozumieć Królewskość Chrystusa http://fides-et-ratio.pl/index.php/2014/06/stanislaw-krajski-zrozumiec-krolewskosc-chrystusa/ http://fides-et-ratio.pl/index.php/2014/06/stanislaw-krajski-zrozumiec-krolewskosc-chrystusa/#comments Wed, 11 Jun 2014 00:32:00 +0000 http://fides-et-ratio.pl/?p=5529 Coraz większa liczba polskich katolików zaczyna mówić dziś o Chrystusie

Królu, o tym, że Chrystus powinien zostać uznany za Króla Polski.

Co to znaczy jednak, że Chrystus jest Królem? Na czym polega jego

królewska władza? Jakie warunki muszą zostać spełnione byśmy mogli

mówić, że Chrystus jest faktycznie naszym Królem, że faktycznie jest Królem

Polski?

 

1. Królewskość Chrystusa w świetle encykliki „Quas primas”

 

Na początku encykliki Piusa XI „Quas primas” – o ustanowieniu święta

Chrystusa Króla – czytamy: „Wspomnijmy tylko, że poselstwo Archanioła,

pouczającego Dziewicę, iż porodzi syna, któremu da… Pan Bóg stolicę

Dawida ojca jego, i który królować będzie w domu Jakubowym na wieki,

a królestwa jego nie będzie końca, sam Chrystus do swego panowania odnosił:

czy bowiem w ostatniej mowie do ludu przemawiał o nagrodach i karach,

które będą udziałem na wieki sprawiedliwych albo niesprawiedliwych,

czy to gdy odpowiedział Staroście rzymskiemu, pytającemu Go publicznie,

czy jest królem, czy to, gdy po zmartwychwstaniu dał Apostołom zlecenie

nauczania i chrzczenia wszystkich narodów, Chrystus Pan korzystając

z nadarzającej się sposobności i sam się Królem nazwał, i jawnie potwier

dził, że jest Królem i uroczyście oświadczył, iż daną Mu jest wszystka władza

na niebie i na ziemi, którymi to słowy cóż innego oznaczył, jak nie jeno

wielkość, potęgę i nieskończone trwanie Swego Królestwa? Czyż można zatem

dziwić się, iż ten, który przez Jana zwany jest książęciem królów ziemi,

a który temuż Apostołowi w owym widzeniu rzeczy przyszłych się objawił,

ma na szacie i na biodrze swoim napisane: Król nad królami i Pan nad pany.

Albowiem Ojciec postanowił Chrystusa dziedzicem wszystkiego; a ma królować,

ażby przy końcu świata położył wszystkie nieprzyjacioły pod nogi

Boga i Ojca. Gdy taka jest powszechna nauka ksiąg świętych, trzeba było,

aby Kościół, to Królestwo Chrystusa na ziemi, przeznaczone oczywiście dla

wszystkich ludzi całego świata, idąc za tą nauką, powitał Sprawce i Założyciela

swojego w dorocznym okresie świętej liturgii, i uczcił go jako Króla

i Pana i Króla królów przez dodanie nowej uroczystości”.

Wydawałoby się, że już te słowa wystarczą, by precyzyjnie i w sposób

wyczerpujący odpowiedzieć na pytania: co to znaczy, że Chrystus jest królem?;

na czym polega Jego królowanie?

Kiedyś, gdy znaczna część katolików posiadała tzw. sensus catholicus,

nazywany przez jednych zmysłem katolickim, a przez innych, takich jak

o. Jacek Woroniecki OP, nawet instynktem katolickim, gdy teologia katolicka

i katolickie nauczanie w kościołach pozbawione było naleciałości

modernistycznych, a oddziaływanie masonerii na wiernych w praktyce

żadne, kwestia ta była łatwiejsza, choć nie można powiedzieć, że prosta.

Dziś w czasach zagubienia, spoganienia, wielkich wpływów w środowiskach

katolickich, często dominacji, modernizmu, w czasach wszechobecnej

masońskiej indoktrynacji, kwestia ta staje się po wielokroć trudniejsza

i wymaga bardzo szczegółowych analiz i wyjaśnień, zabiegów, które pozwoliłyby

oczyścić myślenie katolików w tej perspektywie z obcych, często

antykatolickich, wymierzonych wprost w Chrystusa, w Jego autentyczną

królewskość, naleciałości.

