Urodzony 22 listopada 1224 roku w Rocasecca w południowo-wschodniej Italii, w krainie która do końca XIX wieku znana była jako Królestwo Obojga Sycylii, Akwinata mógłby pomieścić na swej tarczy rycerskiej połowę znaków herbowych Europy. Biorąc pod uwagę fakt, iż spokrewniony był z Fryderykiem II, władcą Świętego Cesarstwa Rzymskiego, samo jego urodzenie predestynowało go do zostania rycerzem lub opatem benedyktyńskim. Widoczne od wczesnego dzieciństwa zamiłowanie do modlitwy wskazywało jednak, iż jego przeznaczeniem nie jest życie średniowiecznego rycerza i wielkiego władcy. Wysłany przez rodzinę jako chłopiec na naukę do słynnego klasztoru na Monte Cassino, stanowczo opierał się planom uczynienia z niego mnicha benedyktyńskiego, a następnie wyniesienia do rangi opata, co wydawało się odpowiadać zarówno jego powołaniu zakonnemu, jak i wysokiemu urodzeniu.
Uwięziony przez rodzonych braci
Stać się miało jednak inaczej. Po mniej więcej pięciu latach studiów na uniwersytecie w Neapolu, Tomasz przyłączył się do zakonu kaznodziejskiego. Dominikanie, podobnie jak franciszkanie, byli zakonem żebrzącym. Zamiast prowadzić spokojne życie na uprawianych przez siebie samych i swych dzierżawców ziemiach klasztornych, zapełniali drogi i ulice europejskich miast, głosząc Ewangelię Chrystusową i żyjąc z jałmużny udzielanej im przez wiernych. Owi noszący białe habity ludzie byli duchowymi synami św. Dominika, który zainicjował na zachodzie Hiszpanii i południu Francji krucjatę przeciwko albigensom, zwodniczej sekcie powstałej w Afryce Północnej i zdobywającej stopniowo coraz więcej zwolenników w południowej Francji. Heretycy mieli zostać poskromieni dopiero dzięki potędze różańca i męstwu chrześcijańskiego rycerstwa.
Jednak duchowieństwo diecezjalne nierzadko odnosiło się do dominikanów z podejrzliwością, widząc w nich zagrożenie dla spokoju żyjącego zasadniczo z pracy na roli społeczeństwa. Dominikanie nie byli rolnikami, byli żebrakami. To, że potomek znakomitego rodu mógłby odrzucić swą spuściznę, by przyłączyć się do owych pstrokatych „psów Pańskich” – dominicanes – stanowiło zniewagę dla dumy braci Tomasza. Porwali go więc i przyprowadzili siłą do rodzinnego zamku w Rocasecca. Przez rok był tam niejako więźniem, traktowanym co prawda ze względami należnymi jego stanowi, niemniej jednak pozbawiony był swobody. Upierał się przy noszeniu swego dominikańskiego habitu.
Powszechnie znana jest opowieść o tym jak jego bracia, pragnąc przełamać upór, sprowadzili do jego komnaty prostytutkę, mając nadzieję, że skuszą go w ten sposób do porzucenia swych planów. Słyszeliśmy też zapewne o tym, jak Tomasz, porwawszy z kominka płonące polano, wygnał kobietę ze swej komnaty, wypalając następnie na drzwiach znak krzyża. Hagiografowie sugerują, że od tego momentu Tomasz nie odczuwał już pokus cielesnych, ja jednak skłonny jestem podejrzewać, że już wówczas był od nich wolny. Był szczerze rozgniewany tą zniewagą okazaną jego osobie. Biedna kobieta ze strachu omal nie straciła zmysłów. Kto wie, może doświadczenie to skłoniło ją do porzucenia dotychczasowego sposobu życia? Wiarygodność tej historii zdaje się potwierdzać kult, jakim otaczali Tomasza miejscowi wieśniacy oraz szlachta na długo zanim został wyniesiony do chwały ołtarzy.
„Milczący wół” kiedyś przemówi…
Prawdopodobnie dzięki pobłażliwości swej matki Tomaszowi udało się uciec z aresztu i wkrótce pojawił się w Paryżu, gdzie odbywał nowicjat i pobierał nauki. Później udał się do Kolonii, gdzie jego mistrzem został sam Albert Wielki i gdzie przyjął święcenia kapłańskie, prawdopodobnie w roku 1250 lub 1251. Choć był dość małomówny, już wówczas zaczęły szerzyć się pogłoski o jego geniuszu. Jeden ze współnowicjuszy zaoferował mu pomoc w nauce, mylnie biorąc jego milczenie za przejaw tępoty umysłowej, szybko jednak role się odwróciły. Choć przez współbraci nazywany był „Milczącym wołem”, Albert Wielki trafnie ocenił jego zdolności wygłaszając przy tym przepowiednię, że „pewnego dnia ten «Milczący wół» zaryczy, a ryk jego usłyszy cały świat”.
Wysłany na uniwersytet paryski, najbardziej prestiżową uczelnię ówczesnego świata, Tomasz spędził w stolicy Francji siedem lat, nauczając i pisząc. Był do tego stopnia zaabsorbowany swą pracą, że nigdy nie nauczył się francuskiego. Mówił jedynie po łacinie i w rodzinnym dialekcie włoskim. Po latach powrócił do Neapolu, potem udał się do Orvieto i Rzymu, miejsca pobytu zmieniając zgodnie z poleceniami swych przełożonych, następnie na kolejne trzy lata udał się do Paryża, po czym powrócił ostatecznie do Neapolu. Wezwany na sobór do Lyonu, wyruszył w drogę na północ, podróżując na ośle. Stan jego zdrowia pogorszył się jednak i umieszczony został w opactwie cysterskim w Fossanova, gdzie zmarł 7 marca 1274 roku. Jego kanonizacja była jedną z najszybszych w historii Kościoła.
Życie św. Tomasza nie było długie, nie trwało nawet 50 lat, jednak jego pisma teologiczne i filozoficzne zająć mogłyby z powodzeniem dwie lub trzy długie półki biblioteczne. Jego energia wydawała się być niespożyta. Kim jednak był ów człowiek, tak cichy, tak spokojny i zwyczajny w stylu życia, tak rzeczowy w argumentacji, a równocześnie spieszący niemal bez wytchnienia z jednego kraju do drugiego, z miejsca na miejsce?
Nagle huknął pięścią w królewski stół!
Jako że św. Tomasz sam mówił o sobie bardzo mało, większość informacji na jego temat pochodzi od ludzi mu współczesnych. W ostatnich dwudziestu latach swego życia był osobą publiczną, powszechnie szanowaną ze względu na erudycję oraz mądrość – żył więc niejako na oczach wszystkich. Z rzadka jedynie zdarzało mu się dać wyraz swym uczuciom w pieśni, a poetyckość jego tekstów liturgicznych na uroczystość Bożego Ciała pozostaje do dziś niedościgłym wzorem, łącząc w sobie prostotę z najwznioślejszym liryzmem. Przyswoiwszy sobie mądrość ojców Kościoła oraz oczyszczone przez zawarte w Piśmie św. Objawienie dziedzictwo klasycznej Grecji oraz Rzymu, zdawał się łączyć w sobie całą dostępną ludzkości wiedzę. Gdy pewnego razu zaproszony został na ucztę przez króla Francji św. Ludwika, do tego stopnia zaabsorbowany był swymi myślami, że niemal nie dostrzegał swego otoczenia, aż nagle niespodziewanie uderzył pięścią w stół, strącając na podłogę naczynia i wykrzykując triumfalnie: „I w ten sposób manichejczycy zostaną pokonani!”. Zamiast skarcić swego gościa za złe maniery, świątobliwy król wezwał bezzwłocznie skrybę, by spisał argumentację Tomasza, zanim ten ją zapomni. Był to szlachetny gest szlachetnego człowieka – choć bez wątpienia zbędny.
Pamięć św. Tomasza była zdumiewająca. Jako młody człowiek pisał sam i kilka z jego rękopisów zachowało się do dziś. Jego pismo uznawano za niewyraźne i wręcz niemożliwe do odczytania. Myślał szybciej niż pisał. W późniejszym okresie ograniczał się do dyktowania, przy czym często jednemu lub dwóm sekretarzom równocześnie, i to tekstów dotyczących różnych kwestii. Zdarzało się nawet, choć rzadko, że dyktował czterem, a przynajmniej jeden raz pięciu sekretarzom, którzy zapisywali jego kunsztowne argumenty o niezrównanej głębi, podczas gdy on sam siedział z głową opuszczoną na piersi i z zamkniętymi oczyma.
Bomba wybucha w XX wieku
Niech mi będzie wolno powiedzieć to bez ogródek – św. Tomasz był najwybitniejszym teologiem i filozofem, jakiego znał świat. W pewnym sensie każdy myśliciel jest „produktem” swej własnej epoki. Jest to nieuniknione, w św. Tomaszu było jednak coś, dzięki czemu wyłamywał się z tej reguły. Mniej więcej 40 lat temu, zwracając się do zgromadzenia American Catholic Philosophical Society, msgr Geral Phelan, jeden z najwybitniejszych tomistów tego stulecia stwierdził, że św. Tomasz lepiej rozumiany jest w wieku XX niż w jego własnej epoce. Choć nie posiadam tekstu tego wystąpienia, mogę domniemywać, jako że sam studiowałem pod jego kierownictwem, że miał on na myśli doktrynę św. Tomasza o bycie.
W czasie gdy Zachód pogrążony był po II wojnie światowej w lęku i rozpaczy, we Francji oraz Niemczech narodził się egzystencjalizm. Święty Tomasz zaś „napomina” nas: „Nie zadręczajcie się o życie, jak to czynili Jean Paul Sartre i Martin Heidegger, ale radujcie się nim, ponieważ imieniem Boga jest «Jestem Który Jestem», jak sam powiedział do Mojżesza z gorejącego krzewu: «Tak powiesz synom Izraela: Jestem posłał mnie do was»”. Natchniona wiarą metafizyka Akwinaty była prawdziwą bombą spuszczoną na świat intelektualny owych czasów. Bomba ta wybuchła jednak dopiero w wieku XX. Na początku 20. stulecia, gdy Europa opętana była przez sceptycyzm i racjonalizm, słynny Etienne Gilson właśnie u św. Tomasza znalazł jedyne zdrowe podejście do tego, co określał mianem „problemu poznania”.