Wydawałoby się, że wystarczającym kluczem do zrozumienia tej

kwestii jest zdanie: „Chrystus Pan (…) jawnie potwierdził, że jest Królem

i uroczyście oświadczył, iż daną Mu jest wszystka władza na niebie i na ziemi,

którymi to słowy cóż innego oznaczył, jak nie jeno wielkość, potęgę

i nieskończone trwanie Swego Królestwa”.

Ze zdania tego dowiadujemy się przede wszystkim, że Chrystusowi, jako

Królowi, dana jest „wszelka władza” i to tak „na niebie” jak i „na ziemi”.

Sformułowanie „wszelka władza” oznaczałoby, że Chrystus posiada

władzę nieograniczoną i sprawuje wszelkie typy władz.

2. Zakres władzy królewskiej Chrystusa w świetle encykliki „Quas primas”

Z encykliki „Quas primas” dowiadujemy się, że na władzę Chrystusa

składa się trojaka władza: „dany jest ludziom jako Odkupiciel, w którym

pokładać mają nadzieję”, „jest On prawodawcą, któremu ludzie winni posłuszeństwo”

oraz posiada „władzę sądowniczą”, a w tej władzy sądowniczej,

„jako rzecz nieodłączna od sądu, mieści się także i to, aby sędzia miał

prawo nagradzania i karania ludzi jeszcze za ich życia”.

Z encykliki tej dowiadujemy się również, że Chrystusowi przysługuje ponadto

„władza tzw. wykonawcza, gdyż wszyscy rozkazów Jego słuchać powinni

i to pod groźbą zapowiedzianych kar, których oporni uniknąć nie mogą”.

Z encykliki tej dowiadujemy się także, że królestwo Chrystusa

„jest przede wszystkim duchowe i odnosi się głównie do rzeczy duchowych”.

To zdanie upodobali sobie i wyrwali z kontekstu moderniści i masoni

starając się przekonać katolików (co dziś w znacznej mierze im się udaje),

że królowanie Chrystusa powinno być wyłącznie w sercach chrześcijan,

i poza te serca, w świat zewnętrzny, świat niewierzących, świat ludzi innych

religii, świat kultury, świat państwa, szkoły, mediów, świat polityki,

i świat gospodarki, nie powinno wykraczać.

Taka interpretacja tego zdania jest nieprawomocna i wręcz kłamliwa.

Mówi o tym i podkreśla to mocno sama cytowana encyklika: „Błądziłby

zresztą bardzo, kto odmawiałby Chrystusowi, jako Człowiekowi, władzy

nad jakimikolwiek sprawami doczesnymi, gdyż Chrystus otrzymał od Ojca

nieograniczone prawo nad wszystkim, co stworzone, tak, iż wszystko poddane

jest Jego woli. Jednak, dopokąd żył na ziemi, wstrzymał się zupełnie

od wykonywania tej władzy, a jak niegdyś wzgardził posiadaniem rzeczy

ludzkich i nic troszczył się o nie, tak pozostawił je wówczas i dziś je pozostawia

ich właścicielom. Co przepięknie wyrażają słowa: Nie odbiera

rzeczy ziemskich Ten, który daje Królestwo niebieskie! – Tak więc Królestwo

Odkupiciela naszego obejmuje wszystkich ludzi – jak o tym mówi

nieśmiertelnej pamięci Poprzednik nasz, Leon XIII, którego słowa chętnie

tu przytaczamy

: Panowanie Jego mianowicie nie rozciąga się tylko na same

narody katolickie lub na tych jedynie, którzy przez przyjęcie chrztu według

prawa do Kościoła należą, chociaż ich błędne mniemania sprowadziły

na bezdroża albo niezgoda od miłości oddzieliła, lecz panowanie Jego obejmuje

także wszystkich niechrześcijan, tak, iż najprawdziwiej cały ród ludzki

podlega władzy Jezusa Chrystusa

. – I wszystko jedno, czy jednostki, czy rodziny,

czy państwa, gdyż ludzie w społeczeństwa zjednoczeni nie mniej

podlegają władzy Chrystusa jak jednostki”.

Uwyraźnijmy ten zakres królowania Chrystusa.

Chrystus jest królem Polski, Rosji, USA, Chin, Korei Północnej, Izraela

oraz wszystkich innych państw.

Chrystus jest królem każdego Polaka, każdego Europejczyka, każdego

mieszkańca Ameryki Północnej i Południowej oraz Australii, każdego

Azjaty i mieszkańca Afryki.

Chrystus jest królem każdego wyznawczy chrześcijaństwa, judaizmu,

hinduizmu, islamu, buddyzmu, satanizmu, doktryny masonerii, wszystkich

innych wierzeń, kultów i sekt.

Chrystus jest również królem Donalda Tuska, Bronisława Komorowskiego,

gen. Wojciecha Jaruzelskiego, Aleksandra Kwaśniewskiego, Leszka

Millera, Janusza Palikota, Tadeusza Cegielskiego (znanego polskiego

masona), Baracka Obamy, Angeli Merkel, Dawida Rockefellera, Georga

Sorosa, wszystkich osób o nazwisku Rothschild, i wszystkich innych ludzi,

polityków, aktorów, biznesmenów itd.

Doprecyzowania wymaga tu również następujące zdanie encykliki

„Quas primas”: „… jak niegdyś wzgardził posiadaniem rzeczy ludzkich

i nic troszczył się o nie, tak pozostawił je wówczas i dziś je pozostawia

ich właścicielom”.

Chrystus nie króluje nad rzeczami materialnym, a tylko nad osobami,

nie zamierza decydować o charakterze, kolorze itp. rzeczy materialnych,

ale nie oznacza to, że pozostają one całkowicie poza jego władzą. Używane

w odniesieniu do nich tej władzy (którą przecież wciąż posiada) jeśli są one

używane w takich porządkach i perspektywach, że powoduje to skutki

w płaszczyznach duchowej i moralnej.

]]>
http://fides-et-ratio.pl/index.php/2014/06/stanislaw-krajski-zrozumiec-krolewskosc-chrystusa/feed/ 0
Jerzy Wolak: Pamiątka mojego zmartwychwstania http://fides-et-ratio.pl/index.php/2014/04/jerzy-wolak-pamiatka-mojego-zmartwychwstania/ http://fides-et-ratio.pl/index.php/2014/04/jerzy-wolak-pamiatka-mojego-zmartwychwstania/#comments Sun, 20 Apr 2014 22:53:34 +0000 http://fides-et-ratio.pl/?p=5303 To wcale nie pomyłka, nie lapsus, nie przejęzyczenie – w niedzielę wielkanocną Kościół świętuje pamiątkę mojego zmartwychwstania.

Gdyby Kościół w Wielkanoc świętował jedynie zmartwychwstanie Jezusa, święto takie w ogóle nie miałoby sensu. Byłoby wszak zaledwie wspomnieniem historycznego faktu porównywalnego do, powiedzmy, odzyskania przez Polskę niepodległości w roku 1918. I choć nieskończenie przewyższałoby je w wymiarze nadprzyrodzonym, to jednak w wymiarze ziemskim nie mogłoby się z nim równać, gdyż „zmartwychwstanie” państwa polskiego wpłynęło na losy milionów ludzi, zmartwychwstanie zaś samego Jezusa, nie połączone z przyszłym zmartwychwstaniem całej ludzkości, byłoby tylko pustym, ba, niepotrzebnym gestem.

Proszę nie dopatrywać się w powyższych słowach bluźnierstwa, bo go tam nie ma. Jest za to głęboka wiara, iż Jezus Chrystus przyszedł na świat nie dla własnej chwały, ale dla naszej korzyści – powstał z martwych nie po to, by „zaszpanować” przed ludźmi władzą nad czasem, materią i śmiercią, ale po to, by śmierć już nigdy więcej nie miała władzy nad ludzkością i byśmy już więcej nie byli w niewoli grzechu (Rz 6, 6).

Bóg nie musi człowiekowi niczego udowadniać, ani też nie wymaga odeń służby i adoracji dla próżnej chwały, ale we wszystkich swych poczynaniach ma na względzie przede wszystkim jego dobro. Czyż zstąpiwszy pomiędzy swe dzieci nie ogołocił samego siebie, przyjąwszy postać sługi (Flp 2, 7)? Czyż nie uniżył samego siebie (Flp 2, 8), rodząc się wśród brudu, zimna i zwierzęcego fetoru? Czyż potem przez trzy lata nie krążył niestrudzenie po całej Palestynie dobrze czyniąc i uzdrawiając wszystkich, którzy byli pod władzą diabła (Dz 10, 38), samemu nie mając miejsca, gdzie by głowę mógł oprzeć (Łk 9, 58)? Ba, nawet grobu nie miał własnego. Również i zmartwychwstanie Jego dokonało się dla nas. Chrystus powstał z martwych wyłącznie po to, by człowieka wyrwanego z ciemności przenieść do przedziwnego królestwa Bożej światłości – jak to pięknie ujmuje liturgia chrztu świętego.