Święty Tomasz zachęca nas, byśmy podeszli do otaczającego nas świata kierując się zmysłami oświeconymi przez intelekt. W ten sposób odkryjemy, że to co istnieje, istnieje naprawdę, a na tym podstawowym przeświadczeniu opiera się cała zdrowa filozofia. Wracając raz jeszcze do postaci Gilsona – kiedy wielu chrześcijańskich i niechrześcijańskich filozofów negowało prawdziwość chrześcijańskiej filozofii, Gilson zachęcał ich, by przyjrzeli się historii, nie całej historii myśli chrześcijańskiej, ale historii streszczonej w wyjątkowy sposób w osobie św. Tomasza. Tam gdzie jest on najbardziej teologiem, jest też w największym stopniu filozofem. Tam gdzie jest w największym stopniu człowiekiem rozumu, tam jest najbardziej człowiekiem wiary. Nie rozdzielając nigdy dwóch objawień danych przez Boga człowiekowi, objawienia poprzez stworzony przez Niego świat oraz Objawienia poprzez Jego Słowo, Akwinata łączy je we wspaniałą jedność.
„Dobrze o Mnie napisałeś”
Nieżyjący już dr Marshall McCluhan, uważany niegdyś za guru rewolucji telewizyjnej i traktowany przez „Time’a”, „Newsweeka” i „Fortune” jako zwiastun nowej epoki, zapytany został kiedyś przez kanadyjskich biskupów, co mogłoby pomóc im w zrozumieniu fenomenu współczesnych środków przekazu. „Lektura De spiritualibus creaturis” – odpowiedział. Człowiek współczesny, dzięki swej technice, zbliża się (choć nigdy jej nie osiągnie) do kondycji aniołów. Człowiek jest w coraz większym stopniu odcieleśniony, żyjąc w stworzonym przez siebie świecie sztuczek elektronicznych, w coraz większym stopniu oddzielającym go od ciała.
Głównym problemem apologetycznym jest obecnie konieczność głoszenia opartej na dogmacie o Wcieleniu religii odcieleśnionemu człowiekowi. Tak twierdził świętej pamięci Marshall McCluhan, konwertyta, który codziennie przystępował do Komunii św. Wyznał mi jednak z ironią, że jego dostojni rozmówcy nie mieli najmniejszego pojęcia, o czym mówił. Podkreślał, że chcąc zrozumieć gwałtowny rozwój środków przekazu, musimy najpierw zrozumieć pogląd św. Tomasza na proces myślowy jako komunikację. Inspiracją dla nauczania Akwinaty w tej kwestii była doktryna o Trójcy Świętej: na początku było Słowo. Dominikanin jak zawsze wydaje się tu nas wyprzedzać, podobnie jak wyprzedzał swoją epokę.
Cofając się na moment do reformacji i negowania doktryny o transsubstancjacji widzimy, w jaki sposób Kościół posłużył się na Soborze Trydenckim teologią św. Tomasza, aby wyjaśnić tajemnicę Sakramentu Ołtarza i rzeczywistej obecności Zbawiciela pod postaciami chleba i wina. W Trydencie Suma teologiczna umieszczona została na głównym ołtarzu. Również sam św. Tomasz złożył u stóp ołtarza swój Traktat o Eucharystii, podczas pokornej modlitwy do Chrystusa. Znajdujący się nieopodal brat usłyszał wówczas dobiegające z krucyfiksu słowa: „Tomaszu, dobrze napisałeś o Moim Ciele oraz Krwi”. Sam św. Tomasz nie opowiedział o tym oczywiście nikomu, był jednak postacią dobrze znaną i – jak już pisałem – obserwowaną przez swych współczesnych. Pomimo więc, iż sam zachowywał milczenie, już za życia cieszył się sławą świętego.
Liczy się nie opinia ludzi, ale prawda
Będąc postacią o formacie ponadczasowym, zaangażowany był również w wydarzenia własnej epoki. Chrześcijaństwo zmierzyć musiało się wówczas ze skrajną postacią arystotelizmu, która przeniknęła do Europy poprzez pisma Awerroesa. Jego europejscy zwolennicy głosili wieczność świata, negowali Bożą Opatrzność, odrzucali nieśmiertelność jednostkowej duszy. Święty Tomasz zbił ich argumenty publicznie podczas dysputy w Paryżu, kończąc swą mowę skierowaną przeciwko Sigerowi z Brabantu słowami: „Odpowiedzieliśmy ci argumentami filozofów. Jeśli w dalszym ciągu atakować pragniesz wiarę, nie czyń tego szepcąc po kątach z niedorostkami, ale wystąp publicznie, a odpowiedź dam ci albo ja, albo ktoś bardziej godny by wystąpić w jej obronie”.
W naszych czasach, które gardzą zarówno rozumem, jak i wiarą, potrzebujemy Akwinaty bardziej niż kiedykolwiek. W epoce, która kieruje się ulotnymi opiniami kształtowanymi przez media i która szczyci sie swym sekularyzmem, u św. Tomasza odnaleźć możemy zarówno zasady, jak i konkluzje, zdolne do rozproszenia ciemności, w jakich się obecnie znajdujemy. Pierwszym krokiem powinno być ponowne oparcie naszych uczelni na zasadzie św. Tomasza, która powinna stać się naszym hasłem.
Przejął ją on od Arystotelesa i uczynił własną: „Celem filozofii nie jest poznanie, co ludzie uważają, ale na czym polega prawda”. A czym jest prawda? Takie pytanie zadał Piłat Chrystusowi, będącemu Drogą, Prawdą i Życiem. Prawda ta, naucza św. Tomasz, jest jednym z Bogiem, ponieważ Bóg jest Prawdą. Po drugie, polega ona na zgodności intelektu człowieka z prawdziwą naturą rzeczy. I na koniec, prawda opiera się na swej przyczynie, na samej istocie porządku naturalnego, stworzonego z miłości przez Boga. Ten porządek natury oraz jego Stwórca zostali ukazani poprzez geniusz pokornego dominikanina.
tłum. Tomasz Maszczyk
http://www.piusx.org.pl/zawsze_wierni/artykul/2120
]]>Są rzeczy, których użytkowanie pociąga za sobą ich zniszczenie. Zużywa wino, kto je wypija, zużywa chleb, kto go zjada. W takich wypadkach nie można oddzielić użytkowania rzeczy od samej rzeczy: kto posiada jedno, ten posiada i drugie. Widzimy to na przykładzie sprzedaży. Gdyby ktoś chciał sprzedawać osobno wino i osobno prawo do wypicia tego wina, sprzedawałby dwukrotnie tę samą rzecz lub też sprzedawałby coś, co nie istnieje. Tak czy inaczej dopuściłby się niesprawiedliwości. Zupełnie tak samo ma się rzecz gdy chodzi o pożyczkę. Jeśli komuś coś pożyczam, to właśnie w tym celu, aby mu to służyło. Jeśli pożyczam wino, to po to, aby je wypił.
Toteż jedyną rzeczą której mogę się spodziewać w zamian, jest zwrot równowartości pożyczonego wina, ale nie ma żadnego słusznego powodu by uważać, iż pożyczającego obowiązuje ponadto zapłacenie za to, że je wypił .
Pieniądz jest właśnie jedną z tych rzeczy, których używanie pociąga za sobą ich zniszczenie. Wino jest na to, aby je pić, pieniądze są na to, aby je wydawać. Jest to prawda w znaczeniu dosłownym, bo pieniądz jest wynalazkiem ludzkim i zadaniem jego jest umożliwienie wymiany. Jeśli pożyczamy komuś pieniądze, pozwalamy mu posługiwać się nimi, czyli wydawać je. Żądanie, aby oprócz zwrotu pieniędzy dodawano nam jeszcze odszkodowanie za możność użytkowania ich, równa się żądaniu dwukrotnie tej samej sumy. 2)
Św. Tomasz z pewnością nie przewidywał zawiłości nowoczesnych operacji bankowych. Pozwoliło mu to na nieustępliwe trwanie przy tej zasadzie. Miał bowiem na myśli zupełnie nieskomplikowany przypadek, gdy człowiek wypłacalny, potrzebując pieniędzy, zwraca się do zasobniejszego sąsiada, którego pieniądze – gdyby ich nie pożyczył – spoczywałyby w skrzyniach. Dlatego św. Tomasz jest nieugięty wobec klasycznego zastrzeżenia, że pożyczając pieniądze traci się to, co można by przy ich pomocy zarobić. Niewątpliwie jest tak, odpowiada św. Tomasz, nikt jednak nie ma jeszcze w ręku tych pieniędzy, które mógłby zarobić, a być może nigdy ich nie zobaczy. Sprzedawać pieniądze, które można by zarobić, to sprzedawać coś, czego się jeszcze nie ma i czego się być może nigdy nie będzie miało.
Zarzut ten nie trafiał więc do przekonania św. Tomaszowi, niemniej przewidział on inny zarzut, któremu sam przyznał pewne znaczenie. Przypuśćmy, że pożyczając pieniądze wierzyciel zostanie rzeczywiście poszkodowany, czyż nie przysługuje mu wówczas prawo do pewnego wynagrodzenia? Owszem, odpowiada św. Tomasz, lecz nie jest to sprzedaż użytkowania pieniędzy, a odszkodowanie za poniesioną stratę. Jest to tym bardziej słuszne, że niekiedy dłużnik dzięki otrzymanej pożyczce unika poważniejszych strat, niż te, które poniósł wierzyciel; pożyczający może więc bez trudu dzięki unikniętym stratom wynagrodzić stratę wierzycielowi. Co więcej, nawet św. Tomasz wierny swej zasadzie utrzymuje stanowczo, iż nie wolno sprzedawać prawa do użytkowania pożyczonych pieniędzy; ale są inne jeszcze sposoby użytkowania pieniędzy niż ich wydawanie. Można na przykład złożyć pieniądze w zastaw, co nie jest równoznaczne z wydawaniem ich. W podobnym wypadku użytek uczyniony z pieniędzy jest czymś od samych pieniędzy odrębnym, toteż może być sprzedany oddzielnie, wskutek czego pożyczający ma prawo do otrzymania więcej, niż pożyczył.3) Niejedna pożyczka na procent, w formie, w jakiej są one dziś praktykowane, znalazłaby w tym rozróżnieniu pewne uzasadnienie. Jednakże św. Tomasza obchodzą nie wierzyciele – cała bowiem jego życzliwość jest po stronie pożyczających. Nieubłagany dla lichwiarzy rozgrzesza tych, co korzystają z ich usług. Cała niesprawiedliwość lichwiarstwa zdaniem św. Tomasza – obarcza lichwiarza, pożyczający jest tu tylko ofiarą. Człowiek biedny potrzebuje pieniędzy; jeśli poza lichwiarzem nie znajdzie nikogo, kto by mu je pożyczył, zmuszony jest przystać na warunki, które zostaną mu narzucone. Najgłębszą nienawiść żywią do grzechu lichwy ci, którzy muszą korzystać z jej usług. Nie lichwy bowiem chcą, ale pożyczki.