Jak mi się będzie żyło w Królestwie Bożym?

Królestwo Boże nie będzie jakimś tworem eterycznym czy wyłącznie duchowym, lecz rzeczywistością fizyczną – nastanie wszak niebo nowe i ziemia nowa, a z nieba od Boga zstąpi Miasto Święte, Jeruzalem Nowe, nader konkretne: otoczone wysokim murem z dwunastoma bramami, wzniesione ze złota i drogich kamieni (Ap 22, 1-27).

A w owej fizycznej wieczności – jak zapewnia nie ustępujący swą starożytnością składowi apostolskiemu dokument zatytułowany Nauczanie Pana do narodów przekazane przez dwunastu Apostołów, szerzej znany pod greckim tytułem Didaché – ukażą się znaki prawdy: najpierw znak niebios otwartych, potem znak dźwięku trąby i jako trzeci znak – zmartwychwstanie umarłych. Na ów znak wszyscy powstaną w swoich własnych ciałach, które teraz mają, aby otrzymać stosownie do swoich czynów, dobrych czy złych, jedni karę wieczną z diabłem, inni zaś wiekuistą chwałę z Chrystusem – głosi konstytucja O wierze katolickiej Soboru Laterańskiego IV.

Skoro bowiem umarliśmy razem z Chrystusem, z Nim również żyć będziemy (Rz 6, 8). Jeżeli bowiem przez śmierć, podobną do Jego śmierci, zostaliśmy z Nim złączeni w jedno, to tak samo będziemy z Nim złączeni w jedno przez podobne zmartwychwstanie (Rz 6, 5). A zmartwychwstanie to powrót do życia w ciele. Albowiem caro salutis est cardo – przypomina Tertulian – ciało jest podstawą zbawienia. Bóg stworzył nas w ciele i sam przyjął ludzkie ciało, po czym ciało nasze odkupił przez zmartwychwstanie swego ciała, które ponadto przeznaczył na pożywienie dla nas.

Jakie będzie moje ciało po zmartwychwstaniu?

Pytanie to nurtowało chrześcijan już w czasach apostolskich – oto w Pierwszym Liście św. Pawła do Koryntian znajdujemy pytanie: Jak zmartwychwstają umarli? W jakim ukazują się ciele (1 Kor 15, 35)?

Wierzę w prawdziwe zmartwychwstanie tego samego ciała, które teraz posiadam – wyznaje św. Leon IX, ostatni papież zjednoczonego Kościoła Wschodu i Zachodu. Wtóruje mu w tym przekonaniu jego późniejszy o półtora stulecia następca, Innocenty III: Sercem wierzymy i usty wyznajemy zmartwychwstanie tego ciała, które mamy teraz, a nie innego. Podobną pewność zawiera wyznanie wiary XI synodu biskupiego w Toledo: Wierzymy, że zmartwychwstaniemy nie – jak bredzą niektórzy – w jakimś ciele z powietrza czy z czegoś innego, ale w tym, z którym żyjemy, z którym istniejemy i z którym się poruszamy.

Choć po zmartwychwstaniu ciała nasze będą te same co przed śmiercią, nie pozostaną jednak takie same. Przyjmą bowiem wszystkie cechy chwalebnego ciała zmartwychwstałego Jezusa – po to wszak Pan przyoblekł się w człowieka, by ponad wszelką wątpliwość ukazać, co zmartwychwstanie uczyni ze zwykłym ludzkim ciałem. A co uczyni? Przypomnijmy sobie tylko jedno: Jezus przychodził do domu, w którym przebywali Apostołowie mimo drzwi zamkniętych (J 20, 26). A przecież nie był duchem – Tomasz wszak dotykał Jego rąk i boku (J 20, 24-29), uczniowie widzieli też, jak spożywał fizyczny pokarm: pieczoną rybę (Łk 24, 41-43). Znaczy to tylko jedno: że dla ciała uwielbionego grube okute drzwi czy kamienna ściana są jak rzadki dym.

Nasze zmartwychwstałe ciała będą doskonałe – najpiękniejszą wizję roztacza w tej materii Wykład nauki chrześcijańskiej ułożony z rozkazu Klemensa VIII papieża przez kardynała Roberta Bellarmina:

Wszyscy zmartwychwstaną w takiej postaci, w jakiej byli lub być mieli, mając lat trzydzieści trzy, w których to leciech Chrystus Pan zmartwychwstał. Tak, iż dzieci zmartwychwstaną takimi, jakimi by były, gdyby były doszły do lat trzydziestu trzech; a zaś starcy zmartwychwstaną w tym kwiecie wieku, w jakim byli mając lat trzydzieści trzy. A jeśli kto w tym życiu był ślepym, garbatym, kulawym lub karłem, lub z inną ułomnością ciała – zmartwychwstanie cały, zdrów i piękny, bo Bóg czyni rzeczy doskonałe; a przeto w zmartwychwstaniu, które będzie własnym dziełem Jego, naprawi wszelkie niedoskonałości natury.

Niestety, niejednego wyznawcę Chrystusa kwestia jego własnego zmartwychwstania wprawia w nie lada zakłopotanie. Święcie wierzy w powstanie z martwych Pana, ale samego siebie sobie w tej sytuacji nie wyobraża. Uznaje nieśmiertelność duszy, w codziennym pacierzu deklaruje wiarę w ciała zmartwychwstanie i żywot wieczny, wznosi modły za zmarłych – zupełnie przy tym ignorując fakt, iż gdyby Kościół nie był przekonany, że [zmarli] zmartwychwstaną, to modlitwa za zmarłych byłaby czymś zbędnym i niedorzecznym (2 Mch 12, 44) – ale w zasadzie poza bramy cielesnej śmierci myślą się nie wypuszcza.

Może sobie pochlebiać, że jest w tym równy greckim filozofom, którzy – usłyszawszy od św. Pawła o zmartwychwstaniu – jedni się wyśmiewali, a inni powiedzieli: „Posłuchamy o tym innym razem” (Dz 17, 32). Tylko że owym poganom nie dane było Objawienie, a jemu tak. Dlatego nikomu, kto mieni się uczniem Jezusa Chrystusa, nie wolno ani przez chwilę powątpiewać o powszechnym zmartwychwstaniu ciał u końca czasów. Albowiem jeśli nie ma zmartwychwstania, to i Chrystus nie zmartwychwstał. A jeśli Chrystus nie zmartwychwstał, próżna jest wasza wiara. (1 Kor 15, 13-14).

Dlaczego ośmielam się nazywać Wielkanoc pamiątką mojego zmartwychwstania?

Niezłomnie wierzę, że na pewno zmartwychwstanę – obiecał mi to przecież Jezus Chrystus, zaświadczyli Ewangeliści i Apostołowie, a gwarantuje swą nieomylnością Magisterium Kościoła katolickiego.

Katechizm Kościoła Katolickiego zapewnia, że zmartwychwstaną wszyscy ludzie, którzy umarli (KKK 998). Bynajmniej bowiem nie częściowe jest zmartwychwstanie, lecz równe wszystkim, przeto wszyscy ożyją na nowo i wrócą znowu do życia, tak wierni jak niewierni – wyjaśnia św. Cyryl Aleksandryjski w egzegezie słów św. Jana, iż ci, którzy pełnili dobre czyny, pójdą na zmartwychwstanie życia; ci, którzy pełnili złe czyny – na zmartwychwstanie potępienia (J 5, 29), by myśl tę rozwinąć dodatkowo w jednej z katechez:

Ponieważ więc wspólne jest wszystkim zmartwychwstanie – i pobożnym i bezbożnikom, i złym i dobrym ludziom – nie myśl z tego powodu, jakoby się miał odbyć sąd niesprawiedliwy, i nie mów do siebie: Jak to? I bezbożnik, i bałwochwalca, i kto nie zna Chrystusa, także wstaje z martwych i dostępuje podobnego zaszczytu co ja? Ciała grzeszników także zmartwychwstają niezniszczalne i nieśmiertelne, ale ten zaszczyt będzie dla nich źródłem i zadatkiem mąk i kary, bo powstaną z martwych niezniszczalne po to, aby się zawsze paliły.