Etienne Gilson
Tekst ukazał się w dwumiesięczniku „Michael”.
Przypisy:
1) Sum. theol., II-II, 78, l , resp. i ad 5. Dalsze rozważania streszczają tylko ten artykuł. Św. Tomasz odrzuca wielokrotnie zarzut oparty na fakcie, że prawo ludzkie dopuszcza pobieranie procentu, bowiem prawo ludzkie nie karze lichwy, podobnie jak i wielu innych grzechów; por. Sum. theol., II-II, 78, l , ad 3; w tym miejscu św. Tomasz chwali Arystotelesa za to, że naturali ratione ductus [kierując się naturalnym sposobem myślenia] dostrzegł, iż taki sposób zarabiania pieniędzy jest maxime praeter naturam [całkowicie przeciwny naturze].
2) Zupełnie inaczej ma się rzecz, kiedy użytek przedmiotów nie pociąga za sobą ich zniszczenia. Kto na przykład używa domu, ten go nie niszczy, lecz w nim mieszka. Można więc sprzedać jedno bez drugiego. Tak właśnie się dzieje, gdy przy sprzedaży domu zastrzega się jego używalność do śmierci, albo gdy się sprzedaje jego używalność (przez najem), zachowując jego własność. Słuszne jest więc pobieranie komornego: Sum. theol., II-II, 78, l , resp.
3) Zupełnie inaczej przedstawia się sprawa, gdy chodzi o włożenie pieniędzy w jakiś interes. Nie jest to pożyczka, lecz spółka handlowa, w której dzieli się zarówno zyski, jak straty.
Etienne Gilson (1884-1978), francuski filozof, jeden z najwybitniejszych historyków filozofii na świecie. Powyższy komentarz pochodzi z jego pracy pt. Tomizm. Wprowadzenie do filozofii św. Tomasza z Akwinu, która ukazała się w 1947 r.
]]>Wierzę.
Akwinata użył metody. Ta zaprowadziła większą dyscyplinę w teologii, w której dotąd wiedza i wiara splatały się, rywalizując o miejsce. Nieuzgodnienie wiary z rozumem budziło w epoce św. Tomasza, jak i dzisiaj, ryzyko rozmaitych przesądów. Formuła Akwinaty wnosi dwupodział: 1.Revelatum – to prawdy wiary, objawione, co więcej, takie, których nie moglibyśmy poznać inaczej, niż z objawienia i 2.Revelabile – prawdy, które możemy zasadniczo poznać w sposób przyrodzony (choć także zostały nam objawione). Dwie drogi: Objawienia i teologii naturalnej. Po co, osobna droga rozumu, tj. teologia naturalna? Po pierwsze, by przygotować do wiary (preambula fidei). Po drugie, by zabezpieczać i bronić wiary.
Rozum i wiedza, dają nam pewien wgląd w Bożą Istotę, ale o Trójcy Świętej, niczego mądrego nie powiemy. Możemy tylko wierzyć. Niemożliwe jest też, abyśmy podali jakąś definicję Boga, bo jest On poza wszelkim rodzajem.1 Właściwie, św. Tomasz, oddaje pole teologii apofatycznej; o Bogu możemy mówić, tylko zaprzeczając czemuś, ponieważ jest On tak niepojmowalny. Metoda negacji, nie poprawia szczególnie naszego pojęcia o Bogu, ale rozbija w pył utopię i pseudonadzieje. Metoda revelabile pokazuje, co możemy rzeczywiście wiedzieć, a czego nie. Tomizm dowodzi, że metoda apofatyczna (negacji i tajemnicy) oraz racjonalna, są synergiczne, wspierają się i razem dopełniają.
Wiara, jest konieczna, do przyjęcia Objawienia Starego i Nowego Testamentu; revelatum. Myliłby się jednak ktoś, sądząc, że na „ścieżce” rozumu naturalnego, nie jest konieczna. Przeciwnie, może być jeszcze potrzebniejsza. Nie tylko dlatego, że wiara oświetla i oczyszcza rozum (wcześniejsi Ojcowie Kościoła, ze św. Augustynem). Wiara oświeca i oczyszcza rozum, z jego grzeszności, skłonności do błędu, do kłamstwa i do myśłenia magiczno-zabobonnego (Rdz 3, 1-8), ale daje mu także motywację, oparcie i cel. Rozum i wiara, wsparte sobą, zadają klęskę zabobonowi i utopii, w religii, w nauce i w filozofii. Wiara, staje się energią ludzkiego rozumu, zdolnego dzięki niej przeciwstawić się potęgom i inteligencjom, wyższym niż ludzka.
„Revelatum” oczekuje, iż człowiek zawierzy „gotowej” dogmatyce i moralności Kościoła. Osoby nie dość zaznajomione z wiedzą religijną, bo np. zajmują się zawodowo czymś innym; młode i nieukształtowane osobowości; neofita, u którego „duch jest ochoczy, ale ciało słabe” (Mk 14, 38) – dzięki ścieżce „revelabile” – mogą w pokoju i samodzielnie, dojrzewać do wszystkich, eklezjalnych konsensusów. Jeśli nawet, nie rozumieją jeszcze i nie są przekonani, od razu do całego Katechizmu, ale jednak akceptują go w praktyce i stanowi dla nich ideał; ścieżka naturalna daje im, indywidualne poznanie i potwierdzenie nauki w nim zawartej. Zachowują przykazania i jednocześnie, w wolności poznają, po to, by – powtarzając za św. Antonim Eremitą, jego definicję wiary – „mieć wolne przekonanie o tym, co nam zostało objawione” (Sentencje św. Antoniego).
Ufam.
Na czym polega u św. Tomasza, ścieżka revelabile, tj. teologii naturalnej? Najkrócej – na odrzuceniu dowodzenia a priori (łac. a priori – z góry, uprzedzając fakty) i na przyjęciu metody naukowej, opartej na doświadczeniu i dowodzeniu a posteriori (łac. a posteriori – to, co późniejsze, z następstwa logicznego). Inaczej ujmując, św. Tomasza interesują fakty i rzeczy konkretne. Św. Tomasz wychodzi z założenia, jak platonicy, że istnieją byty idealne i ogólne, oprócz materialnych i jednostkowych. Jednakże, w przeciwieństwie do Platona i większości teologów sprzed i z czasów Tomasza, nie uważa on, że idee (uniwersalia – gatunki i rodzaje) „latają” gdzieś ponad nami, jako superwzorce. Dla św. Tomasza, idee same, nie są substancjami, tzn. samoistnymi bytami, bo samoistne są tylko rzeczy jednostkowe, te które widzimy, słyszymy, dotykamy… Natomiast faktycznie istnieją byty idealne, ale w rzeczach, w substancjach. I stąd, mogą zostać umysłowo wyabstrahowane. W tym kluczu, Tomasz rozumie i człowieka. Dusza jest formą dla „materii ludzkiej”, jej entelechią; zaczynem i spełnieniem, w cielesno-duchowej jedni. Co dzieje się w duszy, ma wyraz w ciele; a co i jak – przez ciało – angażuje duszę
(Rz 8, 13).
W praktyce, na ścieżce teologii naturalnej, u św. Tomasza, do dyspozycji mamy przede wszystkim zmysły i rozum. Toteż poznanie, jakie zdobywamy jest receptywne, poprzedzone zmysłowo. Jednak skojarzenia w tym miejscu, Akwinaty z pozytywistami i neopozytywistami, nie wytrzymują próby. Wspomniani, nie mają metafizyki. Poza tym św. Tomasz, nie zatrzymuje się na zmysłowej recepcji świata, ale idzie dalej, dzięki myśleniu abstrakcyjnemu, tj. wiedzy, o oderwanych i ogólnych cechach przedmiotów (kategorie). Rozum bowiem, więcej znaczy według Tomasza, niż zmysły. Skoro zaś – władze wyższe, posługują się niższymi – to i umysłowe, zmysłowymi. Jednak, to od władz niższych, zmysłowych, rozpoczyna się poznanie.
Tak, św. Tomasz, przenosi nas w praktykę, w życie codzienne. Rzeczywistość ziemska, chociaż tak poślednia wobec niebiańskiej, poprzedza przecież tę drugą. Via practica otwiera nam nieskończone pole, do zaufania Bogu. Wiara się konkretyzuje; wierzymy – ufamy, że Bóg rządzi rzeczywistością i losem, że je stwarza, a zatem przeszkody i dramaty tego czasu, wzmacniają nas i moją, twoją, nadzieję. Zaufanie, nie udziela dyspensy od dobrego działania; raczej pracuję lepiej, ponieważ ufam w sens dobrej pracy, bo wierzę w dobro samo w sobie, w uczciwość, w rzetelność. Zaufanie Bogu, jako skonkretyzowana wiara życia codziennego, nie przypomina kwietyzmu. Konkluzją nauki św. Tomasza, wydaje się być sentencja św. Ignacego Loyoli: „Tak Bogu ufaj, jakby całe powodzenie spraw zależało tylko od Boga, a nie od ciebie; tak jednak dokładaj wszelkich starań, jakbyś ty sam miał to wszystko zdziałać, a Bóg nic zgoła.”
Wracając, do wspomnianej metody dowodzenia a posteriori, tj. z faktów, u św. Tomasza, pozwala nam ona, po analizie jakiegoś danego, skończonego bytu, dojść do wniosku, że nie posiada on w sobie samym, przyczyny swego istnienia i wskazuje na Boga, jako na swoją przyczynę. Każde stworzenie może być bowiem, jak często powtarza się to np. w Starym Testamencie, ledwie cieniem, a najwyżej podobizną Boga, Jego obrazem (w skrajnym wypadku, bożkiem). Z doświadczalnych obserwacji, utkał Tomasz słynnych 5 dowodów istnienia Boga: 1. z istnienia ruchu (jakiejkolwiek zmiany) – istnieje pierwsza przyczyna ruchu 2. z niesamoistności świata – istnieje istota samoistna, będąca przyczyną świata 3. z przypadkowości rzeczy – istnieje poza nimi, istota konieczna 4. ze stopni doskonałości w świecie – istnieje istota najdoskonalsza 5. z powszechnej celowości przyrody – istnieje istota najwyższa, władająca przyrodą i działająca celowo (przez „pociąganie ku sobie”). Wszystkie te dowody, wskazują na przyczynę pierwszą, jako, że szereg przyczyn, nie może iść w nieskończoność. Dowody 4 i 5 mają charakter, już nie arystotelejski, a raczej neoplatoński. W kontekście dowodu 4 św. Tomasz, rozwija wyrafinowaną angelologię (naukę o aniołach).