Podobnie św. Cyryl Jerozolimski, wychodząc z kolei od słów św. Pawła, iż nastąpi zmartwychwstanie sprawiedliwych i niesprawiedliwych (Dz 24, 15), pisze: Będziemy wprawdzie wszyscy mieć ciała wieczne, ale nie wszyscy jednakie. Jeżeli ktoś jest sprawiedliwy, otrzyma ciało niebiańskie, aby mógł godnie obcować z aniołami; lecz jeżeli ktoś jest grzesznikiem, to otrzyma ciało, które będzie miało własność przez całą wieczność cierpieć męki za grzechy i będzie przez całą wieczność gorzał w ogniu, ale się nie spali.

Wnioskując z powyższego nauczania Jezusa, Apostołów i Ojców Kościoła moje zmartwychwstanie jest faktem, a jego zaistnienie – jedynie kwestią czasu. Na pewno zmartwychwstanę – bez względu na to, czy przeznaczone mi będzie w gronie zbawionych wyśpiewywać hymn chwały Pana, czy też płonąć nieugaszonym, wiecznym ogniem. Rzecz jasna, wybieram pierwszą opcję, nie przestając prosić Boga w Trójcy Jedynego, by mi tej łaski nie odmawiał, a wiarą i uczynkami starając się wykazać, jak bardzo mi na tym zależy…

Utarło się utożsamiać słowo „pamiątka” z przeszłością. W tym duchu zresztą definiuje jego znaczenie Słownik Języka Polskiego, jako: drobny przedmiot przypominający jakąś osobę, miejsce lub zdarzenie, bądź też: wspomnienie, pamięć o kimś lub o czymś. Jednakowoż „pamiątka” to słowo pochodne od „pamiętania”. A pamiętać można nie tylko o przeszłości, ale również o przyszłości. Pamiętaj, że wszyscy pomrzemy (Syr 8, 7) – przypomina o fakcie, który dopiero nastąpi, księga Mądrości Syracha.

Ośmielam się nazywać Wielkanoc pamiątką mojego zmartwychwstania, gdyż każdego roku – czy to podczas wielkosobotniej liturgii Wigilii Paschalnej czy podczas porannej Mszy rezurekcyjnej, zwłaszcza podczas śpiewania najstarszej polskiej pieśni wielkanocnej Chrystus zmartwychwstan jest, nam za przykład dan jest – przypominam sobie, iż ja się na to narodziłem i na to przyszedłem na świat (J 18, 37), aby z martwych powstać, z Panem Bogiem królować. Alleluja!

]]>
http://fides-et-ratio.pl/index.php/2014/04/jerzy-wolak-pamiatka-mojego-zmartwychwstania/feed/ 0
Jerzy Wolak: Pan Jezus demokratycznie na śmierć skazany http://fides-et-ratio.pl/index.php/2014/04/jerzy-wolak-pan-jezus-demokratycznie-na-smierc-skazany/ http://fides-et-ratio.pl/index.php/2014/04/jerzy-wolak-pan-jezus-demokratycznie-na-smierc-skazany/#comments Fri, 18 Apr 2014 10:45:38 +0000 http://fides-et-ratio.pl/?p=5298 Historia uczy, że chrześcijaństwa nie da się pogodzić z demokracją. Prawdy tej wielokrotnie dowiedziono, dogłębnie ją zanalizowano, wnioski z tego płynące przez stulecia ogłaszano, a mimo to niesłabnąca armia „chrześcijańskich demokratów” usilnie dąży do zaślubienia owych dwóch organizmów nie bacząc, iż tworzy hybrydę – byt sztuczny, śmieszny i jałowy.

Wszystkie poważniejsze błędy i herezje w łonie Kościoła zawierały w sobie próby udemokratycznienia na siłę instytucji, która z samego założenia jest hierarchiczna, ufundowana zaś na Boskim autorytecie, nie na międzyludzkich umowach. Spójrzmy tylko na naukę Wiklifa, Lutra bądź Kalwina, przestudiujmy założenia koncyliaryzmu, febronianizmu czy ruchu Wir sind Kirche – wszędzie znajdziemy ziarna demokracji.

W tym miejscu zapewne zabrzmi oburzony głos „chrześcijańskiego demokraty”, iż chrześcijaństwo było i jest z natury demokratyczne, tylko w przeszłości nie przystawało do ducha czasów!

Nieprawda – najlepiej dowodzą tego czasy dzisiejsze: wiek demokracji wprost nieokiełznanej, która dawno już przestała być jedynie systemem powoływania urzędników państwowych, stając się powszechnie panującą ideologią, ba, państwową religią opartą na magicznym wręcz rytuale. Demokracja stanowi dziś przedmiot powszechnego kultu. W dzisiejszym demokratycznym świecie Bóg dawno przestał być najwyższym dobrem – nie jest nim teraz już nawet człowiek – liczy się tylko demokracja. Czyż więc nie jest bożkiem, idolem, bałwanem, przed których wyznawaniem przestrzega nas pierwsze przykazanie Boże?

Nie ma miejsca na Prawdę

Czy zatem można demokrację pogodzić z wiarą i moralnością chrześcijańską? Nie, ponieważ w demokracji nie ma miejsca na prawdę. Panoszą się w niej najrozmaitsze, sprzeczne ze sobą opinie publiczne, a racja jest po stronie tego, kto ma za sobą większość głosów. A wartości, moralność, Dekalog? W demokracji co najmniej nie istnieją, o ile wręcz nie są postrzegane jako siła hamująca, którą należy jak najszybciej zneutralizować (czyli wyeliminować). Istotą i fundamentem demokracji jest międzyludzka umowa. Skoro więc umówimy się, że, na przykład, normę stanowić ma nurzanie się w plugastwie, bo sprawia nam fizyczną przyjemność, a fizyczne zadowolenie (jak już się wcześniej umówiliśmy) ma być najwyższą ludzką wartością, to chrześcijaństwo z miejsca stanie się wrogiem publicznym numer jeden. Albo włączy plugastwo w zestaw najprzedniejszych dobrych uczynków. Tertium non datur.

Jeśli człowiek jest najwyższym autorytetem, swoim własnym stwórcą, to o tym co jest dobre, a co złe rozstrzyga większość głosów. Uczynki nie dzielą się na dobre i złe, ale na te, na których kogoś przyłapano, i na te, które uszły płazem. (…) Nie ma ducha, nie ma absolutu. A więc dobro i zło zależy od decyzji parlamentu, tak samo jak zakaz przyjmowania zakładów totalizatora i sprzedaży alkoholu po wpół do jedenastej wieczorem – jak trafnie rzecz ujął angielski pisarz William Golding. W demokracji zmiana odwiecznych, świętych zasad to kwestia pięciu minut przy korzystnym rozkładzie głosów w parlamencie. W praktyce więc system w pełni demokratyczny w pełni respektujący zasady chrześcijańskie to mrzonka lub pobożne życzenie.

Do czego zaś to wszystko prowadzi? Na pewno do absurdu – przykładu w tej materii dostarcza wspólnota anglikańska sprzed fali powrotów na łono Kościoła rzymskiego, której biskupi większością głosów odrzucili dogmat o istnieniu piekła. Osobiście pytałem wówczas, czy Pan Bóg podpisze tę ustawę. Ośmieliłem się wręcz zasugerować, że chyba powinien, bo inaczej większością głosów może zostać odwołany. Co też się wkrótce stało – anglikanie w kwestii swej pobożności zagłosowali nogami, w miejsce kościoła wybierając inne formy duchowej aktywności.

Lekcja demokracji

Czy Wielki Piątek to dzień stosowny dla tego typu rozważań? Czy w dzień, w którym umarł Chrystus, nie powinniśmy raczej odsunąć od siebie spraw tak przyziemnych, by wspiąć się na wyżyny transcendentnej kontemplacji eschatologicznego misterium? Tyle wokół tej polityki, pełnej podziałów i wrogości – czy nie lepiej w czas Paschalnego Triduum skupić się na własnej duszy? Owszem – święte słowa – niniejszy tekst ma właśnie służyć przypomnieniu tego, ze szczególnym wskazaniem na niemożliwość wykluczenie z rachunku sumienia sfery publicznej, bo to w niej wykluwają się grzechy najpotworniejsze.

Nie dajmy się łapać na lep przewrotnej retoryki pięknoduchów. Nie wolno nam z refleksji natury duchowej wykluczać kwestii politycznych, bo – zwłaszcza w demokracji – nie ma takiej sfery życia, która nie wiązałaby się z polityką. A żaden dzień w takim stopniu nie nadaje się do rozważań na temat demokracji jak Wielki Piątek – dzień, w którym mocą demokratycznej procedury zgładzono Króla.