Człowiek, wobec tej kosmicznej i anielskiej hierarchii, jawi się sobie, jako pełen nieurzeczywistnionych możności, drzemiących w materii. Jest jednak, przede wszyskim, nieśmiertelną duszą – treścią i energią (realizacją) swojego bytu. Realizacja własnego potencjału, jest kluczowa dla zbawienia (Przypowieść o talentach – Mt 25, 14-30). Wszystkie byty na świecie, są w napięciu i w ruchu, od i do Boga, pomiędzy aktami stworzenia, a zbawienia. Wezwane niejako, do najwyższej z Nim współpracy. Jeśli poważnie, to przyjąć, gros współczesnych, nawet „wewnątrzkościelnych”, podejrzeń o pelagianizm, okazuje się chybiony.
Kocham.
Bóg – Byt najwyższy u Arystotelesa – nie jest jeszcze osobą, lecz bardziej Zasadą; to Substancja, pierwsza przyczyna i cel wszystkiego. Nie jest Stwórcą, gdyż materialny świat istnieje odwiecznie. Doskonały, czysty akt, będący stale aktualną i dynamiczną realizacją wszystkich możności we Wszechświecie; niezmienny, choć jest czystym „dzianiem się”, a k c j ą – formą i energią. Św. Tomasz, koryguje ten opis, wprowadzając rozróżnienie między istotą i istnieniem Boga. W Bogu istota=istnieniu. Istnienie Boga wynika z jego natury (istoty). Jeśli istotę Boga, przyrównać do możności (potencji) bytów ziemskich, to istnienie Jego, jest aktem czystym, zawsze aktualnym urzeczywistnieniem wszelkich potencji. Samym działaniem, samym JESTEM. „JESTEM KTÓRY JESTEM”(Wyj 3, 14). Jest więc Bóg św. Tomasza, bytem koniecznym i niezależnym. Inaczej stworzenia. U stworzeń istnienie, nie leży w ich naturze; każdy byt stworzony jest i przypadkowy i zależny. Bóg, udziela wszystkim rzeczom, najpierw ze swego istnienia. Istnienie, dane bytom przez Boga, zakłada ich dalsze własności, jak np. dobro; nie mają jednak prostoty Boga. Ale wszystko, co istnieje jako stworzone w świecie, jest dobre, właśnie przez to, że istnieje. Nicość, byłaby zatem czymś złym, brakiem dobra. Istnienie jednostki „kurczy się” wskutek jej złych wyborów. Grzech jest brakiem dobra; tylko brakiem, bo zło, nie jest substancją. Każde stworzenie ziemskie (wbrew sekciarskim tęsknotom) z racji istnienia, jest dobre, bo jest chciane przez Boga; „Bóg stwarza świat uporządkowany i dobry.”2
Stanowisko Tomasza, podobnie jak Arystotelesa i ogólnie Greków, jest intelektualistyczne. Wola, jest poprzedzona rozumem. W opisie Boga i także człowieka, którego Bóg pociąga ku sobie, mamy pierwszeństwo poznania i wtedy – wolę. Jak jednak poznać coś bez woli, bez pragnienia tego czegoś? Poznanie samego Boga, zwraca się początkowo ku sobie; w sobie poznaje On idee, praobrazy wszystkich rzeczy i c h c e aby się stały. Funkcją woli jest miłość. Bóg, powołuje stworzenia do bytu, z miłości; czyni dobrymi i kocha je bez wyjątku, oraz w sposób konieczny (co znaczy, iż chcenie i miłość Boga, nie mają przyczyny). Tak pojęta wola, nie występuje, ani u Arystotelesa, ani u Platona, ani u innych dawnych Greków. To chrześcijańskie novum. Podobnie w etyce Tomasza, choć również ma intelektualistyczny charakter, jej rdzeniem jest wola – miłość. Nie sposób bowiem, wyobrazić sobie, poznania prawdy i cnoty, bez miłości; jakiegobądź skutecznego głoszenia i świadczenia, prawdy i dobra, bez miłości. Jeśli etyka i moralność, miałyby mieć wyłącznie poznawczo – intelektualistyczny charakter, jak chyba uważał Sokrates, to za całą wiedzą, nie szło by działanie, tak ważne u św. Tomasza. W filozofii prawa, wciela tę myśl. Prawo musi mieć cel – dobro wspólne, działanie i poświęcanie się dla innych, które utożsamia się ze szczęściem (eudaimonia). Koncentracja na pierwszym i absolutnym Poruszycielu, pomaga kochać. Łatwiej odpierać różnorodne podniety i pokusy demonów, do czynnego zła, lub do zaniedbań, które ogniskują się właśnie na tym, co relatywne.
Reakcja
Teologiczna wizja św. Tomasza, od początku była silnie atakowana przez teologów, głównie ze szkoły franciszkańskiej (wiernych augustyńskiej tradycji) jak np.: Duns Szkot, współcześni Tomaszowi, uczniowie św. Bonawentury; wiek później (w XIV w.) związany z Oxfordem, Anglik, Ockham, a także przez duchownych świeckich. Najsilniejsze jednak zderzenie tomizmu, musiało zajść z awerroistami łacińskimi, współczesnymi Tomaszowi, uczniami Awerroesa, filozofa, lekarza, matematyka i teologa arabskiego, żyjącego w XII w. w Kordowie (dziś Hiszpania), także powołującego się na arystotelizm, lecz w duchu Islamu. W tym starciu, ujawniała się odmienność obu stanowisk wobec prawdy. Akwinata, jak zaznaczyłem, uznawał 2 ścieżki poznania Boga i prawdy: objawioną i rozumową. Objawienie i wiedza, mają wspólne źródło, sprzeciwiają się tym samym błędom i nie są sprzeczne ze sobą. Awerroiści, także mówili o drodze filozofii i drodze wiary, ale – wbrew Tomaszowi – dopuszczali niezgodność obu dróg. Twierdzili, że co jest prawdziwe według filozofii, może być nieprawdziwe według wiary i odwrotnie; „teoria dwóch prawd”. Wypowiadali szereg tez, jawnie niezgodnych z nauką Kościoła, a jednocześnie chcieli być w przyjaźni z Kościołem.
Inną, efektowną próbę zastosowania arystotelizmu, w tym wypadku w duchu judaizmu, podjął Mojżesz Majmonides, filozof współczesny Awerroesowi, również z Kordowy. Św. Tomasz, inspirował się później, niektórymi twierdzeniami Majmonidesa; np. wspomnianym, iż pewne prawdy przyrodzone, zwłaszcza o Bogu, należy najpierw przyjąć na wiarę, a dopiero potem nabywać o nich wiedzę. Natomiast istotna, według mnie, różnica między Akwinatą i Majmonidesem, ukazała się wobec kwestii dostępności wiedzy metafizycznej. Majmonides chce być w elicie i jest przeciwny udostępnianiu jej prostym ludziom. Tomasz uważa, że podstawowe prawdy metafizyki, zwłaszcza, że są objawione, pomagają w zbawieniu i są dla wszystkich. Metafizyka, nie jest zagmatwana, lecz prosta w swej istocie, jak i sama prawda; wymaga raczej dyspozycji serca, czystego i nieskażonego rozumu. Sam Bóg, jest genialnie paradoksalny, bo pełen prostoty i jednocześnie, nie do pojęcia. Tam, gdzie jest niepojmowalny, jest taki dla każdego, niezależnie od rangi i roli społecznej. Z kolei tam, gdzie daje się poznać, jest osiągalny dla najprostszych.
Aż do dzisiaj, tomizm i neotomizm, mają swoich oponentów, w i poza Kościołem. Krytyka najczęściej wypływa ze środowisk humanistów, intelektualistów, utopistów, lecz nie naukowych. U badaczy, każda teoria musi zgadzać się z rzeczywistością, aby zaistniała, musi podpierać się faktem. Tak, jak nie ma porządku dwóch prawd, tak też i liczni współcześni uczeni, np. spod szyldu „gender”, nie mają prawa, pod pretekstem rozdzielania porządków, wiary i nauki, narzucać swoich błędów i zwalczać wiary. Gdy zwalczają wiarę, by przeforsować swoje złe idee, zaraz okazuje się, że walczą również z nauką. A dalej, z naturą i z całą rzeczywistością, zaś jedynym ich orężem, staje się „kultura”, wykreowana zresztą, niekiedy przez nich samych, lub innych, podobnie zagubionych ludzi. „Ponieważ, tak się robi tu, czy tam, np. na Zachodzie…” Lecz któż, to jest, ten osławiony i przemożny „Się”? O tym, każdy z „jego” propagatorów, milczy.
Zakon dominikański uznał naukę św. Tomasza za swoją, już w latach 1278-1313 (Tomasz umarł w 1274 r.) a jego samego, za doktora zakonu. Rok 1323, to ogłoszenie kanonizacji. W roku 1567, Akwinata, został uznany przez papieża Piusa V, za piątego doktora Kościoła. Kolejno, główne zakony, a zwłaszcza Jezuici, uznają tomizm za swoją naukę. Od Jana XXII po Benedykta XV, Stolica Apostolska wielokrotnie będzie ogłaszać tomizm, nauką Kościoła (od XIV do XX w.). Od Leona XIII i jego encykliki, Aeterni patris, z 1879 r., która zalecała odnowienie filozofii, w duchu św. Tomasza, rodzi się neotomizm. Pius X, w słynnej encyklice, Pascendi Dominici Gregis, z 1907 r., nakazuje naukę tomizmu, jako antidotum na herezje modernizmu. Pius XII, w encyklice, Humani Generis, z 1950 r., również żąda kształcenia duchowieństwa, „wedle metody, nauki i zasad Anielskiego Doktora3”. Jan Paweł II, składa Akwinacie hołd, w encyklice, Fides et ratio, z 1998 r. Benedykt XVI, istotnie wspiera swoje tezy, twierdzeniami Tomasza, w encyklice, Deus caritas est, z 2006 r. jak również, w najbardziej spekulatywnej części, encykliki, Spe Salvi, z 2007 r.
Jarosław Kleban
Literatura:
Arystoteles, Dzieła wszystkie, t.I, tł. K. Leśniak, Warszawa 1990
Arystoteles, Dzieła wszystkie, t.V, Warszawa 1990
Tomasz z Akwinu, Traktat o Bogu, tł. G. Kurylewicz, Z. Nerczuk, M. Olszewski, Kraków 1999
Tomasz z Akwinu, Kwestia o duszy, tł. Z. Włodkowa, W. Zega, Kraków 1996
Józef M. Bocheński, Zarys historii filozofii, Kraków 1993
Władysław Tatarkiewicz, Historia filozofii, t.I, Warszawa 1981
Stefan Świeżawski, Dzieje europejskiej filozofii klasycznej, Warszawa-Wrocław 2000
Jan Paweł II, Fides et ratio, Poznań 1998
Benedykt XVI, Deus caritas est, Kraków 2006
Benedykt XVI, Spe Salvi, Kraków 2007
Pius X, Pascendi Dominici Gregis, Warszawa 2002
Pius XII, Humani Generis, Warszawa 2002
Katechizm Kościoła Katolickiego, Poznań 1994

Teologowie i katecheci, kaznodzieje i inni nauczający, w przeważającej większości zapomnieli o Mistrzu Tomaszu z Akwinu. Zapewne z powodu tego zapomnienia mamy do czynienia z szokującym analfabetyzmem religijnym. Nie zapobiega mu ani katechizacja w szkole, ani katolickie media, ani nawet coniedzielna obecność na Mszach świętych i wysłuchiwanie kazań.
Dziś rzadko mówi się o rzeczach najważniejszych, a jeszcze rzadziej mówi się o nich klarownie, wyraźnie i zrozumiale.
Przyczyną tego opłakanego stanu rzeczy jest nie tylko brak odpowiedniej formacji w seminariach duchownych, lecz także zupełna niedostępność literatury, która dawałaby uporządkowaną i uzasadnioną wiedzę na temat podstawowych prawd wiary.
Ten brak został uzupełniony przez wydany staraniem Centrum Kultury i Tradycji znakomity Katechizm według Summy Teologicznej św. Tomasza z Akwinu. Dzieło, powstałe na początku XX wieku, napisane przez dominikanina, o. Tomasza Pegues’a, jest tym, czego potrzeba człowiekowi, którego umysł jest stale rozpraszany i zarzucany informacjami. Jest spokojnym, rzeczowym, zdecydowanym w wyrazie i treści wykładem podstawowych prawd wiary katolickiej. Autor zadał sobie ogromny trud „przełożenia” Summy Teologicznej św. Tomasza z Akwinu, dzieła wielkiego, którego lektura wymaga nieprzeciętnej wiedzy filozoficznej, na język zrozumiały dla każdego. Czytając Katechizm według Summy, mamy możność obcowania nieprzemijającą myślą Doktora Anielskiego, poddania się jego geniuszowi w formacji katolickiej, tak bardzo dziś niedoskonałej.
Ojciec św. Benedykt XV, zalecając lekturę Katechizmu według Summy Teologicznej pisał:
Nadzwyczajne w swej wspaniałości pochwały, które Stolica Apostolska obdarzyła Tomasza z Akwinu, nie pozwalają żadnemu katolikowi na wątpienie, że ten Doktor Kościoła został powołany przez Boga w tym celu, aby Kościół miał Mistrza doktryny, którą kieruje się w każdym czasie. Z drugiej strony, wydało się właściwym, aby wyjątkowa mądrość tego Doktora Kościoła była całkowicie dostępna, nie tylko dla duchownych, ale także dla wszystkich tych, kimkolwiek by byli, którzy zajmują się w wyższym stopniu poznawaniem religii, i to w całym jej bogactwie: natura rzeczy domaga się bowiem tego, że im bliżej zbliżamy się do światła, tym obficiej jesteśmy przez nie oświeceni. Jest Ojciec wysoce godny pochwały, za to, że po przedsięwzięciu pracy wyjaśnienia, poprzez komentarz po francusku, podstawowego dzieła Doktora Anielskiego, Summy Teologicznej (a dotychczas wydane tomy ukazujTeologowie i katecheci, kaznodzieje i inni nauczający, w przeważającej większości zapomnieli o Mistrzu Tomaszu z Akwinu. Zapewne z powodu tego zapomnienia mamy do czynienia z szokującym analfabetyzmem religijnym. Nie zapobiega mu ani katechizacja w szkole, ani katolickie media, ani nawet coniedzielna obecność na Mszach świętych i wysłuchiwanie kazań.
Dziś rzadko mówi się o rzeczach najważniejszych, a jeszcze rzadziej mówi się o nich klarownie, wyraźnie i zrozumiale.
Przyczyną tego opłakanego stanu rzeczy jest nie tylko brak odpowiedniej formacji w seminariach duchownych, lecz także zupełna niedostępność literatury, która dawałaby uporządkowaną i uzasadnioną wiedzę na temat podstawowych prawd wiary.
Ten brak zostanie już wkrótce uzupełniony przez znakomity Katechizm według Summy Teologicznej św. Tomasza z Akwinu. Dzieło, powstałe na początku XX wieku, napisane przez dominikanina, o. Tomasza Pegues’a, jest tym, czego potrzeba człowiekowi, którego umysł jest stale rozpraszany i zarzucany informacjami. Jest spokojnym, rzeczowym, zdecydowanym w wyrazie i treści wykładem podstawowych prawd wiary katolickiej. Autor zadał sobie ogromny trud „przełożenia” Summy Teologicznej św. Tomasza z Akwinu, dzieła wielkiego, którego lektura wymaga nieprzeciętnej wiedzy filozoficznej, na język zrozumiały dla każdego. Czytając Katechizm według Summy, mamy możność obcowania nieprzemijającą myślą Doktora Anielskiego, poddania się jego geniuszowi w formacji katolickiej, tak bardzo dziś niedoskonałej.
Ojciec św. Benedykt XV, zalecając lekturę Katechizmu według Summy Teologicznej pisał:
Nadzwyczajne w swej wspaniałości pochwały, które Stolica Apostolska obdarzyła Tomasza z Akwinu, nie pozwalają żadnemu katolikowi na wątpienie, że ten Doktor Kościoła został powołany przez Boga w tym celu, aby Kościół miał Mistrza doktryny, którą kieruje się w każdym czasie. Z drugiej strony, wydało się właściwym, aby wyjątkowa mądrość tego Doktora Kościoła była całkowicie dostępna, nie tylko dla duchownych, ale także dla wszystkich tych, kimkolwiek by byli, którzy zajmują się w wyższym stopniu poznawaniem religii, i to w całym jej bogactwie: natura rzeczy domaga się bowiem tego, że im bliżej zbliżamy się do światła, tym obficiej jesteśmy przez nie oświeceni. Jest Ojciec wysoce godny pochwały, za to, że po przedsięwzięciu pracy wyjaśnienia, poprzez komentarz po francusku, podstawowego dzieła Doktora Anielskiego, Summy Teologicznej (a dotychczas wydane tomy ukazują, że ojca projekt jest realizowany z sukcesem), ostatnio opublikował tę samą Sumę w formie katechizmu. W ten sposób, ojciec w równie zręczny sposób dostosował bogactwa tego wielkiego geniusza, podając w formie krótkiej i zwięzłej, w tym samym porządku, to, co on wyłożył w sposób bardziej obfity, do użytku tych mniej i tych bardziej uformowanych. W rzeczy samej, gratulujemy ojcu tego owocu długiego studium, w którym można rozpoznać wielka znajomość i wiedzę doktryny tomistycznej. Żywimy nadzieję, zgodną z pragnieniem powodowanym miłością, którą ojciec żywi do Kościoła świętego, aby ta praca służyła w dogłębnym poznaniu doktryny chrześcijańskiej przez jak największą liczbą ludzi.ą, że ojca projekt jest realizowany z sukcesem), ostatnio opublikował tę samą Sumę w formie katechizmu. W ten sposób, ojciec w równie zręczny sposób dostosował bogactwa tego wielkiego geniusza, podając w formie krótkiej i zwięzłej, w tym samym porządku, to, co on wyłożył w sposób bardziej obfity, do użytku tych mniej i tych bardziej uformowanych. W rzeczy samej, gratulujemy ojcu tego owocu długiego studium, w którym można rozpoznać wielka znajomość i wiedzę doktryny tomistycznej. Żywimy nadzieję, zgodną z pragnieniem powodowanym miłością, którą ojciec żywi do Kościoła świętego, aby ta praca służyła w dogłębnym poznaniu doktryny chrześcijańskiej przez jak największą liczbą ludzi.
Św. Tomasz daje jednak wyraźne pierwszeństwo samodzielnemu zdobywaniu wiedzy – przez „odkrywanie”. Nauczyciel – pisał – powinien wzorować swój sposób nauczania na metodzie, którą stosuje uczeń, kiedy zdobywa wiedzę samodzielnie. Jest to oparte na generalnej zasadzie mówiącej, że niezależnie od tego, czy efekt może być osiągnięty dzięki naturalnemu procesowi, czy metodą sztuczną, metoda powinna być, na ile to tylko możliwe, podobna do procesu naturalnego. Św. Tomasz podkreślał różnicę pomiędzy pracą, która może być wykonana jedynie poprzez sztuczne środki (na przykład konstrukcja maszyny), a pracą, która może być również dokonana przez naturę (np. wzrost rośliny). Nauczanie należy do drugiej kategorii. Nauczyciel powinien starać się pomagać, a nie zastępować naturalnych zdolności ucznia. Nie powinien zachowywać się jak inżynier, ale raczej jak rolnik, który wspomaga wzrost drzewa przez podlewanie, plewienie i przycinanie. Zasadniczym powodem wzrostu jest naturalna moc drzewa, rolnik jedynie ją wspomaga.