Wielki Piątek to znakomita lekcja demokracji. Oto na prowincji rodzi się masowy ruch społeczny, w którym „grupa trzymająca władzę” upatruje zagrożenia dla własnej uprzywilejowanej pozycji. Czują lęk przed jego Przywódcą, gdyż cały tłum był zachwycony Jego nauką (Mk 11, 18). Podczas zamkniętego spotkania wpływowego lobby zapada więc decyzja o likwidacji zagrożenia – nie obeszło się bez kontrowersji, które jednak sprawnym popisem demagogii szybko uciął Kajfasz: Wy nic nie rozumiecie i nie bierzecie tego pod uwagę, że lepiej jest dla was, gdy jeden człowiek umrze za lud, niż miałby zginąć cały naród (J 11, 49-50). Ważne tylko, by nie doszło do tego w czasie święta, żeby wzburzenie nie powstało wśród ludu (Mt 26, 5). W czasie święta bowiem gościło w Jerozolimie liczne grono pielgrzymów z prowincji, a takich właśnie – mieszkańców odległych od stolicy regionów – odizolowana od realnego życia narodu „elita” obawia się najbardziej.

Na łasce demosu

Jezusa aresztowano bezprawnie i osądzono nielegalnie – jakież to demokratyczne, jeśli tylko dysponuje się większością. Później zaś żydowski demos podburzony przez wpływowe lobby faryzeuszy głosował w zgromadzeniu przed rzymskim pretorium za Jego ukrzyżowaniem, a uczniowie Pańscy nie mogli na to nic poradzić – byli w mniejszości. W tym kontekście przychodzi na myśl arcydemokratyczne narzędzie – badanie opinii publicznej. O jego jałowości najtrafniej świadczy porównanie Wielkiego Piątku z Niedzielą Palmową. Tłum, który w entuzjastycznym powitaniu Jezusa słał mu pod nogi własne płaszcze, teraz lży opluwa i bije niosącego krzyż. Zaprawdę, łaska demosu na pstrym koniu jeździ.

Ale z drugiej strony, skąd wiemy, czy to w istocie ten sam tłum? Aresztowanie i proces przeprowadzono wszak po kryjomu, stąd wielu sympatyków Jezusa nie miało pojęcia, co się z Nim dzieje, zwłaszcza że działo się to w piątek, kiedy pobożni Żydzi skupiają się przede wszystkim na nadchodzącym szabacie, a w ten dzień mieli jeszcze na głowie przygotowanie do Paschy. Najprawdopodobniej więc doszło do zaistnienia innego mechanizmu demokracji – przedstawicielstwa. Demos, jak wiadomo, spożywa kawior ustami przedstawicieli. Niekoniecznie własnych. I tak właśnie sprawa mogła wyglądać w dniu męki Pańskiej, wiemy wszak, iż starszyzna żydowska powołała licznych fałszywych świadków – wielu zeznawało fałszywie przeciwko Niemu (Mk 14, 56). Niewykluczone więc, iż również w gronie wołających: Na krzyż z Nim! (Mt 27, 23) znalazła się większość starannie wyselekcjonowanych.

Czyż nie tłumaczy to również niezrozumiałego zaślepienia tłumu. Na próżno Piłat trzy razy stwierdzał, że Jezus jest niewinny, na próżno trzy razy dowodził, iż nie znajduje w Nim żadnej winy – nieszczęsny naród ustami przedstawicieli (wcale niekoniecznie swoich) dopuścił się największego bluźnierstwa, słowami: Poza cezarem nie mamy króla! (J 19, 15) w istocie wyrzekając się Boga.

Triduum Paschalne – czas wzmożonego zastanowienia nad samym sobą i otaczającym światem – powinno nam uzmysłowić, że rozpamiętywane w nim wydarzenia sprzed dwóch tysięcy lat oraz okoliczności, w jakich do nich doszło, to nie przebrzmiała pieśń historii, lecz zawsze aktualna nauka, nie tylko w stricte religijnym znaczeniu tego słowa – refleksja natury religijnej ma w naszych umysłach natychmiastowo skutkować refleksją społeczno-polityczną. Tak przecież zostaliśmy stworzeni – jako zoon politikon – istota z natury swej społeczna dążąca ku wpólnemu dobru.

]]>
http://fides-et-ratio.pl/index.php/2014/04/jerzy-wolak-pan-jezus-demokratycznie-na-smierc-skazany/feed/ 0