Jesteśmy ofiarami – zapoczątkowanego przez Kartezjusza – przypisywania nadmiernej wagi „metodom” przekazywania wiedzy. Uczeń postrzegany jest obecnie w perspektywie mechanistycznej. Nauczanie stało się synonimem wtłaczania danych w umysł ucznia, jakby był on bierną maszyną, a nie żywym umysłem. Św. Tomasz był całkowicie przeciwny takiej karykaturze prawdziwego nauczania. Wyjaśniał, że proces przekazywania wiedzy jest bardziej skuteczny, kiedy wzoruje się na osobistym poszukiwaniu. Dobry nauczyciel zna różnicę pomiędzy nauczaniem przez odkrywanie a nauczaniem poprzez dostarczanie szczegółowych informacji. Innymi słowy: pomaga uczniowi w nabywaniu wiedzy w taki sposób, by temu wydawało się to samodzielnym odkrywaniem danych prawd. Niektórzy wybitni nauczyciele naprawdę posiadają ten dar. Ich zajęcia są tak dobrze prowadzone, że stale odkrywa się na nich nowe rzeczy i jest się nimi zafascynowanym. Zamiłowanie do wykładanego przedmiotu sprawia, że entuzjazm zdobywania wiedzy i radość z wyzwania są wśród uczniów żywe. Tacy nauczyciele mogą jednak porozumieć się jedynie z tymi uczniami, którzy opuszczają salę lekcyjną z pragnieniem nauczenia się czegoś więcej.
Po to, by lepiej zrozumieć koncepcję roli nauczyciela u św. Tomasza, przytoczmy inny jeszcze przykład z jego pism.
Wyobraźmy sobie lekarza usiłującego pomóc człowiekowi cierpiącemu w wyniku infekcji. W wielu takich przypadkach, jeśli pacjent nie zwróci się po poradę, jego organizm może sam zareagować, a ostatecznie doprowadzić do wyzdrowienia. Sztuka nauczyciela podobna jest do sztuki lekarza, gdyż wszystko, co nauczyciel może mieć nadzieję osiągnąć, to wzmocnić środki, jakimi posługuje się uczeń, i pomóc w ich zastosowaniu. Tam, gdzie ma miejsce prawdziwy proces uczenia, jego zasadniczym sprawcą jest sam uczeń. W terminologii św. Tomasza nauczyciel nazywany jest sprawcą drugorzędnym i instrumentalnym, pomocnym, ale nie nieodzownym. Nie może on przekazać swej własnej wiedzy uczniowi, ale jedynie pomóc mu osiągnąć podobną metodę samodzielnego zdobywania wiedzy.
Widzimy, jakie to odległe od współczesnej koncepcji nauczania, w której nauczyciel polega jedynie na sztucznych środkach (podręcznikach i innych pomocach) i powoli traci z oczu swą prawdziwą funkcję: stymulowanie żywego umysłu ucznia, kierowanie rozwojem jego intelektu. Podkreślanie roli zapamiętywania informacji i sprawdzania postępu za pomocą testów jest częściowo wynikiem tej właśnie fałszywej filozofii. Według św. Tomasza wiedza jest cechą żywego umysłu, a nie ilością zapamiętanych danych.
Wniknijmy nieco głębiej w tę kwestię i zobaczmy w jaki sposób nauczyciel powinien pomagać uczniowi w zdobywaniu wiedzy. Weźmy na przykład geometrię. Nauka ta posługuje się dedukcją dla wyciągnięcia całościowych wniosków z kilku przyjętych przesłanek. Zadaniem nauczyciela jest sprawić, by uczeń dobrze zrozumiał podstawowe zasady geometrii. Pomaga mu również doskonalić umiejętność rozwiązywania problemów, wyjaśniając podstawowy tok rozumowania, kiedy napotyka na trudności, podaje przykłady, porównania, schematy etc., będące wskazówkami, które mają doprowadzić ucznia do tej czy innej prawdy. Kiedy znajdujemy się przed ścianą zbyt wysoką, by ją przeskoczyć, możemy potrzebować pomocy kogoś, kto wskaże nam drabinę, której nie zauważyliśmy. Zadanie nauczyciela polega na posługiwaniu się językiem tak umiejętnie, by uczeń potrafił przejść od słów do rzeczywistości, które one oznaczają.
]]>Przyjrzyjmy się najpierw, co na temat pojęcia ideologii mówią sami tomiści. Piotr Jaroszyński charakteryzuje je w taki sposób: „Ideologia tym różni się od filozofii, że celem tej ostatniej jest poznanie prawdy dla samej prawdy, poznanie rzeczywistości w aspekcie konstytuujących ją koniecznie przyczyn, natomiast ideologia poznaje rzeczywistość w świetle pewnego a priori po to, by wyniki poznania użyć dla zbudowania pewnej konstrukcji intelektualnej będącej prototypem nowej rzeczywistości (zwł. społecznej). Ten prototyp może być następnie wcielany w życie przez polityków, którzy dysponują odpowiednimi środkami, takimi jak administracja, finanse, ustawodawstwo, policja i wojsko. Filozofia, z uwagi na odmienny cel, aspekt i metodę, nie jest ideologią, choć ideologia stara się czasem przybrać postać filozofii” (P. Jaroszyński, NAUKA, Powszechna Encyklopedia Filozofii, Tom 7, ss. 533-541).
Natomiast Henryk Kiereś twierdzi, że w odróżnieniu od filozofii, która jest nauką, a więc wyjaśnia swój przedmiot, „ideologie nie wyjaśniają świata rzeczy i osób, ale ten świat kreują”, traktując ludzi jak surowiec przetwarzany podług aktualnych konieczności. Kiereś mówi dalej: „ideologia jest jak maszyna, działa obiektywnie, lecz bezosobowo”, zwalniając swych wyznawców z odpowiedzialności za czyny (H. Kiereś, 2000, Trzy socjalizmy, s. 80-82). Jego zdaniem, ideologizacja życia społecznego polega na jego mechanizacji, gdyż u podstaw myślenia ideologicznego zawsze leży „jakiś determinizm naturalistyczny (biologizm) lub historyczny, socjologiczny bądź psychologiczny”, co skłaniało osoby wyznające daną ideologię do poszukiwania obiektywnych praw życia społecznego (H. Kiereś, 1998, Służyć kulturze, IEN, s. 30).
Jako filozofia realistyczna, tomizm ideologią nie jest i nigdy nie może się nią stać (chyba że przyjmiemy inną definicję pojęcia ideologii). Po bliższym przyjrzeniu się tomaszowej koncepcji polityki trudno oprzeć się wrażeniu, że rzeczywiście jest ona najlepszym lekarstwem na wszelkiej maści ideologie.
Zacznijmy od tego, że tomizm nie zakłada istnienia jakiegoś abstrakcyjnego i zamkniętego systemu norm, który w niezmienionej formie obowiązywałby w każdym czasie i każdych okolicznościach. Nie oznacza to jednak relatywizmu, gdyż św. Tomasz przyjmuje istnienie obiektywnego dobra, które musi być przez ludzi ciągle na nowo odczytywane i urzeczywistniane. Brzmi bardzo skomplikowanie, ale sprawa jest prosta. Wyjaśnijmy ją na podstawie kilku prostych przykładów.
Św. Tomasz mówi, że każdy byt ma swoją naturę i że dobre dla niego jest to, dzięki czemu może żyć zgodnie ze swoją naturą. I tak to, co jest dobre dla kota, niekoniecznie musi być dobre dla psa, a co dobrze służy chwastom, może się okazać zabójcze dla róży. Co więcej, natura psa i kota nie zmieniają się w czasie i przestrzeni, nawet jeśli sposób zachowania tych zwierząt częściowo zmienia się w zależności od okoliczności. Inaczej odżywiał się pies należący do średniowiecznego chłopa niż pies, którego właścicielem jest współczesny nowobogacki. Nawet jeśli ten drugi zwierzak nie byłby w stanie przełknąć tego, czym żywił się jego przodek, nie oznacza to, że w międzyczasie natura psa się zmieniła. Gdyby natura psa się zmieniła, to pies nie byłby już psem, tylko jakimś zupełnie nowym zwierzęciem.
Podobnie sprawy mają się z człowiekiem. Także człowiek ma swoją niezmienną naturę, ale to, co jest dobre dla Eskimosa, może być zabójcze dla Afrykańczyka, etc. Różnica między człowiekiem a zwierzętami polega na tym, że zwierzęta niejako instynktownie wiedzą, co jest dla nich dobre, a człowiek tylko w ograniczonych zakresie (w końcu także jest zwierzęciem). Ze względu na to, że posiada on rozum i wolną wolę, musi ich odpowiednio używać do rozpoznawania i realizowanie tego, co jest dla niego dobre. Człowiek jako istota wolna i rozumna może żyć zgodnie ze swoją naturą tylko wtedy, kiedy odpowiednio używa tych dwóch władz.
Św. Tomasz z Akwinu twierdzi, że człowiek jest w stanie znaleźć racjonalne rozwiązanie dla bieżących problemów, co jednak wymaga spełnienia kilku warunków. Zacznijmy od tego, że wiedza na temat tego, co jest dobre, nigdy nie jest wiedzą czysto indywidualną, lecz jest wynikiem procesu akumulacji wiedzy z pokolenia na pokolenie. Ludzkość gromadzi swoją wiedzę poprzez doświadczenia wielu pokoleń, za pomocą metody prób i błędów zdobywa ciągle to nowe informacje na temat otaczającej ją rzeczywistości. Dzięki temu nowe pokolenia nigdy nie muszą zaczynać od zera. Nie ma też prawdziwej wiedzy bez mądrości, czyli rozumienia spraw ludzkich, jak np. znajomości typów charakterologicznych, umiejętności rozwiązywania konfliktów. Wiedza zdobywana jest także poprzez nauki teoretyczne, i to zarówno czysto spekulatywne, np. filozofię czy teologię, jak i szczegółowe, np. współczesną psychologię albo socjologię. Dla katolików prawdziwą skarbnicą wiedzy oczywiście jest Kościół.
Tomaszowa koncepcja poznawania i realizowania dobra ściśle związana jest z jego rozważaniami na temat edukacji. To właśnie dzięki odpowiedniej edukacji wiedza zgromadzona przez pokolenia przekazywana jest dalej. I tak np. zgodnie z klasyczną koncepcją wychowania, studiowanie historii nie sprowadza się do „wykuwania” na pamięć faktów i dat, tylko polega na studiowaniu zachowań ludzkich, a więc poznawaniu natury człowieka (zgodnie z zasadą historia magistra vitae est). Przyglądając się różnym zdarzeniom z przeszłości, nietrudno bowiem dostrzec pewne prawidłowości (które nie mają jednak statusu praw przyrodniczych!), których znajomość może okazać się przydatna w podejmowaniu indywidualnych decyzji. Edukacja także ma na celu uzdolnienie człowieka do robienia prawidłowego użytku ze swojego rozumu poprzez nauczenie go rzetelnego badania rzeczywistości, rzeczowego argumentowania i logicznego dowodzenia.
Dopiero tak przygotowany człowiek może, zdaniem św. Tomasza z Akwinu, żyć zgodnie ze swoją wolną i rozumną naturą. I tutaj dotykamy kolejnej kwestii, czyli zasady pomocniczości i decentralizacji. Człowiek może realizować się jako wolna i rozumna osoba tylko wtedy, kiedy rzeczywiście ma coś do powiedzenia we własnej sprawie. Jeśli scentralizowana administracja w drobiazgowy w sposób reguluje, jak ma żyć każdy obywatel, to nie jest on w stanie żyć zgodnie ze swoją naturą, bo nie ma nawet okazji do tego, by używać swojego rozumu i wolnej woli!
Model tomistyczny zakłada, że każde nowe pokolenie powinno zostać wyposażone w wiedzę odziedziczoną po swoich przodkach, jak również zostać odpowiednio przygotowane do życia poprzez wychowanie. Należy nadmienić, że św. Tomasz nigdy nie obiecywał, że człowiek może mieć absolutną pewność, iż podjęta przez niego decyzja była słuszna. Ale nawet jeśli po czasie okaże się ona błędna, to jej „autor” powinien wyciągnąć z tego konkretne wnioski.
Tomaszowa koncepcja dobra uwzględnia więc fakt, że człowiek nieustannie przekształca swoje otoczenie, przez co jest konfrontowany z coraz to nowymi problemami. W końcu jeszcze kilkadziesiąt lat temu nie było metody in vitro, nie było urządzeń technicznych przez wiele lat podtrzymujących życie ciężko chorych pacjentów, nie było gier komputerowych ani Teletubisiów. Warto na marginesie dodać, że katolicy, którzy szukają odpowiedzi na pytanie, jak się mają zachować w nowych okolicznościach, nie znajdą przecież odpowiedniego rozwiązania w Biblii. Jezus nie wypowiadał się na temat Teletubisiów, podobnie Ojcowie i Doktorzy Kościoła. Skąd więc współcześni katolicy mają wiedzieć, co jest dla nich dobre, czy np. należy zabronić dzieciom oglądania Teletubisiów, bo oglądanie jednego z Teletubisiów paradującego z damską torebką mogłoby podświadomie kształtować preferencje seksualne ich dzieci? Czy katolicy powinni w każdej, nawet najdrobniejszej sprawie, czekać na odpowiednią encyklikę papieską? (Warto także nadmienić, że wszelkiej maści propaństwowi pesymiści antropologiczni powiedzą, że człowiek jest zły i zepsuty i nie jest w stanie rozstrzygnąć tego problemu. To władza musi zadekretować co jest dobre, a co złe. Ludzie muszą być ślepo posłuszni jej zarządzeniom, gdyż w przeciwnym razie z powodu Teletubisiów może rozpętać się prawdziwa wojna domowa).
Koncepcja tomistyczna została doskonale ujęta w następujących słowach encykliki Benedykta XVI „Spe salvi”:
„24. (…) Wolność zakłada, że przy podejmowaniu fundamentalnych decyzji każdy człowiek, każde pokolenie jest nowym początkiem. Oczywiście, nowe pokolenia muszą budować na wiedzy i doświadczeniu tych, które je poprzedzały, jak też mogą czerpać ze skarbca moralnego całej ludzkości. Ale mogą to też odrzucić, ponieważ nie musi to być tak samo ewidentne dla nich, jak odkrycia materialne. Skarbiec moralny ludzkości nie jest obecny w taki sposób, w jaki obecne są narzędzia, których się używa; istnieje on jako zaproszenie do wolności i jako jej możliwość. To jednak oznacza, że:
„a) Właściwy stan rzeczy ludzkich i zdrowie moralne świata nie mogą być nigdy zagwarantowane jedynie przez struktury, jakkolwiek są one wartościowe. Struktury takie nie tylko są ważne, ale także konieczne; nie mogą one jednak i nie powinny pozbawiać człowieka wolności. Nawet najlepsze struktury funkcjonują dobrze tylko wtedy, gdy w społeczności są żywe przekonania, które są w stanie skłaniać ludzi do wolnego przyjęcia ładu wspólnotowego. Wolność potrzebuje przekonania; przekonanie nie istnieje samo z siebie, ale wciąż musi być wspólnotowo zdobywane.
b) Ponieważ człowiek zawsze pozostaje wolny, a jego wolność jest zawsze krucha, nigdy na tym świecie nie zaistnieje definitywnie ugruntowane królestwo dobra. Kto obiecuje lepszy świat, który miałby nieodwołalnie istnieć na zawsze, daje obietnicę fałszywą; pomija ludzką wolność. Wolność musi wciąż być zdobywana dla dobra. Wolne przylgnięcie do dobra nigdy nie istnieje po prostu samo z siebie. Jeśli istniałyby struktury, które nieodwołalnie ustanowiłyby jakiś określony – dobry – stan świata, zostałaby zanegowana wolność człowieka, a z tego powodu ostatecznie struktury takie nie byłyby wcale dobre.
25. Konsekwencją tego, co zostało powiedziane jest fakt, że wciąż nowe, żmudne poszukiwanie słusznego ładu rzeczy ludzkich jest zadaniem każdego pokolenia; nigdy nie jest zadaniem skończonym. Każde pokolenie powinno wnosić wkład w ustalenie przekonującego ładu wolności i dobra, który byłby pomocny dla przyszłego pokolenia jako wskazówka, jak właściwie korzystać z wolności ludzkiej, a w ten sposób dałby, oczywiście w granicach ludzkich możliwości, pewną gwarancję na przyszłość. Inaczej mówiąc, dobre struktury pomagają, ale same nie wystarczą.”
W słowach tych Benedykt XVI dobitnie podkreśla, że narzucenie ludziom jakiegoś sztywnego zespołu reguł, które wręcz w mechaniczny sposób miałyby być przez nich wypełniane, byłoby gwałtem na naturze ludzkiej. I dokładnie do tego zmierzają wszelkiej maści ideologie. Co więcej, także te nowożytne koncepcje konserwatywne, które stoją na stanowisku, że „właściwy stan rzeczy ludzkich i zdrowie moralne świata” mogą być zagwarantowane wyłącznie przez struktury, są mechanicystycznymi ideologiami.
Na zakończenie należy jeszcze dodać, że św. Tomasz oczywiście nie miał wątpliwości co do tego, że ze względu na grzech pierworodny stan idealny nigdy nie zostanie urzeczywistniony. Z jego pism płynie jednak jasna nauka: jeśli człowiek całkowicie zwolni się z obowiązku szukania dobra i życia zgodnie z własną naturą, to prędzej czy później poniesie tego konsekwencje. Prawa rządzące rzeczywistością są nieubłagane: człowiek ma wolną wolę, i może je lekceważyć, ale nie może ich zmienić. Pożytek z nauki Tomasza jest więc taki, że jeśli w jakieś wspólnocie dochodzi do zgrzytów, u niego znajdziemy wyjaśnienie przyczyn. Czy wspólnota podejmie trud samonaprawy, to już zależy od wolnej woli jej członków.
http://konserwatywnaemigracja.blogspot.co.uk/2013/01/magdalena-zietek-konserwatyzm.html
]]>
Praca profesora nie polega na wydawaniu poleceń, lecz na zaproszeniu studenta do stawiania pytań, na zachęceniu go do podejmowania ważnych problemów, na wytworzeniu sytuacji, gdzie nauczający staje się partnerem dla uczącego się. To także umiejętność dialogu ze studentami. Dialogu, wymagającego dużej dozy cierpliwości. To umiejętność prowadzenia studenta do zidentyfikowania istotnych zagadnień i wskazywania na konsekwencje (prawdziwe bądź błędne) wynikające z proponowanych rozwiązań. W takich mniej więcej terminach biskup W. Mering przedstawia uniwersytecką a nawet prywatną działalność swojego profesora filozofii Mieczysława Gogacza we wstępie do książki „Filozofia i mistyka. Wokół myśli M. Gogacza“ przygotowanej przez 21 uczniów profesora. [1]
Koncepcję uniwersyteckiego nauczania według M. Gogacza rozwija prof. Artur Andrzejuk (s. 201-209), akcentując wymiar „universitas“ jako wspólnotę nauczających i uczących się, którzy spotykają się w relacji prawdy. Gdy prawda przestaje być priorytetem i najgłębszą potrzebą profesorów i studentów, wtedy uniwersytet nie spełnia swej podstawowej funkcji. Niestety, często tak się działo i dzieje jeszcze dzisiaj w wyższych szkołach, gdzie dominuje ideologia pragmatyzmu za wszelką cenę, i dlatego uczelnie przekształcają się coraz częściej w zwykłe ‚szkoły zawodowe’, z tego powodu przestają być „universitas magistrorum et scholarium“.
Jeżeli przyjmiemy, że pytania filozoficzne dotyczą przede wszystkim sensu rzeczy, wtedy odpowiedzi będą różnorodne, gdyż różne sensy nadajemy tym samym przedmiotom. Pytanie o sens jest pragnieniem dowiedzenia się, jaką funkcję pełni dana rzecz dla nas lub dla innych. Dalej, uogólniając taką odpowiedź, natrafiamy na duże trudności, gdyż funkcje danych rzeczy są rozmaite. Z takiego poznawczego podejścia i rozumowania narzuca się nam wniosek, że tak na prawdę niczego nie możemy jednoznacznie poznać, gdyż nie możemy określić jego podstawowego sensu. Taka opcja w konsekwencji prowadzi nas do relatywizmu. I tak np. zwykły kuchenny nóż możemy uważać za narzędzie do otwierania konserw, za szpachelkę do malowania obrazu, za śróbokręt, za broń etc., wcale nie uwzględniając jego pierwotnej funkcji, do której był zrobiony, tj. do krojenia żywności.
Podobnie filozofię można rozumieć jako narzędzie używane do różnorakich celów, nadając jej rozmaite sensy, a zapomnieć o jej podstawowej funkcji : informowania nas o tym, czym jest rzeczywistość. Natomiast jej sensów możemy znaleźć krocie.
I nie jest tak, że filozofia jest wyłącznie wiedzą teoretyczną, więc nieużyteczną, niedającą poprawnych odpowiedzi dotyczących człowieka czy rzeczywistości, w której żyjemy. Owszem, ten negatywny, relatywny obraz otrzymujemy, gdy pytamy o sens, a nie o to, co jest. Prof. M. Gogacz przeciwnie, twierdzi, że filozofia jest użyteczna, gdyż właśnie dzięki niej, w sposób rozumny lub intuicyjny, realizujemy swoje codzienne sprawy, życie rodzinne i społeczne. Właśnie na miarę filozoficznego rozumienia siebie, swojego losu, naszych relacji z ludźmi, naszych zadań i obowiązków wobec ludzkich wspólnot realizujemy nasze życie, po prostu tak, a nie inaczej żyjemy, wychowujemy się, działamy, reagujemy. „Nie jest więc obojętne czy pojmiemy człowieka jako proces przeżyć, jako fragment przyrody czy też jako wyłącznie ducha.“ Aby nasza koncepcja rzeczywistości, a więc i człowieka była poprawna i nie zawierała błędów popełnionych przez poprzedników, „powinna być zgodna z tym, kim jest człowiek, aby sprawy ludzkie były rozwiązywane dla realnego, a nie fikcyjnego, wyspekulowanego dobra osób ludzkich“. O antropologii, opartej na realistycznie pojętej koncepcji rzeczywistości Mieczysława Gogacza, pisze B. Listkowska (s. 21-38), wskazując na jej oryginalne cechy : to każdy byt informuje nas czym jest, a nie nasze pytania (np. wbrew Heideggerowi); metodą filozoficzną jest identyfikacja, a nie metody porównawcze zapożyczone z nauk przyrodniczych; wyprowadzone z koncepcji człowieka rozumienie osoby, która nie utożsamia się z psychologicznie pojętą osobowością, prowadzi do twierdzenia, że każdy człowiek jest osobą, ale nie każda osoba jest człowiekiem.
Doprecyzowania M. Gogacza zawarte w jego koncepcji osoby wprowadzają w tematykę relacji osobowych opartych na fakcie istnienia, realnego, odrębnego, prawdziwego, dobrego. Propozycje M. Gogacza pozwalają zdystansować tradycję kartezjańsko-kantowsko-heideggerowską redukującą w rezultacie filozofię jedynie do antropologii, a ta siłą konsekwencji doprowadza nas do relatywizmu.
Teorię osoby i relacji osobowych według M. Gogacza prezentuje Paweł Bromski (s. 39-52), afirmując, iż teoria ta ma zasadnicze znaczenie nie tylko w filozofii, psychologii, etyce, lecz także w naukach społecznych i politycznych. Budowanie struktur społecznych i politycznych na realistycznej koncepcji osoby i jej relacjach pomaga w niepoddawaniu się presjom współczesnym, światopoglądowym fikcjom i poprawnościowym ideologiom dominującym w naszej kulturze od połowy XIX wieku.
Konsekwentnie prowadzone przez M. Gogacza rozumowania w oparciu o teorię osoby i jej relacji prowadzi do humanistycznie rozumianej koncepcji rodziny opartej na relacjach wiary, nadziei i miłości, temat opracowany przez Dorotę Zapisek (s. 53-62). Referowane przez dr. A.M. Nowika (s. 63-67) rozróżnienie przez M. Gogacza narodu jako wspólnoty osób od państwa rozumianego jako pomysłu, intytucji z funkcją ułatwienia życia ludziom na codzień, także opiera się na konsekwentnym rozumieniu koncepcji relacji osobowych. Problematykę ustalenia statusu bytowego ludzkiego embrionu podejmuje St. Fischer (s. 115-123); ujęcie etyki jako wyboru działań chroniących osoby prezentuje D. Lipski (s. 127-135); ustalenie celów pedagogiki według M. Gogacza opracował D. Pełka (s. 173-181); dominacja platonizmu i neoplatonizmu we współczenej kulturze, to temat analizowany przez A. Kazmierczak-Kucharską (s. 71-78).
Trudno w krótkiej notce recenzyjnej zaprezentować wyczerpująco wszystkie tematy analizowane przez uczniów M. Gogacza w tej publikacji, takie jak : koncepcja przyczyn celowych (W. Szepkowska), zagadnienie sumienia (J. Zatorowski), teoria pracy ( J. Wójcik), koncepcja wolności (M. Płotka), kontemplacji (J. Idzikowski), estetyki (Ł. Mażewski) czy oryginalnie ujęty przez M. Gogacza problem mistyki zaprezentowany w filozoficznej interpretacji „doświadczenia mistycznego“ nie utożamianego ani z kontemplacją, ani z religią, ani z „visio beatifica“ – wiedzą uszczęśliwiającą (Izabela Andrzejuk), ani też z życiem religijnym (E. Łażewski).
Zakończę tę recenzję wzmiankując interesujący, a według mnie bardzo ważny, gdyż ukazujący stan filozofii we współczesnej kulturze, artykuł dr. Michała Zembrzuskiego „Cienie bez jaskini“ prezentujący spór M. Gogacza z J. Tischnerem. Przedmiotem tego sporu, prowadzonego od 1970 do 1991 roku na łamach wielu czasopism, było rozumienie tego, czym jest filozofia, czym się zajmuje i jakie są jej źródła.
Inaczej mówiąc, czy jej przedmiotem jest zewnętrzna, niezależna od nas rzeczywistość, czy też chodzi tylko o sposoby, modele, ujęcia tej rzeczywistości. Czy to, czym coś jest znajduje się poza tą rzeczą, jak uczył Platon, czy też zawiera się w samej rzeczy, stanowiąc jej tożsamość, jak twierdził Arystoteles.
Czy można uprawiać filozofię zajmując się wyłącznie analizą świadomości, wykluczając z pola badań filozoficznych podmiot tej świadomości, czy też należy traktować „świadomość“ jedynie jako własność realnego bytu, podmiotu poznającego.
Według M. Zembrzuskiego w tym sporze o przedmiot filozofii nie było przeciwności czy sprzeczności, lecz „dysproporcja“ w stylu filozofowania. Można by nawet stwierdzić, że obie opcje spierających się filozofów są komplementarne. Ta uwaga jest słuszna, gdy rozumiemy filozofię bytu i teorię poznania jako dwie odrębne dziedziny filozoficzne, mające odrębne przedmioty analiz.
Niemniej, jak twierdzi autor artykułu, jeżeli filozofie współczesne (analityczna, fenomenologiczna, hermeneutyka, postmodernizm) uzurpują sobie miano wyłączności, tylko dlatego, że zajmują się teorią poznania, wówczas taka postawa musi spotkać się z reakcją upominającą się o pełne ujęcie rzeczywistości, a nie tylko o „nieznośną lekkość“ zadowolenia się fragmentarycznym opisem tego, jak zachodzi nasze poznanie.
Polecam tę publikację jako odtrutkę na „polityczno-ideologiczną poprawność“ dominującą w dzisiejszej kulturze na rozumienie, a może nierozumienie tego, czym jest „świat“, człowiek, Bóg i nasze działanie, rozwijanie się i przebywanie wśród osób oraz wytworów.
http://wydawnictwo.uksw.edu.pl/sklep/?p=productsList&sWord=filozofia+i+mistyka
I. Prawdziwe jest to, co w moim i w twoim umyśle jest zgodne z rzeczywistością w odniesieniu do Umysłu Boskiego[1].
II. Prawda jest jedna (w ogóle, w konkrecie i w szczególe).
III. Prawda jest niezmienna. Nie ewoluuje; raczej nasz wgląd w prawdę rośnie.
IV. Prawda istnieje samoistnie (jak inne powszechniki: dobro, piękno) a nie tylko w nas, jak zapewnia
w większości filozofia po M. Lutrze, a zwłaszcza po Oświeceniu (Kartezjusz, I. Kant, F. Nietzsche i inni).
V. Poznajemy ją rozumem naturalnym (oświeconym wiarą) i przez wgląd intuitywny (intuicja logiczna).
VI. Nie poznamy jej uczuciem (J. J. Rousseau, A. Mickiewicz, F. Dostojewski i inni). Uczucia pomagają.
VII. Nie ma tu dialektyki (G. W. F. Hegel, marksizm-engelizm, Islam, filozofie wschodnie, Gnoza-Kabała, wolnomularstwo, New Age, etc.) w sensie jedności przeciwieństw. Istnieją twierdzenia prawdziwe lub wewnętrznie sprzeczne – nieprawdziwe (zasada niesprzeczności)[2]. Prawda odsłania się w przeciwieństwach, ale nierównych rangą. Prawda – istota (to, co konieczne) oczyszcza się pod presją prawd względnych. Albo ścierają się dwie prawdy częściowe, odsłaniając zupełną. Nie ma mowy o tworzeniu się „nowej” super prawdy.
VIII. Prawda jest pierwsza wobec innych wartości. Dobro nie musi być prawdziwe, podobnie piękno.
IX. Jak każde Dobro zaczyna się od prawdy, tak każde zło (grzech) od kłamstwa (w duchu).
X. Każde kłamstwo osadza się na Kłamstwie modernistycznym tj. na prymacie lub równorzędności uczucia (a następnie zmysłów – ciała) wobec rozumu i woli. „Chcę” uczucia dominuje wolę a potem rozum. Zniewolone rozum i wola tracą własne niezależne „Chcę” na rzecz chciwości. (2 wada główna): Albowiem korzeniem wszelkiego zła jest chciwość pieniędzy. Za nimi to uganiając się, niektórzy zbłądzili z dala od wiary i sobie samym zadali wiele cierpień.” 1 Tm 6, 10
Wola (z wyjątkami) sytuuje się, w duszy ludzkiej, niżej od rozumu[3]. Zwyczajowo, kiedy chce przewodzić, musi przeciwstawić się rozumowi, a paktować z władzami niższymi duszy. Chcąc prymatu podpada pod uczucia, bo nie ma inspiracji. Woluntaryzm, jako stanowisko, które to odwraca i czyni z wyjątku zasadę – w teologii, czy w filozofii – jest fałszywy.
[1]Por. Tomasz z Akwinu, Taktat o Bogu, Summa teologii, kwestie 1-26, Kraków 1999, s. 247
[2]Por. Tomasz z Akwinu, Traktat o Bogu,Summa teologii, kwestie 1-26, Kraków 1999, s. 269 – 270
[3]Por. Tomasz z Akwinu, Traktat o człowieku, Q82, III